Podróż przez życie z licznymi przystankami, w tym również autobusowymi
RSS
czwartek, 24 września 2015

"Weź dwie dziewki silne i niech kuchenna wyda im śniadanie obfite, iżby mogły starannie i długo pracować. Zatem wydaj jajców kop trzy, samych żółtków, przydaj cukru funtów trzy i niech ucierają tak, aż w misie biała, puszysta masa się podniesie po trzykroć. Bacz, iżby dziewki paliców w masę nie wsadzały i nie oblizywały ich..." - Tak to drzewiej zaczynały się przepisy na baby parzone, welinowe i muślinowe, drożdżowe tudzież piaskowe.

Bożenko, reprezentowana poprzez swoją sekretarkę.

Podnieś szacowną swoją postać z podłogi i posłuchaj opowieści o powstawaniu muffinek, najprostszych na świecie wyrobów piekarniczych (tak, tak, wczoraj oglądając Food Factory usłyszałam, że muffinki to nie ciastka, tylko takie same wytwory jak bułka, chleb czy chałka.) A proste są m.in. dlatego, że używa się do ich powstania proszku do pieczenia.

Przygotuj zatem produkty, dwie miski, foremki, papilotki, przybory typu łyżka, mały rondelek do stopienia masła i powiedz sobie, że nie ma ludzkiej siły, żeby się muffinki nie udały. Bo zawsze i każdemu się udają, nie jesteś żadnym wyjątkiem.

Nie wiem, jaki masz piekarnik, ja mam stary, gazowy, właśnie kończy wiek chrystusowy czyli 33 lata i czas go wymienić. Ale nagrzej sobie piekarnik do 160 stopni na początek.

Teraz składniki - umówmy się, że dziś pieczemy muffinki jasne.

Suche - 2 szklanki (takie na 250 ml) przesianej mąki np tortowej, 2 łyżeczki proszku do pieczenia, pół tabliczki posiekanej białej czekolady, pół szklanki cukru (ja używam cukru - pudru), torebka cukru wanilinowego

Mokre - 1 szklanka mleka, 1 duże jajko, 100 gramów stopionego letniego masła, trochę owoców wg upodobania, mogą być jagody, kawałki śliwek, maliny, malutkie truskawki.

Do dekoracji: tabliczka gorzkiej czekolady, posypki, owoce

Teraz robimy ciasto:

w jednej misce wymieszaj składniki suche i kawałeczki białej czekolady, w drugiej roztrzep składniki mokre (bez owoców), wlej je do suchych i wymieszaj, możesz użyć miksera ale wystarczy dobrze wymieszać łyżką,

Dodaj owoce (2 -3 na foremkę) - ja robię tak, że najpierw wlewam ciasto do foremek/papilotek a potem wciskam 2 -3 np. jagody, żeby ciasto je zakryło.

Podnieś temperaturę piekarnika do 180 stopni.

Teraz weź foremkę wyłożoną papilotkami i przy pomocy łyżeczki i własnego palca nałóż ciasta do każdej tak do 2/3 wysokości. Jak Ci kapnie gdzieś na boki to się nie przejmuj tylko zetrzyj palcem :)

Wstaw formę z papilotkami do piekarnika i niech się pieką 15 - 20 minut, sprawdź po tym czasie patyczkiem wetkniętym w jedną muffinkę, musi wyjść suchy :) I gotowe :)

Teraz weź sobie tabliczkę czekolady (ja używam gorzkiej), rozpuść ją w garnuszku wstawionym do wrzącej wody, weź jakiś pędzelek Karolka i pomaluj szybko każdą przestudzoną muffinkę, dziecię niech posypuje czym chata bogata a na czubku usadź owoc częściowo zanurzony w czekoladzie. No i poczekajcie, niech to wszystko zastygnie :)

I gotowe :) To pisałam ja, Bożena bez sekretarki :)

PS. Nie dziękuj :) żeby nie zapeszyć :)

A gdy chcesz muffinki czekoladowe, to zamień 2 łyżki mąki na dwie łyżki kakao a czekoladę białą na ciemną.

A gdy chcesz muffinki korzenne, to do masy dodaj łyżkę przyprawy do piernika :)

A potem już sama będziesz kombinować własne dodatki.

A Twój komentarz pod moim wpisem o pieczeniu muffinek ma numer 666 :)

Tagi: wypieki
21:00, atojaxxl
Link Komentarze (4) »
środa, 23 września 2015

Długo, długo nie mogłam się przekonać do muffinek. Wydawało mi się, że to takie ciastka dla zdolnych cukierniczo inaczej. No bo jak to: wymieszać osobno suche, wymieszać osobno mokre, połączyć byle jak (cytuję autentyczny frg. przepisu z bloga kulinarnego), wlać do foremek, piec 20 minut i gotowe ???

Moja wnuczka jest jednak w stanie namówić mnie do wszystkiego i od czasu do czasu muffinki pieczemy wspólnie :) Jest przy tym sporo śmiechu, zwłaszcza, że Mała Zu jest chętna do pomocy a szczególnie do wylizywania miseczki po czekoladzie:

Muffinki

W każdym razie po wstępnym wymieszaniu i upieczeniu muffinki-zuzinki prezentowały się tak:

Muffinki2

To to takie wyciekające to jagody. Teraz należało muffinki udekorować: czekoladą, posypkami i czereśnią zanurzoną w czekoladzie, żeby się lepiej trzymałaMuffinki3

Teraz należało przeprowadzić kolejna próbę organoleptyczną. Eksperymentatorka przystąpiła więc ochoczo do badań:

Muffinki4

Hmmm... to co pozostało po badaniach zapakowałyśmy do pudełka, żeby i rodzice Małej Zu mogli zbadać nasze dzieło:

Muffinki5

Niebawem będziemy piekły muffinki w papilotkach o kształcie łódki :) Pomyślimy nad żaglem z białej czekolady :)

17:39, atojaxxl
Link Komentarze (8) »
niedziela, 20 września 2015

Od kilku tygodni czytam o zmianach w szkolnych sklepikach i stołówkach. Nowe przepisy ograniczają ilość soli, nie zezwalają na sprzedaż fast foodów i słodkich napojów, białe pieczywo musi być zastąpione razowym, a cukier należy zastąpić miodem. I od kilku tygodni czytam, jak zapobiegliwi i przebiegli polscy uczniowie radzą sobie w tej sytuacji: w Lublinie powstał szkolny "czarny rynek drożdżówek" - uczeń przed lekcjami wykupuje drożdżówki w piekarni i potajemnie sprzedaje w szkole kolegom, oczywiście z zyskiem. Dzieci korzystające ze stołówek szkolnych noszą ze sobą sól, cukier i przyprawy - widziano już uczniów mających w plecaku młynek solny :) Sklepy w pobliżu szkół notują znaczny wzrost obrotów, a jedna z sieci spożywczych reklamuje się hasłem "Tego nie kupisz w szkolnym sklepiku"...

Mnie w tym wszystkim zainteresował nakaz zastąpienia cukru miodem. Hm, twórca przepisów chyba nie był ostatnio w sklepie i nie wie, ile kosztuje litr albo kilogram miodu. To już lepiej było w ogóle zakazać w przedszkolach i szkołach podawania kompotów, białej kawy, kakao czy herbaty. Woda zastąpi wszystko :)

Podczas ostatnich wakacji wyszukiwałyśmy z Małą Zu różne atrakcyjne miejsca i starałyśmy się brać udział w ciekawych imprezach. A do takich należały na pewno warsztaty z prawdziwym pasiecznikiem, bartnikiem czy jak kto woli - pszczelarzem. Na warsztaty udałyśmy się w towarzystwie mamy Małej Zu i małej przyjaciółki Julki.

Bartnik1

W Muzeum Etnograficznym, na świeżym powietrzu zebraliśmy się wokół kilku zabytkowych uli. Pan Radwan pokazał dzieciom wnętrze ula, rozmieszczenie ramek, wyjaśnił różnicę między bartnictwem, pasiecznictwem i pszczelarstwem. Dzieci poznały poszczególne grupy pszczół, uczyły się jak rozpoznać królową-matkę, robotnicę i trutnia.

Bartnik2

Potem przyszedł czas na opis pracy pszczelarza z wykorzystaniem dymu...

 Bartnik3

...i specjalnego stroju ochronnego.

 Bartnik4

Po spotkaniu panie pracujące w Muzeum zaprosiły uczestników na degustację razowego chlebka z miodem. Mała Zu była jedną z pierwszych przy starej studni zastępującej stół :)

Bartnik5

...albowiem ulubione zdanie Małej Zu brzmi "ja kocham miodek, ja uwielbiam miodek!" Poniżej z Julką i mamą. Babcia jak zwykle robiła zdjęcia :)

Bartnik6

Zatem: JEDZMY MIÓD i zachęcajmy dzieci do jego spożywania. I chrońmy pszczoły. Bez nich zginiemy...

Po spotkaniu z panem Radwanem dziewczynki z wielkim zaciekawieniem obejrzały rewelacyjną wystawę starych rowerów:

Rowery1

....i miniaturek rowerów czyli dawnych zabawek :)

Mini-rowerek

Jak zawsze - ukłony pod adresem naszego Muzeum Etnograficznego. To naprawdę jest miejsce przyjazne dla wszystkich :)

PS zawsze uważałam, że dorośli opiekunowie dzieci podczas takich zajęć powinni usunąć się w cień i pozwolić dzieciom na zadawanie pytań, wyciąganie wniosków itp. Pan pszczelarz oględnie wyjaśnił rolę trutnia w ulu i dzieciom to wystarczyło ("pomaga królowej-matce w znoszeniu jajeczek"). Jedna z matek dotąd jednak drążyła temat, aż wreszcie usłyszała słowa: kopulacja i zapłodnienie. Syn ciekawskiej pani natychmiast zażądał wyjaśnienia słowa kopulacja... Dzieci były w wieku 4 - 6 lat.

16:51, atojaxxl
Link Komentarze (6) »
wtorek, 15 września 2015

Kochani, bardzo Wam wszystkim dziękuję za słowa wsparcia i życzliwość, z jaką potraktowaliście mój bardzo przecież osobisty poprzedni wpis: dziękuję sekretarce.bozeny, kotimysz, tommyknocker, niepoliczalnej, moonfairy, babcibezmohera, kobieciewbarwach jesieni. Jesteście wspaniali, to wiele dla mnie znaczy.

W realu spotkałam się bowiem z zarzutem, że nie powinnam o tym mówić, że lepiej udawać jakoby J. wyjechał do pracy, ponieważ cytuję: "może wróci, a wtedy będzie mu przykro, że ludzie wiedzą". Stara zasada, że kobieta powinna cierpieć w milczeniu, a najlepiej, żeby winę wzięła na siebie.

Po 38 latach znajomości, 36 latach małżeństwa, w 62 roku życia zostałam porzucona jak stary łach, z nieustającym obowiązkiem opieki nad niepełnosprawnym synem. Mnie nie jest przykro? A G.? Jemu nie jest przykro, że w życiu ojca nie ma już dla niego miejsca? Mam milczeć, gdy dzieje się zło, do którego w żaden sposób się nie przyczyniłam?

Przez ostatnie 7 lat utrzymywaliśmy obydwoje naszego męża i ojca z naszych skromnych emerytury i renty. Tyle lat "szukał" pracy jak nie przymierzając Ferdek Kiepski, żadna nie odpowiadała jego oczekiwaniom. Pojechał w czerwcu do sanatorium dokładnie w 36 rocznicę ślubu, tam spotkał swoją nową wielką miłość. Miał pecha - zobaczyłam ich na kamerze internetowej w parku zdrojowym. Po powrocie do domu nie zaprzeczał i kontynuował romans przez telefon a potem wyjechał prawie 400 km od domu, pani C. przyjęła go pod swój dach, przekonała do podjęcia pracy... To prawda, ułatwiłam mu podjęcie decyzji. Teraz czeka na resztę rzeczy. I się nie doczeka.

I wiecie co? Po PIERWSZYM SZOKU I NIEDOWIERZANIU, że tak religijny, bogobojny człowiek, obnoszący wysoko sztandar swojej uczciwości ("niczego się nie dorobiłem, bo jestem uczciwy") po prostu pogrążył swoje życie, odnajduję dobre strony naszej nowej rzeczywistości.

Nie muszę się tłumaczyć z każdego kroku (to była podobno troska o mnie).

Gotujemy i jemy z G. to, co nam smakuje z naciskiem na kasze, brązowy ryż, kuskus, bulgur, paprykę, sałatki z mozzarellą i fetą, placki ziemniaczane i pyzy, sery białe, potrawy kuchni śródziemnomorskiej - wszystko, czego nie jadał J.

A gdy nie chcemy to nie gotujemy :)

Mało mięsa, dużo warzyw.

Od trzech miesięcy nie kupiliśmy białego pieczywa, tylko nasz ulubiony graham i razowiec.

Praktycznie nie używamy herbaty, coraz mniej cukru.

Czasem wychodzimy na obiad do restauracji.

Wreszcie przestał ryczeć cały dzień telewizor.

Gdy mam ochotę, wychodzę w nocy na balkon, piję herbatę albo wino i podziwiam gwiazdy.

A w dzień puszczam bańki mydlane ku uciesze dzieci.

W domu stale otwarte są okna, w dzień i w nocy - J. boi się świeżego powietrza i przeciągów, więc stale zamykał.

Czytam książki kiedy chcę, gdzie chcę i jak długo chcę, nikt mi ich nie składa na "kupkę" :)

Mam nadzieję, że już więcej nie usłyszę "Ja mam prawo, ty masz obowiązek".

Znalazłoby się więcej, ale teraz mam sporo zajęć z przetworami :) Wracam więc do moich śliwek. Dziękuję Wam jeszcze raz, że jesteście ze mną :) Bożena z synem

 

 

 

sobota, 05 września 2015

Nie piszę od kilku tygodni.

Życie rozsypało mi się jak puzzle układane pracowicie, a nagle okazuje się, że zabrakło ostatniego kawałka i cały obrazek traci sens.

Nie wiem, kiedy się pozbieram i czy będę jeszcze w stanie to zrobić.

Na razie próbuję posprzątać przede wszystkim w swojej głowie.

I w jego rzeczach.

Prawdą jest, że kobieta kobiecie potrafi wyrządzić największą krzywdę.

Banalna, trywialna wręcz historia sanatoryjnego romansu.

Romansu z dalszym ciągiem.

Zostaliśmy sami, ja i nasz G.

Może jeszcze kiedyś tu wrócę.

Ale wszystko będzie już inne.

Tagi: ludzie
10:05, atojaxxl
Link Komentarze (8) »