Podróż przez życie z licznymi przystankami, w tym również autobusowymi
RSS
niedziela, 07 lutego 2016

Doroczna kolęda czyli wizytacja duszpasterska wywołuje u wielu moich znajomych zupełnie skrajne i niepotrzebne emocje. Z przeszłości pamiętam rzeczywiście "dziwne" kolędy, księży przesłuchujących mnie nieletnią z wiedzy religijnej i modlitw, sprawdzających mój zeszyt do religii, upominających mojego ojczyma (lubił niestety iść w tango i nie taniec mam tu na myśli), wypytujących o życie sąsiadów - rozumiem, że sąsiadów wypytywał o nasze sprawy.

Gdy mieszkałam u Dziadków, cała wieś przygotowywała się do kolędy jak do wielkiej uroczystości. Sąsiedzi ustalali, kto pojedzie saniami po księdza, kto go potem odwiezie - do plebanii 4 kilometry i zaspy po pas. Sąsiadki uzgadniały, u kogo ksiądz zje obiad, u kogo podwieczorek a jeszcze gdzie indziej kolację. Biegało się z plackami, każda miała ambicję dołożyć się do posiłku wielebnego. Pamiętano o odśnieżeniu obejścia u starszych i mniej zaradnych gospodarzy.

Mnie i mojego niepełnosprawnego wujka najbardziej interesowały obrazki. Dostawaliśmy ich zawsze po kilka, a na jednym ksiądz pisał kilka słów osobistych typu "Drogi Józefie G. pamiętaj zawsze, że jesteś dzieckiem Bożym i wszystkie swoje sprawy powierzaj Najlepszemu Ojcu" albo "Mała wesoła Bożenko (to ja :) ), bądź zawsze grzeczna i posłuszna Dziadkom, pamiętaj o kwiatkach przed obrazem Matki Bożej". Zawsze mnie to zastanawiało, skąd on wiedział, że ja się zajmuję podlewaniem kwiatków w domu, a Babcia miała ich dziesiątki w doniczkach.

Ofiary przyjmował ksiądz w naturze, podobnie jak w "Chłopach" Reymonta, mało kto dawał gotówkę. Dobra zebrane podczas kolędy pomocnik księdza potem po prostu sprzedawał na targu.

W poprzednią niedzielę czyli 31 stycznia księża z naszej parafii mieli zawitać do naszego bloku od godziny 14.00. Zapytałam więc syna, czy przyjmujemy księdza,  wiele decyzji teraz konsultuję z synem, czuje się wtedy odpowiedzialny za dom. G. powiedział, że przecież zawsze przyjmowaliśmy (mój jeszcze mąż jest/był fanatycznym katolikiem), to brak ojca nie jest przeszkodą.

Natomiast u moich sąsiadów trwały dyskusje i kłótnie, przyjmą, nie przyjmą, co ksiądz sobie wyobraża - w niedzielę przychodzić, i to jeszcze w porze obiadowej, tu mają mieć gości, tamci jadą po dzieci.

Ksiądz miał zaczynać, od naszej klatki, obliczyłam sobie, że u nas będzie ok. 14.45. Tymczasem o 14.30 już byli ministranci z pytaniem i z informacją, że ksiądz idzie od góry, czyli zaliczył już 12 mieszkań !!! W pół godziny !!! Gdy rozgryzałam tę informację, z impetem otwarły się drzwi sąsiadki z naprzeciwka i ksiądz wypadł wypadł jak torpeda, prawie wbiegł do naszego mieszkania, pochwalił Stwórcę i zaczął dziwny monolog "No proszę, no można, no może być jak należy, no proszę chłopcy, macie porównanie jak jest tu a jak było tam. Wszystko jest: i woda, i kropidło, i krzyż, i pani czekała, prawda?'

No to ja nieśmiało, że nie bardzo rozumiem wzburzenie księdza, a on na to huknął "Módlmy się". G. przyglądał się tej scenie dziwnym wzrokiem, ministranci jacyś zawstydzeni. No dobrze, "Ojcze nasz" przeleciało jak peleton w Tour de France, kropidło aż furkotało. 

Ksiądz wreszcie usiadł i wyjaśnił, że jest u nas tak szybko, ponieważ kilka mieszkań było zamkniętych a niektórzy tłumaczyli się, że nie wiedzieli albo zapomnieli i nie byli przygotowani, pani naprzeciwko w szlafroku, pani na 3 piętrze dopiero z wodą święconą z kościoła wracała: "Co za klatka, proszę pani, co za ludzie, a państwo zza ściany to dlaczego nie otwarli, wie pani? Ja tu nie mam odnotowane, żeby oni dawniej kolędy nie przyjmowali".

Czułam się zażenowana. Starsza pani od wody święconej ma 87 lat i męża z Alzheimerem, który wpuścił księdza nie bardzo kumając o co chodzi. Sąsiadka z naprzeciwka wróciła w nocy z wyjazdu z dziećmi na zimowisko, nie było jej 2 tygodnie w domu, może odsypiała. Za ścianą wiem co się dzieje, ale nie mam obowiązku o tym informować. 

Po chwili fala nerwów opadła, o dziwo, ksiądz spokojnie i z wielkim taktem rozmawiał z nami o naszej nowej sytuacji rodzinnej, udzielił kilku naprawdę mądrych rad, i jak za moich dziecięcych lat, napisał synowi na obrazku "Pamiętaj - teraz mama". Cokolwiek to znaczy, jestem wdzięczna za te 20 minut, zatarły poprzednie niedobre wrażenia.

PS 1. Sąsiadki z parteru oczywiście najbardziej zainteresowane były, dlaczego ksiądz u nas tak długo siedział.

PS 2. Nadal jestem zdania, że kolęda powinna być inaczej zorganizowana, kto chce przyjmować, powinien zgłosić w kancelarii i ustalić termin.

Tagi: ludzie
17:02, atojaxxl
Link Komentarze (3) »
wtorek, 02 lutego 2016

No to mi panowie fachowcy hydraulicy zrobili siurpryzę. Dziś wykorzystałam ich wysiłek i zamknęłam pierwszy raz zawory. I co? I co? 

W naszych blokach rury wodociągowe i zawory umieszczone są w kuchniach, w takich wysokich, wąskich wnękach zamykanych równie wysokimi a wąskimi drewnianymi drzwiczkami. 

I co???

Po przesunięciu wajchy zaworu w pozycję "zamknięte" te właśnie wajchy elegancko sterczą na zewnątrz skutecznie uniemożliwiając zamknięcie drzwiczek :) Fakt, nie zwróciłam na to uwagi, gdy panowie mnie szkolili w zamykaniu i otwieraniu zaworów. Drzwiczki były szeroko otwarte, zawory pozostawili w pozycji "otwarte", no to i drzwiczki się potem dało zamknąć:)

Niedomknięte na szerokość 15 cm drzwiczki nie są czymś uniemożliwiającym normalne funkcjonowanie w kuchni. Tym bardziej, że wajchy będą zamknięte podczas naszej nieobecności. Ale też są świadectwem dziadostwa, do jakiego schodzą nasi usługodawcy.

No szlag mnie trafi!!! Na samą myśl, że znowu muszę iść do administracji i znowu wysłuchiwać "Pani, nie da się"

A pamiętacie słynny dialog Tuwima o droselklapie, która była tandetnie zablindowana i ryksztosowała? I trzeba było pufer lochować czyli dac mi szprajc, żeby tender udychtować ? I bez holajzy tego nie dało się zrobić, bo trychter był krajcowany i we flanszy culajtungu nie było... 

No to ja miałam mniej więcej tak samo:)

Pozdrawiam cierpliwie czytających:)

11:12, atojaxxl
Link Komentarze (9) »
poniedziałek, 01 lutego 2016

Moi panowie fachowcy hydraulicy poszli do piwnic zamknąć dopływ wody w pionie. Za nimi pomknął sąsiad, który lubi wszystko wiedzieć. Jest przy tym człowiekiem niezwykle pedantycznym, dbającym o porządek w domu i w strefach wspólnych.

Po kilku minutach sąsiad wrócił i po drodze (miałam cały czas otwarte drzwi) poinformował mnie, że fachowcy z zasępionymi minami patrzą na zawór i coś tam próbują ale zawór ani drgnie. No to po balu - myślę sobie. 

Panowie wrócili do mnie i stwierdzili nie pierwszy raz zresztą, że "się nie da", no nie da się zamknąć zaworu i co tu pani robić, bo tu u pani to jeszcze czasu zejdzie przy robocie, że hoho, a woda nadal płynie w rurach. Coś tam poszeptali, postukali i powiedzieli, że idą zamknąć dopływ wody do całego bloku - bagatela  90 mieszkań, hulają pralki, gotują się obiady. Poszli, nie było ich ze dwa kwadranse.

W tym czasie przybył fachowiec od domofonu i pod czujnym okiem sąsiada z 4. piętra naprawiał zniszczony przez menela panel przywołujący. Podpisałam wykonanie naprawy, pan podziękował i poszedł sobie. Naprawa trwała może z 15 minut wliczając czas kontroli, gdy dzwonił do każdego mieszkania i sprawdzał połączenia.

Wrócili hydraulicy i przystąpili wreszcie do pracy. 

Narzekali, że te moje zawory skur....ny takie zapieczone, zakamienione, no dramat hydraulika po prostu. Po schodach zaczęły biegać sąsiadki pytając wzajemnie czy mają wodę i zaglądając do mnie z pytaniem, ile to potrwa jakbym ja była prorokinią.

Po jakiejś godzinie nastąpił upragniony finał. Nowe, nowocześniejsze zawory, nowe plomby. Przywrócono obieg wody. To co popłynęło z rur to był szaro-buro-rudy ściek po prostu. Panowie powoli zbierali swoje narzędzia,  a ja zapytałam grzecznie, czy mogliby mi jeszcze założyć nowe uszczelki.

Nie mogli, ponieważ byli u mnie w ramach pracy i nie mieli zlecenia, a prywatnie w godzinach pracy nie mogą tego zrobić, bo mógłby ktoś na nich donieść (no pewnie ja, albo oni wzajemnie na siebie). Zapytali z kolei, czy mogliby dostać coś do picia, bo się okrutnie zmachali. Odmówili: kawy, herbaty, soku, wody mineralnej, kompotu, lemoniady i wyraźnie zawiedzeni opuścili moje metry kwadratowe. No to czego oni chcieli ???

PS Dalszego ciągu ... no właśnie nie mogę obiecać, że nie będzie, ponieważ spod moich nowych, nowoczesnych zaworów spływa co mniej więcej 10 minut kropelka wody. Ale może to tylko spracowane rury tak się pocą?

20:51, atojaxxl
Link Komentarze (5) »
niedziela, 31 stycznia 2016

Jako rzekłam w poprzednim odcinku, ekipa fachowców od wodociągów stawiła się w wyznaczonych dniu, wprawdzie z godzinnym opóźnieniem, ale cóż to jest naprzeciw wieczności. Panowie inteligentnie zapytali, gdzie mam zawory, wiedząc dobrze, że w kuchni, no bo na naszym osiedlu wszyscy mają w kuchni, a panowie pracują od ponad 40 lat!!! Rzucili okiem na zawory i autorytatywnie stwierdzili:

"Pani, ale tu jest wszystko w porządku, patrz pani, głowiczki jak nowe, tu nie ma co robić"

Widząc, że z fachowcami można tylko pracować na przykładzie, ruszyłam jednym z zaworów, spod którego ostra, cieniutka strużka wody strzeliła prosto w twarz pana nr 1. Zdusił w sobie "O k...a" i orzekł, że tu to się uszczelni i będzie dobrze.

Tłumaczę panom, jak chłop krowie na rowie, że te zawory w ogóle nie zamykają dopływu wody do mieszkania, że nie możemy naprawić kapiących kranów bez zamknięcia tego dopływu.

"A bo pani za słabo zakręca, pani, to trzeba na siłę"

No cóż, fachowiec naparł, zakręcił na siłę, pokrętło zostało mu w ręce a woda z kranu nadal leci:

"Pani, teraz będzie dobrze, to jest woda co schodzi z rur"

Woda z rur schodziła na tyle niepokojąco długo, że panowie zgodzili się wreszcie ze mną, iż zawory trzeba wymienić. Odetchnęłam z ulgą, za szybko jednak, ponieważ pojawił nowy problem:

"Pani, ale to trzeba zamknąć wodę w pionie" - hydraulik patrzy na mnie a ja na niego. "No panie - tu przyswoiłam i zastosowałam ich konwencję rozmowy - jak trzeba to trzeba "

Panowie zabrali moje klucze od piwnic i poszli sobie. A za nimi chyłkiem udał się sąsiad z 4 piętra, który bardzo lubi wiedzieć, co się dzieje w naszej klatce.  Co za obserwował i mi przekazał - w następnym odcinku :)

12:41, atojaxxl
Link Komentarze (7) »
sobota, 30 stycznia 2016

Rok przestępny chyba jednak nie będzie dla mnie łaskawy.

Od początku coś się psuje. A to odkurzacz padł, a to pralka działa już tylko na jednym programie i naprawa nie ma sensu (wszystkie jej naprawy kosztowały mnie półtorej ceny jej zakupu - nigdy więcej polskiej pralki!!!), pan kontroler od instalacji gazowej delikatnie mnie upomniał, że należałoby kuchnię wymienić, bo 30 lat to aż za dużo.

Jak na złość zaczęło mi kapać z wszystkich kranów (kap, kap, kap - tortura jednej kropli), zawory główne okazały się już tak "zapieczone", że nie zamykały dopływu wody do mieszkania, domofon został uszkodzony przez osiedlowego menela, który nocami wydzwania, żeby go wpuścić do klatki... koszmar... i jeszcze w rurach coś wyje.

Cóż, co trzeba kupić to jakoś się kupi, ale zaworów jeszcze nie umiem naprawiać, domofon też w gestii administracji. No dobra, wycieczka do administracji jak zawsze przyprawia o łomotanie serca. Pan C. młody, brodaty, zadowolony z życia, ale z dobrym wychowaniem chyba się dawno minął. Pozwolił mi łaskawie postawić torbę z zakupami na krześle, ale już nie zaproponował, żebym usiadła na drugim.

Przyznaję, zgłoszenia przyjął, zapisał w księdze, w mojej stojącej obecności zadzwonił do firm zewnętrznych świadczących usługi wod-kan-co-gaz-domofon i zapewnił, że 2 góra 3 dni i wszystko będzie naprawione. Czekaliśmy z G. tydzień, to znaczy ja czekałam, bo G. na warsztacie terapii albo w teatrze albo na przeglądach i festiwalach różnych. Sąsiadka mnie uprzedziła, że "jak tam nie pójdziesz i z mordą nie wyjedziesz, to będziesz czekała do us...j śmierci".

W takich chwilach żałuję, że posiadam tzw. kindersztubę i z mordą na nikogo nie wyjeżdżam. Moje przekonanie, że uśmiechem więcej załatwię niż krzykiem, zaczynało się jednak pruć... Ileż można czekać. I gdy nadzieja na pokojowe załatwienie napraw zaczęła gasnąć, zadzwonił telefon i miły głos miłej pani mi oznajmił, że oto w piątek, ok. 10.00 ekipa przybędzie i naprawi, co trzeba.

Ekipa przybyła, ale o tym w następnym odcinku:) Czytajcie, naprawdę warto :)

 

Tagi: ludzie
21:18, atojaxxl
Link Komentarze (3) »
poniedziałek, 11 stycznia 2016

Polityka, obok literatury, była niegdyś moją pasją. Do tego stopnia, że podjęłam nawet równoległe studia politologiczne, których - chyba na szczęście - nie skończyłam obroną pracy mgr, choć miałam ją już prawie gotową.

Zmieniono mi bowiem promotora, a ten był kompletnym przeciwnikiem mojego ulubionego profesora Z. Mój ulubieniec zapadł nagle w ciężką chorobę, jego następca miał zupełnie inną wizję mojej pracy (a pisałam o wizji ról i postaw społecznych w naukach Konfucjusza - tak, tak, to nie pomyłka).

Z okresu tych studiów pozostała mi jednak pewna prawda: polityka daje się opisać w postaci reguł i definicji ze szczególnym uwzględnieniem powtarzalności zjawisk.

Mówiąc prościej: historia lubi się powtarzać.

A żeby nie odchodzić daleko od mojej podstawowej dziedziny i pasji, jaką jest literatura, przypomnę jeden z najkrótszych i moim skromnym zdaniem, najmądrzejszych wierszy Adama Mickiewicza:

Gęby za lud krzyczące sam lud kiedyś znudzą,

I twarze lud bawiące na końcu lud znudzą.

Ręce za lud walczące sam lud poobcina,

Imion miłych ludowi lud pozapomina.

Wszystko przejdzie. Po huku, po szumie, po trudzie

Wezmą dziedzictwo cisi, ciemni, mali ludzie.

Ileż to razy już tak było, iluż satrapów, tyranów i władców, ale i wodzów uwielbianych i noszonych na rekach, znudziło się ludowi, ile głów spadło również w dosłownym sensie.

Wszystko przejdzie... Zostaną stale aktualne mądre słowa wielkiego chińskiego mędrca:

"Człowiek nie potyka się o góry, lecz o kretowiska"

"Człowiek szlachetny kieruje się sprawiedliwością. Człowiek mały - korzyścią"

"Gdy władca na urzędy wynosi prawych, a oddala od siebie nieprawych, wówczas lud staje się  uległy. Gdy zaś wynosi na urzędy nieprawych, a prawych oddala od siebie, wówczas lud uległym nie będzie".

"Kto się nie waha wielkich czynić obietnic, temu trudno przyjdzie się z nich wywiązać"

I na koniec jeszcze jedna myśl konfucjańska:

"Mów otwarcie i otwarcie działaj, gdy w kraju panują dobre rządy. Otwarcie działaj, lecz mów ostrożnie, gdy rządy są złe"

Wszystko przejdzie... Dlatego nie politykuję, ale z zainteresowaniem śledzę dyskusje, jakie toczą się na blogach i mam wrażenie, że Konfucjusz mógłby i dziś zasiąść z nami i klikać swoje mądre maksymy.

środa, 06 stycznia 2016

Zapewne każdy zna stary dowcip o tym, skąd się wziął aniołek na czubku choinki. A jeśli ktoś nie zna, to służę uprzejmie:

Święty Mikołaj miał wyjątkowo zapracowany miesiąc i wyjątkowego pecha. A to elfy się zbiesiły i pracowały wolniej, a to reniferzyce spodziewały się młodych i nie chciały ciągnąć sań, a to hurtownia nie miała na tyle zabawek, a jak już miała, to w saniach złamały się płozy i zabawki wpadły w błoto.

Wkurzony święty wpadł do swojej chałupki i postanowił golnąć kielicha. Ale złośliwe elfy gdzieś schowały cały zapas nalewki. Chciał sobie zrobić kawy, to rozbił dzbanek z gotowym już napojem. Chciał posprzątać szkło, to nie mógł znaleźć mopa. I gdy na kolanach ścierą zbierał kawę i szkło, usłyszał dzwonek do drzwi.

Za drzwiami stał uśmiechnięty aniołek trzymający w rękach piękną choinkę: "Popatrz Mikołaju, jaką piękną choinkę zdobyłem, jaka gęsta, zielona i pachnąca. Powiedz tylko, gdzie mam ją wsadzić..." I teraz już wiecie, skąd wziął się aniołek na czubku choinki.

W naszym domu długo obowiązywał tzw. szklany szpic. Niewierny na czubku choinki chciał mieć tylko szklany szpic, który z kolei na mnie działał jak płachta na byka, bo nie wiem dlaczego, ale przypominał mi pruskie pikielhauby. Pewnego dnia niewierny tak pechowo nabijał szpic na czubek choinki, że ten pękł mu w rękach. A sklepy już były nieczynne :) I od tej pory na naszych choinkach goszczą serwetkowe aniołki.

Na przykład takie:

1.Aniołek bez twarzy - ofiarodawczyni twierdzi, że wyobrażenia aniołów nie powinny mieć twarzy, ale nie potrafi tego uzasadnić. Ten jednakże był piękny i bez twarzy, z kilku warstw serwetek, bibuł, usztywnianych wstążek, z dzwonkiem w rączkach

                            aniołek Jagody

2. Aniołek kolorowy - wykonany z kolorowych okrągłych serwetek stołowych i podkładek pod tort. Ile ja się tych aniołków naskładałam, to jedynie mój Anioł Stróż wie. Ale na choince trwał wiernie.

                   aniołek serwetkowy

 

3. Aniołki z serwetek pod tort - te akurat ozdobiły choinkę w przedszkolu (razem z 20 innymi - od tego czasu unikam składania i klejenia aniołków serwetkowych)

                             aniołek serwetkowy2

4. Nasz tegoroczny anioł z bibułki - tzw. anioł awaryjny, okazało się, że podczas jesiennego zalania piwnicy zamokły mi pudła z ozdobami i poprzednie anioły poszły w diabły. Aniołek wykonany z tego, co było pod ręką czyli bibułki w złote gwiazdki okazyjnie nabytej w Tesco, rurki po ręcznikach papierowych i styropianowej kulki:) 

                             aniołek bibulkowy

Zdjęcie wykonałam przed końcem roku, natomiast wczoraj dorobiłam aniołkowi rączki:) 

17:12, atojaxxl
Link Komentarze (6) »
piątek, 01 stycznia 2016

W zalewie złych wiadomości, pospolitości i powszechnego schamienia zdarzają się chwile jak błysk brylantu: ulotne i niezapomniane. Dla mnie taką chwilą było spotkanie z autorami książki niezwykłej i niezwykle cennej: "Nowosielski w Małopolsce. Sztuka sakralna". 

                             Nowosielski

Przepięknie wydany tom w nakładzie 1660 egzemplarzy do rąk czytelników trafił - co niespotykane w tych czasach - bezpłatnie. A wg prowizorycznych obliczeń powinien kosztować ok. 150 zł. Dotowany był przez Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego oraz władze Województwa Małopolskiego, więc nie mógł znaleźć się w obiegu handlowym. Otrzymywali go bezpłatnie właśnie uczestnicy spotkań z autorami.

A są nimi: pani Krystyna Czerni i Marian Curzydło. Pani Krystyna jest wybitną znawczynią sztuki Jerzego Nowosielskiego, autorką licznych opracowań i książek poświęconych temu wielkiemu malarzowi, którego nazywa "mnichem w środku Krakowa". Marian Curzydło wykonał z kolei niezwykłe fotografie dzieł Nowosielskiego, a niekiedy dokonywał cudów wykorzystując możliwości współczesnej techniki komputerowej, by pokazać czytelnikowi dzieło malarza w pełnym blasku.

Mam to szczęście, że otrzymałam ten album i w dodatku z autografem autorki.

                 Autograf

Ciężka, potężna książka, pełna wspaniałych reprodukcji, pokazująca sakralne dziełaNowosielskiego w licznych świątyniach, dzieła nie zawsze dobrze odbierane, przemalowywane, a nawet świadomie niszczone przez niektórych gospodarzy obiektów kościelnych. Z bólem serca czytałam, że niezwykle szanowany przeze mnie śp. arcybiskup Ablewicz zalecił zamalowanie obrazów Nowosielskiego w kościele w Zbylitowskiej Górze, bo jak mówił "co ma styl bizantyjski w Zbylitowskiej Górze do szukania"... Uratowano obrazy mistrza Jerzego w tym kościele akurat, ale w innych miały mniej szczęścia. 

Popatrzmy na niektóre dzieła opisane w książce:

                   Nowosielski2

Powyżej: ikonostas do cerkwi prawosławnej pw. Wniebowstąpienia Pańskiego w Orzeszkowie ( nie został umieszczony w świątyni, ponieważ parafianie uznali go za ...zbyt katolicki)

                   Nowosielki3

Powyżej: niezwykły kielich eucharystyczny wykonany z drewna wyłożonego wewnątrz złotą blachą, a zewnątrz malowany przez Nowosielskiego farbą olejną, przedstawia m.in. Wniebowstąpienie, Melchizedeka, Ukrzyżowanie, Anastasis (zejście do otchłani), Adama i Ewę, Spotkanie w Emaus.

                   Nowosielski4

Powyżej: "Święta Paraskewia ze scenami z życia" i "Święty Mikołaj". 

To tylko przykłady. Z kart książki patrzą na czytelnika liczne Bogurodzice z Dzieciątkiem, Pankratory, Matki Boże Orantki, twarze Chrystusa z Mandylionów, możemy podziwiać sceny z życia świętych, liczne i co ciekawe: dwustronne krzyże ołtarzowe.

Przejmuje chyba każdego czytelnika niechlubna historia likwidacji jednego z najważniejszych dzieł Nowosielskiego, kaplicy pw. św.św. Borysa i Gleba Fundacji św. Włodzimierza w Krakowie. Swego czasu przed ikonami Nowosielskiego w tej kaplicy modlił się papież Jan Paweł II. Teraz ją zlikwidowano, bo salka (naprawdę niewielka) jest podobno niezbędna na biuro Światowych Dni Młodzieży...

Może i dobrze, że artysta nie dożył tej chwili...

                 Nowosielski5

 Lektura albumu "Nowosielski w Małopolsce. Sztuka sakralna" jest wielkim przeżyciem dla każdego, komu bliskie są ideały zgody, szacunku i najprostszej miłości dla sztuki. I dla bliźniego. Cieszę się, że mogłam być na spotkaniu i że mam ten album:)

Takich właśnie drobnych, ulotnych radości życzę wszystkim w Nowym Roku. Te drobiazgi najbardziej zapadną nam w pamięć. Wszystkiego dobrego

czwartek, 24 grudnia 2015

Moi Kochani, ten rok nie był dla mnie ani dobry ani zły do końca. Wiadomo zawirowania rodzinne, choroby - norma. Ale to, co dziś się wyprawia, wróży mi ... no właśnie. Najpierw zaspałam, a planowałam wstać o 6.00, żeby pobiec po chleb. Ale od czego mam kochanego zięcia? Kupił, a nawet mi już dostarczyli chleb, weki, graham i chałkę:)

Zaraz po wstaniu z łoża strąciłam budzik, spadł i już nie ruszył. Stoi, 7.45.. pewnie jakaś niedobra wróżba, ale co tam, budzik w spadku po niewiernym, więc niech spada w kosz.

Potem ni stąd ni zowąd spadła mi odchylana klapa od barku, nie wiem dlaczego ale opadła w dół i strąciła szklaną choinkę złożoną z 33 złotych bombek. Z bombek pozostał zloty kurz i metalowy pręt, na którym były osadzone:( No cóż, bombki - też pamiątka po niewiernym, przed 35 laty razem kupowaliśmy. Czyżby dokonywał mi się jakiś remanent w pamiątkach?

A potem to już poszło. Z lodówki wypadła na podłogę śmietana - podłoga oczywiście do mycia, śmietana do kupienia. Po chwili wywrócił się pojemnik ze śmietanką do ubicia - zalała całą stolnicę. Stolnica do mycia - śmietanka do kupienia.

Córka i syn pojechali na cmentarz ze stroikami i zniczami. Syn nie mógł potem dostać się do domu - zepsuł się domofon, jakiś debil zdeformował nasz przycisk a G. nie miał klucza. Prawie płakał...

Teraz widzę, że chyba zabraknie mi tartej bułki, która dzielnie sama zrobiłam. Ba, gdzieś diabeł przykrył mi ogonem rodzynki do sernika, i morele:)

A dopiero jest 11.20. Wszystko przede mną...

Żeby więc bardziej nie zapeszać:

życzę wszystkim - i sobie też - świętego spokoju, świątecznego nastroju i wszelkiego błogosławieństwa Bożego tudzież dobra wszelkiego.                                                                                   Bombka !   

                                   Bożena z synem.

11:41, atojaxxl
Link Komentarze (8) »
piątek, 18 grudnia 2015

Niektórzy być może pamiętają mój wpis z dnia 13. kwietnia br o tym, jak dostałam tzw. fasolkę eucharystyczną do posadzenia. Wahałam się, ale w końcu posadziłam - nie na działce a na balkonie. Miałam tylko jedno ziarenko, nie chciałam ryzykować, że mi roślinkę ślimaki zjedzą.

Najpierw wyglądała tak:

fasolka euch.

Rosła szybko:

fasolka euch.

Coraz szybciej, wiatr porwał oznaczenie:

fasolka euch.

Balkon jej służył:

fasolka euch.3

Potem nastąpiły moje perturbacje ze zdrowiem i nie miałam głowy do robienia zdjęć. W każdym razie fasolka wyrosła aż pod sufit balkonu, wypuściła kilka pędów, przetrwała dzielnie straszliwe upały i prezentowała się tak:

fasolka euch.

Nie wszystkie strączki dotrwały do wieku dorosłego, upały były zabójcze, ale w końcu przyszedł czas żniwa, otwarłam ocalałe i wysuszone strąki i zobaczyłam ziarna. Ku mojemu zdumieniu nie było na nich monstrancji, tylko coś skrzydlatego. Anioły???

fasolka euch.6

Ziarenka starannie przechowuję i na wiosnę będę dalej eksperymentować. Pocieszam się, że jednak mi coś wyrosło i nie jest ze mną tak źle, mam na myśli poziom mojej grzeszności mierzony fasolkowym urodzajem. Może te anioły mnie tak pilnują?

Tagi: takie tam
21:00, atojaxxl
Link Komentarze (2) »
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 31