Podróż przez życie z licznymi przystankami, w tym również autobusowymi
RSS
niedziela, 20 września 2015

Od kilku tygodni czytam o zmianach w szkolnych sklepikach i stołówkach. Nowe przepisy ograniczają ilość soli, nie zezwalają na sprzedaż fast foodów i słodkich napojów, białe pieczywo musi być zastąpione razowym, a cukier należy zastąpić miodem. I od kilku tygodni czytam, jak zapobiegliwi i przebiegli polscy uczniowie radzą sobie w tej sytuacji: w Lublinie powstał szkolny "czarny rynek drożdżówek" - uczeń przed lekcjami wykupuje drożdżówki w piekarni i potajemnie sprzedaje w szkole kolegom, oczywiście z zyskiem. Dzieci korzystające ze stołówek szkolnych noszą ze sobą sól, cukier i przyprawy - widziano już uczniów mających w plecaku młynek solny :) Sklepy w pobliżu szkół notują znaczny wzrost obrotów, a jedna z sieci spożywczych reklamuje się hasłem "Tego nie kupisz w szkolnym sklepiku"...

Mnie w tym wszystkim zainteresował nakaz zastąpienia cukru miodem. Hm, twórca przepisów chyba nie był ostatnio w sklepie i nie wie, ile kosztuje litr albo kilogram miodu. To już lepiej było w ogóle zakazać w przedszkolach i szkołach podawania kompotów, białej kawy, kakao czy herbaty. Woda zastąpi wszystko :)

Podczas ostatnich wakacji wyszukiwałyśmy z Małą Zu różne atrakcyjne miejsca i starałyśmy się brać udział w ciekawych imprezach. A do takich należały na pewno warsztaty z prawdziwym pasiecznikiem, bartnikiem czy jak kto woli - pszczelarzem. Na warsztaty udałyśmy się w towarzystwie mamy Małej Zu i małej przyjaciółki Julki.

Bartnik1

W Muzeum Etnograficznym, na świeżym powietrzu zebraliśmy się wokół kilku zabytkowych uli. Pan Radwan pokazał dzieciom wnętrze ula, rozmieszczenie ramek, wyjaśnił różnicę między bartnictwem, pasiecznictwem i pszczelarstwem. Dzieci poznały poszczególne grupy pszczół, uczyły się jak rozpoznać królową-matkę, robotnicę i trutnia.

Bartnik2

Potem przyszedł czas na opis pracy pszczelarza z wykorzystaniem dymu...

 Bartnik3

...i specjalnego stroju ochronnego.

 Bartnik4

Po spotkaniu panie pracujące w Muzeum zaprosiły uczestników na degustację razowego chlebka z miodem. Mała Zu była jedną z pierwszych przy starej studni zastępującej stół :)

Bartnik5

...albowiem ulubione zdanie Małej Zu brzmi "ja kocham miodek, ja uwielbiam miodek!" Poniżej z Julką i mamą. Babcia jak zwykle robiła zdjęcia :)

Bartnik6

Zatem: JEDZMY MIÓD i zachęcajmy dzieci do jego spożywania. I chrońmy pszczoły. Bez nich zginiemy...

Po spotkaniu z panem Radwanem dziewczynki z wielkim zaciekawieniem obejrzały rewelacyjną wystawę starych rowerów:

Rowery1

....i miniaturek rowerów czyli dawnych zabawek :)

Mini-rowerek

Jak zawsze - ukłony pod adresem naszego Muzeum Etnograficznego. To naprawdę jest miejsce przyjazne dla wszystkich :)

PS zawsze uważałam, że dorośli opiekunowie dzieci podczas takich zajęć powinni usunąć się w cień i pozwolić dzieciom na zadawanie pytań, wyciąganie wniosków itp. Pan pszczelarz oględnie wyjaśnił rolę trutnia w ulu i dzieciom to wystarczyło ("pomaga królowej-matce w znoszeniu jajeczek"). Jedna z matek dotąd jednak drążyła temat, aż wreszcie usłyszała słowa: kopulacja i zapłodnienie. Syn ciekawskiej pani natychmiast zażądał wyjaśnienia słowa kopulacja... Dzieci były w wieku 4 - 6 lat.

16:51, atojaxxl
Link Komentarze (6) »
wtorek, 15 września 2015

Kochani, bardzo Wam wszystkim dziękuję za słowa wsparcia i życzliwość, z jaką potraktowaliście mój bardzo przecież osobisty poprzedni wpis: dziękuję sekretarce.bozeny, kotimysz, tommyknocker, niepoliczalnej, moonfairy, babcibezmohera, kobieciewbarwach jesieni. Jesteście wspaniali, to wiele dla mnie znaczy.

W realu spotkałam się bowiem z zarzutem, że nie powinnam o tym mówić, że lepiej udawać jakoby J. wyjechał do pracy, ponieważ cytuję: "może wróci, a wtedy będzie mu przykro, że ludzie wiedzą". Stara zasada, że kobieta powinna cierpieć w milczeniu, a najlepiej, żeby winę wzięła na siebie.

Po 38 latach znajomości, 36 latach małżeństwa, w 62 roku życia zostałam porzucona jak stary łach, z nieustającym obowiązkiem opieki nad niepełnosprawnym synem. Mnie nie jest przykro? A G.? Jemu nie jest przykro, że w życiu ojca nie ma już dla niego miejsca? Mam milczeć, gdy dzieje się zło, do którego w żaden sposób się nie przyczyniłam?

Przez ostatnie 7 lat utrzymywaliśmy obydwoje naszego męża i ojca z naszych skromnych emerytury i renty. Tyle lat "szukał" pracy jak nie przymierzając Ferdek Kiepski, żadna nie odpowiadała jego oczekiwaniom. Pojechał w czerwcu do sanatorium dokładnie w 36 rocznicę ślubu, tam spotkał swoją nową wielką miłość. Miał pecha - zobaczyłam ich na kamerze internetowej w parku zdrojowym. Po powrocie do domu nie zaprzeczał i kontynuował romans przez telefon a potem wyjechał prawie 400 km od domu, pani C. przyjęła go pod swój dach, przekonała do podjęcia pracy... To prawda, ułatwiłam mu podjęcie decyzji. Teraz czeka na resztę rzeczy. I się nie doczeka.

I wiecie co? Po PIERWSZYM SZOKU I NIEDOWIERZANIU, że tak religijny, bogobojny człowiek, obnoszący wysoko sztandar swojej uczciwości ("niczego się nie dorobiłem, bo jestem uczciwy") po prostu pogrążył swoje życie, odnajduję dobre strony naszej nowej rzeczywistości.

Nie muszę się tłumaczyć z każdego kroku (to była podobno troska o mnie).

Gotujemy i jemy z G. to, co nam smakuje z naciskiem na kasze, brązowy ryż, kuskus, bulgur, paprykę, sałatki z mozzarellą i fetą, placki ziemniaczane i pyzy, sery białe, potrawy kuchni śródziemnomorskiej - wszystko, czego nie jadał J.

A gdy nie chcemy to nie gotujemy :)

Mało mięsa, dużo warzyw.

Od trzech miesięcy nie kupiliśmy białego pieczywa, tylko nasz ulubiony graham i razowiec.

Praktycznie nie używamy herbaty, coraz mniej cukru.

Czasem wychodzimy na obiad do restauracji.

Wreszcie przestał ryczeć cały dzień telewizor.

Gdy mam ochotę, wychodzę w nocy na balkon, piję herbatę albo wino i podziwiam gwiazdy.

A w dzień puszczam bańki mydlane ku uciesze dzieci.

W domu stale otwarte są okna, w dzień i w nocy - J. boi się świeżego powietrza i przeciągów, więc stale zamykał.

Czytam książki kiedy chcę, gdzie chcę i jak długo chcę, nikt mi ich nie składa na "kupkę" :)

Mam nadzieję, że już więcej nie usłyszę "Ja mam prawo, ty masz obowiązek".

Znalazłoby się więcej, ale teraz mam sporo zajęć z przetworami :) Wracam więc do moich śliwek. Dziękuję Wam jeszcze raz, że jesteście ze mną :) Bożena z synem

 

 

 

sobota, 05 września 2015

Nie piszę od kilku tygodni.

Życie rozsypało mi się jak puzzle układane pracowicie, a nagle okazuje się, że zabrakło ostatniego kawałka i cały obrazek traci sens.

Nie wiem, kiedy się pozbieram i czy będę jeszcze w stanie to zrobić.

Na razie próbuję posprzątać przede wszystkim w swojej głowie.

I w jego rzeczach.

Prawdą jest, że kobieta kobiecie potrafi wyrządzić największą krzywdę.

Banalna, trywialna wręcz historia sanatoryjnego romansu.

Romansu z dalszym ciągiem.

Zostaliśmy sami, ja i nasz G.

Może jeszcze kiedyś tu wrócę.

Ale wszystko będzie już inne.

Tagi: ludzie
10:05, atojaxxl
Link Komentarze (8) »
czwartek, 13 sierpnia 2015

Przygotowywałam się starannie. Wygodny fotel, kawa, owoce, silna lornetka, lista życzeń. Chciałam jechać na działkę, bo tam egipskie ciemności i gwarancja pełnego widoku na czyste niebo. Ale G. nie chciał a ja bałam się zostawiać go samego w nocy. Balkon też się nadawał do obserwacji, okolica nie jest tak naszpikowana światłami jak centrum.

Po 22.00 zainstalowałam się na balkonie i czekałam jak zaczną spadać. Z odgłosów dochodzących z innych balkonów wnioskowałam, że przynajmniej część sąsiadów również na to czeka. Zapomnieliśmy, że nad naszymi głowami krzyżują się korytarze powietrzne lotnictwa cywilnego: z północy na południe i ze wschodu na zachód i zarówno w dzień jak i nocy korytarzami tymi podążają dziesiątki samolotów.

Co jakiś czas na niebie ukazywał się błyszczący punkcik wywołujący najpierw euforię ("patrz, patrz, leci, pomyśl życzenie") a później rozczarowanie, gdy okazywało się, że to tylko samolot, bo mu "pod ogonem świeci na czerwono" jak orzekł autorytatywnie sąsiad z lewej.

Po 23.00 u sąsiadki z góry zapaliła się całoroczna iluminacja balkonu rozpraszając nam niepotrzebnie ciemności. Później zaczęły opadać... Nie, nie gwiazdy !!! Sąsiadka z góry chcąc sobie widocznie urozmaicić oczekiwanie rozwiesiła mokre, długie zasłony, które przesłoniły mi część MOJEGO nieba. Noż kurde mol, myślę sobie, co ja zobaczę ? Delikatna interwencja pomogła ("wiesz, nie pomyślałam o tym").

Czekamy. Pierwsza Perseida - pierwsze życzenie. Piękna, rzekłabym:soczysta, wyraźna linia. Ale i tak wiem, że spełnienie zależy tylko ode mnie. Ale co tam.

Przed naszymi oczami przeleciał sypiąc iskrami pet z czwartego piętra. Pechowo (a może celowo) wpadł w kopkę siana po koszeniu trawy, suchego jak pieprz. Zaczęło się tlić, co nas wszystkich zmobilizowało do akcji gaśniczej. Udanej. Wystarczyło wiadro wody chluśnięte z parteru.

Następne Perseidy - następne życzenia. Niewiele ich miałam, ale też i spadające gwiazdy pojawiały się rzadko. Po 2 w nocy upewniwszy się, że G. śpi jak suseł wyszłam kilkaset metrów dalej na wolną przestrzeń. Boże mój, jaki to był widok. Jakby nagle niebo wysypało na nas wszystkie swoje skarby. Stało nas tam ok. 40 osób wpatrzonych w górę. Taka fajna wspólnota ludzi.

Gwiazdo ostatnia, najpiękniejsza, spełnij to moje jedyne życzenie, którego realizacja nie zależy ode mnie. Z każdym innym sobie poradzę :)

Tagi: wydarzenia
14:02, atojaxxl
Link Komentarze (6) »
wtorek, 11 sierpnia 2015

Jestem bliska popełnienia zbrodni, niedoskonałej, bo na oczach wielu osób. Skoro inne, pokojowe metody nie skutkują, to może takie rozwiązanie w afekcie przyniesie pozytywny efekt.

Niedaleko od mojego bloku jest sklep, nieraz tu przeze mnie zachwalany. Zewnętrzne ściany sklepu są obłożone aluminiowymi płytami, pomalowanymi na ciemny, zielony kolor. Do sklepu prowadzą schody i podejście dla mniej sprawnych, dla wózków itp. Przy obecnych upałach temperatura w przy tych nagrzanych ścianach przekracza w pełnym słońcu 50 stopni, skoro w cieniu wynosi 34 - 36. Sklep od mniej więcej 10 godziny rano jest nasłoneczniany do wieczora. Barierek nie da się dotknąć. Od nagrzanych ścian bucha wręcz żar.

W czym problem, powiecie. Teraz wszędzie tak jest. Ano problem w tym, że sklep upodobały sobie starsze panie, posiadaczki i miłośniczki psów. Przywiązują te nieszczęsne zwierzęta do barierki, pies musi siedzieć na nagrzanych płytkach podjazdu, obok rozgrzanych ścian. Pańcie wchodzą do klimatyzowanego sklepu i robią niby-zakupy. Obmacują każdy owoc, studiują napisy na każdej torebce mąki, cukru, zagadują personel - robią wszystko, by usprawiedliwić swój pobyt w przyjemnym chłodzie. A w koszyku jakiś proszek do pieczenia.

Tymczasem pozostawiony przed sklepem pies zaczyna się niespokojnie kręcić, podnosi po kolei każdą łapkę (płytki są gorące, wiem coś o tym, spadł mi tam klapek), poszczekuje, próbuje się uwolnić, napręża smycz, wpatruje w wejście do sklepu, wreszcie zaczyna rozpaczliwie ujadać.

Niekiedy dwa, trzy psy szczekają na kilka głosów. Szczekanie przechodzi w skowyt... Interweniują mieszkający nad sklepem ludzie. Interweniują inni klienci. Właściciel sklepu odpowiada, że próbował zabronić przywiązywania psów, to kartka każdorazowo była zdzierana. Sama kilka razy wchodziłam i pytałam o właściciela pozostawionego na skwarze psa. Zawsze spotykałam się z oburzeniem: "to nie pani sprawa, zaraz kończę zakupy", "nic mu nie będzie, przyzwyczajony" itp.Wczoraj zawiadomiłam odpowiednie służby, przyjechali, zobaczyli, pouczyli...

Dziś ten sam pies próbował siedzieć przywiązany do barierki, przy rozgrzanej ścianie i szczekał jak oszalały. Co mogę jeszcze zrobić ? Odwiązać i puścić wolno ?

Miałam psa 16 lat. Pamiętam, jak podczas upałów z własnej woli wchodził do łazienki i kładł się na zimnej posadzce. Z jaką radością kładł się na działce na mokrym ręczniku. W każdej chwili miał dostęp do misek z wodą zmienianą na chłodniejszą, gdy się nagrzała. Na dłuższe spacery chodziliśmy wczesnym rankiem i wieczorem. Nigdy nie brałam psa na zakupy, a gdy okazało się, że tak robi moja Mama, ostro się przemówiłyśmy.

Już nie mogę słuchać tego wycia i szczekania. Przecież pies to też żywe stworzenie. I podobno najwierniejszy przyjaciel człowieka.

Tagi: ludzie
21:02, atojaxxl
Link Komentarze (6) »
niedziela, 26 lipca 2015

Codziennie, kilkanaście razy wchodził do mojego domu.

Szczupły, przystojny, z wypielęgnowanym krótkim zarostem, wchodził pozornie niedbałym krokiem.

Potem siedział i myślał.

Energicznym ruchem odwracał głowę i spoglądał głęboko w oczy, a jego magnetyczne spojrzenie przyciągało uwagę.

Richard Virenque.

Niegdyś król kolarstwa szosowego i uczestnik skandalu dopingowego.

Już nie wejdzie do mojego domu.

Skończył się Tour de France :(

PS Nie zwariowałam i nie uderzył mi upał na mózg. Po prostu kocham wielkie toury kolarskie, a z tegorocznego dość nudnego Tour de France najbardziej zapamiętałam właśnie reklamę zegarków Festiny z udziałem sympatycznego Richarda Virenque.

20:08, atojaxxl
Link Komentarze (1) »
wtorek, 14 lipca 2015

Od kilku miesięcy gości w moim mieście rewelacyjna wystawa poświęcona toruńskim piernikom. Świetnie przygotowana, wielu rzeczy można dotknąć, pomieszać w pojemnikach z przyprawami, a także ... własnoręcznie upiec i udekorować piernik z ciasta przygotowanego wcześniej przez pracowników muzeum. Obiecywałam Małej Zu wyprawę na tę wystawę i na warsztaty pierniczkowe. Wcześniej przypomniałyśmy sobie, z czego piekłyśmy w grudniu nasze domowe pierniczki, jakich przypraw używałyśmy. Dodatkowo przeczytałyśmy baśń o piernikowej karecie.

Tak przygotowane ruszyłyśmy do muzeum. W holu przywitał nas kupiec korzenny, oferujący przywiezione zza mórz kosztowne przyprawy

pierniki

Następnie z wydatną pomocą pań przewodniczek wykonałyśmy czapki cukierników, w których należało zwiedzać wystawę i piec pierniki

pierniki

(od pewnego czasu Mała Zu pozuje, choć staram się uchwycić naturalne zachowania)

Wyposażone w czapki dzieci ruszyły zwiedzać. Najpierw poznały historię pierników, ich znaczenie dla zdrowia, a także uczyły się poznawać przyprawy, które pani przewodniczka podawała im w glinianych naczyniach. Byłam dumna z Małej Zu, ponieważ rozpoznała prawie wszystko, poległa na kardamonie :)

pierniki

Potem oglądaliśmy liczne, stare formy do wyciskania pierników, w tym niektóre okazy z tzw. serii form królewskich

pierniki

Przerwaliśmy zwiedzanie, ponieważ przyszedł czas, by zmierzyć się z ciastem i formami:

pierniki

Mała Zu samodzielnie wysmarowała formy olejem, wywałkowała ciasto i ugniotła je w formie, babcia pomogła wyjąć i odciąć niepotrzebne kawałki ciasta. Gotowe, surowe pierniki powędrowały do pieca, a dzieci poszły ... też do pieca, czyli na tę część wystawy, która pokazuje sam dawny proces pieczenia pieników. Siedząc na wygodnych poduszkach wysłuchały wierszowanej baśni o piernikowej karecie, podzieliły się wrażeniami i obejrzały piekarza i jego piec

                               pierniki

Po obejrzeniu wystawy poświęconej rozwojowi przemysłu piernikarskiego w Toruniu, dawnego sklepu z piernikami i ekspozycji przecudnych opakowań współczesnych pierniczków z "Kopernika", przyszła pora na dokończenie dzieła czyli dekorowanie pierników. Najpierw jednak dzieci wykonały sobie torebki na swoje dzieła a potem jak które umiało, tak dekorowało lukrami swoje wypieki

pierniki

Mala Zu wykonała wiatraczek i ptaszka, którego powyżej pracowicie pomalowała czerwonym lukrem:)

Po zwiedzaniu, umyciu rąk i zapakowaniu swoich pierniczków, kupiłyśmy jeszcze kilka paczek prawdziwych toruńskich katarzynek. A potem powędrowałyśmy do pobliskiej galerii artystów niepełnosprawnych "Aniołowo", gdzie nasz G. wraz z grupą koleżanek i kolegów z WTZ przygotowuje obrazy, mozaiki i inne pamiątki związane z naszym miastem. Mała Zu nie pozwoliła zdjąć sobie czapki cukiernika i tak przemaszerowałyśmy całe miasto :) Tu na zdjęciu Mała Zu i nasz G., który jest jej ojcem chrzestnym :)

galeria

Po drodze do domu, zapisałyśmy się na warsztaty z bartnikiem i pszczółkami. Mała Zu uwielbia miód, więc będą to dla niej bardzo atrakcyjne zajęcia.

Muszę w tym miejscu pochwalić nasze muzeum, które wykonuje wspaniałą pracę edukacyjną wśród najmłodszych, organizując liczne zajęcia :) Dziękujemy :)

21:48, atojaxxl
Link Komentarze (7) »
piątek, 10 lipca 2015

Ha! Niebawem stanę się weteranką konkursów bloxowych, bo oto znów wygrałam jedną z pięciu równoważnych nagród w konkursie bloxa. Konkurs był nieskomplikowany, należało udzielić kreatywnej odpowiedzi na pytanie, na co  kot może mieć chęć i dlaczego oczy kota świecą w nocy. Pretekstem do konkursu stało się wydanie książki Doroty Sumińskiej "Dlaczego oczy kota świecą w nocy". Książkę ilustrowała znana blogerka Joanna Żero.

Nagroda

Napisałam 4- wersowy wierszyk i w ten sposób stałam się szczęśliwą posiadaczką wyżej pokazanej książki, wzbogaconej o autografy obydwu autorek.

                 Nagroda2

Kochani, jeżeli chcecie udowodnić sobie samym, dzieciom i wnukom, że na każde pytanie jest odpowiedź, to niezwłocznie zaopatrzcie się w tę książkę. Niezwykle starannie wydana przez moje ulubione Wydawnictwo Literackie w myśl zasady, że dla dzieci wydaje się tak samo jak dla dorosłych tylko lepiej.

Dzieci zadają tysiące pytań i oczekują przynajmniej tylu odpowiedzi. Teraz możecie, czytając razem razem z dzieckiem, dowiedzieć się, dlaczego ryba nie topi się w wodzie, dlaczego pies macha ogonem, po co jeżowi kolce, czy drzewo czuje ból, skąd się biorą sny, dlaczego ludzie i zwierzęta umierają. I oczywiście dlaczego oczy kota świecą w nocy.

Nagroda3

Zachwycają rysunki; staranne, uwzględniające możliwości percepcyjne dziecka. Zwierzątka Joanny Żero to nie dziwolągi ze snu szalonego malarza, to piękne postaci z pogranicza rzeczywistości i baśni. Mnie osobiście ujęła za serce okładkowa myszka czytająca "Kota w butach" w świetle padającym z oczu rudego, uśmiechniętego kocura.

Nagroda 4

Ostatni raz zachwycałam się tak książką kupioną dla Małej Zu, której bohaterką była Gąska Zuzia, z rysunkami Petra Horacka. To właśnie tej klasy wydania zachęcają dzieci do czytania i poznawania świata przyrody.

Pani Doroto, Pani Joanno, Bloxie - dziękuję !

Tagi: konkursy
18:09, atojaxxl
Link Komentarze (5) »
czwartek, 09 lipca 2015

Jakoś tak się u nas składa, że zawsze coś ludzi zaskakuje, a najbardziej tych, którzy powinni być rzetelnie do danej sytuacji przygotowani. I tak zima zwykle zaskakuje drogowców, wiosna - służby miejskie odpowiadające za uprzątnięcie pozimowego bałaganu, lato - kolejarzy podstawiających mniej wagonów dla podróżnych, jesień - służbę zdrowia zawsze wtedy zdziwioną, że oto przybyło chorych w przychodniach. Dawniej jeszcze lato zaskakiwało fabryki sznurka do snopowiązałek, na którego brak zawsze narzekali rolnicy...

Okazuje się, ze w tym roku wakacje zaskoczyły rodziców !!! Nie wiedzieli biedni przez całe 10 miesięcy roku szkolnego, że dzień rozdania świadectw rozpoczyna dla ich pociech okres wypoczynku, letniej laby, dłuższego wylegiwania się w łózkach, ale przede wszystkim - czas wolności od szkolnych obowiązków. Wielu z rodziców właśnie teraz narzeka i domaga się, by szkoły przejęły ich obowiązki opiekuńcze i zapewniły dzieciom atrakcje wakacyjne.

Ba, narzekają też ci, którzy zapisali dzieci na półkolonie organizowane w tych niedobrych szkołach, bo nie pasuje im czas. Dzieci przychodzą na 8.00, jedzą śniadanie (większość przychodzi o suchym - przepraszam - pysku, no bo po co dać dziecku w domu kromkę chleba z masłem, w szkole dostanie...). Po śniadaniu dzieci wyruszają z wychowawcami na wycieczki, na basen, do parku, zwiedzają wystawy i muzea. O 13.00 wracają na obiad, potem mają chwilę spokojnego relaksu (nie muszą spać, ale mogą słuchać muzyki, głośnego czytania itp), potem zajęcia sportowe lub kulturalne, jakieś teatrzyki, kabarety, podwieczorek i między 15.00 - 16.00 dzieciaki wracają do domów. No to o co chodzi ?

No o to właśnie, że to za krótko: powinno być przynajmniej od 7.00 do 17.00 a nawet do 18.00.

No to ja pytam, po co tym ludziom dzieci.

Znam sytuacje, gdy do żłobka przyprowadzano chłopczyka tuż po 6.00 rano a odbierano zwykle z opóźnieniem po 17.00. Malec do wszystkich mężczyzn mówił tata, do każdej kobiety biegł z okrzykiem mama. Tak samo było w przedszkolu. Gdy zaczął naukę w I klasie, matka przyprowadzała go do szkoły przed 6.30 ( o tej porze zaczynał pracę woźny), nigdy nie odbierano go w terminie, często przysypiał w moim gabinecie, dokąd zabierałam go, gdy świetlica kończyła pracę... Nie wiem jak potoczyły się jego losy, odeszłam na emeryturę.

Obowiązuje u nas zasada: o nauczycielach albo źle albo wcale. Jeśli źle, to oczywiście są niedouczeni, z przypadku, złośliwi, niesprawiedliwi, nie dostali się na inne studia, to zostali nauczycielami, czekają tylko na prezenty, siedzą na zwolnieniach, biorą pieniądze za nic itp itd. Jednocześnie te same osoby hejtujące nauczycieli na różnych forach w ciągu roku szkolnego,  bardzo ochoczo oddałyby w ich ręce swoje dzieci na czas wakacji. Tak, tak, w ręce tych niedouczonych, leniwych i przypadkowych nauczycieli.

Pracowałam w szkole na tyle długo, że wiem, jak dzieci przyjmują wiadomość, że w czasie wakacji będą chodzić do szkoły, że będą wstawać nadal o 6.00, jeść znienawidzoną zupę mleczną, znosić niemiłych kolegów i złośliwe koleżanki. 10 (słownie - dziesięć) miesięcy roku szkolnego to wystarczająco dużo, by zaplanować i zapewnić dziecku opiekę, dogadać się z rodziną, z sąsiadkami, z organizacjami.

Ja osobiście najbardziej lubiłam wyjazdy do dziadków na wieś, nigdy nie byłam na koloniach, półkoloniach itp. Jeździłam natomiast na obozy zuchowe i harcerskie. Gdy byłam starsza - wymieniałam się z kuzynkami: ja jechałam do cioci na 2 - 3 tygodnie, potem kuzynki przyjeżdżały do nas. Spałyśmy na podłodze na materacach, latałyśmy na basen - o zgrozo same !!! Umiałyśmy sobie zorganizować zajęcia - wszystkie byłyśmy harcerkami. Wszystkie żyjemy. A teraz trzeba dzieciom wszystko organizować, rodziców wyręczać w opiece i jeszcze od nich obsłuchiwać, że źle i za krótko. I niestety, powiedzmy to jasno, coraz mniej jest więzi rodzinnych i takiego klanowego poczucia odpowiedzialności za dzieci z rodziny. I dlatego wakacje zaskoczyły...

19:06, atojaxxl
Link Komentarze (5) »
sobota, 27 czerwca 2015

Staram się tu nie zabierać głosu w sprawach bieżących, politycznych, gospodarczych, ale dziś napiszę kilka zdań odnośnie wczorajszych tragicznych wydarzeń w Tunezji. Marzyłam o wakacjach na Jerbie, tunezyjskiej wyspie pełnej słońca, błękitnego nieba i morza. To takie marzenie bez szans na spełnienie - wiek, brak kasy, no i trochę strach przed nieznanym.

Oglądałam wczoraj wieczorem powtórki serialu "Ranczo". W jednym z odcinków państwo Więcławscy przeglądają katalog biura turystycznego, albowiem pani Więcławska też marzy o wyjeździe na zasłużone wakacje tam gdzie jest ciepło, słonecznie, atrakcyjnie. Jej małżonek, Więcławski, inżynier budowlaniec, nie ma ochoty na dalekie wyjazdy, więc szuka pretekstu, by zapał żony nieco ostudzić. Więcławska proponuje Egipt - Więcławski odpowiada, że tam jest niebezpiecznie, na co żona beztrosko "No coś ty, na plaży przecież nie strzelają". Więcławska proponuje Tunezję - Więcławski ripostuje, że stamtąd wszyscy do Włoch uciekają...

Wówczas, gdy nakręcono te odcinki, jakieś 5 lat temu, zaśmiewaliśmy się z tych dialogów. Kraje, gdzie gospodarkę nakręca turystyka, wydawały się być bezpieczne, przynajmniej w zamkniętych enklawach wypoczynkowych. A potem okazało się, że macki terroryzmu i tam dosięgają. Już nam nie do śmiechu...

Dziś już nikt nie powie "na plaży przecież nie strzelają", bo strzelają w muzeach, na plażach, w hotelach i świątyniach. A ja zadaję sobie pytanie: gdzie ta potęga świata, gdzie siły, na które wydaje się miliardy dolarów, dlaczego armia fanatyków morduje, podrzyna gardła, topi lub pali w klatkach, rozstrzeliwuje w samochodach, zrzuca z dachów, stosuje inne okrutne metody wobec niewinnych ludzi, a świat na to pozwala.

Wczoraj też dowiedziałam się z oficjalnych źródeł, że moje miasto będzie jednym z pierwszych, które przyjmie tzw. uchodźców syryjskich, są już dla nich przygotowane mieszkania. Biskupi w skowronkach, bo to z ich inicjatywy. Ale to nie oni biorą na siebie koszty utrzymania tych rodzin, nie oni będą ponosić odpowiedzialność za relacje społeczne, jakie powstaną w wyniku tej decyzji. Bo że z tych trzech początkowo rodzin powstaną szybko wieloosobowe klany, to pewne jak w banku. Chciałabym mieć pewność, że wśród przybyszów nie będzie ukrytych terrorystów. Chciałabym mieć pewność, że moja wnuczka będzie bezpieczna w przedszkolu, na placu zabaw, na plaży.

Nikt mnie nie pytał, czy chcę mieć za sąsiadów potencjalne cele ataków terrorystycznych. Bo funkcjonariusze tzw. Kalifatu Państwa Islamskiego na pewno swoich ofiar tak łatwo nie wypuszczą z obszaru swoich zainteresowań.

Tak, tak , wiem, wiem, musimy jako społeczeństwo spłacić solidarnościowy dług za tych, którzy kiedyś emigrowali z Polski i gdzieś tam w świecie ich przyjęto. Ale nie słyszałam, żeby Polska była kiedykolwiek krajem popierającym terroryzm i by nasi emigranci dyktowali swoje warunki w nowych ojczyznach.

A teraz możecie mnie zjeść, bo przecież powinnam piać z radości, że oto dane mi będzie zakosztować wspólnoty i wielokulturowości.

Tagi: ludzie
12:10, atojaxxl
Link Komentarze (5) »