Podróż przez życie z licznymi przystankami, w tym również autobusowymi
RSS
czwartek, 17 grudnia 2015

Jestem, żyję, mam się dobrze, choć pracy mam teraz za dwoje. Wiadomo, co się dzieliło dawniej na dwie osoby, teraz musi zrobić jedna. Moonfairy, tak, zlikwidowałam ten nieszczęsny wpis. Nie ze strachu, ale na prośbę osoby jakoś tam zaangażowanej w pomoc uchodźcom (cokolwiek to znaczy...)

Oprócz typowo przedświątecznych prac domowych wypełniałam sobie jesienne wieczory tworzeniem zimowych krajobrazów w przezroczystych kulach. Inaczej mówiąc wykonywałam bombki krajobrazowe.

bombka krajobrazowa

Najpierw uczestniczyłam w warsztatach, gdzie poznałam wszystkie sztuczki techniczne. Potem zgromadziłam materiał: kule przezroczyste, kule styropianowe, domki pracowicie wycięte i sklejone z włoskiego kartonu, pasta śniegowa powertex, rozmaite suszone owoce i roślinki, kleje, sztuczny śnieg itp - patrz niżej

Bombki krajobrazowe 2

Potem odcięłam potrzebną część kuli styropianowej i na części wypukłej posmarowałam ją pastą śniegową, odstawiłam do wysuszenia. Suchą pokryłam tą samą pastą po stronie płaskiej na mokrej paście ustawiłam kompozycję z suszek, kory, figurek, kamyczków, domków i znowu odstawiłam do wyschnięcia na dwie doby.

Bombki krajobrazowe 3

Na powyższym zdjęciu jest tylko pokazowa przymiarka. Na tych poniżej już gotowe kompozycje. Wysuszoną dobrze kompozycję wstawia się do jednej części kuli przezroczystej, dopasowuje i przykleja dużą kroplą kleju na gorąco. Całość zamyka się drugą częścią kuli, sprawdza całość i ewentualnie ozdabia z wierzchu wstążką, maleńkimi bombkami, gwiazdeczkami itp 

Ja zrobiłam kilka szopek:

Bombka krajobrazowa 4

 

Bombka krajobrazowa 5

 Jak widać, św. Józef musiał znaleźć się poza osłoną wykonaną z kory, ponieważ mimo swoich maleńkich rozmiarów i tak się nie mieścił obok żłóbka. No to sobie stoi z boku i przyświeca latarnią:)

Bombka krajobrazowa 6

 A tu wyżej jest malutki kościółek z dzwonnicą(źle niestety oświetlona), w kuli mniejszej od poprzednich. 

Teraz widzę jak fatalnie sfotografowałam te moje prace, w rzeczywistości są dużo ładniejsze i widać precyzję tych miniaturek

20:41, atojaxxl
Link Komentarze (14) »
poniedziałek, 02 listopada 2015

Kilkanaście lat temu dzień Wszystkich Świętych i Zaduszki spędziłam w szpitalu. Znalazłam się tam kilka dni wcześniej z powodu powikłań po szczepieniu przeciw grypie. Było mi bardzo przykro, że nie mogę iść na grób synka i innych krewnych. Przez kilka pierwszych dni byłam w sali sama, nawet rozmawiałam o tym z pielęgniarką, która mnie "pocieszyła", że jeszcze chwila a cały oddział będzie pękał w szwach i będzie przypominał oddział geriatryczny. I miała rację - dzień przed Wszystkimi Świętymi( a miał być tzw. długi weekend) na kolejnych łóżkach pojawiali się starzy, bardzo starzy ludzie, których stan dziwnym zbiegiem okoliczności właśnie się pogorszył i rodziny uznały, że koniecznie ale to koniecznie muszą być hospitalizowani. Awantury z lekarzami, którzy mieli odmienne zdanie były na porządku dziennym.

W sąsiedniej sali leżał otyły mężczyzna, podłączony do najrozmaitszych aparatów, bez przerwy płakał, krzyczał i wzywał rozpaczliwie "Jezuuuuuusie", "Maryyyyyyyjo", nie pomagały już żadne środki uśmierzające. Chorzy narzekali, rodzina domagała się "Zróbcie coś", pielęgniarki stale zmieniały pościel, odgrodziły łóżko parawanem. W Dzień Zaduszny, o 4 rano krzyk ustał, chory zmarł, samotnie, bez rodziny,na szpitalnym łóżku, za parawanem. Po stwierdzeniu zgonu, owinięto ciało w zielone płótno, położono na szpitalnym wózku do przewożenia zwłok i ustawiono chwilowo... na korytarzu, obok wejścia do świetlicy. Pacjenci przechodzili obok do łazienki czy toalety.

Spod zielonej otuliny wystawał palec lewej nogi. Po zmianie obsady przystąpiono do wywiezienia ciała. Dwie drobne salowe nie były w stanie dźwignąć to potężne ciało, więc jedna weszła na wózek i z komentarzem "Aleś cholera ciężki, tylko mi tu nie zleć"przetoczyły zmarłego do białej plastikowej trumny prosektoryjnej. Ciało wpadło twarzą do dołu, ale to nie miało znaczenia, próbowały je odwrócić, udało im się tylko  połowicznie - "W kostnicy cię przełożą, to se będziesz leżał wygodnie". Pracownik zabrał trumnę windą towarową, a obok świetlicy został wózek... Po chwili ktoś zostawił na nim talerz z niedojedzoną kromką chleba. Nasunęło mi się wtedy skojarzenie z prasłowiańską ofiarą dla zmarłych...

Dałam sobie wtedy słowo, że nie pozwolę, bo ktoś z moich bliskich tak umierał. Wśród kabli, otoczony obojętnością, zniecierpliwieniem, traktowany jak przedmiot... Wygnaliśmy śmierć z naszej codzienności, z naszych domów i mieszkań, oddaliśmy ją w ręce obcych. Może dlatego tak nas zaskakuje, gdy jednak przychodzi?

Tagi: ludzie
10:01, atojaxxl
Link Komentarze (6) »
poniedziałek, 19 października 2015

Bardzo rzadko piszę tu o książkach, choć jest to przecież moja największa chyba pasja. Starannie oddzielam jednak to, co czytam dla poszerzenia swoich horyzontów od tego, co czyta się dla przyjemności (choć jedno nie wyklucza drugiego). Bardzo lubię kryminały, Agatha Christie to dla mnie niedościgniony wzór autora powieści kryminalnych nieco trącących dziś myszką. No kocham tę starszą panią i koniec.

Ostatnio trafiłam przypadkowo na powieść kryminalną amerykańskiej pisarki Joanne Fluke "Śmierć za cukiernią. Współczesny sensacyjny kryminał ze słodyczami w tle"(Bellona, Warszawa 2012). Zgodnie z amerykańskimi standardami powieść opatrzona jest informacją, iż była bestsellerem "New York Timesa", czego potwierdzeniem są fragmenty pełnych zachwytu recenzji. Główna bohaterka, młoda właścicielka cukierni "Ciasteczkowa Dolina" nie tylko piecze cudowne ciasteczka, ale amatorsko i z sukcesami zajmuje się rozwiązywaniem rozmaitych problemów kryminalnych, pomagając przy tym swojemu szwagrowi - detektywowi miejscowej policji.

Powiedzmy szczerze, warstwa kryminalna i detektywistyczna w tej książce jest marna, znawca tego typu gatunku nie dotknąłby jej nawet kijem. Matko kochana, dziewczyna przesłuchuje mieszkańców miasteczka jak zawodowa policjantka w przerwie między jednym wypiekiem a drugim i przesłuchiwani jakoś na to się godzą, nikt nie protestuje. Wynosi dokumenty z miejsca przestępstwa, włamuje się do podejrzanych pomieszczeń, o których policja dziwnie zapomniała... Masakra jakaś.

Co więc tak naprawdę zachwyca w tej niedobrej powieści? Posłuchajcie sami: "Chrupiące Czekoladowe Pieguski", "Wiśniowe Pyszności w Czekoladzie", "Czarno-Białe Ciasteczka", "Cukrowe Laseczki" (takie ozdoby na choinkę, a nie żadne słodkie laski do podrywania), Czekoladowo - Pekanowe Krążki"... i wiele, wiele innych.

Przepisy na ciasteczka z "Ciasteczkowej Doliny". Ale jakie przepisy!!! Najbardziej dwuleworęczna osoba przygotuje ciasto, upiecze i udekoruje bez obawy otrucia otoczenia. Przepisy najbardziej chyba lubiane typu wymieszaj, nie przesiewaj, połącz, zagnieć, nie przejmuj się. Podstawową miarą wszystkiego jest szklanka.

Dwa z nich wypróbowałam i własną głową ręczę, że się wypieki udały. Nie masz pekanowych orzechów ? To zastąp je czymś innym. Nie masz wiórków czekoladowych? to zetrzyj tabliczkę czekolady. W przepisie jest dżem truskawkowy, a Ty masz wiśniowy albo morelowy? No to lu, dawaj taki jaki masz. Jest nawet przepis na własnoręczne wykonanie brązowego cukru..

Na polskim rynku księgarskim pojawiły się jeszcze dwie inne powieści kryminalne Fluke z ciastami w tle. Jestem na tropie jednej z nich. Podzielę się uwagami. 

Tagi: książki
20:59, atojaxxl
Link Komentarze (6) »
czwartek, 24 września 2015

"Weź dwie dziewki silne i niech kuchenna wyda im śniadanie obfite, iżby mogły starannie i długo pracować. Zatem wydaj jajców kop trzy, samych żółtków, przydaj cukru funtów trzy i niech ucierają tak, aż w misie biała, puszysta masa się podniesie po trzykroć. Bacz, iżby dziewki paliców w masę nie wsadzały i nie oblizywały ich..." - Tak to drzewiej zaczynały się przepisy na baby parzone, welinowe i muślinowe, drożdżowe tudzież piaskowe.

Bożenko, reprezentowana poprzez swoją sekretarkę.

Podnieś szacowną swoją postać z podłogi i posłuchaj opowieści o powstawaniu muffinek, najprostszych na świecie wyrobów piekarniczych (tak, tak, wczoraj oglądając Food Factory usłyszałam, że muffinki to nie ciastka, tylko takie same wytwory jak bułka, chleb czy chałka.) A proste są m.in. dlatego, że używa się do ich powstania proszku do pieczenia.

Przygotuj zatem produkty, dwie miski, foremki, papilotki, przybory typu łyżka, mały rondelek do stopienia masła i powiedz sobie, że nie ma ludzkiej siły, żeby się muffinki nie udały. Bo zawsze i każdemu się udają, nie jesteś żadnym wyjątkiem.

Nie wiem, jaki masz piekarnik, ja mam stary, gazowy, właśnie kończy wiek chrystusowy czyli 33 lata i czas go wymienić. Ale nagrzej sobie piekarnik do 160 stopni na początek.

Teraz składniki - umówmy się, że dziś pieczemy muffinki jasne.

Suche - 2 szklanki (takie na 250 ml) przesianej mąki np tortowej, 2 łyżeczki proszku do pieczenia, pół tabliczki posiekanej białej czekolady, pół szklanki cukru (ja używam cukru - pudru), torebka cukru wanilinowego

Mokre - 1 szklanka mleka, 1 duże jajko, 100 gramów stopionego letniego masła, trochę owoców wg upodobania, mogą być jagody, kawałki śliwek, maliny, malutkie truskawki.

Do dekoracji: tabliczka gorzkiej czekolady, posypki, owoce

Teraz robimy ciasto:

w jednej misce wymieszaj składniki suche i kawałeczki białej czekolady, w drugiej roztrzep składniki mokre (bez owoców), wlej je do suchych i wymieszaj, możesz użyć miksera ale wystarczy dobrze wymieszać łyżką,

Dodaj owoce (2 -3 na foremkę) - ja robię tak, że najpierw wlewam ciasto do foremek/papilotek a potem wciskam 2 -3 np. jagody, żeby ciasto je zakryło.

Podnieś temperaturę piekarnika do 180 stopni.

Teraz weź foremkę wyłożoną papilotkami i przy pomocy łyżeczki i własnego palca nałóż ciasta do każdej tak do 2/3 wysokości. Jak Ci kapnie gdzieś na boki to się nie przejmuj tylko zetrzyj palcem :)

Wstaw formę z papilotkami do piekarnika i niech się pieką 15 - 20 minut, sprawdź po tym czasie patyczkiem wetkniętym w jedną muffinkę, musi wyjść suchy :) I gotowe :)

Teraz weź sobie tabliczkę czekolady (ja używam gorzkiej), rozpuść ją w garnuszku wstawionym do wrzącej wody, weź jakiś pędzelek Karolka i pomaluj szybko każdą przestudzoną muffinkę, dziecię niech posypuje czym chata bogata a na czubku usadź owoc częściowo zanurzony w czekoladzie. No i poczekajcie, niech to wszystko zastygnie :)

I gotowe :) To pisałam ja, Bożena bez sekretarki :)

PS. Nie dziękuj :) żeby nie zapeszyć :)

A gdy chcesz muffinki czekoladowe, to zamień 2 łyżki mąki na dwie łyżki kakao a czekoladę białą na ciemną.

A gdy chcesz muffinki korzenne, to do masy dodaj łyżkę przyprawy do piernika :)

A potem już sama będziesz kombinować własne dodatki.

A Twój komentarz pod moim wpisem o pieczeniu muffinek ma numer 666 :)

Tagi: wypieki
21:00, atojaxxl
Link Komentarze (4) »
środa, 23 września 2015

Długo, długo nie mogłam się przekonać do muffinek. Wydawało mi się, że to takie ciastka dla zdolnych cukierniczo inaczej. No bo jak to: wymieszać osobno suche, wymieszać osobno mokre, połączyć byle jak (cytuję autentyczny frg. przepisu z bloga kulinarnego), wlać do foremek, piec 20 minut i gotowe ???

Moja wnuczka jest jednak w stanie namówić mnie do wszystkiego i od czasu do czasu muffinki pieczemy wspólnie :) Jest przy tym sporo śmiechu, zwłaszcza, że Mała Zu jest chętna do pomocy a szczególnie do wylizywania miseczki po czekoladzie:

Muffinki

W każdym razie po wstępnym wymieszaniu i upieczeniu muffinki-zuzinki prezentowały się tak:

Muffinki2

To to takie wyciekające to jagody. Teraz należało muffinki udekorować: czekoladą, posypkami i czereśnią zanurzoną w czekoladzie, żeby się lepiej trzymałaMuffinki3

Teraz należało przeprowadzić kolejna próbę organoleptyczną. Eksperymentatorka przystąpiła więc ochoczo do badań:

Muffinki4

Hmmm... to co pozostało po badaniach zapakowałyśmy do pudełka, żeby i rodzice Małej Zu mogli zbadać nasze dzieło:

Muffinki5

Niebawem będziemy piekły muffinki w papilotkach o kształcie łódki :) Pomyślimy nad żaglem z białej czekolady :)

17:39, atojaxxl
Link Komentarze (8) »
niedziela, 20 września 2015

Od kilku tygodni czytam o zmianach w szkolnych sklepikach i stołówkach. Nowe przepisy ograniczają ilość soli, nie zezwalają na sprzedaż fast foodów i słodkich napojów, białe pieczywo musi być zastąpione razowym, a cukier należy zastąpić miodem. I od kilku tygodni czytam, jak zapobiegliwi i przebiegli polscy uczniowie radzą sobie w tej sytuacji: w Lublinie powstał szkolny "czarny rynek drożdżówek" - uczeń przed lekcjami wykupuje drożdżówki w piekarni i potajemnie sprzedaje w szkole kolegom, oczywiście z zyskiem. Dzieci korzystające ze stołówek szkolnych noszą ze sobą sól, cukier i przyprawy - widziano już uczniów mających w plecaku młynek solny :) Sklepy w pobliżu szkół notują znaczny wzrost obrotów, a jedna z sieci spożywczych reklamuje się hasłem "Tego nie kupisz w szkolnym sklepiku"...

Mnie w tym wszystkim zainteresował nakaz zastąpienia cukru miodem. Hm, twórca przepisów chyba nie był ostatnio w sklepie i nie wie, ile kosztuje litr albo kilogram miodu. To już lepiej było w ogóle zakazać w przedszkolach i szkołach podawania kompotów, białej kawy, kakao czy herbaty. Woda zastąpi wszystko :)

Podczas ostatnich wakacji wyszukiwałyśmy z Małą Zu różne atrakcyjne miejsca i starałyśmy się brać udział w ciekawych imprezach. A do takich należały na pewno warsztaty z prawdziwym pasiecznikiem, bartnikiem czy jak kto woli - pszczelarzem. Na warsztaty udałyśmy się w towarzystwie mamy Małej Zu i małej przyjaciółki Julki.

Bartnik1

W Muzeum Etnograficznym, na świeżym powietrzu zebraliśmy się wokół kilku zabytkowych uli. Pan Radwan pokazał dzieciom wnętrze ula, rozmieszczenie ramek, wyjaśnił różnicę między bartnictwem, pasiecznictwem i pszczelarstwem. Dzieci poznały poszczególne grupy pszczół, uczyły się jak rozpoznać królową-matkę, robotnicę i trutnia.

Bartnik2

Potem przyszedł czas na opis pracy pszczelarza z wykorzystaniem dymu...

 Bartnik3

...i specjalnego stroju ochronnego.

 Bartnik4

Po spotkaniu panie pracujące w Muzeum zaprosiły uczestników na degustację razowego chlebka z miodem. Mała Zu była jedną z pierwszych przy starej studni zastępującej stół :)

Bartnik5

...albowiem ulubione zdanie Małej Zu brzmi "ja kocham miodek, ja uwielbiam miodek!" Poniżej z Julką i mamą. Babcia jak zwykle robiła zdjęcia :)

Bartnik6

Zatem: JEDZMY MIÓD i zachęcajmy dzieci do jego spożywania. I chrońmy pszczoły. Bez nich zginiemy...

Po spotkaniu z panem Radwanem dziewczynki z wielkim zaciekawieniem obejrzały rewelacyjną wystawę starych rowerów:

Rowery1

....i miniaturek rowerów czyli dawnych zabawek :)

Mini-rowerek

Jak zawsze - ukłony pod adresem naszego Muzeum Etnograficznego. To naprawdę jest miejsce przyjazne dla wszystkich :)

PS zawsze uważałam, że dorośli opiekunowie dzieci podczas takich zajęć powinni usunąć się w cień i pozwolić dzieciom na zadawanie pytań, wyciąganie wniosków itp. Pan pszczelarz oględnie wyjaśnił rolę trutnia w ulu i dzieciom to wystarczyło ("pomaga królowej-matce w znoszeniu jajeczek"). Jedna z matek dotąd jednak drążyła temat, aż wreszcie usłyszała słowa: kopulacja i zapłodnienie. Syn ciekawskiej pani natychmiast zażądał wyjaśnienia słowa kopulacja... Dzieci były w wieku 4 - 6 lat.

16:51, atojaxxl
Link Komentarze (6) »
wtorek, 15 września 2015

Kochani, bardzo Wam wszystkim dziękuję za słowa wsparcia i życzliwość, z jaką potraktowaliście mój bardzo przecież osobisty poprzedni wpis: dziękuję sekretarce.bozeny, kotimysz, tommyknocker, niepoliczalnej, moonfairy, babcibezmohera, kobieciewbarwach jesieni. Jesteście wspaniali, to wiele dla mnie znaczy.

W realu spotkałam się bowiem z zarzutem, że nie powinnam o tym mówić, że lepiej udawać jakoby J. wyjechał do pracy, ponieważ cytuję: "może wróci, a wtedy będzie mu przykro, że ludzie wiedzą". Stara zasada, że kobieta powinna cierpieć w milczeniu, a najlepiej, żeby winę wzięła na siebie.

Po 38 latach znajomości, 36 latach małżeństwa, w 62 roku życia zostałam porzucona jak stary łach, z nieustającym obowiązkiem opieki nad niepełnosprawnym synem. Mnie nie jest przykro? A G.? Jemu nie jest przykro, że w życiu ojca nie ma już dla niego miejsca? Mam milczeć, gdy dzieje się zło, do którego w żaden sposób się nie przyczyniłam?

Przez ostatnie 7 lat utrzymywaliśmy obydwoje naszego męża i ojca z naszych skromnych emerytury i renty. Tyle lat "szukał" pracy jak nie przymierzając Ferdek Kiepski, żadna nie odpowiadała jego oczekiwaniom. Pojechał w czerwcu do sanatorium dokładnie w 36 rocznicę ślubu, tam spotkał swoją nową wielką miłość. Miał pecha - zobaczyłam ich na kamerze internetowej w parku zdrojowym. Po powrocie do domu nie zaprzeczał i kontynuował romans przez telefon a potem wyjechał prawie 400 km od domu, pani C. przyjęła go pod swój dach, przekonała do podjęcia pracy... To prawda, ułatwiłam mu podjęcie decyzji. Teraz czeka na resztę rzeczy. I się nie doczeka.

I wiecie co? Po PIERWSZYM SZOKU I NIEDOWIERZANIU, że tak religijny, bogobojny człowiek, obnoszący wysoko sztandar swojej uczciwości ("niczego się nie dorobiłem, bo jestem uczciwy") po prostu pogrążył swoje życie, odnajduję dobre strony naszej nowej rzeczywistości.

Nie muszę się tłumaczyć z każdego kroku (to była podobno troska o mnie).

Gotujemy i jemy z G. to, co nam smakuje z naciskiem na kasze, brązowy ryż, kuskus, bulgur, paprykę, sałatki z mozzarellą i fetą, placki ziemniaczane i pyzy, sery białe, potrawy kuchni śródziemnomorskiej - wszystko, czego nie jadał J.

A gdy nie chcemy to nie gotujemy :)

Mało mięsa, dużo warzyw.

Od trzech miesięcy nie kupiliśmy białego pieczywa, tylko nasz ulubiony graham i razowiec.

Praktycznie nie używamy herbaty, coraz mniej cukru.

Czasem wychodzimy na obiad do restauracji.

Wreszcie przestał ryczeć cały dzień telewizor.

Gdy mam ochotę, wychodzę w nocy na balkon, piję herbatę albo wino i podziwiam gwiazdy.

A w dzień puszczam bańki mydlane ku uciesze dzieci.

W domu stale otwarte są okna, w dzień i w nocy - J. boi się świeżego powietrza i przeciągów, więc stale zamykał.

Czytam książki kiedy chcę, gdzie chcę i jak długo chcę, nikt mi ich nie składa na "kupkę" :)

Mam nadzieję, że już więcej nie usłyszę "Ja mam prawo, ty masz obowiązek".

Znalazłoby się więcej, ale teraz mam sporo zajęć z przetworami :) Wracam więc do moich śliwek. Dziękuję Wam jeszcze raz, że jesteście ze mną :) Bożena z synem

 

 

 

sobota, 05 września 2015

Nie piszę od kilku tygodni.

Życie rozsypało mi się jak puzzle układane pracowicie, a nagle okazuje się, że zabrakło ostatniego kawałka i cały obrazek traci sens.

Nie wiem, kiedy się pozbieram i czy będę jeszcze w stanie to zrobić.

Na razie próbuję posprzątać przede wszystkim w swojej głowie.

I w jego rzeczach.

Prawdą jest, że kobieta kobiecie potrafi wyrządzić największą krzywdę.

Banalna, trywialna wręcz historia sanatoryjnego romansu.

Romansu z dalszym ciągiem.

Zostaliśmy sami, ja i nasz G.

Może jeszcze kiedyś tu wrócę.

Ale wszystko będzie już inne.

Tagi: ludzie
10:05, atojaxxl
Link Komentarze (8) »
czwartek, 13 sierpnia 2015

Przygotowywałam się starannie. Wygodny fotel, kawa, owoce, silna lornetka, lista życzeń. Chciałam jechać na działkę, bo tam egipskie ciemności i gwarancja pełnego widoku na czyste niebo. Ale G. nie chciał a ja bałam się zostawiać go samego w nocy. Balkon też się nadawał do obserwacji, okolica nie jest tak naszpikowana światłami jak centrum.

Po 22.00 zainstalowałam się na balkonie i czekałam jak zaczną spadać. Z odgłosów dochodzących z innych balkonów wnioskowałam, że przynajmniej część sąsiadów również na to czeka. Zapomnieliśmy, że nad naszymi głowami krzyżują się korytarze powietrzne lotnictwa cywilnego: z północy na południe i ze wschodu na zachód i zarówno w dzień jak i nocy korytarzami tymi podążają dziesiątki samolotów.

Co jakiś czas na niebie ukazywał się błyszczący punkcik wywołujący najpierw euforię ("patrz, patrz, leci, pomyśl życzenie") a później rozczarowanie, gdy okazywało się, że to tylko samolot, bo mu "pod ogonem świeci na czerwono" jak orzekł autorytatywnie sąsiad z lewej.

Po 23.00 u sąsiadki z góry zapaliła się całoroczna iluminacja balkonu rozpraszając nam niepotrzebnie ciemności. Później zaczęły opadać... Nie, nie gwiazdy !!! Sąsiadka z góry chcąc sobie widocznie urozmaicić oczekiwanie rozwiesiła mokre, długie zasłony, które przesłoniły mi część MOJEGO nieba. Noż kurde mol, myślę sobie, co ja zobaczę ? Delikatna interwencja pomogła ("wiesz, nie pomyślałam o tym").

Czekamy. Pierwsza Perseida - pierwsze życzenie. Piękna, rzekłabym:soczysta, wyraźna linia. Ale i tak wiem, że spełnienie zależy tylko ode mnie. Ale co tam.

Przed naszymi oczami przeleciał sypiąc iskrami pet z czwartego piętra. Pechowo (a może celowo) wpadł w kopkę siana po koszeniu trawy, suchego jak pieprz. Zaczęło się tlić, co nas wszystkich zmobilizowało do akcji gaśniczej. Udanej. Wystarczyło wiadro wody chluśnięte z parteru.

Następne Perseidy - następne życzenia. Niewiele ich miałam, ale też i spadające gwiazdy pojawiały się rzadko. Po 2 w nocy upewniwszy się, że G. śpi jak suseł wyszłam kilkaset metrów dalej na wolną przestrzeń. Boże mój, jaki to był widok. Jakby nagle niebo wysypało na nas wszystkie swoje skarby. Stało nas tam ok. 40 osób wpatrzonych w górę. Taka fajna wspólnota ludzi.

Gwiazdo ostatnia, najpiękniejsza, spełnij to moje jedyne życzenie, którego realizacja nie zależy ode mnie. Z każdym innym sobie poradzę :)

Tagi: wydarzenia
14:02, atojaxxl
Link Komentarze (6) »
wtorek, 11 sierpnia 2015

Jestem bliska popełnienia zbrodni, niedoskonałej, bo na oczach wielu osób. Skoro inne, pokojowe metody nie skutkują, to może takie rozwiązanie w afekcie przyniesie pozytywny efekt.

Niedaleko od mojego bloku jest sklep, nieraz tu przeze mnie zachwalany. Zewnętrzne ściany sklepu są obłożone aluminiowymi płytami, pomalowanymi na ciemny, zielony kolor. Do sklepu prowadzą schody i podejście dla mniej sprawnych, dla wózków itp. Przy obecnych upałach temperatura w przy tych nagrzanych ścianach przekracza w pełnym słońcu 50 stopni, skoro w cieniu wynosi 34 - 36. Sklep od mniej więcej 10 godziny rano jest nasłoneczniany do wieczora. Barierek nie da się dotknąć. Od nagrzanych ścian bucha wręcz żar.

W czym problem, powiecie. Teraz wszędzie tak jest. Ano problem w tym, że sklep upodobały sobie starsze panie, posiadaczki i miłośniczki psów. Przywiązują te nieszczęsne zwierzęta do barierki, pies musi siedzieć na nagrzanych płytkach podjazdu, obok rozgrzanych ścian. Pańcie wchodzą do klimatyzowanego sklepu i robią niby-zakupy. Obmacują każdy owoc, studiują napisy na każdej torebce mąki, cukru, zagadują personel - robią wszystko, by usprawiedliwić swój pobyt w przyjemnym chłodzie. A w koszyku jakiś proszek do pieczenia.

Tymczasem pozostawiony przed sklepem pies zaczyna się niespokojnie kręcić, podnosi po kolei każdą łapkę (płytki są gorące, wiem coś o tym, spadł mi tam klapek), poszczekuje, próbuje się uwolnić, napręża smycz, wpatruje w wejście do sklepu, wreszcie zaczyna rozpaczliwie ujadać.

Niekiedy dwa, trzy psy szczekają na kilka głosów. Szczekanie przechodzi w skowyt... Interweniują mieszkający nad sklepem ludzie. Interweniują inni klienci. Właściciel sklepu odpowiada, że próbował zabronić przywiązywania psów, to kartka każdorazowo była zdzierana. Sama kilka razy wchodziłam i pytałam o właściciela pozostawionego na skwarze psa. Zawsze spotykałam się z oburzeniem: "to nie pani sprawa, zaraz kończę zakupy", "nic mu nie będzie, przyzwyczajony" itp.Wczoraj zawiadomiłam odpowiednie służby, przyjechali, zobaczyli, pouczyli...

Dziś ten sam pies próbował siedzieć przywiązany do barierki, przy rozgrzanej ścianie i szczekał jak oszalały. Co mogę jeszcze zrobić ? Odwiązać i puścić wolno ?

Miałam psa 16 lat. Pamiętam, jak podczas upałów z własnej woli wchodził do łazienki i kładł się na zimnej posadzce. Z jaką radością kładł się na działce na mokrym ręczniku. W każdej chwili miał dostęp do misek z wodą zmienianą na chłodniejszą, gdy się nagrzała. Na dłuższe spacery chodziliśmy wczesnym rankiem i wieczorem. Nigdy nie brałam psa na zakupy, a gdy okazało się, że tak robi moja Mama, ostro się przemówiłyśmy.

Już nie mogę słuchać tego wycia i szczekania. Przecież pies to też żywe stworzenie. I podobno najwierniejszy przyjaciel człowieka.

Tagi: ludzie
21:02, atojaxxl
Link Komentarze (6) »
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 31