Podróż przez życie z licznymi przystankami, w tym również autobusowymi
RSS
czwartek, 29 września 2016

Wieki temu, w czasach, kiedy bramy Krakowa zamykano na drewniane skoble, uczyłam się z zapałem łaciny klasycznej i liznęłam nieco greki. Z rozmaitych zachwytów starożytnymi filozofiami i innymi mądrościami pozostała mi jako życiowa dewiza horacjańska myśl nil admirari - niczemu się nie dziwić. I tak staram się żyć, albowiem jest to jedyna rzecz, która może uszczęśliwić człowieka, jak pisze Horacy do Numicjusza.

Aliści ostatnie lata wprawiają mnie jednak coraz częściej w zadziwienie, któremu towarzyszy opad szczęki. Ot na przykład takie kwiatki prawne. Jestem matką niepełnosprawnego umysłowo syna, w tej chwili jedyną jego opiekunką... A właśnie, że nie, wróć... nie jestem opiekunką. Jestem NIKIM, a właściwie - jak mi uświadomiono - jestem "tylko matką". W czym problem?

Syn musi mieć przeprowadzony trudny zabieg w pełnym uśpieniu. Jesteśmy po konsultacji i kwalifikacji do zabiegu, mamy nawet wyznaczony termin, ale nie mamy najważniejszego: zgody syna na zabieg. To znaczy on się zgadza i chętnie by podpisał, ale przepisy ustawy o prawach pacjenta wymagają, żeby takiej zgody udzielił prawny opiekun upośledzonego umysłowo w przypadku, gdy ten ostatni jest ubezwłasnowolniony. W innym razie takiej zgody musi udzielić sąd rejonowy właściwy dla miejsca zamieszkania.

No i mamy problem. Całe lata dążyłam do osiągnięcia przez syna samodzielności, i mam wrażenie, że cel osiągnęłam. Przypuszczam nawet, że gdybym wystąpiła o jego ubezwłasnowolnienie, to żaden sąd by się na to nie zgodził. Więc teraz o jego zabiegu musi decydować jakiś sędzia, który sytuację pozna na podstawie papierów.

I tu pierwszy paradoks - przynajmniej dla mnie. Syn ma pełnię praw obywatelskich, może głosować, ba! na upartego mógłby nawet w wyborach startować ( u nas nikt przecież kandydatów na funkcje wybierane nie poddaje badaniom psychiatrycznym), mógł założyć konto w banku i z niego korzystać, mógł przyjąć spadek po dziadkach z całym dobrodziejstwem inwentarza, mógł przekazać część spadku swojej siostrze (notarialnie, a jakże), mógł podpisać umowy z gazownią, elektrownią i wodociągami. Mógł zostać chrzestnym itp, itd. Nie może jednak wypowiedzieć się w sprawie swojego zdrowia!!!

I paradoks kolejny - rola matki. Nie mam już władzy rodzicielskiej - syn jest od lat pełnoletni. Nie jestem opiekunem prawnym - syn nie jest ubezwłasnowolniony. Nie jestem opiekunem faktycznym - tę rolę nasze prawo przewiduje wyłącznie dla osób niespokrewnionych. Nie mam żadnego prawa, żeby wypowiadać się w sprawie zdrowia syna. Jestem zgodnie z literą prawa osobą postronną - "tylko matką"

Ale gdybym tak zaniedbała opiekę nad synem, głodziła go, pozbawiła środków do życia, wyrzuciła z mieszkania - oooooooooooooo!!! to wtedy staję się KIMŚ - osobą spokrewnioną zobowiązaną do opieki. Wtedy prawo wyciąga po mnie ręce i stawia mnie przed sądem jako wyrodną matkę, która zaniechała obowiązków wynikających z pokrewieństwa. Więc dlaczego nie mogę wypowiedzieć się w sprawie zdrowia mojego dziecka??? Ba! Dlaczego wszyscy lekarze żądają, abym wchodziła z synem do gabinetów i była obecna przy badaniach, skoro nie mam tego prawa??? Ot, takie sobie paradoksy.

Na razie czekamy na odzew z sądu. Jak wiadomo wolno mielą młyny Boże a jeszcze wolniej sądowe. Więc na wszelki wypadek poprosiłam o termin dodatkowy zabiegu.

19:49, atojaxxl
Link Komentarze (5) »