Podróż przez życie z licznymi przystankami, w tym również autobusowymi
RSS
sobota, 01 października 2016

Ależ się wczoraj wkurzyłam. Pojechałyśmy z córką do ogromnego supermarketu (polska marka z tradycjami, a jakże!) po znicze. Jest ich tam zatrzęsienie, do wyboru, do koloru, w sklepie jeszcze spokój, klientów niewielu. Za tydzień - dwa zacznie się szaleństwo zakupów zniczy i dekoracji nagrobnych. I ceny się zmienią, w górę.

Wybrałyśmy wszystko, co nas interesowało, plus trochę zakupów spożywczych, i do kasy. A tam niespodzianka: jedne z moich zniczy "nie wchodzą", akurat te, które mi najbardziej się spodobały. Na kasie wyświetlała się uparcie cena ... 188,00 zł za sztukę. Porażka, w dodatku kasjerka zaproponowała mi zmianę, ponieważ "czerwone wchodzą, a te nie". Zwykle jestem uprzejma i spolegliwa, ale tym razem skończyło się tylko na uprzejmej odmowie. 

Kasjerka wreszcie znalazła odpowiedni kod, skasowała te niebotyczne kwoty, podliczyła - wyszło ponad 200 zł. Zapłaciłam kartą, ale coś nie dawało mi spokoju. Sprawdzam paragon a tam jak byk: 43 znicze "anioł" po 3,29 - w rzeczywistości wzięłam tylko 3. No to maraton zaczął się od nowa. Już dwie panie usiłowały mi wmówić, że przecież ta pomyłka już została wycofana, że wszystko jest w porządku. No to ja pytam: gdzie niby mam te 43 znicze w wózku, ponieważ na paragonie owszem jest odnotowane dwukrotne wycofanie ceny 188,00 natomiast żadnych operacji wokół 43 zniczy typu "anioł" nie wykonano poza pobraniem pieniędzy z karty. 

Panie myślały, uznały moją reklamację, zwróciły mi ponad 122 zł. Jeszcze tylko dwa moje podpisy na paragonie i protokole reklamacji i mogłyśmy kontynuować wyprawę.

W kolejnym sklepie kupowałam stożki styropianowe do wyrobu moich choinek karczochowych. Myślałam, że już dziś nic mnie nie zaskoczy, a jednak:) Stożki nie miały kodów, kasjer musiał przypisać cenę do ich wysokości. I mierzył wysokość stożka po boku!!! Dwa razy tłumaczyłam młodemu człowiekowi, jak mierzy się wysokość stożka o podstawie koła a młodzieniec nadal patrzył na mnie wzrokiem łani trafionej drobnym śrutem. Wreszcie podeszła sprzedawczyni, dwa razy kliknęła w klawiaturę, dane stożka się wyświetliły razem z ceną, dodała ją do reszty zakupów i było "po ptokach".

O pomyłce sprzedawczyni w sklepie mięsnym już nawet nie warto się rozpisywać: to była pomyłka na jej niekorzyść, a pani nie chciała uznać mojej uwagi. Więc wzięłam zakupy a wtedy panią coś oświeciło i z krzykiem za mną, że za mało zapłaciłam. Żadnego dziękuję, żadnego przepraszam...

Nie wiem, skąd w sklepach teraz biorą się tacy specjaliści od handlu. Z łapanki? Z przymusu? Moja Matula pracowała dość długo w sklepie. Najpierw ukończyła szkołę handlową, potem pracowała na zapleczu i przy rozpakowywaniu towaru tudzież sprzątaniu sklepu. Dzień, w którym dopuszczono ją do bezpośredniego kontaktu z kupującymi był świętem. A teraz?

PS w  supermarkecie kupiłam też pakiet tzw. zniczy patriotycznych. Małe, zgrabne, po 2 zł. Producent wyszedł naprzeciw oczekiwaniom pewnych grup czy co? 

Tagi: ludzie
10:33, atojaxxl
Link Komentarze (2) »
czwartek, 29 września 2016

Wieki temu, w czasach, kiedy bramy Krakowa zamykano na drewniane skoble, uczyłam się z zapałem łaciny klasycznej i liznęłam nieco greki. Z rozmaitych zachwytów starożytnymi filozofiami i innymi mądrościami pozostała mi jako życiowa dewiza horacjańska myśl nil admirari - niczemu się nie dziwić. I tak staram się żyć, albowiem jest to jedyna rzecz, która może uszczęśliwić człowieka, jak pisze Horacy do Numicjusza.

Aliści ostatnie lata wprawiają mnie jednak coraz częściej w zadziwienie, któremu towarzyszy opad szczęki. Ot na przykład takie kwiatki prawne. Jestem matką niepełnosprawnego umysłowo syna, w tej chwili jedyną jego opiekunką... A właśnie, że nie, wróć... nie jestem opiekunką. Jestem NIKIM, a właściwie - jak mi uświadomiono - jestem "tylko matką". W czym problem?

Syn musi mieć przeprowadzony trudny zabieg w pełnym uśpieniu. Jesteśmy po konsultacji i kwalifikacji do zabiegu, mamy nawet wyznaczony termin, ale nie mamy najważniejszego: zgody syna na zabieg. To znaczy on się zgadza i chętnie by podpisał, ale przepisy ustawy o prawach pacjenta wymagają, żeby takiej zgody udzielił prawny opiekun upośledzonego umysłowo w przypadku, gdy ten ostatni jest ubezwłasnowolniony. W innym razie takiej zgody musi udzielić sąd rejonowy właściwy dla miejsca zamieszkania.

No i mamy problem. Całe lata dążyłam do osiągnięcia przez syna samodzielności, i mam wrażenie, że cel osiągnęłam. Przypuszczam nawet, że gdybym wystąpiła o jego ubezwłasnowolnienie, to żaden sąd by się na to nie zgodził. Więc teraz o jego zabiegu musi decydować jakiś sędzia, który sytuację pozna na podstawie papierów.

I tu pierwszy paradoks - przynajmniej dla mnie. Syn ma pełnię praw obywatelskich, może głosować, ba! na upartego mógłby nawet w wyborach startować ( u nas nikt przecież kandydatów na funkcje wybierane nie poddaje badaniom psychiatrycznym), mógł założyć konto w banku i z niego korzystać, mógł przyjąć spadek po dziadkach z całym dobrodziejstwem inwentarza, mógł przekazać część spadku swojej siostrze (notarialnie, a jakże), mógł podpisać umowy z gazownią, elektrownią i wodociągami. Mógł zostać chrzestnym itp, itd. Nie może jednak wypowiedzieć się w sprawie swojego zdrowia!!!

I paradoks kolejny - rola matki. Nie mam już władzy rodzicielskiej - syn jest od lat pełnoletni. Nie jestem opiekunem prawnym - syn nie jest ubezwłasnowolniony. Nie jestem opiekunem faktycznym - tę rolę nasze prawo przewiduje wyłącznie dla osób niespokrewnionych. Nie mam żadnego prawa, żeby wypowiadać się w sprawie zdrowia syna. Jestem zgodnie z literą prawa osobą postronną - "tylko matką"

Ale gdybym tak zaniedbała opiekę nad synem, głodziła go, pozbawiła środków do życia, wyrzuciła z mieszkania - oooooooooooooo!!! to wtedy staję się KIMŚ - osobą spokrewnioną zobowiązaną do opieki. Wtedy prawo wyciąga po mnie ręce i stawia mnie przed sądem jako wyrodną matkę, która zaniechała obowiązków wynikających z pokrewieństwa. Więc dlaczego nie mogę wypowiedzieć się w sprawie zdrowia mojego dziecka??? Ba! Dlaczego wszyscy lekarze żądają, abym wchodziła z synem do gabinetów i była obecna przy badaniach, skoro nie mam tego prawa??? Ot, takie sobie paradoksy.

Na razie czekamy na odzew z sądu. Jak wiadomo wolno mielą młyny Boże a jeszcze wolniej sądowe. Więc na wszelki wypadek poprosiłam o termin dodatkowy zabiegu.

19:49, atojaxxl
Link Komentarze (5) »
czwartek, 11 sierpnia 2016

Jest coś takiego w charakterze wielu naszych rodaków, żeby na wszelki wypadek nie podporządkowywać się nakazom, zakazom, ostrzeżeniom, przepisom. "Wiem ile mogę", "Sam o siebie umiem zadbać", "Dorosły jestem", "Przecież widzę".

Miałam chyba pecha, ponieważ prawie wszyscy mężczyźni w rodzinie mieli taki cholerny zwyczaj pokazywania, gdzie można sobie wetknąć wszelkie  na przykład zakazy kąpieli, przechodzenia w niedozwolonym miejscu, palenia ognisk itp.

Ojczym był elektrykiem, wobec czego uważał, że jemu prąd nic nie zrobi i miał zwyczaj powtarzać "elektryka prąd nie tyka", gdy trzeba było coś w domu naprawić, a on nie wyłączał zasilania. Mama dostawała białej gorączki, gdy grzebał w żelazku lub gniazdku bez wyłączenia prądu. No i raz w pracy prąd pokazał elektrykowi, co potrafi zrobić, gdy się go lekceważy. Ojczym cudem przeżył, lekarze mówili, że to po prostu niewiarygodne, po takiej dawce napięcia, jakie przez niego przepłynęło.

Prąd nauczył go rozumu, ale w innych sprawach pozostał niezmienny. Pojechaliśmy nad morze do Łeby, dla mnie pierwszy w życiu wyjazd nad Bałtyk. Ojczym z nowiuteńką kartą pływacką zdaną w wodzie stojącej (Jezioro Rożnowskie), pływał stylem tzw. rozpaczliwym ale pływał. Ja coś tam umiałam, ale nie na tyle, żeby samodzielnie wypuszczać się dalej od brzegu, lubiłam mieć pewność, że grunt blisko:) Mama pływać nie umiała, podobnie jak reszta towarzystwa składającego się z jej znajomych z pracy.

Na plaży w Łebie byli ratownicy, woda - po niedawnym sztormie - niezbyt sprzyjała kąpielom, więc chlapałam się na materacu tuż przy brzegu. Ojczym, wbrew woli mamy, odciągnął mnie z materacem trochę dalej, sam wrócił na brzeg. Najpierw mi się swobodne bujanie spodobało, ale w końcu też chciałam wrócić na brzeg. "Wiosłowałam" rękami, ale fale mnie odbijały od brzegu. Zeskoczyłam więc z materaca przekonana, że pod spodem jest grunt. I zawiodłam się okrutnie - pod moimi nogami był dół wybity przez sztorm. Materac mi odpłynął, ja się zanurzyłam i poszłam na dół. Jakoś mi się udało dotrzeć na powierzchnię, przez głowę przelatywały mi pouczenia z nauki pływania. Ale cóż, te same fale, które zabrały mi materac, miotały mną i odpychały od brzegu. Ręce mi mdlały, widziałam tylko, że wszyscy się ze mnie śmieją siedząc na kocach. Byli kilkanaście metrów ode mnie!!!

Tylko nieznajomy młody człowiek zorientował się, że ja po prostu za chwilę pójdę ostatni raz na dno. Coś wrzasnął do ratownika i obydwaj do mnie dopłynęli. Praktycznie wywlekli mnie półprzytomną na brzeg. Wtedy ratownik opieprzył ojczyma, a ten drugi pomagał mi zwrócił słoną wodę. Dzięki niemu żyję.

Po 10 latach pojechałam do Łeby jako wychowawczyni na kolonię. W dniu naszego przyjazdu na sąsiedniej kolonii ze Śląska utonęło dziecko - po sztormie nikt nie sprawdził stanu oznakowanego bojkami kąpieliska. Chłopczyk - podobnie jak ja wcześniej - wpadł w dół..

Dziś w Ustce znaleziono ciało 7-letniej dziewczynki, którą ojciec stracił z oczu po wejściu do wody przy czerwonej fladze... Kilka dni wcześniej w Łebie morze oddało ciało 11-letniej dziewczynki, która też wraz z bratem wziął ojciec do wody przy czerwonej fladze... W tych dzieciach zobaczyłam siebie sprzed 50. lat. I mojego ojczyma zapewniającego, że nic mi się nie stanie, bo w razie czego on ma kartę pływacką. I wszystkich lekkomyślnych ojców przekonanych, że są ponad nakazy i zakazy.

Tagi: ludzie
17:49, atojaxxl
Link Komentarze (6) »
czwartek, 04 sierpnia 2016

Przez rozmaite fora i media przetacza się co jakiś czas dyskusja o tzw. mamuśkach, zapatrzonych w swoje dzieci ludzkich samicach, które po wydaniu na świat jednej czy drugiej pociechy oczekują królewskich hołdów i wszelkich przywilejów tudzież zachwytów nad swoim potomstwem i poświęceniem dla niego. Ostatnio wrócił na łamy temat publicznego karmienia piersią i zachowania dzieci w restauracjach. Nie będę Wam zawracała głowy moją opinią na ten temat. 

Zajmuję się wakacyjnie moją wnuczką Małą Zu. Staram się jej zapewnić nie tylko posiłki i opiekę, ale również rozmaite pożyteczne zajęcia. Co tydzień bierzemy udział w festiwalu sztuk ulicznych, który oprócz wrażeń artystycznych dostarcza mi osobiście wielu ciekawych obserwacji.

Siedzę na ławce, otaczającej kwadratem drzewo i klombik. Do ławki podjeżdża kombajnem wieloczynnościowym (czytaj - wózkiem) młoda mama z trójką dzieci. W kombajnie wypełnionym torbami z zakupami, gdzieś tam na samym jego dnie leży kilkumiesięczne niemowlę, a obok wózka 3-latka i 5-latek. Matka spogląda na ławkę i woła:

"Nie siadej tu, jedziemy dalej, ta ławka jest brudna jak ..uj."

Na to 5-latek radośnie:

"Jak taty ..uj, mama, jak taty, mama powiedz".

Mama przeciągle i z uśmiechem:

"Noooooo...."

Jednakowoż usiedli na tej brudnej ławce i czekają na występ klaunów. Z wózka słychać postękiwanie i popłakiwanie malucha, co matka skwitowała :"No ..uj z nim, znowu się pewnie pos..ł". Klaunów nadal nie było, matka posłała w przestrzeń kolejną porcję przekleństw i wreszcie odjechali.

Scenka z dziś: park, samo południe, mnóstwo dzieci w ogrodzie jordanowskim, upał. Pod rozłożystym dębem zajęła ławkę kolejna mama z dwoma maluchami. Bezmyślnie pozwoliła im zdjąć buty i puściła samopas. Chłopczyk mający może z półtora roku pobiegł za starszym bratem i wszedł bosymi nóżkami na czarną, rozgrzaną matę bezpieczeństwa pod zjeżdżalniami. Powiem szczerze, nawet przez obuwie czuć tam było gorąco po stopami.

Dzieciak po prostu poparzył sobie stópki. Wył jak obdzierany ze skóry, próbował wspinać się na paluszki, przewrócił się i upadł policzkiem na podłoże. Myślicie, że mamuśka się śpieszyła ? Najbliżej stojący dorosły rzucił się i wziął na ręce dziecko wierzgające i wyjące, ktoś inny podbiegł z wodą i lodem.

I trzeba przyznać, że mamuśce się dostało od ludzi jak chyba nigdy. I jak myślicie, kto był winien? "Co za ciul wymyślił takie dziadostwo, żeby se dzieci nogi parzyły? Co za ciul?". O tym, że w takim miejscu, gdzie mogą być nawet odłamki szkła, dzieci nie powinny biegać boso, mamuśka nawet nie pomyślała. Po owinięciu przez obcą osobę nóżek dziecka zimnym okładem mamuśka zapakowała potomstwo do wózka i przeklinając, dostojnie odjechała.

A reakcja mojej młodej sąsiadki, matki dzieciom, w ich zresztą obecności, na moje ubolewanie, że kuna zniszczyła lęgi w kilku gniazdach drozdów? "No i dobrze im zrobiła tym ptokom. Bo ino lotajo, srajo i sie dro" 

Mnie osobiście matka karmiąca dziecko piersią w miejscu publicznym nie przeszkadza. Dzieci w restauracji? No cóż, miałam tylko raz niedobre doświadczenie, może za mało bywam w takich miejscach. Ale matka bezmyślna, wulgarna, przeklinająca w obecności dzieci i niemająca sobie nic do zarzucenia przeszkadzać mi będzie zawsze. I zawsze będę zwracać im uwagę nawet za cenę nazwania mnie starą głupią ci.ą.

Tagi: ludzie
17:41, atojaxxl
Link Komentarze (5) »
środa, 22 czerwca 2016

Nie, nie wygrałam miliona w totka. Za to obsadziłam balkon 16 odmianami million bells i superbells:) To coś takiego jak surfinia, tylko kwiatuszki - miniaturki i też tworzą opadające kaskady

               Balkon1

Różnica między million- i super- polega na tym, że milliony mają wokół środka ciemniejszą obwódkę a super- kontrastowe paseczki oddzielające nibypłatki

               Balkon2

Część "wyszła" poza balkon i stąd niezbyt udane zdjęcia :)

               Balkon3

Żółto mi...

               Balkon4

... i pomarańczowo...

               Balkon5

A tutaj poniżej pełne miniaturki

               Balkon6

Część pełnych wpełzła między czarną surfinię - w pełnym słońcu czarna nie wydaje się czarna, ale gdy nie ma słońca cieszy oko piękną głęboką czernią, jak z aksamitu

               Balkon7

Po ocieplaniu bloku "ukradziono" nam po 20 cm szerokości balkonów, taki gruby styropian zastosowano do ocieplania ścian pod oknami balkonowymi. Wąsko i niewygodnie. Na szczytowych ścianach zaryzykowałam posadzenie rdestu Auberta. Wszystkim polecam. Rośnie jak głupi, nie ma wielkich wymagań, jest mrozoodporny. Polazł już po ścianach do sąsiadki u góry a część górnych pędów zaanektowała sznury do bielizny pod sufitem. Po drugiej stronie mam posadzony winobluszcz japoński (tu niewidoczny) - też pnie się jak oszalały. Obydwa niebawem zakwitną, to dopiero będzie radość. I moje pomidorki - miały być niskie:( a kilka dni po zrobieniu tego zdjęcia już minęły parapet.

                Balkon8

I jeszcze kilka pojedynczych piękności:

               Balkon9

Najmłodszy nabytek, już pięknie kwitnie

                    Balkon10

I jedyna w tym towarzystwie prawdziwa duża surfinia. Szukałam brązowej z żółtym paskiem ale w tym roku nie znalazłam. Ta tez jest piękna.

                    Balkon12

Te pelargonie wyhodowałam sama, z ubiegłorocznych odrostów. Całą zimę trzymałam na parapetach. W towarzystwie superbellsów odmiany cameleon (u samej góry) i limonka (to te żółte z białym paseczkiem) prezentują się nieźle:)

                     Balkon11

Tagi: kwiaty
14:51, atojaxxl
Link Komentarze (8) »
czwartek, 16 czerwca 2016

Minął miesiąc od ostatniego mojego wpisu.

Jakoś tak zeszło, działka, mieszkanie, dużo czytania. Podziwiam blogerów piszących codziennie. Podziwiam blogerów komentujących każde zdarzenie. Podziwiam blogerów codziennie odnoszących się do bieżącej sytuacji politycznej. Mają tysiące komentarzy, na ich blogach toczą się długie dyskusje. Inni opisują każdy szczegół swojego życia, każde umyte okno i podwiązanego pomidora. Chyba posługujemy się inną miarą czasu, bo mnie go stale brakuje. 

Ale jestem winna wyjaśnienie. Moonfairy pyta, co u mnie słychać i czy opuścił mnie pech.

Dziękuję, że w morzu blogów pamiętasz o moim.

Z pechem to jest tak, że jak się już uczepi, to trudno go się pozbyć. W piątek "coś" uszkodziło mi kartę bankomatową. W południe płaciłam nią w sklepie a wieczorem w tym samym sklepie już mi odrzuciło transakcję. Mało tego, w kolejnym sklepie sytuacja się powtórzyła w sobotę i bankomat w moim banku też przerwał wypłatę. Na weekend zostałam z 80 groszami:) Ratunek w niezawodnej córce. Przetrwaliśmy.

W poniedziałek straciłam w banku półtorej godziny, żeby sprawę wyjaśnić. Z miłą panią Beatą chodziłyśmy do bankomatu jednego, drugiego - to samo. Odmowa transakcji. Pani B. łączyła się z centralą, badano moje wejścia z kartą na różne terminale i niczego nie wyjaśniono: karta aktywna, powinna działać do końca. Trudno się mówi, wniosek o nową kartę i czekanie 10 dni. Pieniądze pobieram w kasie:)

We środę - no cóż, przejechałam całe miasto do najlepszego sklepu ogrodniczego. Niewielkie zakupy, towar w koszyku i ...zonk!!! Zapomniałam, że nie mam karty, a banknoty zostały w drugiej torebce. I zaskakująca reakcja sprzedawców: tak manipulowali cenami, żeby wystarczyło drobnych, które miałam przy sobie, zamiast 29 zł zapłaciłam 17 zł - np. uznano, że sadzonki są nieco gorszej jakości i przeceniono je od ręki :) A były takie same jak wszystkie.

A poza tym wszystko idzie ku lepszemu. Truskawki tanieją, czereśnie też, agrest dojrzewa. I nawet ślimaków na działce jakby mniej. Jeszcze żeby tak nasi...

20:41, atojaxxl
Link Komentarze (5) »
czwartek, 12 maja 2016

W nawiązaniu do wczorajszego wpisu o prześladującym mnie pechu informuję, że jednak poszłam z kijkami i koleżanką, że nic nas już nie spotkało złego.

Za to dziś... wybrałam się ponownie na działkę. Wszystko szło jak z płatka, autobus prawie pusty, korków nie było, kosiarka działała jak należy. Szpaki chodziły za mną jak niegdyś bociany za moim Dziadkiem, gdy orał pole. Szpaków ci u nas dostatek, sąsiedzi nawieszali budek i ptaszki mnożą się na potęgę. U mnie na zmianę; albo sikorki albo mazurki.

Piękny dzień, pachnie biały bez. I nagle stwierdzam, że nie mam okularów. A przed chwilą miałam je na nosie. Widzę w miarę dobrze, nie są mi potrzebne np. do prac w ogrodzie. Ale już do czytania, pisania, do komputera, do pieczenia itp są niezbędne, staję się wtedy ślepa jak kret.

Najpierw uspokajałam sama siebie, że pewnie leżą w altance, bo zdjęłam je przy 2. śniadaniu. Kosiłam więc nadal, ale sprawa nie dawała mi spokoju. Przeszukałam każdy centymetr altanki - okularów nie ma.

Koszę nadal, wpadło mi do głowy, że może są w trawie wyrzuconej na kompost - przekopałam ręcznie zielony stos - okularów nie ma.

Teraz zaczęłam wpadać w lekką panikę, nie mam okularów na zmianę, a okulistka zabroniła mi korzystać z tzw. okularów do czytania kupowanych za grosze w aptece. Przeszłam więc każdy kawałek działki, zaglądałam wszędzie - okularów nie ma.

Wtedy coś we mnie pękło. Usiadłam na ławce i zaczęłam płakać. Dobrze, że jeszcze nikogo obok nie było. Płakałam i wygłaszałam sama do siebie i do Niewidzialnego mowę typu: co ja Ci takiego Panie Boże zrobiłam, że stale sprowadzasz na mnie jakieś problemy. Wszystko przyjmuję pokornie, jednak tym razem przesadziłeś. Wiesz, że bez okularów nie pomogę Grześkowi w dawkowaniu lekarstw, nie wypełnię rachunków, nie napiszę czegokolwiek, nie przeczytam przewidzianego na dziś psalmu*. Wszystko mi zabierasz, ale te okulary musisz mi oddać. Chyba Cię na to stać, bo mnie na nowe nie."

I wiecie co? Okulary leżały na środku ścieżki, którą wcześniej przeszłam przynajmniej z 5 razy patrząc pod nogi. Czyżby więc z Niewidzialnym szło się dogadać?

*Od kilkudziesięciu lat codziennie wieczorem czytam jeden Psalm z Psałterza Dawidowego w tłumaczeniu Kochanowskiego. Kocham mistrza Jana z Czarnolasu i jego przekład Księgi Psalmów uważam za najpiękniejszy. A na dziś przypada mi psalm 115 "Non nobis, Domine, non nobis, sed nomini Tuo da gloriam"

16:59, atojaxxl
Link Komentarze (3) »
środa, 11 maja 2016

Sprawdzam kilka raz w kalendarzu - naprawdę, dziś jest środa, 11 dzień maja, żaden tam piątek trzynastego. A jednak pech się przyplątał i mnie trzyma.

Jestem raczej osobą zorganizowaną, lubię trzy razy sprawdzić niż raz coś zapomnieć. A tu masz. Najpierw pomyliłam blistry z lekarstwami i wzięłam podwójną dawkę czegoś, co powinnam brać co drugi dzień. W efekcie zużycie wody w toalecie wzrosło wielokrotnie. Gdy już jakoś doszłam do stanu normalnego, spakowałam się na działkę sprawdzając trzykrotnie: dokumenty - mam, jedzenie - mam, lekarstwa - mam, piła nowa do gałęzi - mam, odzież - mam. Klucze od działki - leżą na szafce w przedpokoju jak zawsze. 

I się zaczęło. Najpierw uciekł mi autobus, którym dojeżdżam do tego właściwego przystanku, żeby się przesiąść na działkę. Przespacerowałam się spokojnie i wsiadłam... no właśnie, ten autobus też jedzie w stronę działek, ale zatrzymuje się dokładnie 1000 kroków bliżej niż ten właściwy. Cóż to dla mnie 1000 kroków:) Gdy byłam już w okolicach 824 kroku, dodajmy w pełnym południowym słońcu, nagle jak grom z jasnego nieba spadła myśl: klucze, czy wzięłam klucze!!! 

Oczywiście, klucze zostały na szafce, pierwszy raz w życiu. Brama główna otwarta, to doszłam do wniosku, że chociaż zapłacę za działkę. Trzeba przemaszerować kilkaset metrów - tym razem tylko po to, by pocałować klamkę od biura zarządu. Ogłoszenie jak byk: w dniu 11 maja nieczynne, będzie czynne 14 maja... Tydzień temu zmarł prezes naszych działek, pewnie nie ma kto podpisywać przelewów itp. No to marsz do bramy głównej, którą już ktoś zdążył zamknąć na klucz. Jakiś młody człowiek przywiózł akurat ziemię, przemknęłam na przystanek. 

Nie wiem, co mi kazało przesiąść się na inny autobus, w każdym razie po 15 minutach znalazłam się na targu warzywno - owocowo - kwiatowym, gdzie nabyłam 8 (osiem!!!) odmian miniaturek million bells!!!

Matko kochana, przecież mam już posadzone 6 odmian na balkonie, gdzie ja teraz posadzę te osiem dodatkowych. Inna sprawa, że piękne:), jak klejnociki; intensywnie żółte z białymi paseczkami, żółte z czerwonymi, purpurowe z żółtymi, czerwone z białymi, fioletowe z żółtymi, prawie czarne, żółte pełne...

Wracając z targu miałam w autobusie nieprzyjemne starcie z bardzo starszym panem (pas od spodni prawie pod pachami, skarpety, sandały), któremu się uwidziało, że musi siedzieć akurat tam gdzie ja i muszę mu ustąpić. Nie lubię się kłócić, ustąpiłam, a ten niezadowolony jeszcze długo snuł wywody o babach ze wsi, które w mieście nie umieją się zachować - ta baba ze wsi to niby ja:)

Teraz jestem w domu, piszę tę notatkę i nie wiem, co jeszcze dziś mnie spotka:) Na wszelki wypadek chyba już nigdzie nie wyjdę, chociaż kijki na mnie mrugają z kąta:)

PS a jednak chyba los czuwał nad nami, przed chwilą G. wrócił z imprezy dla niepełnosprawnych i jak się okazało nie miał swoich kluczy od mieszkania. Gdybym była na działce, dopiero byłaby bieda.

14:38, atojaxxl
Link Komentarze (3) »
poniedziałek, 02 maja 2016

Moja flago, "biała jak śnieżna lawina, czerwona jak puchar wina".

Znów dumnie powiewasz na wietrze. Obok, z innych balkonów powiewają Twoje koleżanki.

Ale Ty jesteś nasza, moja - od wielu lat ta sama, starannie prana i prasowana, przechowywana w płóciennym woreczku, na półce, gdzie najważniejsze dokumenty rodzinne, wywieszana tylko w ważnych dla Polski chwilach.

Cieszę się, że Cię mam i że nie muszę Tobą wymachiwać na demonstracjach, protestach i barykadach.

Mam nadzieję, że tak będzie w przyszłości, że będziesz dla mnie i mojej rodziny symbolem wolnej Ojczyzny.

Moja flago

... i nigdy nie będziesz biała,

i nigdy nie będziesz czerwona,

zostaniesz biało - czerwona

jak wielka zorza szalona,

czerwona jak puchar wina,

biała jak śnieżna lawina,

najukochańsza, najmilsza,

biało - czerwona...

(K.I.Gałczyński "Pieśń o fladze")

Tagi: swięta
21:23, atojaxxl
Link Komentarze (2) »
niedziela, 01 maja 2016

Chyba nigdy nie przepadałam za zakupami. Idę do sklepu z gotowym spisem, kupuję, płacę, wychodzę. I jakoś nigdy wcześniej nie zaobserwowałam zjawiska, które teraz często rzuca mi się w oczy na stoiskach warzywno - owocowych. Powiedzmy szczerze, drogo jest, to jest tzw. przednówek, nowalijki spod folii albo z importu. Ale to nie usprawiedliwia pewnych zachowań, których nie można nazwać inaczej jak pospolitą kradzieżą.

"Stokrotka" - promocja na młodą cukinię. Starsza pani wybiera, przekłada, wreszcie decyduje się na jedną i usiłuje odłamać resztkę ogonka. Niestety, przełamuje cukinię na pół, zakopuje ją pod spód i szuka następnej. Tu udało się ogonek odłamać z niewielkim kawałkiem cukinii, odłamaną resztkę zakopuje w ... kapuście. No cóż, franca jestem złośliwa, idę za panią z odłamanym kawałkiem i przy sprzedawczyni podaję mówiąc "zgubiła pani". Mogłaby czerwienią oblicza konkurować z pomidorami. Różnica na wadze - prawie 2 dkg. Warto?

"Spar" - rzodkiewki w pęczkach po 12 sztuk, 0.99 zł. Tu inna osóbka pakuje do woreczka foliowego wybrany pęczek, ale to nie koniec - z pozostałych odrywa kilka rzodkiewek i sprytnie wpycha w ten zapakowany pęczek. Przy kasie sprawa się rypła, sprzedawczyni po prostu sprawdziła, czy to na pewno jeden pęczek. Zapewnienia, że musiały się same oderwać, nie przekonały sprzedawczyni, widać, że ten "numer" już znała. Pytam, czy warto za kilka rzodkiewek najeść się wstydu? Widać warto.

"Biedronka" - ładne banany, one też mają ogonki, z pięknej kiści pani usiłuje oderwać dwa, ale tak, żeby ogonek był jak najmniejszy. Że pozostałe banany popękały wzdłuż po tej walce? A to już pani nie obchodzi. Przy okazji uszczykuje po kilka winogron i dyskretnie zjada. Ktoś kupi taką obdartą kiść? A to już pani też nie obchodzi. Kradzież? Jaka kradzież? A te sklepy to nas nie okradają? I jak tu dyskutować, że uczciwość, że przyzwoitość nie pozwala?

Ta sama "Biedronka" - małżeństwo kupuje pomidory, zwykłe, tańsze. Pani podaje mężowi dwa malinowe "włóż między tamte, może nie zauważy na kasie". Mąż odkłada jednak na półkę. Sumienie ruszyło?

I jeszcze z innej beczki:

"Natura" - szukam specjalnych zmywaczy w saszetkach do usuwania hybryd. Są. W każdym opakowaniu powinno być 10 sztuk - logiczne, tyle mamy palców. A jest - 8, 9, 8, 8. Sprawdzamy ze sprzedawczynią - w połowie opakowań było mniej niż powinno.

"Hebe" - szukam kremu dla mojej starzejącej się cery, tylko jednej firmy. Jestem alergikiem, nie mogę stosować wielu kosmetyków. Ten akurat jest odpowiedni. Jest. Tyle, że w pudełku zamiast oryginalnego kremu jest... mała pasta do zębów. Ktoś sprytnie podmienił zawartość i krem o wartości blisko 60 zł poszedł sobie...

Chęć posiadania czegoś za darmo jest widać silniejsza niż kamery, ochrona, sprzedawcy czy w końcu inni klienci - świadkowie tych wyczynów. Nie przemawia do mnie argument, że sklepy nas okradają albo wyrzucają towar. Powszechne staje się przyzwolenie na takie zachowania. 

Wiem, to nie jest dobry temat na Święto Pracy. Czy na pewno?

Tagi: ludzie
12:27, atojaxxl
Link Komentarze (6) »
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 32