Podróż przez życie z licznymi przystankami, w tym również autobusowymi
RSS
wtorek, 29 października 2013

Dynie latoś obrodziły. Pięknie wybarwione, wypinają swoje pomarańczowe wdzięki na targowiskach i przy większych warzywniakach a także wchodzą w skład jesiennych kompozycji w restauracjach, galeriach i hotelach. I oczywiście wiele z nich szczerzy okrutnie zębiska wycięte w łupinie, wytrzeszcza puste oczyska i ma zamiar straszyć.

Oczywiście od kilku dni zaczął się jazgot antyhalloweenowy, przeciwnicy sięgają po coraz mocniejsze argumenty, straszą piekłem, potępieniem, a nawet... zwolnieniem z pracy np nauczycieli, którzy zgodzą się, by dzieci bawiły się w Halloween. A biedna pomarańczowa dynia stała się symbolem tego dnia i też podlega potępieniu.

O mój borze bukowy !!! (zapożyczona apostrofa, ale bardzo mi się podoba)

 Nie podoba mi się małpowanie zachodnich zwyczajów, obrzędów i rytuałów. Nie podoba mi się chodzenie przebranych dzieciaków wrzeszczących pod drzwiami: 'Cukierek albo psikus". Nie podoba mi się straszenie Bogu ducha winnych przechodniów przez nawalonych jak stodoła osobników w odrażających maskach. Nie, nie podoba mi się Halloween.

Poważnie rzecz biorąc, nie podoba mi się igranie z siłami, co do których nie mamy pewności, że nie potrafią się odegrać. Dawno temu napisałam prace magisterską o upiorach, wampirach i innych strzygach. Pracę ociekającą krwią, trupim jadem, oblazłą przez grobowe robactwo, cuchnącą śmiercią. Pracę, która dla mnie była rodzajem terapii - straszliwie bowiem bałam się umarłych od czasu, gdy siłą zawleczono mnie, bym pożegnała się ze zmarłą Matką mojego Ojczyma, a z jej ... nie, nie, jednak oszczędzę czytającym odrażających szczegółów fizjologicznych.

Napisałam pracę, obroniłam z doskonałym wynikiem, a jednak do dziś, ja, racjonalistka, wolę o śmierci myśleć tylko z szacunkiem i nie uznaję oswajania jej poprzez wygłupy i straszenie.

Ale to ja. Nie mam prawa zabraniać innym takiej zabawy. Tak jak oni nie mają prawa zmuszać mnie do uczestnictwa w tej zabawie poprzez np groźbę wysmarowania drzwi.

A dynia ? Moje dzieciństwo miało kilka fajnych kolorów, jednym z nich był kolor dyni. Gdy te brzuchate jejmości dojrzały, biegaliśmy z pola na pole, z ogrodu do ogrodu i porównywaliśmy, która większa, i oczywiście błagaliśmy rodziców i dziadków, żebyśmy mogli sobie którąś otworzyć, wydrążyć, wyciąć oczy, usta, zębiska i wstawić świeczkę :) Czy to naprawdę amerykański zwyczaj ???

Gdy przychodził czas dyni, pracowaliśmy razem z dorosłymi: pomagaliśmy obierać, kroić, wydrążać, rozkładaliśmy nasiona na matach do suszenia. Moja Babcia robiła z dyni pyszną konfiturę (rarytas !!!), dżem z jabłkami, marynatę (mmmmmm...), złocisty przecier dyniowy do ciast,  piekła buchtę drożdżową z dodatkiem przetartej dyni (z masłem pyszna) i gotowała znienawidzoną przeze mnie zupę dyniową na słodko - Dziadek ją uwielbiał. Sporo dyni szło do kiszonki przygotowywanej dla bydła. Nasiona dyni (świeże, prażone lub suszone) jedliśmy chętnie łącząc przyjemne z pożytecznym - mamy i lekarze wiedzą o co chodzi.

Dziś dynia nie tylko straciła swoją pozycję w polskiej kuchni, ale stała się znakiem rozpoznawczym importowanej rozrywki. Może warto zawalczyć o jej naturalną, kulinarną wartość ?

Moja dynia karczochowa powstała wskutek podglądania. Znalazłam ją u p. Teresy Kopeć na blogu "Kuchnia i pasja", a p. Teresa znalazła u kogoś innego. Rzadko robię coś według cudzego pomysłu, ale ta mnie urzekła, więc zrobiłam.

Przepis na taka dynię: kula styropianowa średnicy 10 cm, 6 m wstążki pomarańczowej szerokości 2,5 cm,  ok. 60 cm wstążki zielonej na wykończenie i ogonek, kawałek czarnej wstążki szerokości 3,8 cm,  garść szpilek 18 mm, garść szpilek 13 mm, nieco cekinów złotych lub srebrnych, kawałek kartonu do wykonania szablonu oczu i ust,  wolne popołudnie ... i gotowe :)

wtorek, 22 października 2013

Pudełko ze styropianu kupiłam kilka lat tamu, zlitowałam się nad nim, bo było już dwa razy przeceniane i zakurzone okrutnie. Leżało i u mnie, przesuwane i przestawiane z miejsca na miejsce. Wreszcie zabrałam się za robotę, chciałam zrobić sobie taką szkatułkę w świątecznych barwach. No i zrobiłam :) Ładna ?

Tak prezentuje się wieko

A tak z boku - z każdej strony powtarza się motyw gwiazdy

I teraz można do szkatułki włożyć jakiś świąteczny skarb :)

Samo wykonanie nie jest trudne, najgorsze jest potem ukrywanie szpilek - w każdym czubku trójkąta ze wstążki ukryty jest łebek od szpilki :)

poniedziałek, 21 października 2013

Pisałam już, że nie znoszę wizyt u lekarzy ? No to dzisiejsza moja wyprawa do WKS* utwierdziła mnie w przekonaniu, że szkoda moich nerwów i czasu.

Na wizytę czekałam 2 miesiące i to tylko dlatego tak krótko,że ubłagałam rejestratorkę o wstawienie mnie na miejsce kogoś, kto by zrezygnował.

Poszłam więc dziś, godzinę wcześniej - i chwała Najwyższemu za moją przezorność. Na drzwiach gabinetu kartka jak wół z moim nazwiskiem i informacją, że mam niepotwierdzone ubezpieczenie. A przecież rejestratorka spisywała moje dane zakładając mi konto w przychodni i na własne oczy widziałam zielony ekran. Nic to, stanęłam więc do rejestracji.

Trwało to w sumie 20 minut. Przeszłam do korytarza, gdzie są 4 gabinety, tłum szary, zły i poirytowany. Znalazłam stosowne drzwi, pytam grzecznie, jakie tu obowiązują zasady. Ano wolna amerykanka - godzina przyjęcia jest tylko na papierku, pani WKS nie ma zwyczaju wzywać do gabinetu. Pytam więc, za kim jestem. Nikt nic nie wie. Zaczyna się ustalanie, nawet nie wypadło to najgorzej. Czekam. Kwadrans, drugi, z żadnego gabinetu nikt nie wychodzi !!!

Okazuje się, że lekarze mają przerwę, tak, wszyscy razem mają  przerwę i poszli do kawiarenki na dole. Wreszcie pojawiają się, wchodzą do swoich gabinetów, co bardziej niecierpliwi pacjenci ustawiają się tuż pod drzwiami. Napięcie rośnie, wychodzi jedna lekarka, zamyka znowu drzwi na klucz, wychodzi z "mojego gabinetu druga i też zamyka, obydwie idą do służbowej łazienki. Po 10 minutach wracają roześmiane, moja WKS wchodzi do gabinetu a razem z nią młody mężczyzna, który pojawił się przed chwilą.

Wśród pacjentów konsternacja, bo nawet nie czekał 5 minut. Wychodzi i mówi w powietrze: można wchodzić. Powoli przede mną zmniejsza się kolejka, wreszcie i ja dostępuję szczęścia i wchodzę przed oblicze WKS.

I tu przytaczam wszystko dosłownie:

Ja: Dzień dobry

WKS: .......................cisza

Ja: Nazywam się tak i tak

WKS: .......................cisza

Sięgnęła po kartę, ja siadam

WKS.........................cisza

Ja: Pani doktor, jestem u pani pierwszy raz, mam taki i taki problem, czekając na wizytę podleczyłam przy pomocy lekarza pierwszego kontaktu tym i tym.

WKS:........................cisza

Nerwowo rozpinam bluzkę i biustonosz, WKS siedzi w odległości 2 metrów ode mnie !!! Rzuciła okiem... i zaczęła klepać w klawiaturę

Ja: To miejsce jest teraz bardzo drażliwe, nawet ręcznikiem robią się krwawe otarcia...

WKS:......................cisza

No to już zamilkłam, a WKS w tym czasie wyklepała receptę i położyła przede mną

Ja: Pani doktor, co to jest i jak to stosować?

WKS: Na ulotce będzie wszystko napisane

Uwierzcie mi, to były pierwsze słowa przez nią wyartykułowane do mnie !!!

Ja: Pani doktor, ten lek jest bardzo kosztowny i nierefundowany, czy nie ma czegoś tańszego ?

WKS: Nie musi pani kupować...

Ja: ..................................cisza.....................................do widzenia**

Moja wizyta trwała niecałe 5 minut, wiem tyle, ile wiedziałam przed wejściem. Leku raczej nie wykupię...

*WKS - Wysokiej Klasy Specjalistka

** Tak, wiem, należało otworzyć jadaczkę i zjechać WKS jak burą sukę. Tylko, że ja tak nie umiem...

 

 

15:08, atojaxxl
Link Komentarze (1) »
środa, 16 października 2013

Do niektórych zjawisk na mojej działce mam bardzo sentymentalne uczucia. Ot, na przykład taki kosmos. Nie ten tajemniczy,pełen gwiazd i odległych planet, ale najzwyklejszy kosmos onętek (Cosmos bipinnatus Cav.) Niesamowita roślina. Raz wysiana na grządkach, sama się rozsiewa i można być pewnym, że w następnym roku wykiełkuje w najmniej spodziewanym miejscu.

Kwiatek bardzo wdzięczny, delikatny, w odcieniach różu, ale też biały i karminowy, z pojedynczą koroną i bardzo złożoną. Obok niego wysiewa się (np wśród fasolki) kosmos siarkowy (Cosmos sulphureus Cav.), nieco niższy ale o pięknych, intensywnie żółtych lub pomarańczowych kwiatach.

Gdy przychodzi jesień, na pustych już grządkach królują moje kosmosy. Niestety, w tym roku pierwsze przymrozki zwarzyły moich ulubieńców i zostały mi tylko zdjęcia.Szkoda, bo nasionka kosmosów są ulubionym przysmakiem drobiazgu ptasiego, który zimuje na działkach. I nie mam gwarancji, że zdążyły się rozsiać.

Oto przegląd gwiazd mojego kosmosu :)

Jakiś pajączek się załapał na zdjęcie :)

Intensywnie różowy, prawie dla Barbie :)

Jakiś taki...biskupi :)

Moja duma - kosmos wielopierzasty, ma jedną wadę - nie rozsiewa się sam, trzeba co rok kupować i siać nowe nasiona.

Kosmos wielopierzasty biały - też wymaga co rok nowego wysiewu

Kosmos siarkowy żółty

Kosmos siarkowy pomarańczowy - wszędzie wyrośnie, nawet wśród bobu, i na kompoście :)

Jak się Wam podoba mój prywatny kosmos ?

09:06, atojaxxl
Link Komentarze (4) »
niedziela, 13 października 2013

Kwiaty na mojej działce mają imiona. I to kilka imion. Przede wszystkim mają nazwę botaniczną w dwóch językach: polska i łacińską. Ale niektóre w nich zostały przeze mnie nazwane dodatkowo imionami bliskich mi osób.

Do kwiatów szczególnie przeze mnie lubianych jesienią należą zimowity (Colchicum autumnale). Przedziwne  kwiaty: gdy wszystkie inne cebulowe kwitną, to zimowity wiosną wypuszczają pióropusze zielonych liści, potem zamierają i jesienią wypuszczają same kwiaty. Wcześniej jednak, na kolanach, odbywa się poszukiwanie pierwszych "ząbków", żeby ich nie zniszczyć przy okazji koszenia trawy. Zimowity najpierw wystawiają z ziemi jakby białe "ząbki", kiełki, z których później rozwija się kwiat.

Moje zimowity posadziłam z okazji następujących:

1. Dla mojej wieloletniej, wiernej przyjaciółki Grażyny kwitnie kępa zimowitów najpopularniejszych

2. Z okazji ślubu córki posadziłam pierzastą odmianę zimowita o nazwie Lily Wonder

3. Z okazji przyjścia na świat wnuczki pojawił się zimowit pierzasty biały

To są zdjęcia z poprzednich lat, ale zapewniam, że moje zimowity kwitną w tym roku jak oszalałe :)

Natomiast nigdy nie zakwitła mi sternbergia żółta (Sternbergia lutea) niesłusznie nazywana zimowitem żółtym. Gdy urodziła się Zuzia i sadziłam dla niej białe zimowity, posadziłam też 3 sternbergie i nadałam jej imię Lucyna, dla cudownej położnej, która bardzo naszej córce pomogła. Niestety, moja żółta sternbergia pięknie wypuszcza zielone liście, przetrwała już 3 mroźne zimy, z ilości listków wnioskuję, że w ziemi jest już przynajmniej 8 cebulek, ale nigdy nie zakwitła !!! Chyba muszę ją postraszyć, że pójdzie na kompost... Czasem to skutkuje :)

12:44, atojaxxl
Link Komentarze (3) »
piątek, 11 października 2013

Każdego roku 10 października czekam niecierpliwie na wyniki głosowania w sprawie literackiej Nagrody Nobla. Wczoraj jednak spędziłam cały dzień na działce, było jesiennie i pięknie: słońce, siwy dym z ogniska, ostatnie maliny, jabłka prosto z drzewa, liście pod stopami. Można zapomnieć o całym świecie. Więc i ja zapomniałam o Noblu. Rano odpalam komputer a tu taka niespodzianka - Nagroda Nobla dla Alice Munro !!!

Cieszę się, jakby sama dostała albo przynajmniej była spadkobierczynią Laureatki :) Kocham Alice Munro, kocham opowiadania !!! Zawsze byłam zdania, że napisać dobre opowiadanie, to większa sztuka niż napisać wielowątkową powieść. Zawrzeć ważne przesłanie w tak skondensowanej formie może tylko pisarz mistrzowsko posługujący się słowem. Takim pisarzem był u nas Kornel Filipowicz.

Zakochane kobiety czasem gadają głupstwa, ale to co powiedziała o swoim towarzyszu życia Szymborska, głupstwem wcale nie było - otóż nasza noblistka była zdania, że Nagroda Nobla bardziej należała się Filipowiczowi niż jej.

I tu mam rozdarte serce, ponieważ w równym stopniu cenię i wielką poetkę i wybitnego pisarza. Cenię nie tylko Filipowicza, ale wielu innych: Juana Rulfo za "Równinę w płomieniach", Marqueza za "Dwanaście opowiadań tułaczych", Cenczewa za "Spis powszechny dzikich zajęcy", Prachetta za "Mgnienie ekranu", wreszcie naszą Tulli za "Włoskie szpilki" - książkę, którą można czytać jako zbiór opowiadań i powieść jednocześnie.

Tak czy inaczej, świętujemy sukces opowiadań i "kanadyjskiego Czechowa" jak w kraju klonowego liścia nazywają Alice Munro.

niedziela, 06 października 2013

Mowa będzie o arogancji szczególnej, więc od razu uczynię zastrzeżenie: środowisko osób niepełnosprawnych i ich rodziców znam od podszewki, jako że od 33 lat opiekujemy się niepełnosprawnym synem, dokładnie od jego urodzenia. Zrobiliśmy i robimy wszystko, by czuł się kochany, bezpieczny, potrzebny, a co za tym idzie aby nabył możliwej w jego przypadku samodzielności.

I chyba to się nam udało, wprawdzie G. nadal nie czyta, w dziesiątkach zeszytów stawia sobie tylko znane bazgroły, ale dobrze porusza się w internecie, posługuje urządzeniami audio-wizualnymi, robi samodzielnie zakupy, chodzi sam do fryzjera, do kościoła, nie trzeba go odprowadzać na przystanek. Pilnuje zażywania lekarstw, potrafi sobie przygotować prosty posiłek, choć nadal boi się zapalania gazu.

Nigdy nie korzystaliśmy z opiekuńczej pomocy naszego państwa, syn ma rentę socjalną, mieszka z nami, wobec czego państwo i jego agendy czuja się zwolnione z pomocy, ponieważ oczywiście przekraczamy we trójkę średnią do takiej pomocy upoważniającą.

Mimo w sumie trudnej sytuacji materialnej (od kilku lat utrzymujemy się we trójkę z mojej emerytury i renty syna), staram się nie zaciągać żadnych zobowiązań: natychmiast po otrzymaniu pieniędzy płacę za mieszkanie, gaz, prąd i in-tel-tv, nie mam kredytów do spłacenia, pozostałą część pieniędzy dzielę tak, aby starczyło na przeżycie do kolejnego zastrzyku ZUSowskiego. Staram się też wpłacać synowi parę złotych na konto oszczędnościowe, żeby kiedyś miał na start, gdy nas zabraknie.

Dlaczego o tym piszę ? Otóż przeczytałam poruszający artykuł o młodej kobiecie, która na licytacji komorniczej kupiła zadłużone mieszkanie, jak się okazało z bulwersującą zawartością: w mieszkaniu nadal pozostawała zlicytowana poprzednia właścicielka z niepełnosprawną córką poruszającą się na wózku. Dodatkową niespodzianką był zameldowany w tymże mieszkaniu mąż i ojciec wymienionych pań, który od lat z nimi nie mieszka.

Kupująca była przekonana, że nie będzie problemu z uzyskaniem swojej zapłaconej własności. Otóż nie !!! Zlicytowana kobieta zabarykadowała się w nieswoim już mieszkaniu, nie chciała nowej właścicielki wpuścić, potrzebna była pomoc ślusarza i policji. Oczywiście przed dziennikarzem wylewa teraz łzy, jaka to ją wielka krzywda spotkała, że musiała WŁAŚCICIELCE oddać jeden pokój i teraz gnieździ się z córką w jednym, że już nie może córki do naga rozbierać w pokoju zanim ją zataszczy do łazienki, że WŁAŚCICIELKA ośmiela się przychodzić na noc do SWOJEGO mieszkania, że WŁAŚCICIELKA chciałaby korzystać ze SWOJEJ kuchni, a na razie trzyma w niej tylko karton z naczyniami. I w ogóle to one obydwie z córką boją się WŁAŚCICIELKI mieszkania, choć Bogiem a prawdą korzystają z niego BEZPRAWNIE !!! Korzystają z prądu, wody, gazu bezpłatnie, nie opłacają czynszu, po prostu pasożytują na nowej WŁAŚCICIELCE. Przy tym żadna z nich nowej WŁAŚCICIELCE  nie odpowiada na pozdrowienia typu "Dzień dobry".

Sytuacja jest patowa, ponieważ każdy ruch ze strony prawnej WŁAŚCICIELKI mieszkania jest traktowany jako zamach na osobę niepełnosprawną, jako akt bezduszności i braku empatii. Do licytacji mieszkania doszło, ponieważ dawna właścicielka narobiła długów, miała niespłacony kredyt i coraz większe zadłużenie na czynszu. Za tę sytuację sama jest odpowiedzialna, ale nie zrobiła nic, by jej uniknąć, nie zadbała wcześniej o kąt dla siebie i dziecka. Uznała, że ma jakieś szczególne prawa i nikt jej nie zrobi nic.

Jestem oburzona i szczerze współczuję młodej kobiecie, która za własne pieniądze wpakowała się w taką kabałę. Ale też potwierdzają się moje wieloletnie obserwacje: jest grupa* ludzi, dla których niepełnosprawność dziecka jest usprawiedliwieniem niezbyt uczciwego postępowania.

Kiedyś w szkole specjalnej działałam w komitecie rodzicielskim, składki mieliśmy naprawdę niskie, znalazłam też sponsorów, którzy nam ofiarowywali różne dobra a czasem pieniądze. Na 14 osób w klasie tylko 4 wpłacały składkę (odpowiednik dzisiejszych 5 złotych!!!), pozostali wykręcali się od składki, ale gdy przychodziło do korzystania z czegoś, byli pierwsi: do paczek mikołajowych, do paczek żywnościowych na święta, do zebranej odzieży (część z niej trafiła potem na targowisko!!!).

Kilka miesięcy temu pożaliłam się znajomej, mającej dziecko podobne do naszego syna, że coraz trudniej mi związać koniec z końcem. Na to ona:

A po co płacisz czynsz ? Ja nie płacę, co mi zrobią, nie mają prawa mnie wyrzucić, bo mam chore dziecko. Jak mi już żywcem spółdzielnia grozi, to rzucam im dwie stówki i mam spokój jakiś czas. Potem znowu dostaję upomnienie i znowu im coś wpłacę. Takie jest prawo, nie wolno eksmitować niepełnosprawnego...

I wtedy przypomniałam sobie, że znajoma za działkę też nie płaci, co rok pisze podanie o zwolnienie z opłat, bo ma niepełnosprawne dziecko. Gdy zarząd chciał w końcu uregulować tę sprawę, też wzywała dziennikarza, bo dzieje się krzywda.

Nie, nie współczuję zlicytowanej kobiecie, choć  to moja imienniczka i dzielimy podobny los jako matki dzieci niepełnosprawnych. Bo pierwszym naszym obowiązkiem jest zapewnić tym dzieciom bezpieczeństwo. A bezpieczeństwo to spokojne miejsce na ziemi. I koniec i kropka.

*grupa ludzi nie oznacza wszystkich

 

18:37, atojaxxl
Link Komentarze (4) »
czwartek, 03 października 2013

Od kilku dni widzę tytuły doniesień prasowych o wynikach badań sytuacji ludzi starszych (badania zlecone przez ONZ). Wynika z nich, że polskim seniorom żyje się dużo gorzej niż ich kolegom praktycznie w całej Europie, a dziennikarze podkreślają, że nawet w Albanii jest lepiej. Ludzie starsi nie widzą sensu życia, klepią biedę, nie wykupują lekarstw, czekają latami na zabiegi i operacje.

A jednocześnie w moim mieście organizuje się Dni Seniora, uroczyście zainaugurowane w teatrze, gdzie oczywiście zgromadziła się śmietanka towarzyska miasta, wręczano sobie jakieś dyplomy i nagrody. Na jutro zaplanowano w ramach tychże dni...spotkanie z kombatantem - jest w naszym grodzie taki pan dobry na każdą okazję, miałam możliwość słuchać go na spotkaniach z młodzieżą - nudził nie do zniesienia. Rzeczywiście, seniorzy o niczym innym nie marzą, tylko o wysłuchiwaniu martyrologicznych opowiastek pana X, które w dodatku ze względu na wiek zaczynają mu się już mieszać.

Planowana jest także biesiada patriotyczna dla seniorów "przy herbatce" - śpiewanie pieśni historycznych i patriotycznych.

Ktoś zaklepał te plany, ktoś zadowolony policzył wpływające na jego konto kwoty, bo to przecież takie wszystko nowatorskie i tak sprzyja integracji seniorów.

Onegdaj odwiedziłam jedną ze znanych mi seniorek, samotną baaardzo starszą już panią, której jedyną rozrywką jest telewizja i codzienny spacer do jednej z pobliskich przychodni. Jest to daleka krewna mojej Matki, licząca sobie lat 87. Zaproponowała mi kawę i prawie natychmiast przyniosła z kuchni filiżankę pełną ciepławego, brązowego płynu. Byłam chwilę wcześniej w tej kuchni, idealnie wysprzątanej, wszystkie naczynia pochowane, więc skąd ta kawa?

I wtedy pani zdradziła mi swój sekret przetrwania z emeryturą, która przynosi hańbę wszystkim odpowiedzialnym za poziom życia seniorów w Polsce. Otóż rano zapala gaz na kuchence i gotuje duży czajnik (ona jeszcze nazywa go saganem) wody i litr mleka. Wodą zalewa w garnku ryż lub... makaron, zawija w koce i chowa pod poduszki. Częścią wody zalewa w termosach herbatę i kawę, część mleka zjada z chlebem na śniadanie a resztę wlewa do kolejnego termosu. Później już gazu nie używa, bo to koszty.

Dwa razy w tygodniu gotuje sobie "rosół" na tzw. porcjach rosołowych z kurczaków (po 1,79 w pobliskiej masarni), jarzyny do rosołu otrzymuje za darmo w warzywniaku albo wybiera się spacerkiem na plac targowy i tak po południu zbiera porzucone przez sprzedawców nadpsute warzywa, z których można wykroić zdrowe części.

Gotowanie rosołu jest dla niej fanaberią i rozpustą, bo przecież zużywa się gaz, a to kosztuje. Ale lekarka kazała jeść coś gotowanego...

Między śniadaniem a obiadem zjada jabłko, też przyniesione z placu. Obiad z termosu i ryżu spod koca. Popija herbatę z termosu, bez cukru, bo tak zdrowo. Na podwieczorek kawałek obeschniętego ciasta (dostała od sąsiadki) i kilka łyków czegoś co nazywa kawą (łyżeczka kawy rozpuszczalnej zalana w półlitrowym termosie). Kolacja znowu mleczna, z termosu i kawałek chleba z dobrą jak mnie zapewnia margaryną. Wszelkie wędliny, sery, inne dodatki rzekomo jej nie służą i nie lubi.

Lodówka jest wyłączona od lat, wieczorem nie zapala światła (bo koszty), jedynie ten telewizor włącza. Do nikogo nie dzwoni, bo koszty. Nie czyta, bo oczy się znowu popsuły a na nowe okulary jej nie stać. Wieczorem przepłukuje termosy. Po 21.00 kładzie się spać.

Lubi przychodnie, tam można pogadać z ludźmi, dowiedzieć się, gdzie są jakieś darmowe akcje medyczne.

Nie korzysta z pomocy społecznej, ponieważ...tak, tak !!! ... ma za wysoką emeryturę. Dzieci już też w wieku senioralnym i schorowane niewiele mogą matce pomóc.

Dla tej pani spotkanie z kombatantem i patriotyczna biesiada na pewno są doskonałym sposobem na integrację i nabywanie nowych społecznych kompetencji seniora ( tak napisano w programie imprez).

07:42, atojaxxl
Link Komentarze (1) »
wtorek, 01 października 2013

Pamiętacie ? Dawno temu była to lektura szkolna : Marii Konopnickiej baśń "Jak to ze lnem było".  Tytułowy len okazał się dla królestwa większym skarbem, niż złotem haftowane szaty, bo służył biednym.

Od wielu lat borykałam z chorobą skóry dłoni. Najpierw pojawiały się pod skórą i między palcami drobne przezroczyste bąbelki, potem pękały, skóra swędziała, schodziła, pękała na stawach,  wzdłuż linii po wewnętrznej stronie dłoni. Nie pomagały kortykosterydy, maści wszelkiego rodzaju, naświetlania. W końcu zdesperowana lekarka orzekła, że taka już moja natura, ona może mi to łagodzić, ale nie wyleczy. Czasem wstydziłam się wyjść między ludzi. W domu wszystko w rękawiczkach.

I nagle przyszło olśnienie. Przypomniałam sobie, że moja Babcia uprawiała len, spore poletko. Ziarno Dziadek zawoził do małej olejarni, a łodygi Babcia poddawała wszelkim zabiegom potrzebnym, by uzyskać płótno. Z olejarni Dziadek przywoził dwie niewielkie ciemne buteleczki oleju, który Babcia natychmiast skrzętnie chowała w chłodnej, ciemnej komorze i używała jako środka leczniczego: na swoją egzemę, na oparzenia (również słoneczne ), na skaleczenia i otarcia. Z wytłoków lnianych i oleju robiła masę, którą przykładała na skaleczone miejsce ii owijała pasmem lnianego płótna.

Pomyślałam, co mi szkodzi, spróbuję. W sklepie zielarskim kupiłam dwie paczki mielonego siemienia lnianego i butelkę oleju lnianego najwyższej jakości. Wieczorem wsypałam dwie kopiate łyżki siemienia do ciepłej wody, po uzyskaniu rzadkiej zawiesiny zasiadłam przed telewizorem i cały czas "myłam" dłonie w tej zawiesinie, dopóki nie wystygła. Lekko otrząsnęłam ręce i poczekałam do wyschnięcia. Wtedy wzięłam na dłoń kilkanaście kropli oleju lnianego i wmasowałam go w skórę.

Te czynności powtarzałam codziennie rano i wieczorem. Pierwsze efekty zobaczyłam po kilku dniach, otwarte pęknięcia zasklepiły się, skóra pokryła się nowym nabłonkiem i wydelikatniała. Codzienną kuracja trwała około 15 dni, potem co dwa dni, teraz raz-dwa razy w tygodniu. Od stycznia tego roku mam zdrowe dłonie.Blizny po pęknięciach skóry, zwłaszcza na stawach palców, nacierałam nalewką bursztynową.

Do tego doszła zmiana diety, nie jem potraw zawierających gluten: pieczywa, ciast, herbatników, ciasteczek, kasz zbożowych, płatków zbożowych, makaronów, klusek, pierogów, naleśników, sosów zaciąganych mąką. Nie mam problemów gastrycznych, poprawiła mi się cera. Owszem, brakuje mi prawdziwego chleba, ale poza tym dla rodziny gotuję normalnie, piekę ciasta, lepię pierogi. Widząc na sobie efekty własnej kuracji nie jem tych pyszności, mając w pamięci moje zmasakrowane dłonie.

Dziękuję Ci, Babciu, za przekazaną mi przed laty wiedzę o dobroczynnym działaniu lnu...

PS Ten wpis dotyczył mojego jednostkowego przypadku. Nie namawiam nikogo do naśladowania. Jest to przykład, że ironicznie traktowana medycyna ludowa czasem zdaje lepiej egzamin, niż wszystkie chemicznie komponowane medykamenty.

Tagi: zdrowie
14:30, atojaxxl
Link Komentarze (1) »