Podróż przez życie z licznymi przystankami, w tym również autobusowymi
RSS
wtorek, 16 października 2012

Ten przystanek znajduje się przy ul. Jana Pawła II, w pobliżu kościoła pw. Bł. Karoliny Kózki.  A dziś już 34 rocznica wyboru kardynała Wojtyły na papieża. Dla mnie tamten dzień wiąże się z bardzo przykrym wspomnieniem.

Podobnie jak dziś było chłodno i mokro, szef nie dość, że zatrzymał nas w pracy po godzinach, to jeszcze zlecił mi wysłanie korespondencji, która musiała mieć datę wysyłki właśnie 16 października. Przypominam, to były czasy, gdy nikomu się nawet nie śniło o e-mailach, a poza tym wszystko musiało mieć pieczątki i podpisy. Sekretarka cieszyła się szczególnymi względami i załatwianie czegokolwiek po pracy było poniżej jej godności.

Byłam zła jak osa, ponieważ mieszkałam na drugim końcu miasta, a o tej porze autobusy kursowały spod mojego zakładu rzadziej niż w ciągu dnia. Na szczęście poczta obok mojego bloku czynna była do 20.00. Stanęłam więc w dziwacznie pozakręcanej kolejce , głodna, zmarznięta i wściekła,że jak zwykle czynne jedno okienko a pozostałe panie pilnie pracują na zapleczu. Kolejka warczała na każdego, kto próbował ominąć jej tajemnicze meandry.

Byłam już blisko okienka, gdy do wnętrza budynku wszedł starszy siwy mężczyzna, w ręku nabożnie trzymał kapelusz i miał bardzo rozradowaną twarz. Stanął, rozejrzał się i powiedział "Proszę państwa, państwo pewnie nie wiecie, nasz Karol Wojtyła został papieżem"... Zapadła cisza, pani w okienku przerwała rejestrowanie listów poleconych, a mnie w tym momencie chyba sam diabeł podpuścił i po prostu wybuchłam:"Co pan tu opowiada, papieżem może być tylko Włoch, Wojtyła może był wymieniany albo coś ogłaszał, ale na pewno nie został papieżem, pewnie pan coś źle zrozumiał, nas tu nerwy ponoszą a pan jeszcze przeszkadza w pracy".

Kolejka jakby złapała drugi oddech "Tak, tak, pan źle zrozumiał, szybciej tam, ile można stać "

Starszy pan stał jeszcze chwilę, nawet nie próbował podejmować dyskusji, radość zniknęła z jego twarzy, zgarbił się, wyszedł... Oddałam listy, zabrałam książkę korespondencyjną i poszłam do domu, blisko miałam, jakieś 40 metrów. Weszłam do mieszkania. Moi rodzice stali na środku pokoju, z kominka watykańskiego leciał biały dym, spiker powtarzał dobra nowinę...

Czuję do dziś głęboki wstyd i zażenowanie, zepsułam temu człowiekowi może jedyną chwilę w samotnym życiu, gdy mógł być kimś ważnym, kimś, kto ogłosił zdenerwowanym i skłóconym ludziom "Habemus papam !!!" Przepraszam...

Na zdjęciu nieco kosmiczny w formie pomnika Błogosławionego Jana Pawła II przy kościele pw. Bł. Karoliny Kózki

 

niedziela, 14 października 2012

Na początku Starodąbrowskiej usytuowano przystanek, z którego najbliżej do wznoszącego się niedaleko budynku szkoły. W moich szkolnych czasach była tu siedziba Szkoły Podstawowej nr 6 im. Juliusza Słowackiego, jeden z moich etapów na drodze edukacji.

Dziś 14 października - Dzień Edukacji Narodowej, potocznie zwany Dniem Nauczyciela. To także mój dzień, moje święto, choć moja przygoda z zawodem skończyła się 5 lat temu. Zwykle w tym dniu wspominam moich nauczycieli, którzy wspólnym wysiłkiem ukształtowali mnie taką jaką jestem.

Moja przygoda ze szkołą zaczęła się w malutkiej wiosce, w drewnianej szkole, gdzie uczyliśmy się systemem łączonym; pod ścianą klasa 3 liczyła, w środku klasa 1 stawiała kulfony w słowie Ala,  pod oknami klasa 2 rysowała. Naszą wychowawczynią i jednocześnie kierowniczką szkoły była pani Malinowska. Dopustem Bożym były zimowe śniegi odcinające nam dostęp do szkoły, wiosenne powodzie oraz wizytacje metodyków i wizytatorów kuratoryjnych. Raz w miesiącu do szkoły przyjeżdżało kino objazdowe i to było święto całej wsi. Nie miałam problemów z nauką, ponieważ Dziadek zadbał wcześniej, żebym nauczyła się w domu czytać i pisać, więc odkrywanie, że Ala ma Asa było dla mnie zajęciem nudnym.

Gdy ukończyłam trzecią klasę, Dziadek wymógł na moich rodzicach, aby bez względu na warunki mieszkaniowe zabrali mnie do miejskiej szkoły, ponieważ w G. nie widział dla mnie możliwości rozwoju.

Tym oto sposobem stanęłam przed drzwiami klasy 4b, w szkole nr 6 im. Słowackiego. Wychowawczynią naszą była pani Rozalia Zachara a dyrektorką szkoły pani Milas. W tamtych czasach "szóstka" była szkołą żeńską. Początki były trudne - głównie dlatego,że zapominałam się i mówiłam gwarą. Z czasem wykorzeniono to moje przyzwyczajenie i odtąd wszystko już szło dobrze. Do tego stopnia zintegrowałam się z koleżankami, że w klasie 7 zostałam zawieszona w prawach ucznia na 2 tygodnie z powodu niewłaściwego i demoralizującego klasę  zachowania (miałyśmy tzw ciche lekcje z powodu nieobecności nauczycielki, dyrektorka poleciła mi czytać głośno lekturę a ja zamiast tego czytałam koleżankom dowcipy, jakie wykradła ojcu jedna z dziewcząt). Szkołę ukończyłam jednak chwalebnie. Gdy kończyłyśmy ósma klasę, do szkoły przyszedł pierwszy rocznik koedukacyjny.

Potem zdałam egzaminy do I Liceum Ogólnokształcącego im. Brodzińskiego i trafiłam do klasy 'C", wychowawcą był Janusz Węgrzynek, geograf i zapalony turysta, matematyki uczył nas postrach szkoły i równie zapalony wędrowiec Zenon Zięba, a języka polskiego skromna i wymagająca  Barbara Paluch. Te trzy osoby miały decydujące znaczenie w moim dalszym życiu:  wychowawca rozbudził w nas miłość do wypraw turystycznych, matematyk udowodnił mi, że nie jestem umysłem ścisłym a polonistka utwierdziła mnie w przekonaniu, że należy spełniać dziecięce marzenia i że moim powołaniem jest nauczanie właśnie języka polskiego.

Następnym etapem był Uniwersytet Jagielloński i Wydział filologii Polskiej. Wielkie nazwiska: prof. Kazimierz Wyka, prof. Henryk Markiewicz, prof. Maria Dłuska, wielu wielu innych... I doc. Bortnowski, szalony metodyk, niezwykły talent w wyszukiwaniu i doskonaleniu przyszłych nauczycieli.

A potem blisko 30 lat pracy w "Hoffmanówce", gdzie chyba nie zostawiłam najgorszej po sobie pamięci. Cale moje zawodowe życie kierowałam się bowiem talmudyczną zasadą : Kto uczy dzieci, ten uczy dzieci tych dzieci, i dzieci dzieci tamtych dzieci, i tak aż po wszystkie pokolenia..

Na zdjęciu krzyż stojący w miejscu mojej pierwszej szkoły w Grabiu, w głębi nowy budynek

czwartek, 11 października 2012

Przystanek usytuowany w interesującym miejscu: obok Wyższego Seminarium Duchownego, niedaleko siedziby Prezydenta Miasta, na wprost dawnego Urzędu Wojewódzkiego ( moje miasto było niegdyś stolicą województwa, a co !!!) - dziś siedziba m.in NFZ i biura paszportowego. Zawsze tu pełno młodych ludzi, uczniów, studentów oczekujących na autobusy i busy podmiejskie. Kilkanaście metrów dalej jest skwerek z fontanną. Tu wysiadam, gdy idę pobuszować po mieście bez konkretnych planów zakupowych.

Przechodzę obok seminarium, potem obok mojego liceum, dalej Grób Nieznanego Żołnierza i nasz deptak - ulica Wałowa. A na niej ławeczka poetów, na której zgodnie przycupnęli :Osiecka, Brzechwa i Herbert, kilkaset metrów dalej oparty o ścianę stoi Brandstaetter dzierżący w reku fajkę. Jeszcze kilkanaście miesięcy temu przy tej ulicy było kilka księgarni, dziś ustąpiły miejsca butom, bankom i firmom telekomunikacyjnym.

Właśnie widzę, że i "Akrybia" zmieniła lokalizację. Wchodzę, w środku pustki, tylko dwie osoby obsługi uparcie próbują mi pomóc. Wiem, wiem, mój wygląd... Starsza, tęga niewiasta, nieciekawie odziana, jakby zagubiona wśród książek. Ale ja dobrze wiem czego szukam, tym razem rozglądam się za Franaszkową biografią Miłosza. Jest... potężne, grube tomisko. I już wiem, że mogę sobie tylko popatrzeć - cena mnie odrzuca.

Pytam pana śledzącego, czy jest gdzieś pólka z wyodrębnioną poezją. Pan uparcie pyta: "a co panią interesuje", ponownie więc proszę o wskazanie mi półki z poezją, pan prowadzi mnie do malutkiej półeczki obok kasy, i cierpliwie mi  tłumaczy, że tu właśnie jest Szymborska i takie tam...

Dziś o 13.00 ogłoszona zostanie decyzja o Literackiej Nagrodzie Nobla za ten rok. Na "giełdzie" jak co roku również nasi; Tokarczuk, Różewicz, Zagajewski.. Ale znawcy przewidują, że literacki Nobel powędruje do Afryki albo do któregoś z krajów muzułmańskich....

Aneks: tegorocznego Nobla dostanie Mo Yan, pisarz chiński, pierwszy zresztą Chińczyk nieemigrant i niedysydent laureat tej nagrody. Czytałam jego powieść "Kraina wódki", ale niesmak pozostał mi do dziś....

środa, 10 października 2012

Ten przystanek usytuowano na wprost wejścia do "Tamelu", niegdyś potęgi w produkcji silników elektrycznych wszelkiej maści, dziś dogorywającej spółki przechodzącej z rąk do rąk zagranicznych inwestorów. Przez wiele lat na tym przystanku wysiadał mój ojczym, potem mój mąz - do dnia, kiedy ówcześnie panujący prezes postanowił zwolnić większość pracowników 50+ , ponieważ stwierdził, że "nie płaci za metrykę". Ja z kolei korzystałam z opieki medycznej lekarza kierującego przychodnią mieszczącą się w biurowcu firmy. Od mojej ostatniej wizyty niewiele się tu zmieniło poza jednym - przystanek zyskał zadaszenie i ławeczkę. Otoczenie jednak jak dawniej zasyfione śmieciami, butelkami itp odpadami cywilizacji.

Dziś światowy Dzień Zdrowia Psychicznego. Żeby nie zwariować od huku wiertarek, łomotu budowanych rusztowań i przekleństw robotników (drugi miesiąc trwa remont bloku) postanowiłam podreperować moje zdrowie psychiczne porządnym spacerem. Kijek mi się zepsuł, więc podjechałam autobusem pod "Tamel"a potem przeszłam na "Piaskówkę". Cudowne miejsce...mogłoby tu być . Przed 35 laty zaplanowano tu powstanie parku o charakterze leśnym.

Był sztuczny staw, muszla koncertowa, sklep i bar, kilka huśtawek, karuzela (ufundowana przez mój były zakład pracy), urządzenia wspinaczkowe, plac rowerowy, kort tenisowy i boisko do siatkówki. Z czasem wszystko zmieniło swój charakter. Staw zarósł, sklep zniknął, drzewostan wybujał nadmiernie. Zniknęły znaki drogowe z placyku rowerowego dla dzieci, zostały tylko zardzewiałe sypiące się słupki i rozrośnięte, nigdy nieprzycinane krzewy. W niektóre rejony strach było się zapuszczać.

Kilka lat temu rozpoczęto rewitalizację tego terenu, jest czysto, spokojnie, ludzie spacerują z dziećmi, z psami. Nowe alejki, ławeczki, lampy. Nawet nowy, bezpieczny i kolorowy plac zabaw.

I cudowna jesień. Jeszcze przeważa zieleń, ale pod nogami chrzęszczą zgniatane żołędzie, na dębach pojawiają się plamy czerwieni, na pniach niektórych drzew wyrastają grzybki. Napełniłam kieszenie żołędziami, moja wnuczka nie zna jeszcze przyjemności robienia kasztanowych i żołędziowych figurek. I jeszcze wielki bukiet kolorowych liści, który znacznie poprawił mi nastrój.

To jeszcze jeden przystanek w pobliżu Poczty Głównej, mieści się przy ulicy Goldhammera i PWSZ, obsługuje 2 linie autobusowe, oczywiście nie ma zadaszenia.

Dziś zaczyna się Tydzień Pisania Listów. Kto dziś jeszcze pisze listy , takie tradycyjne, zaczynające się słowami Kochani Rodzice, Ukochana Siostro, Najukochańsi Dziadkowie ? Albo Moja Najdroższa, Słońce mojego życia, Najsłodszy Misiaczku...

Ja lubię pisać listy, mam jeszcze kilka koleżanek za granicą, które chętnie je czytają i co ważniejsze odpowiadają. Niestety, większość znajomych i bliskich ogranicza się do zdawkowych maili albo smsów.

Podczas ostatniej wizyty w bibliotece wzięłam do czytania Listy Virginii Wolf do przyjaciółki (kochanki). Tak mnie namawiała bibliotekarka, że czytelniczki są zachwycone, że wzięłam i patrzę na to duże tomiszcze i jakoś mnie do czytania nie ciągnie. Przypuszczam, że autorka listów nie pisała ich z myślą o upublicznieniu. Wydawanie i czytanie cudzych listów zawsze wydawało  mi się pewnym przekroczeniem granicy intymności.

A tu tymczasem w najnowszej  ofercie aukcyjnej antykwariatu Rara Avis znalazł się nieznany list Adama Mickiewicza do Jeana Antoine'a Letronne'a, w którym z powodu męczącej poetę grypy odwołuje zapowiedziany na następny dzień wykład w College de France. Cena wywoławcza tego krótkiego, napisanego na cienkim kremowym papierze listu wynosi 98.000... Chyba jednak nie wezmę udziału w tej aukcji :)

Wczoraj Tadeusz Różewicz skończył 91 lat. Zapewne wszyscy pamiętają ze szkoły jego "List do ludożerców". Jego treść i przesłanie są zawsze aktualne a moim skromnym zdaniem niektóre fragmenty powinny być wywieszone w formie plakatów w autobusach komunikacji miejskiej w moim mieście. Ot, na przykład ten:

"Kochani ludożercy,

nie patrzcie wilkiem

na człowieka,

który pyta o wolne miejsce (...)

zrozumcie

ludzi jest dużo będzie jeszcze

więcej więc posuńcie się trochę

ustąpcie"

Mam wrażenie, że autorzy naszej lokalnej akcji "Ustąp miejsca" czytali wcześniej Różewicza.

Na stronie Biura Literackiego opublikowano niedawno dwa nowe wiersze sędziwego poety. Bardzo mi się podoba ten pod tytułem "Zawód: literat" - oto fragment.

widzę i opisuję

to jest epika

powieść opowieść

 

czuję i opisuję

to jest liryka

poezja

 

myślę i opisuję

to jest filozofia

poezja "dydaktyczna"

 

czuję widzę myślę

i muszę to opisać

to jest natchnienie (...)

 

Ja dodałabym nieskromnie jeszcze jedną część:

widzę czuję myślę

piszę wydaję

mało kto czyta

to jest dramat...

wtorek, 09 października 2012

                    Ten przystanek usytuowany jest niedaleko budynku poczty, przy ulicy Mickiewicza. Miejsce ciekawe i oblegane przez podróżnych, ponieważ  zatrzymują się tutaj autobusy 16 linii miejskich i podmiejskich. Pod przystankiem i ulicą nowe przejście podziemne, z dziwacznymi szklanymi dachami, brudnymi i zasypanymi liśćmi. Budowa tego przejścia rok temu paraliżowała praktycznie ruch w centrum miasta. Budynek poczty przed wojną był siedzibą szkoły a poczta mieściła się wówczas przy ulicy Urszulańskiej. Dziś obchodzimy Dzień Znaczka Pocztowego, więc to krótkie wspomnienie o poczcie jest jak najbardziej na miejscu.

Każdy z nas przeszedł chyba przez chorobę zbieractwa, niektórym zostało to na zawsze. Kolekcjonuję porcelanowe krówki, biało-czarne przede wszystkim. Kolekcja rozrosła się z latami do rozmiarów przerastających możliwości niedużego mieszkania w bloku. Krowy są wszędzie: na oknach, w szafkach, na ścianach, w pudłach.

Szczególnie dumna jestem ze zbioru znaczków pocztowych z całego świata. Albowiem krowy są wszędzie, nawet na Terytorium Antarktycznym Francji. To poczciwe zwierzę stało się w 1963 roku jednym ze światowych symboli programu walki z głodem pod hasłem "Freedom from hunger -Wolność od głodu".

Mam znaczki prawie wszystkich państw afrykańskich - tam krowa rzeczywiście jest nadal wielkim skarbem. Również Europa nie zostaje w tyle - piękne serie wydaje Wielka Brytania, Irlandia, a szczególnie wyspa Jersey, ojczyzna dżersejek . Na tym tle Polska wypada blado, najważniejsze chyba zwierzę hodowlane nie zostało godnie uczczone przez Pocztę Polską, kilka znaczków jakie posiadam, wydano już dawno i nie są one filatelistycznym rarytasem.

Mam nadzieję, że mimo rozwoju innych form komunikacji, znaczki będą nadal wydawane, by cieszyć oczy nie tylko kolekcjonerów. Czego sobie i moim krówkom w Dniu Znaczka Pocztowego życzę.

PS. Dziś rocznica urodzin Tadeusza Różewicza. O jego nowych wierszach - jutro

niedziela, 07 października 2012

Niech Was nie gorszy temat wpisu. Dziś 7 października - święto Matki Boskiej Różańcowej, jedno z licznych świąt maryjnych w naszym kraju. Dla mnie dzień szczególnych rocznic - 20 rocznica śmierci mojego Ojczyma i 15 rocznica śmierci Ojca. Obydwaj odeszli z tego świata w tym samym dniu w odstępie pięciu lat. Ktoś powie: przypadek.

Pamiętam jednak dziwne zdarzenie, jakie miało miejsce w związku z pogrzebem Ojczyma. Mama koniecznie chciała włożyć mu do rąk obrazek z Matką Boską Różańcową. Ale mimo starannych poszukiwań, nie znalazłyśmy obrazka w domu, choć kilka dni wcześniej otrzymałam taki od znajomej zakonnicy z okazji jej ślubów wieczystych. Przepadł jak kamień w wodę.Dałam więc Ojczymowi mój różaniec z bierzmowania.

Po pogrzebie siedziałam w domu i zastanawiałam się nad licznymi sprawami do załatwienia. Popatrzyłam na stojącą na półce książkę, nie była wsunięta między pozostałe tomy, ale po prostu oparta tylną okładką. Ulicą przejechał jakiś ciężki samochód, wywołując lekki wstrząs. Spomiędzy kartek książki wysunął się poszukiwany obrazek...

O śmierci Ojca nikt mnie nie powiadomił. Jego grób znalazłam poprzez internetową wyszukiwarkę grobów. Na nagrobnym krzyżu ktoś powiesił różaniec  i zafoliowany obrazek z Matką Boską Różańcową. Identyczny jak ten, który mam w domu. Ktoś powie: przypadek ?

czwartek, 04 października 2012

To jeden z kilku przystanków przy ulicy Mieszka I , wsiadają na nich nieliczni mieszkańcy nieposiadający samochodu i ci z działkowców, którzy nie zdążyli na przystanek początkowy. Nie lubiłam chodzić tą ulicą, ponieważ za każdym ogrodzeniem czai się czworonogi stróż, a jeden z nich doprowadził kilkanaście lat temu do wypadku, w którym uszkodzone miałam obydwie ręce.

Dziś imieniny Franciszka, dzień świętego patrona zwierząt, a także Światowy Dzień Zwierząt. Przypominam więc sobie wszystkie zwierzaki jakie towarzyszyły mi w życiu.

Na początku był kot. Szary, pręgowany, o wdzięcznym imieniu Bury, przychodził do kuchni dziadków, gdzie w kącie miał miskę na mleko, resztę musiał zdobyć sam. Nie wiem dlaczego, ale nie lubił mnie z wzajemnością, w końcu mnie pogryzł dotkliwie a bliznę po tym zdarzeniu mam do dziś. Przyznaję szczerze, nie lubię kotów.

Potem były krowy, łagodne, potulne stworzenia, stały w oborze lub na łące, dawały pyszne mleko, a z niego babcia robiła masło, sery. Niestety, podobnie jak wśród kotów, również między krowami znalazła się Malina z ADHD, która pewnego popołudnia po prostu uniosła mnie na rogach i rzuciła między wiadra na podwórku. Miałam wtedy 5 lat. Ale przyznaję szczerze, kocham krowy.

Podczas pobytu u dziadków hodowałam jeże, wiewiórki, a nawet małego zajączka. Tych wszystkich małych przyjaciół straciłam, gdy przeniosłam się do miasta. Warunki mieszkaniowe nie pozwalały na trzymanie zwierzęcia, ale po kilku latach ojczym przyniósł pieska, malutką suczkę wyrośniętego ratlerka. Psinka niby nas wszystkich lubiła, ale uznawała przede wszystkim dominację pana, z którym jeździła na ryby, pływała na dziobie kajaka, dzieliła ostatni kęs kotleta. Została uśpiona, gdy straciła większość zębów i wzrok.

Moje dzieci, jak to dzieci, też chciały mieć zwierzątka. Hodowla patyczaków rozlazła się nam po balkonie i większość z nich przepadła. Skoczek pustynny wydostał się z klatki i odważnie skoczył z I piętra na liście malwy rosnącej pod balkonami a po nich zeskoczył na ziemię i przepadł w trawie. Chomik, wyposażony we wszystkie chomicze dobra, udławił się wiórem, który usiłował połknąć.

Wreszcie w domu pojawił się piesek. Jego obecność  została wymuszona przez niecodzienne okoliczności: nasz G. potwornie bał się psów. Uciekał na ulicy, krzyczał, mdlał, postanowiliśmy więc wybić klin klinem. Trzy dni trwało oswajanie G. z malutkim rudym pieskiem ale potem zostali przyjaciółmi na dobre i złe. Dzień, w którym G. sam wyszedł z nim na spacer i nie uciekał przed obcymi psami, był przełomowym dniem w jego rozwoju. Dino był z nami ponad 15 lat.

W tym czasie mieliśmy jeszcze papugę. Pewnego dnia dzieci ze szkoły, w której pracowałam, przyniosły mi do gabinetu żółtą papużkę. Znalazły ją w żywopłocie atakowaną przez sroki. Była przerażona i pokaleczona. Koleżanka biolożka przyniosła klatkę, zaprzyjaźniony weterynarz opatrzył ptaszka i Cytrusia miała towarzyszyć mi w pracy. Niestety, zostawiona na noc w gabinecie darła się tak, że pani sprzątająca bała się tam wchodzić. Wzięłam ją (papugę, nie sprzątaczkę) do domu. Z trudem się oswajała, ale w końcu pozwalała się brać na rękę, chodziła mi po ramieniu, przebierała dziobem we włosach. Z psem nie za bardzo się lubili. On siadał pod klatką i piszczał a ona pyskowała bezpieczna za kratkami. Pewnego razu G. chciał jej zmienić wodę i zostawił drzwiczki otwarte. Cytrusia usiadła na drzwiczkach i czyściła piórka. Dino wykonał skok swojego życia... Klatka już nie była nam potrzebna.

Teraz nie mamy zwierząt. W pokoju G. pływa w akwarium tylko jedna wielka ryba, czarny sum, który liczy sobie już 12 wiosen, samotnik, wyniszczył wszystkie inne rybki.

Na działce towarzyszy nam zawsze gromadka bezpańskich kotów, którym nosimy smakołyki. Inni działkowcy też je dokarmiają, niektórzy przyjeżdżają na działki codziennie w najcięższe mrozy, byle przywieźć kociskom ciepłą strawę. Na górnym i dolnym zdjęciu niektóre z nich.Kot działkowiec

środa, 03 października 2012

Pada deszcz, nigdzie nie jadę. Za to porządkuję moje "szymborskie" archiwum.

Dziś akurat mija 16 lat od decyzji o przyznaniu pani Wisławie literackiej nagrody Nobla. Pamiętam naszą - moją i moich koleżanek-polonistek - szaloną radość, skakałyśmy w moim gabinecie jak dzieci i cieszyłyśmy się, że ta nagroda trafi w ręce osoby przez nas lubianej, szanowanej, ale co ważniejsze: czytanej i rozumianej.

Potem było polskie piekiełko - odezwały się demony zawiści, strażnicy podejrzanej moralności, niedocenieni poeci. Wypominano Jej cywilny ślub, rozwód, bezślubny związek z Kornelem Filipowiczem, przynależność do partii, rzekome uwielbienie dla Stalina. Głos zabierali najczęściej ci, którzy w życiu nie przeczytali jednej strofy Jej wiersza.

Wielbię Szymborską miłością bezwarunkową i bezgraniczną. Tak jak w dzieciństwie wycinałam notatki o ukochanym piosenkarzu (spuśćmy miłosierną zasłonę milczenia na jego nazwisko), tak od blisko 40 lat gromadzę prywatne archiwum dotyczące naszej noblistki. Mam prawie wszystkie pierwsze wydania Jej poezji.

Przed kilkunastu laty skradziono mi tomik "Wołanie do yeti". Stało się to podczas...lekcji pokazowej. Na sali było 40 nauczycieli, pracownicy kuratorium i metodycy. Lekcji towarzyszyła wystawa zorganizowana przeze mnie przy pomocy uczniów, ale oparta o moje zbiory. Tomik zniknął prawdopodobnie podczas przerwy kawowej, a ja zauważyłam jego brak po wyjściu większości uczestników. Strata tym boleśniejsza, że tylko na "Wołaniu" miałam oryginalny podpis poetki.Od tego czasu bezskutecznie usiłuję go nabyć na aukcjach antykwarycznych, ale przegrywam z zamożniejszymi licytantami. Ostatnio "wyhamowałam" przy 400 zł, tomik poszedł za 850...

Mam w zbiorach tomik "Pytania zadawane sobie". Tak, tak, ten z wierszem napisanym po śmierci Stalina. Kupiłam go kilka lat temu w dość zabawnych okolicznościach . Buszowałam po antykwariatach internetowych i znalazłam ten rarytas za 4 zł plus 9 zł koszt przesyłki. Kliknęłam, natychmiast zapłaciłam i czekałam na przesyłkę. Najpierw przyszedł mail od właściciela antykwariatu. Sprzedaż internetowa jest dla niego tylko dodatkiem do poważnej, długoletniej działalności antykwarycznej w pewnym szacownym grodzie. W grzecznej formie pan X napisał mi, że zaszło nieporozumienie, pracownik wprowadzający dane do systemu zapomniał zmienić cenę: zamiast 4 zł powinno być ...500 (to było - przypominam - jeszcze przed śmiercią poetki) i co ja na to .

Gdybym chciała się awanturować, wodzić po sądach, pewnie stanęłoby na moim. Ale ja napisałam, że rozumiem sytuację, że sama jestem zdziwiona taką ceną , że nie chciałabym jakichś konsekwencji dla pracownika i jeśli to możliwe, proszę o przesłanie mi skanu albo kserokopii książki.

Reakcja pana X wprawiła mnie w jeszcze większe zdumienie: przysłał mi ORYGINAŁ !!! Wyjaśnił,że moja postawa bardzo go ujęła, że błąd popełnił jego osobisty syn. Prosił tylko, żebym go powiadomiła, gdybym chciała sprzedać "Pytania...", to on chciałby odkupić po aktualnej cenie antykwarycznej. I w ten sposób mam ten skarb prawdziwy. Na zamieszczonym zdjęciu kartki przeze mnie wykonanej "Pytania zadawane sobie" widać tylko jako lewy, niebieski rożek.

Takie wyklejanki techniką iris folding wykonuję jako moje własne ilustracje do twórczości Wisławy Szymborskiej