Podróż przez życie z licznymi przystankami, w tym również autobusowymi
RSS
środa, 29 października 2014

    Od kilku lat na płocie otaczającym kościół wisiał skromny baner: na zdjęciu maleńki człowiek, bez rąk i nóg uważnie wpatrywał się w przechodniów a napisy informowały, że ten oto młodzieniec zdał maturę i pragnie studiować...

    I studiował: rodzice, którzy niegdyś zdecydowali, że wychowają to dziecko i którzy podporządkowali mu całe swoje życie, jeszcze raz przeorganizowali wszystko i przenieśli się z Dąbrowy Tarnowskiej do Warszawy. Ojciec nosił go wszędzie, na wykłady, na ćwiczenia, do toalety i do lekarzy. Podawał lekarstwa, karmił i poił. Był jego rękami i nogami.

    Piotr Radoń z Dąbrowy Tarnowskiej urodził się z amelią totalną - nie miał rąk i nóg, tylko tułów i głowa. Mimo tak straszliwego kalectwa nauczył się posługiwać komputerem, którym sterował przy pomocy ołówka trzymanego w ustach. Ukończył szkołę średnią, otrzymał szansę studiów w Warszawie.

Ale przecież wszystko kosztuje - kilka tygodni temu stanęli z ojcem przed ścianą niemożności - nie mieli pieniędzy na dalsze opłacanie czynszu, zaczęli więc zbiórkę pieniędzy po prostu na ulicy. Zauważył ich fotograf, który poinformował o losie Piotra na Facebooku. I tak w ciągu kilku dni internauci zebrali ponad 300 tysięcy złotych. Starczyłoby na wszystko: na czynsz, czesne i nowy wygodniejszy wózek. Piotr dostał więcej: dostał nadzieję i poczucie, że jednak nie jest sam...

Dziś w nocy Piotr zmarł na niewydolność oddechową. Jeszcze trzy dni temu pozdrawiał internautów i cieszył się, że kolejny raz wyszedł z choroby. Zmarł , gdy wydawało się, że wszystko zmierza ku lepszemu.

Chyba takie chwile miał na myśli Zygmunt Krasiński, gdy pisał:

         ".... w dniu szczęścia skonasz,

          zginiesz w dniu zwycięstwa.

          Niezatracalnyś, gdy żyjesz cierpieniem"

Anielski orszak niech Twą duszę przyjmie, Piotrze...

Tagi: ludzie
21:19, atojaxxl
Link Komentarze (4) »
czwartek, 23 października 2014

Pamiętacie ? "Tu zaszła zmiana w scenach mojego widzenia"... pisał Mickiewicz w poemacie "Sen.Z lorda Byrona ". Przychodzą mi te słowa na myśl codziennie, gdy odsuwam zasłony i wychodzę na balkon. Mam to szczęście, że mieszkam na zadrzewionym osiedlu, gdzie dęby dębom, klony klonom a jesiony jesionom przekazują pozdrowienia.

Oto sceny mojego widzenia

Udział biorą:

Narratorka, jesiony, klony, dąb czerwony, graby, brzozy, połowa lipy, fragment jarzębiny, niewidzialni najeźdźcy z workami

Scena1. Nawiązanie akcji. Tu jeszcze zielono, ale czubki drzew zaczynają lekko żółknąć. Jesion (to ten najwyższy z prawej) nie czeka na rozwój wydarzeń, tylko zaczyna zrzucać pojedyncze zielone liście. Jarzębina (a raczej jej fragment - z lewej) już cała poczerwieniała

               

 

Scena2.  Zieleń wyraźnie zaczyna ustępować, pod jesionem (to ten najwyższy z prawej) coraz więcej nadal zielonych liści

               

 

Scena3. Jesienne chmury co  chwilę zakrywają niebo, światło nie najlepsze, ale widać, że klon (to ten w środku) już ma czerwoną czuprynę a jesion ( to ten najwyższy z prawej) coraz bardziej łysieje, tylko kępki nasion trzymają się mocno

               

 

Scena 4. kulminacyjna . To lubię najbardziej: nawet w pochmurny dzień drzewa wyglądają jak oblane słonecznym blaskiem. Tylko jesionowi łyso...

               

 

 

Scena 5. Po nocnej wichurze większość drzew straciła liście, na jesionie (to ten najwyższy z prawej) trzymają się resztki nasion

               

 

Scena 6. W promieniach zachodzącego słońca moje drzewa próbują pokazać resztkę swojej urody. Coraz grubszy dywan liści ...

                

 

 Scena 7. To jest coś, czego nie lubię. Nagie gałęzie drzew, dywan liści, resztki nasion na jesionie (to ten najwyższy z prawej)

                

 

Scena 8. Rozwiązanie akcji. Przyjechali, posprzątali, do worków zapakowali . Tegoroczne podziwianie jesieni z osobistego balkonu można uznać za zakończone

                 

 

Kurtyna :)

                  

Znów zajdzie zmiana w scenach mojego widzenia...

Tagi: pory roku
18:23, atojaxxl
Link Komentarze (11) »
wtorek, 21 października 2014

Gdzieś tam na marginesie procesu Pistoriusa i sensacyjnego wywiadu Sikorskiego przemknęła  wiadomość, że dziś w nocy zmarli dwaj kolejni górnicy poparzeni w kopalni "Mysłowice - Wesoła". A wcześniej zmarli dwaj inni, a niedawno ratownicy dotarli do ciała kombajnisty, które czekało na tę chwilę 12 dni w otchłaniach kopalni...

Czekali też rodzice 42 - letniego górnika. Matka z nadzieją, że może jednak żyje, ojciec znający realia kopalni z własnego doświadczenia - z nadzieją, że będzie mógł pochować syna. Obydwoje z rozpaczą i żalem, że z powodu czyjegoś niedbalstwa stracili jedyne dziecko. Duże, bo duże, dorosłe, ale dziecko.

Mam w rodzinie liczną grupę górników . Niektórzy uczestniczyli w wypadkach na dole, inni ratowali, wszyscy na szczęście przeżyli i są już na emeryturach. W pamięci utkwiło mi wydarzenie z pewnych wakacji, gdy odwiedziłam moje kuzynki - wszystkie cztery to żony górników, córki górnika, synowe górników :) Wtedy miały małe dzieci i ich codziennością było czekanie na powrót męża.

Przebywałam akurat u K. mieszkającej praktycznie na wprost wejścia na teren jednej z najnowocześniejszych wtedy kopalni w Polsce. Piłyśmy kawę i planowałyśmy wyjazd na zakupy do sklepu górniczego ( ja o takim zaopatrzeniu mogłam tu tylko pomarzyć). I nagle pod oknami pojawił się samochód ratownictwa górniczego, do którego wsiadali szybko mężczyźni. Dla kuzynki to był sygnał, że "na grubie" coś się stało. Samochód skręcił w kierunku kopalni, po chwili następny.

Wokół panował leniwy spokój, słońce a tu nagle zamarło życie. Dzieci przybiegły z podwórka do domu, kuzynka stanęła w oknie i zaczęło się czekanie. Postanowiłam więc zająć się obiadem, potrzebowałam kilku drobiazgów, wyszłam do pobliskiego sklepu osiedlowego. Przed blokiem odwróciłam się i popatrzyłam w okna. Wszędzie w kuchennych oknach stały kobiety wpatrzone w teren kopalni.

Gdy wróciłam, kuzynka nadal stała w oknie i czekała paląc papierosa za papierosem. Poprosiła, bym zajęła się dziećmi i wyszła, a z nią kilka innych sąsiadek. Poszły do bramy kopalni. Cierpliwie czekały na wiadomości, na szczęście nic groźnego się nie stało, było zagrożenie, ale wycofano ludzi a ratownicy weszli oczyścić teren.

Kilka dni później mąż kuzynki, górnik z dziada  pradziada nie wrócił po szychcie do domu. Nie zawiadomił, że się spóźni. Więc najpierw telefon do kopalni. Sprawdzanie czy wyjechał na powierzchnię. Wszystko było w porządku, wyposażenie oddane, ale B. nie było. Koledzy niewiele mogli powiedzieć, poza tym, że wyjeżdżali razem, był w łaźni po pracy,  przebierali się razem.

Gdy B. wrócił po blisko 3 godzinach, zobaczyłam najdziwniejszą awanturę małżeńską: spłakana kuzynka lała męża po pysku i całowała po rękach :) A on się nie bronił, tylko próbował wyjaśnić, że pojechał ze znajomym pomóc mu usunąć złamane drzewo z działki i myślał, że zaraz wróci. A K. wrzeszczała, okładała go pięściami i całowała. 

Bo górnik może iść z kolegami na piwo, na karty, na mecz, puszczać gołębie, uprawiać działkę, ale najpierw musi wrócić do domu albo przynajmniej dać znać, gdzie jest i kiedy będzie. Wieczorem obsłuchał jeszcze wyrzutów swojego ojca. Zakończenie tej historii jest jednak optymistyczne: małżonkowie tak gorliwie się przepraszali wzajemnie, że 9 miesięcy później pojawił się mały B.

Tagi: ludzie
14:25, atojaxxl
Link Komentarze (7) »
niedziela, 19 października 2014

Pamiętacie ? Na weselu Jagusi i Boryny kucharki roznosiły rozmaite potrawy przyśpiewując przy tym dla zachęty  m.in taką piosenkę "Niesiem miskę tłustej jagły, by se chudzielce podjadły". Zdziwiłyby się lipecko-reymontowskie Borynowe kucharki, gdyby wiedziały do jakiej diety dziś stosuje się kaszę jaglaną.

Od kilkunastu lat borykam się z otyłością. Od 20 lat nie jem tłuszczów zwierzęcych, nie solę swoich potraw, nie używam cukru, unikam słodyczy, chodze z kijkami, dużo spaceruję, uprawiam działkę, a jednak waga jak huśtawka - raz spada, raz się podnosi.

Jedenaście lat temu udało mi się zrzucić 36 kilogramów. Desperacko przestrzegałam diety, ale pewne problemy rodzinne spowodowały, że musiałam się zająć ich rozwiązaniem, co trwało rok,  i kilogramów zaczęło przybywać. Niestety, należę to osób, które "zajadają" stres. Koleżanka w takich sytuacjach ma kulę w przełyku i potrafi nie jeść kilka dni, a ja jem, no powiedzmy szczerze: żrę.

Na szczęście nie wróciły wszystkie zrzucone kilogramy, jednak to co wróciło, wystarczy, by IBM wywołał grymas niezadowolenia u każdego lekarza.

Muszę schudnąć do 29 stycznia przynajmniej kilka kilo, a potem jeszcze więcej. Wtedy bowiem odbędzie się badanie być może decydujące o moim dalszym życiu. Motywacja jest, dieta jest, na razie realizacja idzie zgodnie z planem.

Podstawą mojej diety są nasze poczciwe jagły czyli kasza jaglana. Oprócz licznych zalet smakowych, kasza ta ma jedną niepodważalną właściwość: odkwasza i oczyszcza organizm. Każdą dietę należy zacząć od kuracji oczyszczającej.

Trwała ona 3 dni i wtedy jadłam 5 razy dziennie wyłącznie kaszę jaglaną ugotowaną na wodzie, piłam wyłącznie niegazowaną wodę mineralną i herbaty ziołowe (pokrzywę, miętę, rumianek).

Podczas tych trzech dni, zwłaszcza w trzecim, trzeba mieć nieograniczony dostęp do toalety, albowiem nie znacie dnia ani godziny...

Po trzech dniach do kaszy mogłam już dodawać owoce lub warzywa, mleko odtłuszczone, przyprawy. Nadal piję herbaty ziołowe, preferuję pokrzywową z trawą cytrynową.

Moich potraw nie solę, nie dodaję ostrych przypraw, stosuję dużo dodatków zielonych (szczypiorek, koperek, pietruszka, seler). Do jagieł z mlekiem dodaję zawsze do pół łyżeczki cynamonu albo nieco kardamonu. Łykam też kapsułki z zielonym jęczmieniem (początkowo 4 kapsułki dziennie, od jutra 3, po następnym tygodniu dwie).

W listopadzie do diety mam dołączyć lekarstwo- spalacz tłuszczu, oczywiście zapisane przez lekarza.

Jak się czuję ? Znakomicie. Spodnie już są nieco luźniejsze, zmniejszyła się opuchlizna nóg, lepiej śpię i śpi też wątroba, która od czasu do czasu dawała wcześniej znać o sobie.

I od razu zastrzeżenie: moim wpisem nikogo nie namawiam do stosowania tej diety. Po prostu dzielę się z Wami kolejnym moim doświadczeniem życiowym :)

A oto kilka moich potraw(jakość zdjęć pozostawia wiele do życzenia, ale nie jest to blog kulinarny):

1. Lekki rosół z indyka, z kaszą jaglaną, zieleniną, kalafiorem i brokułem (bez soli i przypraw)

               

 

2. Kasza jaglana z brokułami i kalafiorem , zielonymi dodatkami, bez soli, tłuszczu i przypraw

               

 

3. "Kotleciki" z kaszy jaglanej i nasion amarantusa ugotowanych razem na wodzie, z odrobiną zmielonego mięsa z indyka, bez soli, tłuszczu i przypraw, z zielonymi posypkami. Amarantus pełni tu rolę sklejacza całości, dzięki niemu kotleciki się nie rozpadają.

               

 

4. Kasza jaglana ugotowana na wodzie, zmieszana z podduszoną małą papryką i połową cebuli, bez przypraw i soli, posypana szczypiorkiem.

               

 

5. Kopiec z kaszy jaglanej ugotowanej na wodzie, posypany cynamonem.  Na śniadanie jem to samo tylko z mlekiem odtłuszczonym, na podwieczorek - podobny kopiec z duszonym jabłkiem, duszonymi śliwkami lub truskawkami, bez cukru oczywiście, obowiązkowo z cynamonem

               

No i tak. U Boryny jagłami chcieli tuczyć chudzielców, a u nas teraz lekarze zapisują je jako składnik diety odchudzającej :)

20:42, atojaxxl
Link Komentarze (6) »

Zacznę banalnie - "jesień idzie ku mnie przez park".

Nasz park miejski ma niezwykłą siłę przyciągania: ma piękny i urozmaicony starodrzew, ładne alejki, mnóstwo ławek, staw z nenufarami, łabędziami i kaczkami. Teraz, jesienią jest szczególnie piękny: liście szeleszczą pod stopami, spadają ostatnie kasztany, wiewiórki szaleją i robią zapasy nie oglądając się na spacerowiczów.

Jesienią, w parku, na powrót staję się dzieckiem: zbieram żołędzie, liście, kasztany jadalne i zwykłe i chłonę uroki przyrody. Zapraszam, przejdźcie się razem ze mną...

Alejki przykryte dywanem liści...

                 

Kasztanowiec niestety dotknięty szrotówkiem...

                 

Na klombie już po jesiennych porządkach, w środku planu potężny miłorząb. Każde dziecko zbierające liście najpierw tam kieruje swoje kroki :)

                 

Te liście jeszcze bronią letnich kolorów....

                 

W kilkunastu miejscach parku rosną skupiska cisów, w tym roku obrodziły pięknymi, niestety bardzo trującymi jagodami

                 

Tu i ówdzie rosną grzyby, tu akurat czernidłak kołpakowaty wystawił kapelusz pośród liści

                 

Liście klonu - piękno umierające pod naszymi stopami.

                 

Klon gorejący w całej krasie swojej jesiennej urody

                 

 Spoza drzew prześwituje Mauzoleum generała Józefa Bema

19:12, atojaxxl
Link Komentarze (7) »
czwartek, 16 października 2014

Gdy kończy się pierwsza dekada października, zaczynam prywatnie obstawiać moich kandydatów do literackiej nagrody Nobla. Kilka razy moje przewidywania się sprawdziły (Singer, Marquez, Golding, Paz, Morrison, Szymborska, Grass, Pamuk, Llosa - dla mnie szczególna uciecha, że on). To wielkie i prawdziwe marki same w sobie.

Gdy przychodzi do odczytania decyzji, czekam z pewną obawą, ponieważ NIE CHCIAŁABYM, aby padło pewne nazwisko. Podobno to pisarz wybitny, uznany, genialny. Jego powieści trafiają od razu na listy bestsellerów. Recenzenci prześcigają się w formułowaniu okrągłych zdań: pisarz poszukujący sensu życia, zaciera granice poznania, mistrz dygresji, klimatu itp itd. A ja czytając te wszystkie opinie popadam w kompleksy.

No cóż, łatwiej mi się czytało "W poszukiwaniu straconego czasu" Prousta niż "Kronikę ptaka nakręcacza" Murakamiego (bo o nim tu mowa). Bez fałszywej skromności powiem, że jestem kobietą wykształconą, dość inteligentną, oczytaną, teorię literatury i zasady krytyki literackiej mam w jednym palcu.

  A jednak nie jestem w stanie przebrnąć przez Murakamiego. I jak mam stawać do dyskusji z koleżanką, która do śniadania czyta "Przygodę z owcą", w autobusie wyciąga "1Q84" a do poduszki doczytuje "Norwegian Wood", zachwyca się onirycznością, niedopowiedzeniami i schodzeniem bohatera do posępnej otchłani podświadomości ???

Na moje szczęście Murakami nagrody Nobla nie dostał w tym roku, podobnie zresztą jak w latach poprzednich, choć był faworyzowany w przepowiedniach. Noblowskie zaszczyty i nagroda finansowa trafią do rąk Patricka Modiano za "sztukę pamięci i dzieła, w których uchwycił najbardziej niepojęte ludzkie losy i odkrywał świat czasu okupacji".

Biję się jednak w wydatną pierś i ze wstydem przyznaję, że twórczości tego pisarza nie znam w ogóle. Czas więc nadrobić zaległości, natychmiast po ogłoszeniu decyzji zasiadłam do komputera i dokonałam stosownych rezerwacji w bibliotekach mojego miasta.

W diale dziecięcym otrzymałam "Katarzynę" (z genialnymi ilustracjami Sempego), w jednej z filii "Zagubioną dzielnicę" i "Nawroty nocy", w innej "Ulicę Ciemnych Sklepików". W głównej bibliotece wprawiłam jednak bibliotekarki w popłoch: oto w katalogu Modiano jest a na półce go nie ma. Nikt go też nie pożyczył, zatem wniosek prosty - ktoś powieść noblisty wyprowadził :)

"Katarzynę" przeczytałam na przystanku. Sympatyczna książeczka o przyjaźni ojca i córki, o afirmacji świata. Tytułowa Katarzynka odbiera rzeczywistość w zależności od tego czy ma na nosie okulary czy tez nie. Obydwoje: ojciec i córka są mi bardzo bliscy, podobnie jak ja wierzą, że świat nie jest taki zły!!!

"Zagubiona dzielnica" zajęła mi jedno popołudnie na ławce w parku. No cóż, powiem tak, nie powala na kolana. Takie - jak to określiła jedna z recenzentek - antyczytadło dla ludzi. Ani to powieść obyczajowa, ani kryminał, ani sensacja. Wszystkiego po trochu w ciekawie pokazanym Paryżu. W dodatku niechlujnie wydana i z irytującą manierą tłumacza, który przekłada na język polski nazwy paryskich ulic a jednocześnie błędnie tłumaczy lub zostawia bez tłumaczenia niektóre słowa. No kto mi powie bez słownika co to jest:pelur, mokiet, kompars,kamionetka, papeteria (nie chodzi o zestaw kopert i kartek listowych), taras przy bulwarze ?

Bez tłumaczenia zostawiło wydawnictwo wszystkie dialogi w języku angielskim, a o ile mi wiadomo, nie jest to jeszcze język obowiązkowy w Polsce (przynajmniej nie był w 1993 roku, gdy książkę u nas wydano).

Pozostałych powieści jeszcze nie przeczytałam, więc nie podejmuję się oceny twórczości najnowszego noblisty. Napisał  30 książek, mam nadzieję, że przynajmniej część z nich trafi do polskich czytelników.

Tagi: literatura
21:12, atojaxxl
Link Komentarze (8) »
środa, 15 października 2014

Od pewnego czasu słyszymy, jakie to straszliwe konsekwencje ponosi polskie sadownictwo pogrążone przez rosyjskie embargo na polskie owoce, warzywa i przetwory. Stosy owoców miały gnić, ceny spadać i w ogóle wszystko przestanie się opłacać a sady trzeba zaorać. Kilka dni temu media obiegła wiadomość, że w skupach kilo jabłek kosztuje 10 groszy i szkoda sobie głowę zawracać dostawami, lepiej dać na kompost.

U mnie akurat w tym roku jabłka nie obrodziły, podobnie u koleżanki, która zawsze mnie wspierała torbami malinówek, papierówek itp. No trudno, trzeba kupić. A skoro takie tanie, to od razu więcej, co się będziemy bawić w detal. Wszyscy w rodzinie jesteśmy jabłkożercami.

Na codzienne potrzeby kupujemy jabłka w sklepie pewnej sieci, który wszyscy sobie tu chwalimy. Nieduży, świetnie zaopatrzony, pieczywo z prywatnych niedużych piekarni, a owoce i warzywa jakby świeżo z ogrodów i sadów. Skoro więc tu jabłka są na stałe po 1,29 (pyszne wielkie rubiny, lobo, delikatessy i in.), śliwki węgierki z tych dawnych (niewielkie, miodowo-złote w środku, słodziutkie) po 1,49 to po ile te smakołyki są  na giełdzie albo na targu ?

W szczycie owocowym pojechałyśmy z koleżanką na giełdę, pochodziłyśmy między sprzedawcami, popytałyśmy i ...wróciłyśmy z pustym bagażnikiem. Ceny z sufitu : jabłka po 2,50 - 4,00 zł, gruszki nie schodzą poniżej 5,00 zł, śliwki od dawna po 4- 6 zł, wszystko za kilogram oczywiście. Sprzedających zatrzęsienie, kłótnie o miejsce, śpią na towarze. A kupujący chodzą, oglądają, czasem ktoś kupi worek ziemniaków, poszatkowaną już kapustę, jakąś zieleninę.

Wróciłyśmy do mojego sklepu, kupiłyśmy po 10 kg śliwek, ja sobie zamówiłam jeszcze drugie tyle - po dwóch godzinach miałam telefon do domu, że sadownik właśnie przywiózł śliwki i można odebrać. Jemu się to jakoś opłaca dostarczać do sklepów tej sieci po kilka skrzynek dziennie. Śliwki jak marzenie - nieduże, zwarte, miodowo-słodkie, z siwym nalotem. Część zamroziłam, część poszła na powidło (nie trzeba było nawet dodawać cukru), były ciasta ze śliwkami, knedle, powidełko czekoladowe dla wnuczki na zimę a część i to sporą zjedliśmy.

Wczoraj chciałam kupić na targu antonówki albo szare renety na szarlotkę górską albo tatrzańską jak kto woli. Jej specyfika polega na tym,że na cienkiej warstwie podpieczonego ciasta kładzie się pokrojone w cienkie plastry 2-3 kg (dokładnie: dwa  do trzech kilogramów) jabłek przesypanych cynamonem i odrobiną cukru. Na wierzch znowu warstwa ciasta. Szarlotka jest wielkiej urody i smaku niebiańskiego. I co ? I obeszliśmy się smakiem. Nie  dam w szczycie jesiennego wysypu owoców 4 złote za kilogram jabłek. Niech sobie sami zjedzą. Tylko pytam: gdzie wobec tego podziały się te tanie jabłka, które mieliśmy jeść na złość Putinowi ???

PS A skoro o handlu mowa, to od kilku dni zaśmiewamy się w domu z nazwy szynki promowanej w sklepie mięsnym a produkowanej na Podlasiu. Otóż szynka nazywa się"Szynka zza stodoły"... Nie wiem kto wymyśla takie nazwy i jakie przy tym bierze tabletki, ale jakby tak się dobrze zastanowił, to by wiedział, co dawniej, w epoce sprzed "sławojek", robiło się na wsi za stodołą... I nie przynosiło się tego do domu :) najwyżej smród zaleciał

 

15:55, atojaxxl
Link Komentarze (7) »
niedziela, 12 października 2014

Zaczęło się ciekawie, od słów, że oto widzimy katakumby Stadionu Narodowego. A na pierwszym planie stał niemiecki piłkarz, który pracowicie zawiązywał troczki u swoich spodenek odsłaniając przy okazji tors :)

Do tej pory katakumby kojarzyły mi się raczej z miejscem pochówku, z jakimś cmentarzem ukrytym pod ziemią, a tu masz babo...

A potem już było tylko lepiej. Cały poniższy tekst składa się wyłącznie z cytatów wypowiedzi dzielnych komentatorów Mateusza Borka i Tomasza Hajto. Niektóre z nich to naprawdę złote myśli - pozwoliłam sobie je wyróżnić tłustym drukiem:

"Potrafi przyjąć piłkę z rywalem na plecach"

"Trzeba na tle takiego rywala piłkę poszanować"

"Nie wolno patrzyć (tak, tak!!!) gdzie leci piłka"

"Trzeba zabrać się od razu pierwszym kontaktem do piłki"

"Puścił piłkę w kocioł"

"Cały czas przy rozegraniu łapią nas wysoko"

"Piłka jest zawsze szybsza od zawodnika"

"Świetnie przeczytał to dośrodkowanie obrońca Torino"

"Dobrze tam przeczytał ten pomysł rywala Jodłowiec"

"Bramka dodałaby nam wiary"

"Musimy dać się sfaulować"

"Rzucił kątem oka do zawodnika zamykającego na dalszym słupku"

"Jak Grosicki widzi, że Kamil nie widzi, to powinien dojść"

"On ma tę wymienność we krwi mimo młodego wieku"

"Musi agresywnie zahamować..."

"Idzie do krycia..."

"Więcej wiary!!!"

"Cała defensywa musi się podsunąć"

"Haruje jak wół Lewandowski, wymusza faule rywala"

"Jeden z rywali poznał moc Lewandowskiego"

"Chyba w okolice pośladka"

"Wskazałbym na kość ogonową"

"Musimy starać się próbować grać !"

"Trochę więcej wiary w swoją siłę"

"Zderza się ze ścianą Jodłowiec"

                        Goooooooooooooooool !!!!!

"Ja mówiłem: Trochę wiary, trochę więcej wiary "

"Dotknięty magiczną różdżką kogoś z góry Wojciech Szczęsny"

"Sobota przy linii boiska a Niemcy grają"

"Szczęsny ukradł 11 sekund"

"To jest fajny sygnał - dał się sfaulować"

"Podolski. Niemiecki paszport, polskie serce - był naszym katem w ostatnich latach"

"Za dużo było miejsca między nogami Glika"

"Świątynia Wojtka cały czas nienaruszona"

"Nie musiał się podłanczać"(tak, tak!!!)

"Mamy do końca spotkania grać brzydko, dać się sfaulować"

                         Gooooooooooooooooool !!!!!

"W takich sytuacjach nie marnuje się sytuacji"

"Wojtek Szczęsny łapał wszystko"

                           Koniec meczu

Pozwalam sobie wyrazić cichą nadzieję, że w "katakumbach Stadionu Narodowego" reprezentacja Polski w piłce nożnej pochowała pecha :) Z wiarą, że Tomasz Hajto znów zasiądzie przy komentatorskim stanowisku Mateusza Borka, czekam na mecz ze Szkocją. Tomasz Hajto ma bowiem najlepszą receptę na sukces: "Więcej wiary" i "Trzeba dać się sfaulować"

Polskaaaaaa!!!! Biało - czerwoni !!!!!!! Polskaaaaaaa !!!!

 

 

 

 

sobota, 11 października 2014

Ostatnie tygodnie przyniosły wiele przykrych wiadomości - nasza kultura straciła osoby, które wniosły ogromny wkład w dziedzictwo naszego kraju i świata, w sztuce, literaturze i muzyce.

Oto 28 września umarła Maria Krzyszkowska, primabalerina i wieloletnia dyrektor zespołu baletowego Teatru Wielkiego w Warszawie. Gościły Ją najważniejsze sceny baletowe świata. Tańczyła role, które są marzeniem wszystkich baletnic: była Odettą - Odylią w Jeziorze Łabędzim, Giselle  w Giselle, Coppelią w Coppelii, Julią w Romeo i Julii i inn. Piękna, niezwykle kreatywna, dzieliła się swoim doświadczeniem z młodszymi. Pochowana 3 października na Starych Powązkach. Miała 87 lat...

Oto 30 września zmarł Julian Kawalec - znakomity pisarz, publicysta, poeta, autor "Tańczącego jastrzębia,"Ziemi przypisanego", "Marsza weselnego' i innych powieści. Zaliczany do tzw. nurtu wiejskiego, piewca Gorców. Tłumaczony na blisko 25 języków. Współpracował z redakcjami krakowskich dzienników i czasopism. Ostatnia Jego książka "Czerwonym szlakiem na Turbacz" wydana została w 2009 roku. Zmarł w Domu Pomocy Społecznej im. Helclów w Krakowie. Wiadomość o śmierci pisarza została ogłoszona dopiero 4 października. Pochowany został 10 października na Cmentarzu Rakowickim w Krakowie. Miał 98 lat...

Oto 1 października zmarł Konrad Strzelewicz - pisarz, dziennikarz, kierownik literacki. Autor kilkunastu powieści (m.in. Wyspa Bogów, Zapis, Kibic ). Nigdzie nie znalazłam informacji o pogrzebie.  Miał 80 lat...

Oto 6 października zmarł Igor Mitoraj - jeden z najwybitniejszych polskich współczesnych rzeźbiarzy o znaczeniu i uznaniu światowym. Autor monumentalnych rzeźb nawiązujących do antycznej tradycji zachwytu pięknem ludzkiego ciała , które on, obywatel świata interpretował po swojemu ukazując nie tylko piękno ale i kruchość. Jego dzieła zdobią parki i budynki na całym świecie. Znakiem rozpoznawczym, swoistym podpisem Mitoraja były usta rzeźb, którym nadał kształt swoich własnych. Zamieszkał w Pietrasanta (Włochy), zmarł w Paryżu. Jego pogrzeb odbędzie się Pietrasanta 13 października. Już od dziś wystawiana jest tam urna z prochami rzeźbiarza a w mieście ogłoszono żałobę. Miał 70 lat...

Śmierci tych zaprawdę wielkich Polaków nie towarzyszyła histeria mediów, liczne zdjęcia i artykuły, wyznania lekarzy, troska o rodzinę. Notatki o Ich odejściu były skromne, ale miejsce w historii polskiej kultury znaczące i wieczne.

Tagi: ludzie
19:17, atojaxxl
Link Komentarze (4) »
sobota, 04 października 2014

W moim mieście rozpoczął się sezon gromadzenia żywności dla najuboższych mieszkańców. W sklepach dyżurują uczniowie i pod okiem nauczycieli wręczają klientom ulotki informujące o akcji i o rodzajach żywności, jaka jest zbierana.

Dziś wybrałam się po niewielkie zakupy do pobliskiego supermarketu a tam dwie zbiórki: żywności dla ludzi, i karmy oraz pieniędzy dla schroniska zwierząt. Okazało się, że dziećmi od żywności opiekuje się moja przyjaciółka, która pracę grupy zorganizowała wzorcowo. Dzieci nie stały jak mumie przy wejściu i nie wręczały ulotek ze znudzonymi minami, tylko działały na terenie sklepu, oczywiście za zgodą kierownictwa i ochrony. Jednakowo ubrane w koszulki z logo akcji, z ulotkami w rękach były widoczne wszędzie.

Przykład ? Proszę bardzo, niosę koszyk, podchodzę do makaronów, podchodzi do mnie rezolutny chłopiec i mówi" Dzień dobry, jestem ze szkoły nr...., zbieramy żywność dla ubogich. Czy mógłbym prosić, aby pani wzięła jeden makaron więcej ? A może kilogram tej taniej mąki, nasza pani mówiła, że bardzo dobra. "

Wzięłam więc i dodatkowy makaron, i ten kilogram mąki, i cukier, a chłopiec zaoferował, że poniesie mi koszyk. Gdy dotarliśmy do kasy, podziękował i poszedł szukać następnej osoby. Podobnie działała cała grupa, grzecznie, bez namolności. Gdy ktoś odmawiał (co zdarzało się rzadko), przepraszali i szli dalej. Nosili koszyki, pchali wózki z zakupami, podawali przedmioty z wyższych półek, pomagali pakować zakupy.

Góra żywności rosła: mąka, cukier, makarony, kasze, ryż, odżywki suche dla dzieci, oleje itp. Zaczęło brakować miejsca i opakowań. Niektórzy klienci oferowali pieniądze ("kupcie co uważacie"), ale tego dzieciom ani opiekunom nie wolno przyjmować.

Zbiórka karmy dla zwierząt wyglądała inaczej. Jedna panienka (szkoła ponadpodstawowa) wręczała ulotki, bez słowa, druga stała z puszką za plecami kasjerki i tylko patrzyła na płacących, czasem ktoś wrzucił jakąś drobną resztę, wtedy ożywała i dziękowała. Kosz na karmę (zwykły wózek sklepowy) nie był wypełniony nawet w połowie. Opiekunka stała zdystansowana od dziewcząt, jakby nie chciała, by ktoś ją identyfikował z akcją.

Do świąt Bożego Narodzenia takich akcji będzie więcej. Są klienci, których to drażni, więcej jednak dzieli się żywnością z biedniejszymi od siebie. A dzieci uczą się trudnej sztuki przekonywania i bezinteresownego poświęcenia czasu dla dobra innych.

Grażyna, gratuluję !!!

Tagi: akcje ludzie
13:58, atojaxxl
Link Komentarze (2) »
 
1 , 2