Podróż przez życie z licznymi przystankami, w tym również autobusowymi
RSS
wtorek, 26 kwietnia 2016

Pamiętacie?

Najpierw jakieś niejasne informacje, jakieś zapewnienia, że wszystko gra, że nas to nie dotyczy, że daleko...

A potem narastał strach, bo wiatr przywiał dziwne chmury i mgłę...

I picie roztworu Lugola, gorzkiego wstrętnego jak rozpuszczona jodyna. On miał być lekiem na całe zło.

Najbardziej pamiętam jedną z koleżanek w pracy, która w gabinecie lekarskim natarczywie domagała się tego płynu dla siebie, chociaż przewidziany był na razie tylko dla dzieci. Akurat byłam tam z moją klasą, na którą przyszła kolej picia tego świństwa. A ta starsza już wówczas kobieta przepychała się przez dzieci i wręcz wyrywała pielęgniarkom*plastikowe pojemniczki z Lugolem. Dopiero dwaj woźni pomogli ją wyprowadzić...

Dziś mija 30 lat od czarnobylskiej tragedii. Na półce w moim pokoju leży książka Swietłany Aleksijewicz "Czarnobylska modlitwa". Jeśli ktoś miał wątpliwości, dlaczego Swietłana otrzymała Nagrodę Nobla, to po przeczytaniu tej książki powinien tych wątpliwości się wyzbyć. "Czarnobylska modlitwa" należy do tych lektur, które czyta się ze ściśniętym gardłem i z narastającym w człowieku bezsilnym gniewem, że tak potraktowano ludzi, domy i zwierzęta, żywych i umarłych.

Oto fragment:

"..całą wieś zakopali. Mój tato był kierowcą, jeździł tam i potem opowiadał. Najpierw kopią wielki dół...Głęboki na pięć metrów... Podjeżdżają strażacy... Sikawkami myją dom od fundamentów aż po komin, żeby nie wzbijać radioaktywnego kurzu. Wszystko myją - okna, dach, próg. A potem dźwig podnosi dom i opuszcza do tego dołu... Poniewierają się słoiki, książki, lalki... Spychacz to wszystko wyrównuje... Zasypują całość piaskiem, gliną i ubijają ziemię. Ze wsi robi się szczere pole. Tam lezy nasz dom. I szkoła, i rada wiejska... Jest tam też mój zielnik i dwa albumy ze znaczkami, a tak chciałam je zabrać."

Autorka rozmawiała z setkami świadków, z wysiedlonymi, z dziećmi i z żołnierzami, którzy szli na reaktor wierząc w potęgę swego kraju i w dezynfekującą moc wódki. Opisuje umieranie "na Czarnobyl". I niewyobrażalne akty miłości, walki o życie ukochanych osób. I strach przed odwiedzeniem grobu czarnobylca, bo może promieniuje... Przejmujące wypowiedzi dzieci, które utraciły swój pierwszy w życiu rowerek i widziały zabijanie ukochanych zwierząt domowych (na żółwia najeżdżało się buldożerem, szkoda było pocisku).

W takie dni, jak dziś, ogarnia mnie wielki smutek. To wszystko, co chciałam powiedzieć...

Swietłana Aleksijewicz: Czarnobylska modlitwa. Kronika przyszłości. Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2012

*Tak, tak, były takie czasy, gdy w szkołach pracowały pielęgniarki, tzw. higienistki szkolne, na pełny etat

Tagi: ludzie
09:18, atojaxxl
Link Komentarze (4) »
środa, 13 kwietnia 2016

Dla wielu Węgrów moje miasto jest celem wycieczek. Przyciągają ich tutaj miejsca i pamiątki związane z postacią bohatera czterech narodów generała Józefa Bema. Najważniejszym jednak punktem każdej wycieczki jest Mauzoleum gen.Bema w parku miejskim. 

Nie będę tu przytaczać pełnej niespodziewanych zwrotów biografii wielkiego stratega, który jeszcze za życia owiany był legendą i opiewany w wierszach i pieśniach. Dla Polski, dla jej wolności walczył na różnych frontach zdobywając serca Polaków, Węgrów, Rumunów, a nawet Turków. Decyzja o przejściu Bema wraz z grupą oficerów węgierskich na islam w celu walki w armii sułtańskiej zaważyła na wydarzeniach, które rozegrały się w Tarnowie, gdy podjęto decyzję o sprowadzeniu do wolnej Polski jego prochów.

Bem zmarł w 1850 roku jako Murad Pasza i pochowany został w obrządku nakazanym przez islam. W 1929 nastąpiła ostateczna realizacja starań o powrót prochów wielkiego generała do miasta jego urodzenia. Pokonana została bowiem największa przeszkoda - stanowisko hierarchów Kościoła katolickiego odmawiających Bemowi prawa do pochowania w poświęconej ziemi. Był przecież innowiercą i to z własnej woli.

Znaleziono salomonowe wręcz rozwiązanie: trumna z ciałem Bema nie została pochowana na cmentarzu, w ziemi, ale została umieszczona nad powierzchnią pięknego stawu, w sarkofagu wyniesionym w górę na sześciu kolumnach korynckich. Kolumnadę, osadzoną na żelbetowej podstawie, otaczają kule symbolizujące ukochaną przez Bema artylerię. Kule połączone są łańcuchami, do których użyto metalu z przetopionych armat. 

               Bem

Każde inne miasto dbałoby o ten piękny zabytek jak o szlachetną perłę w swojej koronie. Niestety, czas, woda, gołębie i kaczki powoli doprowadzają mauzoleum do ruiny. Deszcze i odchody gołębi niszczą sarkofag - te zielone zacieki są już utrwalone i z każdym opadem się powiększają, niebawem nie będzie można odczytać napisu w języku węgierskim, gdzie Bem nazwany jest Apó - Ojczulek

              Bem

Odpadają do stawu kolejne płyty z obudowy podstawy, a to co się odsłania, natychmiast pokrywa zielona pleśń. Woda w stawie jest stale zanieczyszczana przez liczne kaczki, bo przecież nie przez dwa łabędzie. Kaczek przybywa, dokarmiane niepotrzebnie przez ludzi nawożą staw swoimi odchodami i przy każdym ociepleniu staw zakwita glonami i cuchnie jak kloaka.

               Bem

Podest podstawy jest wręcz śliski i pokryty grubą warstwą odchodów, które litościwy deszcz spłukuje do stawu.

               Bem

Na koronie sarkofagu i na jego podstawie przesiadują z upodobaniem gołębie wypatrujące karmicielek, które przynoszą worki suchego chleba i rozsypują na alejkach. Warstwa odchodów na bezpośredniej podstawie sarkofagu jest tak duża, że kiełkują tam rośliny !!! Miedziane zwieńczenie sarkofagu ulega w szybkim tempie zniszczeniu pod wpływem kwaśnych deszczów (mamy przecież słynne Azoty), kwaśnych odchodów i nagromadzonych warstw liści.

               Bem

 Od dawna się mówi o potrzebie generalnego remontu mauzoleum i udrożnienia stawu tak, aby zapewnić przepływ świeżej wody. To miejsce odwiedzają codziennie setki ludzi, w tym i ja robię liczne kółka z kijkami wokół stawu. Obawiam się, że obietnice remontu spełzną przy obecnej władzy na niczym, ponieważ dla niej Bem był heretykiem i w herezji wytrwał do końca. Wiernym pozostał tylko Polsce. Podobno jego ostatnie słowa brzmiały: 'Polsko, Polsko! Ja cię już nie zbawię..."

16:46, atojaxxl
Link Komentarze (4) »
wtorek, 12 kwietnia 2016

Wczoraj minęła 22 rocznica urodzin i śmierci naszego Synka, zwanego do dziś Małym. I właściwie nie miałam zamiaru o tym pisać tu na blogu, ponieważ kilka razy już wspominałam o tym traumatycznym dla nas wszystkich wydarzeniu. Ale do powstania tego wpisu zachęciła mnie brutalna dyskusja wokół propozycji zaostrzenia ustawy antyaborcyjnej i penalizacji wszelkich przypadków utraconych czy poronionych ciąż.

Mój przypadek był szczególnie dramatyczny, późny wiek - 40 lat to już trochę późno na kolejną ciążę, ciężka choroba podczas drugiego trymestru połączona z obrzękiem płuc, zawałem serca i stanem śmierci klinicznej. Konsylium lekarskie podjęło w nocy decyzję o terminacji ciąży. Nie miałam w tym udziału, ponieważ byłam  nieprzytomna. O decyzji lekarzy dowiedziałam się, gdy wyrwano mnie wreszcie ze stanu nieświadomości. Ordynator OIOKu powiedział mi, że nie ma innej możliwości ratowania mojego życia, ale ponieważ zaczęłam prosić - poczekają do rana.

Rano mój stan na tyle się poprawił, że konsylium zebrało się ponownie i postanowiono terminację zawiesić. I tak sobie żyliśmy z synkiem 4 miesiące, z czego połowę w szpitalu, otoczeni opieką, na jaką wówczas szpital było stać. Leżałam na kardiologii i codziennie, dwa razy przychodziły położne i lekarz położnik, by mnie zbadać. Przeniesiono również specjalistyczną aparaturę monitorującą nasz stan. A jednak synek zmarł, po prostu zanikło tętno tuż przed rozwiązaniem... Lekarze spytali mnie, czy zgodzę się na sekcję. Zapytałam z kolei, czy to naprawdę jest potrzebne, czy to dziecko musi jeszcze po śmierci być poniewierane. Okazało się, że nie. Usłyszałam też słowa dla mnie bardzo ważne "Pani Bożeno, to się zdarza, takie przypadki się zdarzają i nie ma tym pani winy". Zapewniono mi spokój i pomoc terapeutyczną, uszanowano żałobę.

Dlaczego o tym piszę? Gdyby weszła w życie zaostrzona ustawa antyaborcyjna, pacjentka z mojego przypadku poddana zostanie dodatkowym, okrutnym psychicznym torturom: będzie przesłuchiwana jako podejrzana o zabójstwo prenatalne, będzie badane i nicowane do kości jej życie, zachowania, posiłki, czynności. Kwestia jej życia i zdrowia zejdzie na dalszy plan, ba, w ogóle nie będzie ważna !!! Prokurator nie uszanuje jej żałoby, traumy, dostarczy jej dodatkowych negatywnych doznań. Lekarze, w obawie o zarzut współudziału w przestępstwie, będą woleli dopuszczać się zaniechania leczenia kobiety, byle nie narazić się ustawodawcy. Powstanie nowa grupa prawników specjalizujących się w sprawach o zabójstwo prenatalne, zarówno adwokatów jak i prokuratorów. Nasze córki i wnuczki zostaną sprowadzone do roli inkubatorów, bez praw i woli stanowienia o sobie. 

I nie uspokaja mnie wiadomość, że episkopat łaskawie chce uwolnić kobiety od kary. Po prostu tym panom nie wierzę.

Tagi: ludzie
10:19, atojaxxl
Link Komentarze (3) »

Zawsze o tej porze nachodzą mnie wspomnienia z dzieciństwa. Jednym z nich jest irracjonalny strach przed ... zaglądaniem do dziupli. Może to opowiadane mi przez Babcię bajki, może legendy o diable Rokicie, który mieszkał w dziuplach wierzb. W każdym razie ogromną, starą wierzbę rosnącą przy polu moich dziadków omijałam z daleka. Miała widoczną z daleka dziuplę i wyobrażałam sobie, jakież to stwory-potwory mogą w niej mieszkać. Pewnego razu babcia wzięła koszyk, poleciła mi iść i bez najmniejszych obaw zanurzyła rękę w dziupli. Wydobywała z niej próchno, które potem mieszała z ziemią do kwiatów. Poza wystraszonymi pająkami nic z wierzby nie wylazło.

W naszym pięknym, zabytkowym parku jest wiele drzew z dziuplami. Szczególnie tajemniczo wyglądają, gdy nie ma liści, jest szaro i ponuro. Zdjęcia robiłam podczas moich spacerów z kijkami, gdy zima już się skończyła a wiosna nie miała odwagi się pokazać.

Przy tej okazji miałam natrętnego rozmówcę, który nabił sobie do głowy, że jestem z jakiejś ważnej instytucji i robię zdjęcia drzew, które mają być wycięte. Łaził za mną krok w krok i ględził, że chcemy pewnie tak jak w Puszczy Białowieskiej pół parku powycinać...

Oto najfajniejsze dziuple:

1. Ta ma około 3 metrów długości

                           Dziuple

2. Ta dziupla przypomina mi - nie wiedzieć czemu - "Krzyk" Muncha

                           Dziuple

3. Tu aż się prosi, żeby dodać jakieś twarze

                            Dziuple

4. W tej malutkiej i głębokiej dziupelce jakieś zapobiegliwe stworzenie zgromadziło solidne zapasy orzechów

                   Dziuple

5. Niektóre drzewa składają sie tylko z kory i dziupli:) Tu jakby przeniesione z ogrodu zaklętych w drzewo figur.

                            Dziuple

6. Wreszcie moja dziupla (?) faworytka. Ktoś pracujący nad ocaleniem drzewa uformował ją w wyjątkowo ... hm... erotycznie

                   Dziuple

... i z profilu

                   Dziuple

To tylko drobna część moich dziuplowych okazów. Dołączam do nich tajemniczego stwora wynurzającego się z pnia:

                   Drzewne okazy

Nasz ponad stuletni park o każdej porze roku jest ciekawy.

Tagi: park
09:38, atojaxxl
Link Komentarze (4) »
sobota, 12 marca 2016

Swego czasu pisałam tutaj, że pracuję nad książką. Godziny spędzone w bibliotekach, archiwach i przy komputerze zaowocowały publikacją poświęconą zapomnianemu polskiemu poecie Janowi Zychowi. Świetnie wydana przez krośnieńskie wydawnictwo "Ruthenus" jest pierwszą próbą monograficznego opracowania życia i twórczości wyjątkowo pięknej postaci.

                   Zych

Pochodzący z Korczyny koło Krosna Jan Zych ukończył krośnieńskie liceum im. Kopernika, potem filologię polską na Uniwersytecie Jagiellońskim. Z niezwykłym, typowo chłopskim uporem uczył się kolejnych języków obcych po to, by czytać w oryginale poezje ulubionych twórców. Wydał 6 tomików własnej poezji, przełożył na język polski niezliczoną ilość wierszy poetów bułgarskich, słowackich, macedońskich, czeskich, ukraińskich, węgierskich, rosyjskich, francuskich a nade wszystko poetów i pisarzy iberoamerykańskich. Tłumaczył książki Marqueza, Paza, Guillena, Eloya, Rulfo, Nerudy. Na język hiszpański przekładał wiersze Miłosza, Szymborskiej, Różewicza, Herberta, Białkowskiego i in.

Swoje życie podzielił między dwie ojczyzny: Polskę i Meksyk, w którym studiował i doktoryzował się oraz założył rodzinę. I tam daleko od korczyńskich wzgórz zmarł w 1995 roku. Jego prochy rozsypano pod drzewem plumerii.

Dziś mało kto pamięta, że był taki poeta i że literatura polska wiele mu zawdzięcza. Ponad 15 lat pracował przecież jako redaktor w dziale poezji Wydawnictwa Literackiego. Przez jego ręce przeszły setki tomów poezji największych polskich poetów. 

Jego postać, twórczość i ciekawe losy zawsze mnie fascynowały. Marzyłam, żeby ktoś napisał jego biografię. Nie przypuszczałam, że tym kimś mogę być ja.  Habent sua fata libelli. I ta książka ma też swój ciekawy los. Dzieciństwo i młodzieńcze  lata Zycha opisał wybitny historyk sztuki, etnograf, regionalista, wielbiciel dobrej poezji i muzyki dr Tadeusz Łopatkiewicz, krośnianin. Ja zajęłam się okresem od studiów do końca życia poety oraz napisałam analizę jego twórczości. Ze współautorem poznaliśmy się dzięki internetowi i przez internet przesyłaliśmy sobie kolejne rozdziały i poprawki oraz zdobyte z trudem zdjęcia, skany artykułów. Dr Łopatkiewicz zajął się także stroną formalną, walką o wydawcę, o wsparcie ze strony rodzinnej miejscowości Jana Zycha. Udało się. We wrześniu ub.roku w Korczynie odbyła się promocja naszej książki:

Zych

Promocja poprzedzona została uroczystością nadania imienia poety miejscowej gminnej bibliotece oraz odsłonięciem tablicy pamiątkowej:

Zych3

Promocja książki odbyła się w pięknie odrestaurowanym dworku Szeptyckich, a w otaczającym go parku mieliśmy okazję podziwiać zmagania rzeźbiarzy,  którzy na oczach publiczności wyczarowywali postaci osób zasłużonych dla Korczyny. Ze wzruszeniem obserwowałam, jak z lipowego pnia wyłaniają się zarysy postaci Jana Zycha:

Zych4

Zych5

Nasza książka promowana jest głównie w południowej Polsce. Ostatnio zaproszono mnie na wieczór autorski do Krosna. Wspólnie z dr. Tadeuszem Łopatkiewiczem opowiadaliśmy licznie przybyłym słuchaczom o naszej fascynacji Zychem i pracy nad książką. Wśród publiczności zasiadł również prezydent Krosna pan Piotr Przytocki. A po spotkaniu podpisywaliśmy nasze dzieło

Zych6

Pracą nad biografią Jana Zycha udowodniłam przede wszystkim sobie, że jeszcze potrafię coś pożytecznego zrobić. I już pracuję nad kolejną książką.

Tagi: książka
10:46, atojaxxl
Link Komentarze (12) »
niedziela, 07 lutego 2016

Doroczna kolęda czyli wizytacja duszpasterska wywołuje u wielu moich znajomych zupełnie skrajne i niepotrzebne emocje. Z przeszłości pamiętam rzeczywiście "dziwne" kolędy, księży przesłuchujących mnie nieletnią z wiedzy religijnej i modlitw, sprawdzających mój zeszyt do religii, upominających mojego ojczyma (lubił niestety iść w tango i nie taniec mam tu na myśli), wypytujących o życie sąsiadów - rozumiem, że sąsiadów wypytywał o nasze sprawy.

Gdy mieszkałam u Dziadków, cała wieś przygotowywała się do kolędy jak do wielkiej uroczystości. Sąsiedzi ustalali, kto pojedzie saniami po księdza, kto go potem odwiezie - do plebanii 4 kilometry i zaspy po pas. Sąsiadki uzgadniały, u kogo ksiądz zje obiad, u kogo podwieczorek a jeszcze gdzie indziej kolację. Biegało się z plackami, każda miała ambicję dołożyć się do posiłku wielebnego. Pamiętano o odśnieżeniu obejścia u starszych i mniej zaradnych gospodarzy.

Mnie i mojego niepełnosprawnego wujka najbardziej interesowały obrazki. Dostawaliśmy ich zawsze po kilka, a na jednym ksiądz pisał kilka słów osobistych typu "Drogi Józefie G. pamiętaj zawsze, że jesteś dzieckiem Bożym i wszystkie swoje sprawy powierzaj Najlepszemu Ojcu" albo "Mała wesoła Bożenko (to ja :) ), bądź zawsze grzeczna i posłuszna Dziadkom, pamiętaj o kwiatkach przed obrazem Matki Bożej". Zawsze mnie to zastanawiało, skąd on wiedział, że ja się zajmuję podlewaniem kwiatków w domu, a Babcia miała ich dziesiątki w doniczkach.

Ofiary przyjmował ksiądz w naturze, podobnie jak w "Chłopach" Reymonta, mało kto dawał gotówkę. Dobra zebrane podczas kolędy pomocnik księdza potem po prostu sprzedawał na targu.

W poprzednią niedzielę czyli 31 stycznia księża z naszej parafii mieli zawitać do naszego bloku od godziny 14.00. Zapytałam więc syna, czy przyjmujemy księdza,  wiele decyzji teraz konsultuję z synem, czuje się wtedy odpowiedzialny za dom. G. powiedział, że przecież zawsze przyjmowaliśmy (mój jeszcze mąż jest/był fanatycznym katolikiem), to brak ojca nie jest przeszkodą.

Natomiast u moich sąsiadów trwały dyskusje i kłótnie, przyjmą, nie przyjmą, co ksiądz sobie wyobraża - w niedzielę przychodzić, i to jeszcze w porze obiadowej, tu mają mieć gości, tamci jadą po dzieci.

Ksiądz miał zaczynać, od naszej klatki, obliczyłam sobie, że u nas będzie ok. 14.45. Tymczasem o 14.30 już byli ministranci z pytaniem i z informacją, że ksiądz idzie od góry, czyli zaliczył już 12 mieszkań !!! W pół godziny !!! Gdy rozgryzałam tę informację, z impetem otwarły się drzwi sąsiadki z naprzeciwka i ksiądz wypadł wypadł jak torpeda, prawie wbiegł do naszego mieszkania, pochwalił Stwórcę i zaczął dziwny monolog "No proszę, no można, no może być jak należy, no proszę chłopcy, macie porównanie jak jest tu a jak było tam. Wszystko jest: i woda, i kropidło, i krzyż, i pani czekała, prawda?'

No to ja nieśmiało, że nie bardzo rozumiem wzburzenie księdza, a on na to huknął "Módlmy się". G. przyglądał się tej scenie dziwnym wzrokiem, ministranci jacyś zawstydzeni. No dobrze, "Ojcze nasz" przeleciało jak peleton w Tour de France, kropidło aż furkotało. 

Ksiądz wreszcie usiadł i wyjaśnił, że jest u nas tak szybko, ponieważ kilka mieszkań było zamkniętych a niektórzy tłumaczyli się, że nie wiedzieli albo zapomnieli i nie byli przygotowani, pani naprzeciwko w szlafroku, pani na 3 piętrze dopiero z wodą święconą z kościoła wracała: "Co za klatka, proszę pani, co za ludzie, a państwo zza ściany to dlaczego nie otwarli, wie pani? Ja tu nie mam odnotowane, żeby oni dawniej kolędy nie przyjmowali".

Czułam się zażenowana. Starsza pani od wody święconej ma 87 lat i męża z Alzheimerem, który wpuścił księdza nie bardzo kumając o co chodzi. Sąsiadka z naprzeciwka wróciła w nocy z wyjazdu z dziećmi na zimowisko, nie było jej 2 tygodnie w domu, może odsypiała. Za ścianą wiem co się dzieje, ale nie mam obowiązku o tym informować. 

Po chwili fala nerwów opadła, o dziwo, ksiądz spokojnie i z wielkim taktem rozmawiał z nami o naszej nowej sytuacji rodzinnej, udzielił kilku naprawdę mądrych rad, i jak za moich dziecięcych lat, napisał synowi na obrazku "Pamiętaj - teraz mama". Cokolwiek to znaczy, jestem wdzięczna za te 20 minut, zatarły poprzednie niedobre wrażenia.

PS 1. Sąsiadki z parteru oczywiście najbardziej zainteresowane były, dlaczego ksiądz u nas tak długo siedział.

PS 2. Nadal jestem zdania, że kolęda powinna być inaczej zorganizowana, kto chce przyjmować, powinien zgłosić w kancelarii i ustalić termin.

Tagi: ludzie
17:02, atojaxxl
Link Komentarze (3) »
wtorek, 02 lutego 2016

No to mi panowie fachowcy hydraulicy zrobili siurpryzę. Dziś wykorzystałam ich wysiłek i zamknęłam pierwszy raz zawory. I co? I co? 

W naszych blokach rury wodociągowe i zawory umieszczone są w kuchniach, w takich wysokich, wąskich wnękach zamykanych równie wysokimi a wąskimi drewnianymi drzwiczkami. 

I co???

Po przesunięciu wajchy zaworu w pozycję "zamknięte" te właśnie wajchy elegancko sterczą na zewnątrz skutecznie uniemożliwiając zamknięcie drzwiczek :) Fakt, nie zwróciłam na to uwagi, gdy panowie mnie szkolili w zamykaniu i otwieraniu zaworów. Drzwiczki były szeroko otwarte, zawory pozostawili w pozycji "otwarte", no to i drzwiczki się potem dało zamknąć:)

Niedomknięte na szerokość 15 cm drzwiczki nie są czymś uniemożliwiającym normalne funkcjonowanie w kuchni. Tym bardziej, że wajchy będą zamknięte podczas naszej nieobecności. Ale też są świadectwem dziadostwa, do jakiego schodzą nasi usługodawcy.

No szlag mnie trafi!!! Na samą myśl, że znowu muszę iść do administracji i znowu wysłuchiwać "Pani, nie da się"

A pamiętacie słynny dialog Tuwima o droselklapie, która była tandetnie zablindowana i ryksztosowała? I trzeba było pufer lochować czyli dac mi szprajc, żeby tender udychtować ? I bez holajzy tego nie dało się zrobić, bo trychter był krajcowany i we flanszy culajtungu nie było... 

No to ja miałam mniej więcej tak samo:)

Pozdrawiam cierpliwie czytających:)

11:12, atojaxxl
Link Komentarze (9) »
poniedziałek, 01 lutego 2016

Moi panowie fachowcy hydraulicy poszli do piwnic zamknąć dopływ wody w pionie. Za nimi pomknął sąsiad, który lubi wszystko wiedzieć. Jest przy tym człowiekiem niezwykle pedantycznym, dbającym o porządek w domu i w strefach wspólnych.

Po kilku minutach sąsiad wrócił i po drodze (miałam cały czas otwarte drzwi) poinformował mnie, że fachowcy z zasępionymi minami patrzą na zawór i coś tam próbują ale zawór ani drgnie. No to po balu - myślę sobie. 

Panowie wrócili do mnie i stwierdzili nie pierwszy raz zresztą, że "się nie da", no nie da się zamknąć zaworu i co tu pani robić, bo tu u pani to jeszcze czasu zejdzie przy robocie, że hoho, a woda nadal płynie w rurach. Coś tam poszeptali, postukali i powiedzieli, że idą zamknąć dopływ wody do całego bloku - bagatela  90 mieszkań, hulają pralki, gotują się obiady. Poszli, nie było ich ze dwa kwadranse.

W tym czasie przybył fachowiec od domofonu i pod czujnym okiem sąsiada z 4. piętra naprawiał zniszczony przez menela panel przywołujący. Podpisałam wykonanie naprawy, pan podziękował i poszedł sobie. Naprawa trwała może z 15 minut wliczając czas kontroli, gdy dzwonił do każdego mieszkania i sprawdzał połączenia.

Wrócili hydraulicy i przystąpili wreszcie do pracy. 

Narzekali, że te moje zawory skur....ny takie zapieczone, zakamienione, no dramat hydraulika po prostu. Po schodach zaczęły biegać sąsiadki pytając wzajemnie czy mają wodę i zaglądając do mnie z pytaniem, ile to potrwa jakbym ja była prorokinią.

Po jakiejś godzinie nastąpił upragniony finał. Nowe, nowocześniejsze zawory, nowe plomby. Przywrócono obieg wody. To co popłynęło z rur to był szaro-buro-rudy ściek po prostu. Panowie powoli zbierali swoje narzędzia,  a ja zapytałam grzecznie, czy mogliby mi jeszcze założyć nowe uszczelki.

Nie mogli, ponieważ byli u mnie w ramach pracy i nie mieli zlecenia, a prywatnie w godzinach pracy nie mogą tego zrobić, bo mógłby ktoś na nich donieść (no pewnie ja, albo oni wzajemnie na siebie). Zapytali z kolei, czy mogliby dostać coś do picia, bo się okrutnie zmachali. Odmówili: kawy, herbaty, soku, wody mineralnej, kompotu, lemoniady i wyraźnie zawiedzeni opuścili moje metry kwadratowe. No to czego oni chcieli ???

PS Dalszego ciągu ... no właśnie nie mogę obiecać, że nie będzie, ponieważ spod moich nowych, nowoczesnych zaworów spływa co mniej więcej 10 minut kropelka wody. Ale może to tylko spracowane rury tak się pocą?

20:51, atojaxxl
Link Komentarze (5) »
niedziela, 31 stycznia 2016

Jako rzekłam w poprzednim odcinku, ekipa fachowców od wodociągów stawiła się w wyznaczonych dniu, wprawdzie z godzinnym opóźnieniem, ale cóż to jest naprzeciw wieczności. Panowie inteligentnie zapytali, gdzie mam zawory, wiedząc dobrze, że w kuchni, no bo na naszym osiedlu wszyscy mają w kuchni, a panowie pracują od ponad 40 lat!!! Rzucili okiem na zawory i autorytatywnie stwierdzili:

"Pani, ale tu jest wszystko w porządku, patrz pani, głowiczki jak nowe, tu nie ma co robić"

Widząc, że z fachowcami można tylko pracować na przykładzie, ruszyłam jednym z zaworów, spod którego ostra, cieniutka strużka wody strzeliła prosto w twarz pana nr 1. Zdusił w sobie "O k...a" i orzekł, że tu to się uszczelni i będzie dobrze.

Tłumaczę panom, jak chłop krowie na rowie, że te zawory w ogóle nie zamykają dopływu wody do mieszkania, że nie możemy naprawić kapiących kranów bez zamknięcia tego dopływu.

"A bo pani za słabo zakręca, pani, to trzeba na siłę"

No cóż, fachowiec naparł, zakręcił na siłę, pokrętło zostało mu w ręce a woda z kranu nadal leci:

"Pani, teraz będzie dobrze, to jest woda co schodzi z rur"

Woda z rur schodziła na tyle niepokojąco długo, że panowie zgodzili się wreszcie ze mną, iż zawory trzeba wymienić. Odetchnęłam z ulgą, za szybko jednak, ponieważ pojawił nowy problem:

"Pani, ale to trzeba zamknąć wodę w pionie" - hydraulik patrzy na mnie a ja na niego. "No panie - tu przyswoiłam i zastosowałam ich konwencję rozmowy - jak trzeba to trzeba "

Panowie zabrali moje klucze od piwnic i poszli sobie. A za nimi chyłkiem udał się sąsiad z 4 piętra, który bardzo lubi wiedzieć, co się dzieje w naszej klatce.  Co za obserwował i mi przekazał - w następnym odcinku :)

12:41, atojaxxl
Link Komentarze (7) »
sobota, 30 stycznia 2016

Rok przestępny chyba jednak nie będzie dla mnie łaskawy.

Od początku coś się psuje. A to odkurzacz padł, a to pralka działa już tylko na jednym programie i naprawa nie ma sensu (wszystkie jej naprawy kosztowały mnie półtorej ceny jej zakupu - nigdy więcej polskiej pralki!!!), pan kontroler od instalacji gazowej delikatnie mnie upomniał, że należałoby kuchnię wymienić, bo 30 lat to aż za dużo.

Jak na złość zaczęło mi kapać z wszystkich kranów (kap, kap, kap - tortura jednej kropli), zawory główne okazały się już tak "zapieczone", że nie zamykały dopływu wody do mieszkania, domofon został uszkodzony przez osiedlowego menela, który nocami wydzwania, żeby go wpuścić do klatki... koszmar... i jeszcze w rurach coś wyje.

Cóż, co trzeba kupić to jakoś się kupi, ale zaworów jeszcze nie umiem naprawiać, domofon też w gestii administracji. No dobra, wycieczka do administracji jak zawsze przyprawia o łomotanie serca. Pan C. młody, brodaty, zadowolony z życia, ale z dobrym wychowaniem chyba się dawno minął. Pozwolił mi łaskawie postawić torbę z zakupami na krześle, ale już nie zaproponował, żebym usiadła na drugim.

Przyznaję, zgłoszenia przyjął, zapisał w księdze, w mojej stojącej obecności zadzwonił do firm zewnętrznych świadczących usługi wod-kan-co-gaz-domofon i zapewnił, że 2 góra 3 dni i wszystko będzie naprawione. Czekaliśmy z G. tydzień, to znaczy ja czekałam, bo G. na warsztacie terapii albo w teatrze albo na przeglądach i festiwalach różnych. Sąsiadka mnie uprzedziła, że "jak tam nie pójdziesz i z mordą nie wyjedziesz, to będziesz czekała do us...j śmierci".

W takich chwilach żałuję, że posiadam tzw. kindersztubę i z mordą na nikogo nie wyjeżdżam. Moje przekonanie, że uśmiechem więcej załatwię niż krzykiem, zaczynało się jednak pruć... Ileż można czekać. I gdy nadzieja na pokojowe załatwienie napraw zaczęła gasnąć, zadzwonił telefon i miły głos miłej pani mi oznajmił, że oto w piątek, ok. 10.00 ekipa przybędzie i naprawi, co trzeba.

Ekipa przybyła, ale o tym w następnym odcinku:) Czytajcie, naprawdę warto :)

 

Tagi: ludzie
21:18, atojaxxl
Link Komentarze (3) »
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 32