Podróż przez życie z licznymi przystankami, w tym również autobusowymi
RSS
środa, 21 marca 2012

Na tym przystanku wysiadam, gdy wracam z działki .

Zawsze tu sporo ludzi, zwłaszcza młodzieży - w pobliżu jest kilka popularnych szkół średnich. Dziś dominującym odczuciem był przede wszystkim dziwny ból  głowy, nie miałam więc ochoty na obserwacje i snucie refleksji z wyższej półki. A wszystkiemu winien wiatr.

Mimo optymistycznych prognoz, dzień nie był zbyt łaskawy dla takich jak ja kretów ogrodowych. Niemiłosierny wiatr, hulający po działce porywał wszystko co udało się złożyć lub zgrabić; zeszłoroczne liście, resztki zeschniętej trawy, jakieś reklamówki nadlatywały nie wiadomo skąd, w końcu czarne płaty spalonego "czegoś". To mnie już wkurzyło: co za idiota pali ognisko przy takiej pogodzie i przy takim zagęszczeniu drewnianych altan ???

Wybrałam się poszukać sprawcy, a jakże, był !!! Starutki mężczyzna, znany z tego , że pali i już !!! Przynosi z domu śmieci, gazety, zbiera po działkach patyczki, gałązki, chwasty i pali, dym snuje się nisko nad ziemią i truje otoczenie, a gdy szaleje wiatr, wtedy odrywają się płonące płaty papieru i lecą sobie w dal... I byłby to może romantyczny widok, gdyby nie groźba pożaru.

Jednak na "dziadka" nie ma sposobu, nie pomagają interwencje prezesa, skargi sąsiadów, straszenie wezwaniem straży. On sobie z tego nic nie robi, pali jak palił.

Mój spacer miał tylko taki skutek, ze wiatr hulał w moim mózgu. Przypomniałam sobie, jak często był inspiracją dla pisarzy i artystów : "Przeminęło z wiatrem", "Cień wiatru" , "Wiatr od morza", "Wichrowe wzgórza", "Dwa wiatry", "Wiatr i pył", o wietrze pisał wiersze Staff,  Baczyński i Herbert. Znalazłam też taki fragment autorstwa Augusta Kleinzahlera ( z wiersza "Wiatr w marcu"):

"a porywisty wiatr marcowy wycina w trawie

długą bruzdę, rozrzuca

papiery, chwieje stara palmą, kiedy turyści

zakupowicze i bezdomni podnoszą kołnierze,

uginają się pod wiatrem, stają na chwilę,

jakby chcieli sprawdzić swój środek ciężkości zanim pójdą dalej.."

 

Wszystko się zgadza...Oprócz palmy :) A kto pamięta tę piosenkę ? King Crimson "I talk to the wind" ? A Kubiaka "Wiatr, wiosenny gitarzysta "?

wtorek, 20 marca 2012

Przyszła o 6.14. Ta astronomiczna. I jest, i zostanie.

Gdyby żył nasz Dino, to pewnie powitalibyśmy ją razem na pierwszym porannym spacerze. W takie  dni najbardziej żałuję, że go nie ma z nami. Czekałby cierpliwie koło szafki ze smyczą, potem prowadziłby mnie sobie znanym szlakiem: koło kiosku, obok straży pożarnej, potem przystanąłby przed przejściem dla pieszych a za nim zwolniłby i zaczął właściwy spacer połączony z niuchaniem, grzebaniem i radosnym poszczekiwaniem :)

Zaczepiałby wszystkie psy pilnujące domów prywatnych, a potem  zaglądałby ciekawie do bazy pojazdów policyjnych. Tam stróżował wielki owczarek niemiecki, który zza siatki towarzyszył nam do końca tej części spaceru. Podziwiałam tego psa, jego ułożenie i wyszkolenie - mimo często otwartej bramy nigdy nie przekroczył niewidzialnej granicy, czekał na nas i potem szedł wzdłuż siatki. Odchodziliśmy a on długo patrzył za nami, potem wracał pod bramę.

Dino był z nami 15 wiosen. Tegoroczną witają tulipany i żonkile posadzone w miejscu, gdzie odpoczywa po swoim chyba dobrym i pogodnym życiu. To już trzecia wiosna bez niego...

niedziela, 18 marca 2012

Kilka dni temu jadąc do domu, wysiadłam przystanek wcześniej. Postanowiłam bowiem zaopatrzyć domową i działkową apteczkę w podstawowe opatrunki, plastry, lekarstwa pierwszej potrzeby. Moja ulubiona apteka ma 3 stanowiska obsługi, szybki i co ważne dokładny personel.

Ustawiłam się w kolejce za starszą panią, uściślijmy rzecz: za bardzo starszą panią, która właśnie wyłożyła na blat plik recept. Patrząc na wykładane przez aptekarkę pudełka zorientowałam się, że są to leki krążeniowe, kardiologiczne i związane z ciśnieniem. Dużo tego było, pani wypytywała o każde pudełko, kolejka za mną rosła.

Po zapłaceniu (289,66 zł) starsza pani wyjęła drugi plik recept, to było leki przeciwcukrzycowe, paski do glukometru, jakieś ampułki. Historia się powtórzyła - znowu wypytywanie o każdy lek i zastanawianie się, dlaczego lekarz zmienił, bo zawsze zapisywał coś innego. Przyszedł wyczekiwany przez wszystkich moment zapłaty - 274,82 zł.

Radość kolejki szybko zgasła , niektórzy przenieśli się do innych stanowisk - pani wyjęła następny plik, tym razem wszystko na żylaki i inne choroby naczyniowe, rósł stos pudełek, maści, opatrunków żelowych, płynów. Przed panią stały już trzy torby lekarstw, a końca nie było widać. Zaczęło sie utyskiwanie klientki, że wycofano ze sprzedaży detralex, który brała od 20 lat, że te wszystkie diosminexy i diohespamy są diabła warte. Zorientowałam się, że już tylko ja cierpliwie stoję do tego stanowiska. Kasa skończyła liczenie i drukowanie paragonu - 301, 28 zł.*

Kiedy już wszystko zostało opisane, spakowane i przedyskutowane, kiedy aptekarka uprzejmie podziękowała, podałam moją karteczkę, na której spisałam wszystko, czego potrzebuję.

Jednak moja poprzedniczka nie poddawała się. O, nieee! Nie pozwoliła mi stanąć przy ladzie mimo grzecznej prośby o przesuniecie się, skoro skończyła zakupy. Otóż nie, pani nie skończyła !!! Najpierw zażądała faktur (bo sobie przypomniała). Faktury się drukowały, a farmaceutka gromadziła moje zamówienie. W tym momencie starsza pani oświadczyła, że ona jeszcze chce kupić środki przeciwbólowe, coś na trawienie lepsze, plastry na odciski.

Matko kochana, pęcherz zaczął mi się odzywać, więc ponownie grzecznie proszę, żeby mi już pozwoliła skończyć moje zakupy, pójdę sobie, a pani będzie kupować ile i jak długo zechce. Ależ skąd !!!! Mowy nie ma, ona ma prawo, ona jest stara, ona sobie przypomniała i ma już natychmiast dostać wszystko !!! Na moje szczęście aptekarka już wklepała w kasę część moich zakupów i siłą rzeczy pani musiała czekać , ale utyskiwała cały czas.

Po kilku godzinach wróciłam do tej apteki wykupić lekarstwa dla syna, farmaceutka mnie poznała i mówi, że musi mi jakoś wynagrodzić to długie stanie, a ja zapytałam czy te leki starowina kupowała dla całego domu. Nie !!! To wszystko było dla niej !!! W sumie zostawiła w aptece blisko 1000 zł . A ja dostałam dwa długopisy. I gazetkę :)

I tak sobie myślę, że naprawdę starość się Stwórcy nie udała. Co to za życie, skoro leki wypełniają każdą godzinę, zastępują pewnie kanapkę i filiżankę dobrej kawy, bo już nie wolno, bo zaszkodzi... Smutno mi się zrobiło, bo i do mnie starość już puka...

*Mam doskonałą pamięć do liczb, dlatego pamiętam wartość tych zakupów

czwartek, 15 marca 2012

Przypadkowo znalazłam się dziś na przystanku nr 10.

Usytuowany w pobliżu kościoła, niedaleko dworce PKP i do niedawna PKS (nawet nie mam pojęcia, kto tam teraz rządzi). Obok przystanku fontanna w formie Układu Słonecznego, obecnie nieczynna ze względu na porę roku, jak chyba wszystkie fontanny.

I gdy tak patrzyłam na poszczególne planety, przypomniałam sobie mało znany wiersz Marka Grechuty, napisany blisko 30 lat temu podczas pobytu w naszym mieście. Opisał w nim to samo miejsce, ale z inną fontanną. Od tego czasu zmieniła ona chyba dwukrotnie swój wygląd, by ostatecznie przybrać obecny kształt.

A Marek Grechuta zobaczył ją tak:

 

Rzeźbiarz wymyślił tu fontannę w kształcie koła

stawiając po okręgu klocki betonowe

klocki - kamienne zęby - trawa wody woła

otwierając szeroko usta pomysłowe

 

Strużki wody w powietrzu tworzą parabole

i spadają co chwilę o pół metra dalej

ale to już wystarczy żeby ujrzeć w dole

cichy obraz pragnienia w czerwcowym upale

 

W tle fontanny na mocno rozgrzanym asfalcie

pędzą auta w upale uchylając szyby

teraz słyszę jak mocno szczerzy w każdym aucie

małe kółko zębate metalowe tryby

 

Tamto warczy i zgrzyta kiedy to przede mną

cicho szepce coś nuci i szumi i śpiewa

zatrzymajcie na chwilę pogoń nadaremną

i popatrzcie jak ziemia śmieje się do nieba*

Dziś też dowiedziałam się, że fontanna Układu Słonecznego uzyskała wyróżnienie w ogólnopolskim konkursie "Turystyczne Odkrycia 2012". Szkoda, że nie ma już Marka Grechuty, pewnie umiałby opisać i tę nową fontannę ...

*Wiersz pochodzi ze zbioru wierszy Marka Grechuty "Będziesz się uśmiechać" z 1985 r.

 

18:53, atojaxxl
Link Dodaj komentarz »
środa, 14 marca 2012

Wybrałam się do przyjaciółki , nie widziałyśmy się ponad pól roku. W tym czasie jej zapomniane przez Boga i ludzi osiedle uzyskało bardzo dogodne połączenie z resztą miasta. Wprawdzie jeździ tam malutki "city bus" z 13 miejscami ale zawsze to lepsze wyjście, niż drałowanie od poprzedniego połączenia.

Dawne osiedle parterowych drewnianych domków-baraków zbudowanych przed wojną dla pracowników zatrudnionych w pobliskim zakładzie, dziś zmienia swoje oblicze. Znikają baraki, znikają urokliwe ogródeczki, komórki na węgiel. W jednym z nich mieszkała siostra mojego ojca, po jej śmierci kolejni mieszkańcy opuszczali stary dom i wreszcie został rozebrany na opał. Ostał się jeno duży krzew bukszpanu, z którego - będąc dzieckiem - otrzymywałam od cioci wielki bukiet gałązek do dekoracji koszyczka ze święconką i wielkanocnego stołu.

Pogadałyśmy z przyjaciółką: wróciła z kilkumiesięcznego pobytu u córki w Anglii, gdzie zajmowała się wnuczką. Ponarzekałyśmy na zdrowie, na drożyznę, na mężów i poszłam na przystanek 224. Życie toczyło się wokół jakby w zwolnionym tempie: dwie panie z pieskami, starszy pan na rowerze, ludzie raczej starsi, nigdzie już niespieszący się.

Obok mnie usiadł na przystanku zażywny jegomość z gatunku takich najmądrzejszych i wszystkowiedzących. Po chwili autorytatywnie stwierdził, że autobus się spóźnia. Nie podjęłam rozmowy, bo i tak nie miał racji. Autobus po chwili przyjechał, kierowca wyłączył silnik, a na ostatnim siedzeniu spał i smrodził kompletnie zalany menel.

Jegomość po chwili oświadczył głośno,że już pora jechać a kierowca pewnie śpi albo nie ma zegarka. O jak się kierowca spienił !!! Do odjazdu zostało jeszcze 5 minut, a panowie dogryzali sobie ile wlezie. W końcu kierowca podniesionym głosem powiedział, że emeryci to najgorsza kategoria pasażerów, bo nie płacą za przejazdy a mają najwięcej pretensji. I w tym momencie mnie ruszyło !!! Pytam kierowcę, dlaczego uogólnia, mam bilet ? mam ! Wybąkał jakieś przeprosiny i ruszył ... Ale zepsuł mi nastrój na resztę dnia

wtorek, 13 marca 2012

Na tym przystanku wysiadam wracając do domu.

Zawsze tu pełno młodzieży, która obsiadła schody prowadzące do kościoła. Albowiem przystanek usytuowany jest tuz przy kościele, choć i tak jego lokalizacja została przeniesiona o kilkanaście metrów. Dawniej stał na wprost głównego wejścia, z widokiem na Najświętszy Sakrament. Takie sąsiedztwo nie służyło obydwu stronom - pasażerowie wysiadający w tym miejscu czasem "zanurzali się" w tłumie opuszczającym świątynię, a z kolei czekający na autobus nie zawsze umieli uszanować miejsce kultu, zdarzały się scysje o palenie papierosów, niecenzuralne słowa w głośnych rozmowach a nawet były przypadki załatwiania potrzeb fizjologicznych w zejściach do kaplicy podziemnej.. Ot, katolicki kraj, barbarzyńskie obyczaje....

Po przesunięciu przystanku niewiele się zmieniło w zachowaniu oczekujących, ale przynajmniej uczestnicy obrzędów nie są narażeni na ich zakłócanie.

Dziś przystanek i schody obsiedli uczestnicy rekolekcji wielkopostnych dla gimnazjów i szkół średnich w tutejszej parafii. Jakoś nie przejawiali większego zainteresowania naukami głoszonymi w świątyni. Wysyłali smsy, pili napoje energetyzujące, popychali się. Puszki i butelki wrzucali na pobliski skwerek pracowicie porządkowany przez ogrodnika-społecznika.

Kiedyś zapytałam znajomego chłopca, syna sąsiadów, jak to jest z tymi rekolekcjami, dlaczego przychodzą pod kościół, skoro nie mają zamiaru wejść do środka. Odpowiedział bez skrepowania: wychowawczyni i katechetka sprawdzają obecność przed i po nauce, to nie opłaca się nigdzie dalej odchodzić. A notatkę z rekolekcji zrobi koleżanka i wszyscy od niej odpiszą... Ot, katolicki kraj...

niedziela, 11 marca 2012

Dwa dni nigdzie nie jeździłam. Bo i po co, wszystko mam na miejscu.

Za to kolejny dzień podśpiewuję "Party for Everybody" - refren rosyjskiej kandydatki na festiwal Eurowizji. Urocze staruszki "Buranovskiye Babooshki" śpiewają  w swoim narodowym języku udmurckim należącym do grupy języków ugrofińskich. Refren piosenki wykonują... po angielsku bardzo miękko co brzmi mniej więcej tak "parti for eribadi" :) Mają zbożny cel - śpiewają, żeby zebrać pieniądze na budowę cerkwi w swojej rodzinnej wsi.

Nigdy nie głosowałam w konkursach Eurowizji, ale w tym roku oddam swój głos sms-owy właśnie na te panie. To nie są podrasowane technicznie laski ani celebrytki, nie towarzyszą im roznegliżowane chórki i wybuchy, mgły i schody, one śpiewają, ponieważ kochają to robić, są autentyczne. Martwi mnie tylko jedno; oglądałam archiwalne nagrania Babuszek i jest ich niestety coraz mniej. Mam nadzieję, że w dobrym zdrowiu dotrwają do maja...

Babuszki, ja was podrawljaju !!! A cerkiew wybuduje Wam nowy stary prezydent Putin w podzięce za bezpłatną reklamę dla Rosji :) Przynajmniej powinien to zrobić :)

11:09, atojaxxl
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 08 marca 2012

Tu najczęściej wsiadam, gdy wybieram się na działkę.

Przystanek ma przedziwne usytuowanie. Trochę historii: przed laty krzyżowały się tu dwie ulice : główna - nazwijmy ją A, i podporządkowana - nazwijmy ją B. Główna miała w tym miejscu dość trudny zakręt, postanowiono więc ją zmodernizować. Uczyniono to w sposób zaiste szatański : zakręt ulicy A wyprostowano kosztem kilku wyburzonych domów a ulicę B...zaślepiono, to znaczy dawne przejścia przez nią zabudowano chodnikiem. Ulica B istnieje więc w dwóch częściach ale dostać się z jednej części do drugiej jest trudno, ponieważ  przejścia przez ulicę A usytuowano po ok. 100 - 150 m dalej na prawo i na lewo.

Na chodnikach zaślepiających ulicę B zbudowano przystanki a przy jednym z nich od lat stoi kiosk z prasą i biletami, dawny "Ruch". Mieszkańcy jednej części ulicy B idą więc do kiosku na drugiej części a miedzy nimi ruchliwa jezdnia. Również prawie nikt z pasażerów wysiadających na obydwu przystankach nie idzie pokornie na przejście, tylko próbuje się przedostać do swojej części ulicy B. przechodząc w miejscu jak najbardziej niedozwolonym czyli z jednego przystanku na drugi.

Tymczasem ruch w tym miejscu jest piekielny. Na przystanku 133 zatrzymuje się ok. 20 autobusów różnych linii, również prywatne busy. Na jezdni są 4 pasy dla samochodów. więc łatwo sobie wyobrazić, jakich cudów muszą dokonywać kierowcy, by nie potrącić na przykład matki z dwójką dzieci - jedno w wózku a drugie za rękę, starszej pani z zakupami czy tego starca wygrażającego laską kierującym a czasem stukającym nią po karoserii. Uczniowie pobliskich szkól przechodzą stadami pokazując kierowcom środkowy palec.

I tak się zastanawiam, czy naprawdę musi dojść w tym miejscu do wypadku, żeby ktoś pomyślał o bezpiecznym rozwiązaniu tego węzła komunikacyjnego. Na razie zabawa pieszych i kierowców w kotka i myszkę trwa w najlepsze.

17:22, atojaxxl
Link Dodaj komentarz »
środa, 07 marca 2012

Miało być miło, przedwiosennie i świergotliwie. I wszystko zapowiadało, że tak będzie, słońce, szalejące sikorki, punktualny i prawie pusty autobus . Wysiadłam na 87 i cieszyłam się zapowiedzią fajnego dnia. Przy wejściu na działki czekała jak zawsze czereda kotów maści wszelakiej. Szły za mną jakby wiedziały, że ciężka torba kryje i dla nich jakieś łakocie.

Z daleka zobaczyłam naszą altankę, stała cała, zima i wiatry nie dały jej rady. Podchodzę bliżej a tu ... tadaaammmmm !!!! .... "brama na wciąż otwarta przechodniom ogłasza , że gościnna i wszystkich w gościnę zaprasza " - tak pewnie poeta* opisałby zastaną sytuację. Ktoś ukradł nam bramkę od naszej działki !!!

Rozejrzałam się i stwierdziłam, że i nasza sąsiadka została pozbawiona bramki. Rzuciłam jedzenie kotom, wzięłam aparat i przeszłam po alejkach. Aparat nie próżnował, co kilka numerów brakowało bramek. Wot siurpryza !!! W siedzibie zarządu nikogo , na działkach pusto.

Prawdę mówiąc, te bramki stanowią raczej symboliczną przeszkodę, średnio wysportowana osoba po prostu przeskoczy a taka jak ja też się przegramoli. to był bardziej taki sygnał, że oto wchodzisz w cudze włości. Głupio tak bez bramki...

Trochę posprzątałam, nacieszyłam się pogodą i postanowiłam wracać . Na przystanku 87 czekałam na autobus podziwiając zdolności plastyczne jakichś "drapaków", którzy wiele wysiłku musieli włożyć, żeby wydrapać swoje uczucia pod adresem stróżów prawa w twardej pleksie, z jakiej zbudowano wiatę.

Godzina odjazdu minęła, potem kolejny kwadrans, autobusu nie ma, w końcu przyjechały...dwa !!! Zrozumiałabym, że jeżdżą stadem, gdyby między nimi było 5 minut , ale one jeżdżą co pół godziny !!! Nasz kierowca coś mętnie tłumaczył,że miał korki, że wszędzie światła go łapały... W sumie w domu byłam godzinę później niż planowałam.

I tak sprawdziło się stare porzekadło "Nie chwal dnia przed zachodem słońca". Złodzieje i kierowcy wspólnymi siłami zepsuli mi pięknie zapowiadający się dzień.

*PT, k1, w.39-40

wtorek, 06 marca 2012

Tu najczęściej wsiadam.

Przystanek jak przystanek, przezroczysty wypukły dach, pomysł jakiegoś domorosłego architekta małych form miejskich. W upalne dni nie do wytrzymania, zamiast osłaniać - wzmaga uczucie gorąca, w zimie niebezpiecznie gromadzi się na nim i przymarza śnieg. Boczne ścianki wiaty z przezroczystej pleksy, wcześniej było tu eleganckie grube szkło, ale nie oparło się naporowi miejscowych wandali. Ławeczka na 4-5 osób i ON - rozkład jazdy. Niby jest dla niego specjalne miejsce - oszklona, obszerna gablotka, ale tradycyjnie przywieszony został nad ławeczką. Żeby więc coś przeczytać, trzeba przechylać się nad siedzącymi osobami.

Ot, taki drobny przykład przywiązania do bylejakości. Po co otwierać gablotkę, do której jest łatwiejszy  dostęp, skoro można rozkład przywalić byle gdzie i byle jak. W gablotce można kartę rozkładu wsunąć w przygotowane zaczepy i po prostu gablotkę zatrzasnąć. Dla pracownika ZKM jednak wygodniej było wiercić dziury w podporach wiaty i na nich montować rozkłady. A gablotka stoi pusta.

A niech się pasażer gimnastykuje.

Kilka tygodni temu w naszej sieci komunikacyjnej nastąpiła rewolucja: zniknęły niektóre połączenia, wprowadzono nową numerację linii. Nie każdy ma dostęp do internetu, czasem trzeba coś sprawdzić na przystanku. Sprawdzamy więc, naruszając osobistą przestrzeń osoby siedzącej pod rozkładem . Inaczej się nie da.

Siedzę sobie na ławce, w samym kącie wiaty i czekam na mój autobus, pozostała część ławki pusta, zmieszczą się przynajmniej cztery osoby. A jednak pewnej paniusi spodobało się moje miejsce i dość kategorycznym tonem zażądała, żebym się przesunęła w prawo, bo ona chce usiąść. Na moje stwierdzenie, ze jest dość wolnego miejsca, pańcia oświadczyła, że ona nie może siadać na zimnej ławce, bo ma słabe nerki, a ja siedzę już chwilę, to miejsce pode mną się rozgrzało i ona może usiąść bez obaw o swoje cenne zdrowie.

Na moje (a może i jej) szczęście przyjechał autobus... Zgodnie z rozkładem .