Podróż przez życie z licznymi przystankami, w tym również autobusowymi
RSS
czwartek, 16 czerwca 2016

Minął miesiąc od ostatniego mojego wpisu.

Jakoś tak zeszło, działka, mieszkanie, dużo czytania. Podziwiam blogerów piszących codziennie. Podziwiam blogerów komentujących każde zdarzenie. Podziwiam blogerów codziennie odnoszących się do bieżącej sytuacji politycznej. Mają tysiące komentarzy, na ich blogach toczą się długie dyskusje. Inni opisują każdy szczegół swojego życia, każde umyte okno i podwiązanego pomidora. Chyba posługujemy się inną miarą czasu, bo mnie go stale brakuje. 

Ale jestem winna wyjaśnienie. Moonfairy pyta, co u mnie słychać i czy opuścił mnie pech.

Dziękuję, że w morzu blogów pamiętasz o moim.

Z pechem to jest tak, że jak się już uczepi, to trudno go się pozbyć. W piątek "coś" uszkodziło mi kartę bankomatową. W południe płaciłam nią w sklepie a wieczorem w tym samym sklepie już mi odrzuciło transakcję. Mało tego, w kolejnym sklepie sytuacja się powtórzyła w sobotę i bankomat w moim banku też przerwał wypłatę. Na weekend zostałam z 80 groszami:) Ratunek w niezawodnej córce. Przetrwaliśmy.

W poniedziałek straciłam w banku półtorej godziny, żeby sprawę wyjaśnić. Z miłą panią Beatą chodziłyśmy do bankomatu jednego, drugiego - to samo. Odmowa transakcji. Pani B. łączyła się z centralą, badano moje wejścia z kartą na różne terminale i niczego nie wyjaśniono: karta aktywna, powinna działać do końca. Trudno się mówi, wniosek o nową kartę i czekanie 10 dni. Pieniądze pobieram w kasie:)

We środę - no cóż, przejechałam całe miasto do najlepszego sklepu ogrodniczego. Niewielkie zakupy, towar w koszyku i ...zonk!!! Zapomniałam, że nie mam karty, a banknoty zostały w drugiej torebce. I zaskakująca reakcja sprzedawców: tak manipulowali cenami, żeby wystarczyło drobnych, które miałam przy sobie, zamiast 29 zł zapłaciłam 17 zł - np. uznano, że sadzonki są nieco gorszej jakości i przeceniono je od ręki :) A były takie same jak wszystkie.

A poza tym wszystko idzie ku lepszemu. Truskawki tanieją, czereśnie też, agrest dojrzewa. I nawet ślimaków na działce jakby mniej. Jeszcze żeby tak nasi...

20:41, atojaxxl
Link Komentarze (5) »
czwartek, 12 maja 2016

W nawiązaniu do wczorajszego wpisu o prześladującym mnie pechu informuję, że jednak poszłam z kijkami i koleżanką, że nic nas już nie spotkało złego.

Za to dziś... wybrałam się ponownie na działkę. Wszystko szło jak z płatka, autobus prawie pusty, korków nie było, kosiarka działała jak należy. Szpaki chodziły za mną jak niegdyś bociany za moim Dziadkiem, gdy orał pole. Szpaków ci u nas dostatek, sąsiedzi nawieszali budek i ptaszki mnożą się na potęgę. U mnie na zmianę; albo sikorki albo mazurki.

Piękny dzień, pachnie biały bez. I nagle stwierdzam, że nie mam okularów. A przed chwilą miałam je na nosie. Widzę w miarę dobrze, nie są mi potrzebne np. do prac w ogrodzie. Ale już do czytania, pisania, do komputera, do pieczenia itp są niezbędne, staję się wtedy ślepa jak kret.

Najpierw uspokajałam sama siebie, że pewnie leżą w altance, bo zdjęłam je przy 2. śniadaniu. Kosiłam więc nadal, ale sprawa nie dawała mi spokoju. Przeszukałam każdy centymetr altanki - okularów nie ma.

Koszę nadal, wpadło mi do głowy, że może są w trawie wyrzuconej na kompost - przekopałam ręcznie zielony stos - okularów nie ma.

Teraz zaczęłam wpadać w lekką panikę, nie mam okularów na zmianę, a okulistka zabroniła mi korzystać z tzw. okularów do czytania kupowanych za grosze w aptece. Przeszłam więc każdy kawałek działki, zaglądałam wszędzie - okularów nie ma.

Wtedy coś we mnie pękło. Usiadłam na ławce i zaczęłam płakać. Dobrze, że jeszcze nikogo obok nie było. Płakałam i wygłaszałam sama do siebie i do Niewidzialnego mowę typu: co ja Ci takiego Panie Boże zrobiłam, że stale sprowadzasz na mnie jakieś problemy. Wszystko przyjmuję pokornie, jednak tym razem przesadziłeś. Wiesz, że bez okularów nie pomogę Grześkowi w dawkowaniu lekarstw, nie wypełnię rachunków, nie napiszę czegokolwiek, nie przeczytam przewidzianego na dziś psalmu*. Wszystko mi zabierasz, ale te okulary musisz mi oddać. Chyba Cię na to stać, bo mnie na nowe nie."

I wiecie co? Okulary leżały na środku ścieżki, którą wcześniej przeszłam przynajmniej z 5 razy patrząc pod nogi. Czyżby więc z Niewidzialnym szło się dogadać?

*Od kilkudziesięciu lat codziennie wieczorem czytam jeden Psalm z Psałterza Dawidowego w tłumaczeniu Kochanowskiego. Kocham mistrza Jana z Czarnolasu i jego przekład Księgi Psalmów uważam za najpiękniejszy. A na dziś przypada mi psalm 115 "Non nobis, Domine, non nobis, sed nomini Tuo da gloriam"

16:59, atojaxxl
Link Komentarze (3) »
środa, 11 maja 2016

Sprawdzam kilka raz w kalendarzu - naprawdę, dziś jest środa, 11 dzień maja, żaden tam piątek trzynastego. A jednak pech się przyplątał i mnie trzyma.

Jestem raczej osobą zorganizowaną, lubię trzy razy sprawdzić niż raz coś zapomnieć. A tu masz. Najpierw pomyliłam blistry z lekarstwami i wzięłam podwójną dawkę czegoś, co powinnam brać co drugi dzień. W efekcie zużycie wody w toalecie wzrosło wielokrotnie. Gdy już jakoś doszłam do stanu normalnego, spakowałam się na działkę sprawdzając trzykrotnie: dokumenty - mam, jedzenie - mam, lekarstwa - mam, piła nowa do gałęzi - mam, odzież - mam. Klucze od działki - leżą na szafce w przedpokoju jak zawsze. 

I się zaczęło. Najpierw uciekł mi autobus, którym dojeżdżam do tego właściwego przystanku, żeby się przesiąść na działkę. Przespacerowałam się spokojnie i wsiadłam... no właśnie, ten autobus też jedzie w stronę działek, ale zatrzymuje się dokładnie 1000 kroków bliżej niż ten właściwy. Cóż to dla mnie 1000 kroków:) Gdy byłam już w okolicach 824 kroku, dodajmy w pełnym południowym słońcu, nagle jak grom z jasnego nieba spadła myśl: klucze, czy wzięłam klucze!!! 

Oczywiście, klucze zostały na szafce, pierwszy raz w życiu. Brama główna otwarta, to doszłam do wniosku, że chociaż zapłacę za działkę. Trzeba przemaszerować kilkaset metrów - tym razem tylko po to, by pocałować klamkę od biura zarządu. Ogłoszenie jak byk: w dniu 11 maja nieczynne, będzie czynne 14 maja... Tydzień temu zmarł prezes naszych działek, pewnie nie ma kto podpisywać przelewów itp. No to marsz do bramy głównej, którą już ktoś zdążył zamknąć na klucz. Jakiś młody człowiek przywiózł akurat ziemię, przemknęłam na przystanek. 

Nie wiem, co mi kazało przesiąść się na inny autobus, w każdym razie po 15 minutach znalazłam się na targu warzywno - owocowo - kwiatowym, gdzie nabyłam 8 (osiem!!!) odmian miniaturek million bells!!!

Matko kochana, przecież mam już posadzone 6 odmian na balkonie, gdzie ja teraz posadzę te osiem dodatkowych. Inna sprawa, że piękne:), jak klejnociki; intensywnie żółte z białymi paseczkami, żółte z czerwonymi, purpurowe z żółtymi, czerwone z białymi, fioletowe z żółtymi, prawie czarne, żółte pełne...

Wracając z targu miałam w autobusie nieprzyjemne starcie z bardzo starszym panem (pas od spodni prawie pod pachami, skarpety, sandały), któremu się uwidziało, że musi siedzieć akurat tam gdzie ja i muszę mu ustąpić. Nie lubię się kłócić, ustąpiłam, a ten niezadowolony jeszcze długo snuł wywody o babach ze wsi, które w mieście nie umieją się zachować - ta baba ze wsi to niby ja:)

Teraz jestem w domu, piszę tę notatkę i nie wiem, co jeszcze dziś mnie spotka:) Na wszelki wypadek chyba już nigdzie nie wyjdę, chociaż kijki na mnie mrugają z kąta:)

PS a jednak chyba los czuwał nad nami, przed chwilą G. wrócił z imprezy dla niepełnosprawnych i jak się okazało nie miał swoich kluczy od mieszkania. Gdybym była na działce, dopiero byłaby bieda.

14:38, atojaxxl
Link Komentarze (3) »
poniedziałek, 02 maja 2016

Moja flago, "biała jak śnieżna lawina, czerwona jak puchar wina".

Znów dumnie powiewasz na wietrze. Obok, z innych balkonów powiewają Twoje koleżanki.

Ale Ty jesteś nasza, moja - od wielu lat ta sama, starannie prana i prasowana, przechowywana w płóciennym woreczku, na półce, gdzie najważniejsze dokumenty rodzinne, wywieszana tylko w ważnych dla Polski chwilach.

Cieszę się, że Cię mam i że nie muszę Tobą wymachiwać na demonstracjach, protestach i barykadach.

Mam nadzieję, że tak będzie w przyszłości, że będziesz dla mnie i mojej rodziny symbolem wolnej Ojczyzny.

Moja flago

... i nigdy nie będziesz biała,

i nigdy nie będziesz czerwona,

zostaniesz biało - czerwona

jak wielka zorza szalona,

czerwona jak puchar wina,

biała jak śnieżna lawina,

najukochańsza, najmilsza,

biało - czerwona...

(K.I.Gałczyński "Pieśń o fladze")

Tagi: swięta
21:23, atojaxxl
Link Komentarze (2) »
niedziela, 01 maja 2016

Chyba nigdy nie przepadałam za zakupami. Idę do sklepu z gotowym spisem, kupuję, płacę, wychodzę. I jakoś nigdy wcześniej nie zaobserwowałam zjawiska, które teraz często rzuca mi się w oczy na stoiskach warzywno - owocowych. Powiedzmy szczerze, drogo jest, to jest tzw. przednówek, nowalijki spod folii albo z importu. Ale to nie usprawiedliwia pewnych zachowań, których nie można nazwać inaczej jak pospolitą kradzieżą.

"Stokrotka" - promocja na młodą cukinię. Starsza pani wybiera, przekłada, wreszcie decyduje się na jedną i usiłuje odłamać resztkę ogonka. Niestety, przełamuje cukinię na pół, zakopuje ją pod spód i szuka następnej. Tu udało się ogonek odłamać z niewielkim kawałkiem cukinii, odłamaną resztkę zakopuje w ... kapuście. No cóż, franca jestem złośliwa, idę za panią z odłamanym kawałkiem i przy sprzedawczyni podaję mówiąc "zgubiła pani". Mogłaby czerwienią oblicza konkurować z pomidorami. Różnica na wadze - prawie 2 dkg. Warto?

"Spar" - rzodkiewki w pęczkach po 12 sztuk, 0.99 zł. Tu inna osóbka pakuje do woreczka foliowego wybrany pęczek, ale to nie koniec - z pozostałych odrywa kilka rzodkiewek i sprytnie wpycha w ten zapakowany pęczek. Przy kasie sprawa się rypła, sprzedawczyni po prostu sprawdziła, czy to na pewno jeden pęczek. Zapewnienia, że musiały się same oderwać, nie przekonały sprzedawczyni, widać, że ten "numer" już znała. Pytam, czy warto za kilka rzodkiewek najeść się wstydu? Widać warto.

"Biedronka" - ładne banany, one też mają ogonki, z pięknej kiści pani usiłuje oderwać dwa, ale tak, żeby ogonek był jak najmniejszy. Że pozostałe banany popękały wzdłuż po tej walce? A to już pani nie obchodzi. Przy okazji uszczykuje po kilka winogron i dyskretnie zjada. Ktoś kupi taką obdartą kiść? A to już pani też nie obchodzi. Kradzież? Jaka kradzież? A te sklepy to nas nie okradają? I jak tu dyskutować, że uczciwość, że przyzwoitość nie pozwala?

Ta sama "Biedronka" - małżeństwo kupuje pomidory, zwykłe, tańsze. Pani podaje mężowi dwa malinowe "włóż między tamte, może nie zauważy na kasie". Mąż odkłada jednak na półkę. Sumienie ruszyło?

I jeszcze z innej beczki:

"Natura" - szukam specjalnych zmywaczy w saszetkach do usuwania hybryd. Są. W każdym opakowaniu powinno być 10 sztuk - logiczne, tyle mamy palców. A jest - 8, 9, 8, 8. Sprawdzamy ze sprzedawczynią - w połowie opakowań było mniej niż powinno.

"Hebe" - szukam kremu dla mojej starzejącej się cery, tylko jednej firmy. Jestem alergikiem, nie mogę stosować wielu kosmetyków. Ten akurat jest odpowiedni. Jest. Tyle, że w pudełku zamiast oryginalnego kremu jest... mała pasta do zębów. Ktoś sprytnie podmienił zawartość i krem o wartości blisko 60 zł poszedł sobie...

Chęć posiadania czegoś za darmo jest widać silniejsza niż kamery, ochrona, sprzedawcy czy w końcu inni klienci - świadkowie tych wyczynów. Nie przemawia do mnie argument, że sklepy nas okradają albo wyrzucają towar. Powszechne staje się przyzwolenie na takie zachowania. 

Wiem, to nie jest dobry temat na Święto Pracy. Czy na pewno?

Tagi: ludzie
12:27, atojaxxl
Link Komentarze (6) »
wtorek, 26 kwietnia 2016

Pamiętacie?

Najpierw jakieś niejasne informacje, jakieś zapewnienia, że wszystko gra, że nas to nie dotyczy, że daleko...

A potem narastał strach, bo wiatr przywiał dziwne chmury i mgłę...

I picie roztworu Lugola, gorzkiego wstrętnego jak rozpuszczona jodyna. On miał być lekiem na całe zło.

Najbardziej pamiętam jedną z koleżanek w pracy, która w gabinecie lekarskim natarczywie domagała się tego płynu dla siebie, chociaż przewidziany był na razie tylko dla dzieci. Akurat byłam tam z moją klasą, na którą przyszła kolej picia tego świństwa. A ta starsza już wówczas kobieta przepychała się przez dzieci i wręcz wyrywała pielęgniarkom*plastikowe pojemniczki z Lugolem. Dopiero dwaj woźni pomogli ją wyprowadzić...

Dziś mija 30 lat od czarnobylskiej tragedii. Na półce w moim pokoju leży książka Swietłany Aleksijewicz "Czarnobylska modlitwa". Jeśli ktoś miał wątpliwości, dlaczego Swietłana otrzymała Nagrodę Nobla, to po przeczytaniu tej książki powinien tych wątpliwości się wyzbyć. "Czarnobylska modlitwa" należy do tych lektur, które czyta się ze ściśniętym gardłem i z narastającym w człowieku bezsilnym gniewem, że tak potraktowano ludzi, domy i zwierzęta, żywych i umarłych.

Oto fragment:

"..całą wieś zakopali. Mój tato był kierowcą, jeździł tam i potem opowiadał. Najpierw kopią wielki dół...Głęboki na pięć metrów... Podjeżdżają strażacy... Sikawkami myją dom od fundamentów aż po komin, żeby nie wzbijać radioaktywnego kurzu. Wszystko myją - okna, dach, próg. A potem dźwig podnosi dom i opuszcza do tego dołu... Poniewierają się słoiki, książki, lalki... Spychacz to wszystko wyrównuje... Zasypują całość piaskiem, gliną i ubijają ziemię. Ze wsi robi się szczere pole. Tam lezy nasz dom. I szkoła, i rada wiejska... Jest tam też mój zielnik i dwa albumy ze znaczkami, a tak chciałam je zabrać."

Autorka rozmawiała z setkami świadków, z wysiedlonymi, z dziećmi i z żołnierzami, którzy szli na reaktor wierząc w potęgę swego kraju i w dezynfekującą moc wódki. Opisuje umieranie "na Czarnobyl". I niewyobrażalne akty miłości, walki o życie ukochanych osób. I strach przed odwiedzeniem grobu czarnobylca, bo może promieniuje... Przejmujące wypowiedzi dzieci, które utraciły swój pierwszy w życiu rowerek i widziały zabijanie ukochanych zwierząt domowych (na żółwia najeżdżało się buldożerem, szkoda było pocisku).

W takie dni, jak dziś, ogarnia mnie wielki smutek. To wszystko, co chciałam powiedzieć...

Swietłana Aleksijewicz: Czarnobylska modlitwa. Kronika przyszłości. Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2012

*Tak, tak, były takie czasy, gdy w szkołach pracowały pielęgniarki, tzw. higienistki szkolne, na pełny etat

Tagi: ludzie
09:18, atojaxxl
Link Komentarze (4) »
środa, 13 kwietnia 2016

Dla wielu Węgrów moje miasto jest celem wycieczek. Przyciągają ich tutaj miejsca i pamiątki związane z postacią bohatera czterech narodów generała Józefa Bema. Najważniejszym jednak punktem każdej wycieczki jest Mauzoleum gen.Bema w parku miejskim. 

Nie będę tu przytaczać pełnej niespodziewanych zwrotów biografii wielkiego stratega, który jeszcze za życia owiany był legendą i opiewany w wierszach i pieśniach. Dla Polski, dla jej wolności walczył na różnych frontach zdobywając serca Polaków, Węgrów, Rumunów, a nawet Turków. Decyzja o przejściu Bema wraz z grupą oficerów węgierskich na islam w celu walki w armii sułtańskiej zaważyła na wydarzeniach, które rozegrały się w Tarnowie, gdy podjęto decyzję o sprowadzeniu do wolnej Polski jego prochów.

Bem zmarł w 1850 roku jako Murad Pasza i pochowany został w obrządku nakazanym przez islam. W 1929 nastąpiła ostateczna realizacja starań o powrót prochów wielkiego generała do miasta jego urodzenia. Pokonana została bowiem największa przeszkoda - stanowisko hierarchów Kościoła katolickiego odmawiających Bemowi prawa do pochowania w poświęconej ziemi. Był przecież innowiercą i to z własnej woli.

Znaleziono salomonowe wręcz rozwiązanie: trumna z ciałem Bema nie została pochowana na cmentarzu, w ziemi, ale została umieszczona nad powierzchnią pięknego stawu, w sarkofagu wyniesionym w górę na sześciu kolumnach korynckich. Kolumnadę, osadzoną na żelbetowej podstawie, otaczają kule symbolizujące ukochaną przez Bema artylerię. Kule połączone są łańcuchami, do których użyto metalu z przetopionych armat. 

               Bem

Każde inne miasto dbałoby o ten piękny zabytek jak o szlachetną perłę w swojej koronie. Niestety, czas, woda, gołębie i kaczki powoli doprowadzają mauzoleum do ruiny. Deszcze i odchody gołębi niszczą sarkofag - te zielone zacieki są już utrwalone i z każdym opadem się powiększają, niebawem nie będzie można odczytać napisu w języku węgierskim, gdzie Bem nazwany jest Apó - Ojczulek

              Bem

Odpadają do stawu kolejne płyty z obudowy podstawy, a to co się odsłania, natychmiast pokrywa zielona pleśń. Woda w stawie jest stale zanieczyszczana przez liczne kaczki, bo przecież nie przez dwa łabędzie. Kaczek przybywa, dokarmiane niepotrzebnie przez ludzi nawożą staw swoimi odchodami i przy każdym ociepleniu staw zakwita glonami i cuchnie jak kloaka.

               Bem

Podest podstawy jest wręcz śliski i pokryty grubą warstwą odchodów, które litościwy deszcz spłukuje do stawu.

               Bem

Na koronie sarkofagu i na jego podstawie przesiadują z upodobaniem gołębie wypatrujące karmicielek, które przynoszą worki suchego chleba i rozsypują na alejkach. Warstwa odchodów na bezpośredniej podstawie sarkofagu jest tak duża, że kiełkują tam rośliny !!! Miedziane zwieńczenie sarkofagu ulega w szybkim tempie zniszczeniu pod wpływem kwaśnych deszczów (mamy przecież słynne Azoty), kwaśnych odchodów i nagromadzonych warstw liści.

               Bem

 Od dawna się mówi o potrzebie generalnego remontu mauzoleum i udrożnienia stawu tak, aby zapewnić przepływ świeżej wody. To miejsce odwiedzają codziennie setki ludzi, w tym i ja robię liczne kółka z kijkami wokół stawu. Obawiam się, że obietnice remontu spełzną przy obecnej władzy na niczym, ponieważ dla niej Bem był heretykiem i w herezji wytrwał do końca. Wiernym pozostał tylko Polsce. Podobno jego ostatnie słowa brzmiały: 'Polsko, Polsko! Ja cię już nie zbawię..."

16:46, atojaxxl
Link Komentarze (4) »
wtorek, 12 kwietnia 2016

Wczoraj minęła 22 rocznica urodzin i śmierci naszego Synka, zwanego do dziś Małym. I właściwie nie miałam zamiaru o tym pisać tu na blogu, ponieważ kilka razy już wspominałam o tym traumatycznym dla nas wszystkich wydarzeniu. Ale do powstania tego wpisu zachęciła mnie brutalna dyskusja wokół propozycji zaostrzenia ustawy antyaborcyjnej i penalizacji wszelkich przypadków utraconych czy poronionych ciąż.

Mój przypadek był szczególnie dramatyczny, późny wiek - 40 lat to już trochę późno na kolejną ciążę, ciężka choroba podczas drugiego trymestru połączona z obrzękiem płuc, zawałem serca i stanem śmierci klinicznej. Konsylium lekarskie podjęło w nocy decyzję o terminacji ciąży. Nie miałam w tym udziału, ponieważ byłam  nieprzytomna. O decyzji lekarzy dowiedziałam się, gdy wyrwano mnie wreszcie ze stanu nieświadomości. Ordynator OIOKu powiedział mi, że nie ma innej możliwości ratowania mojego życia, ale ponieważ zaczęłam prosić - poczekają do rana.

Rano mój stan na tyle się poprawił, że konsylium zebrało się ponownie i postanowiono terminację zawiesić. I tak sobie żyliśmy z synkiem 4 miesiące, z czego połowę w szpitalu, otoczeni opieką, na jaką wówczas szpital było stać. Leżałam na kardiologii i codziennie, dwa razy przychodziły położne i lekarz położnik, by mnie zbadać. Przeniesiono również specjalistyczną aparaturę monitorującą nasz stan. A jednak synek zmarł, po prostu zanikło tętno tuż przed rozwiązaniem... Lekarze spytali mnie, czy zgodzę się na sekcję. Zapytałam z kolei, czy to naprawdę jest potrzebne, czy to dziecko musi jeszcze po śmierci być poniewierane. Okazało się, że nie. Usłyszałam też słowa dla mnie bardzo ważne "Pani Bożeno, to się zdarza, takie przypadki się zdarzają i nie ma tym pani winy". Zapewniono mi spokój i pomoc terapeutyczną, uszanowano żałobę.

Dlaczego o tym piszę? Gdyby weszła w życie zaostrzona ustawa antyaborcyjna, pacjentka z mojego przypadku poddana zostanie dodatkowym, okrutnym psychicznym torturom: będzie przesłuchiwana jako podejrzana o zabójstwo prenatalne, będzie badane i nicowane do kości jej życie, zachowania, posiłki, czynności. Kwestia jej życia i zdrowia zejdzie na dalszy plan, ba, w ogóle nie będzie ważna !!! Prokurator nie uszanuje jej żałoby, traumy, dostarczy jej dodatkowych negatywnych doznań. Lekarze, w obawie o zarzut współudziału w przestępstwie, będą woleli dopuszczać się zaniechania leczenia kobiety, byle nie narazić się ustawodawcy. Powstanie nowa grupa prawników specjalizujących się w sprawach o zabójstwo prenatalne, zarówno adwokatów jak i prokuratorów. Nasze córki i wnuczki zostaną sprowadzone do roli inkubatorów, bez praw i woli stanowienia o sobie. 

I nie uspokaja mnie wiadomość, że episkopat łaskawie chce uwolnić kobiety od kary. Po prostu tym panom nie wierzę.

Tagi: ludzie
10:19, atojaxxl
Link Komentarze (3) »

Zawsze o tej porze nachodzą mnie wspomnienia z dzieciństwa. Jednym z nich jest irracjonalny strach przed ... zaglądaniem do dziupli. Może to opowiadane mi przez Babcię bajki, może legendy o diable Rokicie, który mieszkał w dziuplach wierzb. W każdym razie ogromną, starą wierzbę rosnącą przy polu moich dziadków omijałam z daleka. Miała widoczną z daleka dziuplę i wyobrażałam sobie, jakież to stwory-potwory mogą w niej mieszkać. Pewnego razu babcia wzięła koszyk, poleciła mi iść i bez najmniejszych obaw zanurzyła rękę w dziupli. Wydobywała z niej próchno, które potem mieszała z ziemią do kwiatów. Poza wystraszonymi pająkami nic z wierzby nie wylazło.

W naszym pięknym, zabytkowym parku jest wiele drzew z dziuplami. Szczególnie tajemniczo wyglądają, gdy nie ma liści, jest szaro i ponuro. Zdjęcia robiłam podczas moich spacerów z kijkami, gdy zima już się skończyła a wiosna nie miała odwagi się pokazać.

Przy tej okazji miałam natrętnego rozmówcę, który nabił sobie do głowy, że jestem z jakiejś ważnej instytucji i robię zdjęcia drzew, które mają być wycięte. Łaził za mną krok w krok i ględził, że chcemy pewnie tak jak w Puszczy Białowieskiej pół parku powycinać...

Oto najfajniejsze dziuple:

1. Ta ma około 3 metrów długości

                           Dziuple

2. Ta dziupla przypomina mi - nie wiedzieć czemu - "Krzyk" Muncha

                           Dziuple

3. Tu aż się prosi, żeby dodać jakieś twarze

                            Dziuple

4. W tej malutkiej i głębokiej dziupelce jakieś zapobiegliwe stworzenie zgromadziło solidne zapasy orzechów

                   Dziuple

5. Niektóre drzewa składają sie tylko z kory i dziupli:) Tu jakby przeniesione z ogrodu zaklętych w drzewo figur.

                            Dziuple

6. Wreszcie moja dziupla (?) faworytka. Ktoś pracujący nad ocaleniem drzewa uformował ją w wyjątkowo ... hm... erotycznie

                   Dziuple

... i z profilu

                   Dziuple

To tylko drobna część moich dziuplowych okazów. Dołączam do nich tajemniczego stwora wynurzającego się z pnia:

                   Drzewne okazy

Nasz ponad stuletni park o każdej porze roku jest ciekawy.

Tagi: park
09:38, atojaxxl
Link Komentarze (4) »
sobota, 12 marca 2016

Swego czasu pisałam tutaj, że pracuję nad książką. Godziny spędzone w bibliotekach, archiwach i przy komputerze zaowocowały publikacją poświęconą zapomnianemu polskiemu poecie Janowi Zychowi. Świetnie wydana przez krośnieńskie wydawnictwo "Ruthenus" jest pierwszą próbą monograficznego opracowania życia i twórczości wyjątkowo pięknej postaci.

                   Zych

Pochodzący z Korczyny koło Krosna Jan Zych ukończył krośnieńskie liceum im. Kopernika, potem filologię polską na Uniwersytecie Jagiellońskim. Z niezwykłym, typowo chłopskim uporem uczył się kolejnych języków obcych po to, by czytać w oryginale poezje ulubionych twórców. Wydał 6 tomików własnej poezji, przełożył na język polski niezliczoną ilość wierszy poetów bułgarskich, słowackich, macedońskich, czeskich, ukraińskich, węgierskich, rosyjskich, francuskich a nade wszystko poetów i pisarzy iberoamerykańskich. Tłumaczył książki Marqueza, Paza, Guillena, Eloya, Rulfo, Nerudy. Na język hiszpański przekładał wiersze Miłosza, Szymborskiej, Różewicza, Herberta, Białkowskiego i in.

Swoje życie podzielił między dwie ojczyzny: Polskę i Meksyk, w którym studiował i doktoryzował się oraz założył rodzinę. I tam daleko od korczyńskich wzgórz zmarł w 1995 roku. Jego prochy rozsypano pod drzewem plumerii.

Dziś mało kto pamięta, że był taki poeta i że literatura polska wiele mu zawdzięcza. Ponad 15 lat pracował przecież jako redaktor w dziale poezji Wydawnictwa Literackiego. Przez jego ręce przeszły setki tomów poezji największych polskich poetów. 

Jego postać, twórczość i ciekawe losy zawsze mnie fascynowały. Marzyłam, żeby ktoś napisał jego biografię. Nie przypuszczałam, że tym kimś mogę być ja.  Habent sua fata libelli. I ta książka ma też swój ciekawy los. Dzieciństwo i młodzieńcze  lata Zycha opisał wybitny historyk sztuki, etnograf, regionalista, wielbiciel dobrej poezji i muzyki dr Tadeusz Łopatkiewicz, krośnianin. Ja zajęłam się okresem od studiów do końca życia poety oraz napisałam analizę jego twórczości. Ze współautorem poznaliśmy się dzięki internetowi i przez internet przesyłaliśmy sobie kolejne rozdziały i poprawki oraz zdobyte z trudem zdjęcia, skany artykułów. Dr Łopatkiewicz zajął się także stroną formalną, walką o wydawcę, o wsparcie ze strony rodzinnej miejscowości Jana Zycha. Udało się. We wrześniu ub.roku w Korczynie odbyła się promocja naszej książki:

Zych

Promocja poprzedzona została uroczystością nadania imienia poety miejscowej gminnej bibliotece oraz odsłonięciem tablicy pamiątkowej:

Zych3

Promocja książki odbyła się w pięknie odrestaurowanym dworku Szeptyckich, a w otaczającym go parku mieliśmy okazję podziwiać zmagania rzeźbiarzy,  którzy na oczach publiczności wyczarowywali postaci osób zasłużonych dla Korczyny. Ze wzruszeniem obserwowałam, jak z lipowego pnia wyłaniają się zarysy postaci Jana Zycha:

Zych4

Zych5

Nasza książka promowana jest głównie w południowej Polsce. Ostatnio zaproszono mnie na wieczór autorski do Krosna. Wspólnie z dr. Tadeuszem Łopatkiewiczem opowiadaliśmy licznie przybyłym słuchaczom o naszej fascynacji Zychem i pracy nad książką. Wśród publiczności zasiadł również prezydent Krosna pan Piotr Przytocki. A po spotkaniu podpisywaliśmy nasze dzieło

Zych6

Pracą nad biografią Jana Zycha udowodniłam przede wszystkim sobie, że jeszcze potrafię coś pożytecznego zrobić. I już pracuję nad kolejną książką.

Tagi: książka
10:46, atojaxxl
Link Komentarze (12) »
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 31