Podróż przez życie z licznymi przystankami, w tym również autobusowymi
RSS
niedziela, 26 lipca 2015

Codziennie, kilkanaście razy wchodził do mojego domu.

Szczupły, przystojny, z wypielęgnowanym krótkim zarostem, wchodził pozornie niedbałym krokiem.

Potem siedział i myślał.

Energicznym ruchem odwracał głowę i spoglądał głęboko w oczy, a jego magnetyczne spojrzenie przyciągało uwagę.

Richard Virenque.

Niegdyś król kolarstwa szosowego i uczestnik skandalu dopingowego.

Już nie wejdzie do mojego domu.

Skończył się Tour de France :(

PS Nie zwariowałam i nie uderzył mi upał na mózg. Po prostu kocham wielkie toury kolarskie, a z tegorocznego dość nudnego Tour de France najbardziej zapamiętałam właśnie reklamę zegarków Festiny z udziałem sympatycznego Richarda Virenque.

20:08, atojaxxl
Link Komentarze (1) »
wtorek, 14 lipca 2015

Od kilku miesięcy gości w moim mieście rewelacyjna wystawa poświęcona toruńskim piernikom. Świetnie przygotowana, wielu rzeczy można dotknąć, pomieszać w pojemnikach z przyprawami, a także ... własnoręcznie upiec i udekorować piernik z ciasta przygotowanego wcześniej przez pracowników muzeum. Obiecywałam Małej Zu wyprawę na tę wystawę i na warsztaty pierniczkowe. Wcześniej przypomniałyśmy sobie, z czego piekłyśmy w grudniu nasze domowe pierniczki, jakich przypraw używałyśmy. Dodatkowo przeczytałyśmy baśń o piernikowej karecie.

Tak przygotowane ruszyłyśmy do muzeum. W holu przywitał nas kupiec korzenny, oferujący przywiezione zza mórz kosztowne przyprawy

pierniki

Następnie z wydatną pomocą pań przewodniczek wykonałyśmy czapki cukierników, w których należało zwiedzać wystawę i piec pierniki

pierniki

(od pewnego czasu Mała Zu pozuje, choć staram się uchwycić naturalne zachowania)

Wyposażone w czapki dzieci ruszyły zwiedzać. Najpierw poznały historię pierników, ich znaczenie dla zdrowia, a także uczyły się poznawać przyprawy, które pani przewodniczka podawała im w glinianych naczyniach. Byłam dumna z Małej Zu, ponieważ rozpoznała prawie wszystko, poległa na kardamonie :)

pierniki

Potem oglądaliśmy liczne, stare formy do wyciskania pierników, w tym niektóre okazy z tzw. serii form królewskich

pierniki

Przerwaliśmy zwiedzanie, ponieważ przyszedł czas, by zmierzyć się z ciastem i formami:

pierniki

Mała Zu samodzielnie wysmarowała formy olejem, wywałkowała ciasto i ugniotła je w formie, babcia pomogła wyjąć i odciąć niepotrzebne kawałki ciasta. Gotowe, surowe pierniki powędrowały do pieca, a dzieci poszły ... też do pieca, czyli na tę część wystawy, która pokazuje sam dawny proces pieczenia pieników. Siedząc na wygodnych poduszkach wysłuchały wierszowanej baśni o piernikowej karecie, podzieliły się wrażeniami i obejrzały piekarza i jego piec

                               pierniki

Po obejrzeniu wystawy poświęconej rozwojowi przemysłu piernikarskiego w Toruniu, dawnego sklepu z piernikami i ekspozycji przecudnych opakowań współczesnych pierniczków z "Kopernika", przyszła pora na dokończenie dzieła czyli dekorowanie pierników. Najpierw jednak dzieci wykonały sobie torebki na swoje dzieła a potem jak które umiało, tak dekorowało lukrami swoje wypieki

pierniki

Mala Zu wykonała wiatraczek i ptaszka, którego powyżej pracowicie pomalowała czerwonym lukrem:)

Po zwiedzaniu, umyciu rąk i zapakowaniu swoich pierniczków, kupiłyśmy jeszcze kilka paczek prawdziwych toruńskich katarzynek. A potem powędrowałyśmy do pobliskiej galerii artystów niepełnosprawnych "Aniołowo", gdzie nasz G. wraz z grupą koleżanek i kolegów z WTZ przygotowuje obrazy, mozaiki i inne pamiątki związane z naszym miastem. Mała Zu nie pozwoliła zdjąć sobie czapki cukiernika i tak przemaszerowałyśmy całe miasto :) Tu na zdjęciu Mała Zu i nasz G., który jest jej ojcem chrzestnym :)

galeria

Po drodze do domu, zapisałyśmy się na warsztaty z bartnikiem i pszczółkami. Mała Zu uwielbia miód, więc będą to dla niej bardzo atrakcyjne zajęcia.

Muszę w tym miejscu pochwalić nasze muzeum, które wykonuje wspaniałą pracę edukacyjną wśród najmłodszych, organizując liczne zajęcia :) Dziękujemy :)

21:48, atojaxxl
Link Komentarze (7) »
piątek, 10 lipca 2015

Ha! Niebawem stanę się weteranką konkursów bloxowych, bo oto znów wygrałam jedną z pięciu równoważnych nagród w konkursie bloxa. Konkurs był nieskomplikowany, należało udzielić kreatywnej odpowiedzi na pytanie, na co  kot może mieć chęć i dlaczego oczy kota świecą w nocy. Pretekstem do konkursu stało się wydanie książki Doroty Sumińskiej "Dlaczego oczy kota świecą w nocy". Książkę ilustrowała znana blogerka Joanna Żero.

Nagroda

Napisałam 4- wersowy wierszyk i w ten sposób stałam się szczęśliwą posiadaczką wyżej pokazanej książki, wzbogaconej o autografy obydwu autorek.

                 Nagroda2

Kochani, jeżeli chcecie udowodnić sobie samym, dzieciom i wnukom, że na każde pytanie jest odpowiedź, to niezwłocznie zaopatrzcie się w tę książkę. Niezwykle starannie wydana przez moje ulubione Wydawnictwo Literackie w myśl zasady, że dla dzieci wydaje się tak samo jak dla dorosłych tylko lepiej.

Dzieci zadają tysiące pytań i oczekują przynajmniej tylu odpowiedzi. Teraz możecie, czytając razem razem z dzieckiem, dowiedzieć się, dlaczego ryba nie topi się w wodzie, dlaczego pies macha ogonem, po co jeżowi kolce, czy drzewo czuje ból, skąd się biorą sny, dlaczego ludzie i zwierzęta umierają. I oczywiście dlaczego oczy kota świecą w nocy.

Nagroda3

Zachwycają rysunki; staranne, uwzględniające możliwości percepcyjne dziecka. Zwierzątka Joanny Żero to nie dziwolągi ze snu szalonego malarza, to piękne postaci z pogranicza rzeczywistości i baśni. Mnie osobiście ujęła za serce okładkowa myszka czytająca "Kota w butach" w świetle padającym z oczu rudego, uśmiechniętego kocura.

Nagroda 4

Ostatni raz zachwycałam się tak książką kupioną dla Małej Zu, której bohaterką była Gąska Zuzia, z rysunkami Petra Horacka. To właśnie tej klasy wydania zachęcają dzieci do czytania i poznawania świata przyrody.

Pani Doroto, Pani Joanno, Bloxie - dziękuję !

Tagi: konkursy
18:09, atojaxxl
Link Komentarze (5) »
czwartek, 09 lipca 2015

Jakoś tak się u nas składa, że zawsze coś ludzi zaskakuje, a najbardziej tych, którzy powinni być rzetelnie do danej sytuacji przygotowani. I tak zima zwykle zaskakuje drogowców, wiosna - służby miejskie odpowiadające za uprzątnięcie pozimowego bałaganu, lato - kolejarzy podstawiających mniej wagonów dla podróżnych, jesień - służbę zdrowia zawsze wtedy zdziwioną, że oto przybyło chorych w przychodniach. Dawniej jeszcze lato zaskakiwało fabryki sznurka do snopowiązałek, na którego brak zawsze narzekali rolnicy...

Okazuje się, ze w tym roku wakacje zaskoczyły rodziców !!! Nie wiedzieli biedni przez całe 10 miesięcy roku szkolnego, że dzień rozdania świadectw rozpoczyna dla ich pociech okres wypoczynku, letniej laby, dłuższego wylegiwania się w łózkach, ale przede wszystkim - czas wolności od szkolnych obowiązków. Wielu z rodziców właśnie teraz narzeka i domaga się, by szkoły przejęły ich obowiązki opiekuńcze i zapewniły dzieciom atrakcje wakacyjne.

Ba, narzekają też ci, którzy zapisali dzieci na półkolonie organizowane w tych niedobrych szkołach, bo nie pasuje im czas. Dzieci przychodzą na 8.00, jedzą śniadanie (większość przychodzi o suchym - przepraszam - pysku, no bo po co dać dziecku w domu kromkę chleba z masłem, w szkole dostanie...). Po śniadaniu dzieci wyruszają z wychowawcami na wycieczki, na basen, do parku, zwiedzają wystawy i muzea. O 13.00 wracają na obiad, potem mają chwilę spokojnego relaksu (nie muszą spać, ale mogą słuchać muzyki, głośnego czytania itp), potem zajęcia sportowe lub kulturalne, jakieś teatrzyki, kabarety, podwieczorek i między 15.00 - 16.00 dzieciaki wracają do domów. No to o co chodzi ?

No o to właśnie, że to za krótko: powinno być przynajmniej od 7.00 do 17.00 a nawet do 18.00.

No to ja pytam, po co tym ludziom dzieci.

Znam sytuacje, gdy do żłobka przyprowadzano chłopczyka tuż po 6.00 rano a odbierano zwykle z opóźnieniem po 17.00. Malec do wszystkich mężczyzn mówił tata, do każdej kobiety biegł z okrzykiem mama. Tak samo było w przedszkolu. Gdy zaczął naukę w I klasie, matka przyprowadzała go do szkoły przed 6.30 ( o tej porze zaczynał pracę woźny), nigdy nie odbierano go w terminie, często przysypiał w moim gabinecie, dokąd zabierałam go, gdy świetlica kończyła pracę... Nie wiem jak potoczyły się jego losy, odeszłam na emeryturę.

Obowiązuje u nas zasada: o nauczycielach albo źle albo wcale. Jeśli źle, to oczywiście są niedouczeni, z przypadku, złośliwi, niesprawiedliwi, nie dostali się na inne studia, to zostali nauczycielami, czekają tylko na prezenty, siedzą na zwolnieniach, biorą pieniądze za nic itp itd. Jednocześnie te same osoby hejtujące nauczycieli na różnych forach w ciągu roku szkolnego,  bardzo ochoczo oddałyby w ich ręce swoje dzieci na czas wakacji. Tak, tak, w ręce tych niedouczonych, leniwych i przypadkowych nauczycieli.

Pracowałam w szkole na tyle długo, że wiem, jak dzieci przyjmują wiadomość, że w czasie wakacji będą chodzić do szkoły, że będą wstawać nadal o 6.00, jeść znienawidzoną zupę mleczną, znosić niemiłych kolegów i złośliwe koleżanki. 10 (słownie - dziesięć) miesięcy roku szkolnego to wystarczająco dużo, by zaplanować i zapewnić dziecku opiekę, dogadać się z rodziną, z sąsiadkami, z organizacjami.

Ja osobiście najbardziej lubiłam wyjazdy do dziadków na wieś, nigdy nie byłam na koloniach, półkoloniach itp. Jeździłam natomiast na obozy zuchowe i harcerskie. Gdy byłam starsza - wymieniałam się z kuzynkami: ja jechałam do cioci na 2 - 3 tygodnie, potem kuzynki przyjeżdżały do nas. Spałyśmy na podłodze na materacach, latałyśmy na basen - o zgrozo same !!! Umiałyśmy sobie zorganizować zajęcia - wszystkie byłyśmy harcerkami. Wszystkie żyjemy. A teraz trzeba dzieciom wszystko organizować, rodziców wyręczać w opiece i jeszcze od nich obsłuchiwać, że źle i za krótko. I niestety, powiedzmy to jasno, coraz mniej jest więzi rodzinnych i takiego klanowego poczucia odpowiedzialności za dzieci z rodziny. I dlatego wakacje zaskoczyły...

19:06, atojaxxl
Link Komentarze (5) »
sobota, 27 czerwca 2015

Staram się tu nie zabierać głosu w sprawach bieżących, politycznych, gospodarczych, ale dziś napiszę kilka zdań odnośnie wczorajszych tragicznych wydarzeń w Tunezji. Marzyłam o wakacjach na Jerbie, tunezyjskiej wyspie pełnej słońca, błękitnego nieba i morza. To takie marzenie bez szans na spełnienie - wiek, brak kasy, no i trochę strach przed nieznanym.

Oglądałam wczoraj wieczorem powtórki serialu "Ranczo". W jednym z odcinków państwo Więcławscy przeglądają katalog biura turystycznego, albowiem pani Więcławska też marzy o wyjeździe na zasłużone wakacje tam gdzie jest ciepło, słonecznie, atrakcyjnie. Jej małżonek, Więcławski, inżynier budowlaniec, nie ma ochoty na dalekie wyjazdy, więc szuka pretekstu, by zapał żony nieco ostudzić. Więcławska proponuje Egipt - Więcławski odpowiada, że tam jest niebezpiecznie, na co żona beztrosko "No coś ty, na plaży przecież nie strzelają". Więcławska proponuje Tunezję - Więcławski ripostuje, że stamtąd wszyscy do Włoch uciekają...

Wówczas, gdy nakręcono te odcinki, jakieś 5 lat temu, zaśmiewaliśmy się z tych dialogów. Kraje, gdzie gospodarkę nakręca turystyka, wydawały się być bezpieczne, przynajmniej w zamkniętych enklawach wypoczynkowych. A potem okazało się, że macki terroryzmu i tam dosięgają. Już nam nie do śmiechu...

Dziś już nikt nie powie "na plaży przecież nie strzelają", bo strzelają w muzeach, na plażach, w hotelach i świątyniach. A ja zadaję sobie pytanie: gdzie ta potęga świata, gdzie siły, na które wydaje się miliardy dolarów, dlaczego armia fanatyków morduje, podrzyna gardła, topi lub pali w klatkach, rozstrzeliwuje w samochodach, zrzuca z dachów, stosuje inne okrutne metody wobec niewinnych ludzi, a świat na to pozwala.

Wczoraj też dowiedziałam się z oficjalnych źródeł, że moje miasto będzie jednym z pierwszych, które przyjmie tzw. uchodźców syryjskich, są już dla nich przygotowane mieszkania. Biskupi w skowronkach, bo to z ich inicjatywy. Ale to nie oni biorą na siebie koszty utrzymania tych rodzin, nie oni będą ponosić odpowiedzialność za relacje społeczne, jakie powstaną w wyniku tej decyzji. Bo że z tych trzech początkowo rodzin powstaną szybko wieloosobowe klany, to pewne jak w banku. Chciałabym mieć pewność, że wśród przybyszów nie będzie ukrytych terrorystów. Chciałabym mieć pewność, że moja wnuczka będzie bezpieczna w przedszkolu, na placu zabaw, na plaży.

Nikt mnie nie pytał, czy chcę mieć za sąsiadów potencjalne cele ataków terrorystycznych. Bo funkcjonariusze tzw. Kalifatu Państwa Islamskiego na pewno swoich ofiar tak łatwo nie wypuszczą z obszaru swoich zainteresowań.

Tak, tak , wiem, wiem, musimy jako społeczeństwo spłacić solidarnościowy dług za tych, którzy kiedyś emigrowali z Polski i gdzieś tam w świecie ich przyjęto. Ale nie słyszałam, żeby Polska była kiedykolwiek krajem popierającym terroryzm i by nasi emigranci dyktowali swoje warunki w nowych ojczyznach.

A teraz możecie mnie zjeść, bo przecież powinnam piać z radości, że oto dane mi będzie zakosztować wspólnoty i wielokulturowości.

Tagi: ludzie
12:10, atojaxxl
Link Komentarze (5) »
środa, 24 czerwca 2015

Moje kochane, wspierające mnie w cierpieniu Blogerki :)

Otóż byłam wczoraj z moją nogą do kontroli, użaliłam się lekarzowi, że chyba coś jest nie tak, że boli, że spuchło, że szczypie. Pan doktor nogę obejrzał i wręcz wybuchnął entuzjazmem:

- Pani Bożenko, tak ma być ! Jest dobrze, powiedziałbym nawet jest cudnie. Pięknie to wygląda, to przebiega lepiej niż się spodziewaliśmy biorąc pod uwagę współistniejące schorzenie. Ładnie się żyła zarasta, niedługo nie będzie śladu i będziemy robić następny odcinek.

Na moją niedowierzającą minę pan doktor spojrzał, pokazał mi jeszcze jakieś plansze, poklepał po najbardziej obolałym miejscu aż mi świeczki w oczach stanęły i nie zmniejszając swojego entuzjazmu sprawdził jeszcze czy nie ma zakrzepów, wystawił receptę i zapowiedział:

-Zobaczy pani, na konferencjach medycznych będziemy pani nogi pokazywać po zakończeniu leczenia.

Mając więc w perspektywie możliwość zostania na stare lata eksponatem medycznym, wciskam się bladym świtem w cholerstwo pod nazwą rajstopy kompresyjne - 1 klasa kompresji i dziękuję wszystkim bogom tego świata, że ... mam króciutkie paznokcie, dużo czasu i że nie ma teraz upałów.

Zdrowia wszystkim życzę i jeszcze raz dziękuję za wsparcie w chorobie. A losowi dziękuje za mój głupawy, nieustający optymizm:)

Tagi: ludzie
13:21, atojaxxl
Link Komentarze (6) »
czwartek, 18 czerwca 2015

Leczenie dżumy przy pomocy cholery nie jest najlepszym pomysłem.

Kontrolowane, celowo wywołane zapalenie żył boli jak cholera.

Ktoś to wymyślił, ktoś taką procedurę leczenia zatwierdził, a ja cierpię.

I płacę.

A płakać będę jak zobaczę stan konta.

PS Podobno potem ma być tylko lepiej.

Jakoś trudno mi w to uwierzyć, gdy widzę rozpalone czerwone powrozy oplatające mi nogę.

Sam tego chciałeś Grzegorzu Dyndało !!!

09:03, atojaxxl
Link Komentarze (9) »
niedziela, 14 czerwca 2015

Nie piszę ostatnio, ponieważ zabrałam się za leczenie. Miałam zamiar korzystać tylko z wizyt i leczenia refundowanego przez NFZ. Zycie zweryfikowało szybko moje zamiary. Na wizytę u chirurga czekałam 5,5 miesiąca. Na badania przez niego zlecone - 4,5 miesiąca, a po badaniach - na kolejną wizytę w celu omówienia badań czekałam 3,5 miesiąca. Podczas tej wizyty dostałam skierowanie na operację, która mogłaby się odbyć najwcześniej za 4 lata. Wróciłam do lekarza z pytaniem, co robić. Odpowiedź miał gotową - leczenie prywatne, mniej inwazyjne, skuteczniejsze. Jeszcze raz obejrzał nogi, wypisał "skierowanie" prywatne. I w sobotę 13 czerwca zaległam w luksusowej, prywatnej lecznicy a włosy mi siwiały na myśl, jak wybrnę finansowo.

Dwaj lekarze,  przystojni jak hollywoodzcy bogowie, pochylili się z troską nad moimi kalafiorowatymi nogami i zaczęli wymieniać dziwne dla mnie uwagi. Powiem w skrócie: lekarz robiący mi usg żył w styczniu ... pomylił nogi, i opisał prawą jako lewą i odwrotnie. Na tzw. oko widać było, że lewa jest w gorszym stanie, że wymaga interwencji już już. Ale to wszystko na papierku wskazywało na nogę prawą.

Dwaj panowie uruchomili swoją komputerową maszynerię, zbadali mnie jeszcze raz i naoczne obserwacje się potwierdziły, co skwitowali krótko "Hm, no tak" i pocieszyli mnie, że za to prywatne teraz usg nie będę płacić.

A potem poszło z górki, po wszystkim noga od palców po pachwinę została zamieniona w mumię i dostałam jasne polecenie: chodzić, chodzić, jak najwięcej chodzić. A na zewnątrz w cieniu 34 stopnie :).

Idąc wolnym kroczkiem a raczej wlokąc moją mumię rozmyślałam sobie o tym pozornie nieistotnym zdarzeniu. Nieraz czytałam, że komuś tam coś amputowano, a to prawą rękę zamiast lewej, a to nerkę zdrową zamiast chorej, wyrwano zdrowe zęby zamiast chorych . Moi lekarze od początku widzieli, że coś jest nie tak. To czym kierowali się inni, ci, którzy chyba bezmyślnie, patrząc tylko w papier, wycinali zdrowe organy, wyrywali zdrowe zęby ? A gdybym tak jakimś cudem dostała się na operację  w szpitalu, to którą nogę by mi operowano ? Zdrowia wszystkim życzę :) i ochłodzenia, bo u nas znowu żarówa !!!

Tagi: ludzie
13:02, atojaxxl
Link Komentarze (5) »
wtorek, 02 czerwca 2015

Mmmmm... dla mnie zaczął się sezon ogórkowy. Mogłabym jeść bez końca i na różne sposoby. Mizeria z dobrą śmietaną i koperkiem ? Tak ! Surówka z cebulką i octem ? Tak ! Plasterki surowego ogórka na chlebie razowym z serkiem? Tak ! Kiszone ? Oczywiście ! Korniszony ? Jak najbardziej ! I jeszcze różne sałatki na zimę... szwedzka, koperkowo-ziołowa, czosnkowo-ziołowa, z musztardą, z miodem, z różnymi warzywami. A wszędzie ogórek w roli głównej.

Wczoraj w moim ulubionym sklepie świeżutkie gruntowe, choć spod folii, ogórki miały swoją promocję. Dostawcę znam, więc bez oporów kupiłam dwa kilogramy. Wśród ładnych, równych i spełniających unijne normy ogórków trafił mi się ten jeden. I zanim trafił pod nóż, został uwieczniony a nawet z lekka ucharakteryzowany.

Osoby nieletnie  tudzież dorosłe ale wrażliwe, drażliwe i obrażające się o byle co uprasza się o obejrzenie pierwszych trzech zdjęć. Osoby z poczuciem humoru zapraszam do oglądania całości.

1. Zależy jak kto patrzy - ogórek z nosem na kwintę :)

                  Ogórek

2. ... albo z nosem (???) zadartym...

                  Ogórek

3. ...albo w takim półprofilu...

                  Ogórek

4.... albo po lekkiej charakteryzacji ten na kwintę zyskał nowe oblicze...

                   Ogórek

5. Po kolejnej zmianie oblicza nawet zwykły ogórek uwierzy w swoje możliwości :)

                  Ogórek

Tagi: na wesoło
20:32, atojaxxl
Link Komentarze (7) »
niedziela, 31 maja 2015

Dziś Dzień Bociana Białego, tradycyjnie obchodzony w ostatni dzień maja. Nie wiem, czy to zbieg okoliczności, że przed Dniem DZIECKA ? A wiadomo, że dzieci to sprawka bocianów i kapusty, no i jeszcze wola Pańska. Żadne tam stosunki przed- i małżeńskie, żadne in vitra, sztuczności, matki - surogatki. Tylko bocian. I pole kapusty.

W pobliżu mojego bloku są dwa gniazda bocianie, obydwa zajęte i w obydwu siedzą rodzice na jajkach. Taki los bociana, sam sobie musi wysiedzieć, nikt mu nie przyniesie. Codziennie , ok. 3.30 rano, gdy już blady świt, z bliższego gniazda bocian wylatuje po zapasy. Leci w okolice miejskiego wysypiska śmieci i nad stawy. Wraca najedzony i zamienia się miejscami z partnerką.

Czasem niesie w dziobie pęczek siana, nawet przed blokiem kiedyś wylądował i zabrał potężny pęk z kopki siana zgrabionego i suszonego po koszeniu :) O tej porze nikt mu nie zagrażał.

                              Boćki

Lubię bociany. Gdy mieszkałam u moich Dziadków, obserwowałam jak bociany chodziły po świeżo oranym polu, w pobliżu oracza. Przylatywały też na świeżo skoszone łąki. I chociaż chłopcy lubili zaglądać do ptasich gniazd, to nikt nie odważył się dokuczać bocianom. Ludzie wierzyli, że piorun nie uderzy tam, gdzie osiedlił się bociek. Gdy jesienią odbywał się bociani sejm przed odlotem, wypatrywaliśmy, czy nie został jakiś połamaniec, za słaby na daleką podróż. Marzyliśmy jak to dzieci, że jakiś zostanie i będziemy mogli go wychować jak bociana Kajtka :) Chyba bocianom na szczęście nigdy nie trafiła się nam taka okazja.

Moje bociany nie odlatują :) Kilka lat temu wykonałam je techniką karczochową, dołożyłam im żabkę i tak sobie stoją :)

                Boćki

Wprawdzie dziś świętuje bocian biały, ale przecież czarny też ma jakieś prawa :)

                             Boćki

I jeszcze żabka: