Podróż przez życie z licznymi przystankami, w tym również autobusowymi
RSS
niedziela, 28 września 2014

W pobliskim supermarkecie "Stokrotka" wielki magazyn zamieniono na księgarnię tańszej książki. Oferta jest dość bogata, w zasadzie każdy znajdzie coś dla siebie w cenach niższych niż paczka najtańszych papierosów, ba, nawet są pozycje tańsze niż butelka najtańszego piwa w "Lidlu".

Oczywiście natychmiast weszłam i prawie natychmiast rzuciła mi się w oczy książeczka dla mojej wnuczki z jej imieniem na okładce. Oczywiście natychmiast wrzuciłam do koszyka i zaczęłam szukać książeczki z imieniem jej "najlepsiejszej" przyjaciółki - dziewczynki znały się jeszcze z okresu płodowego, bo matki chodziły do tej samej szkoły rodzenia a potem rodziły w tym samym szpitalu w odstępie kilkunastu godzin.

I znalazłam. I od razu zobaczyłam to, czego nie widziałam na początku - książeczki zostały ładnie wyeksponowane w dwóch grupach "Mała dziewczynka" i "Mały chłopiec". Różnicę widać nie tylko w wyglądzie okładek ale przede wszystkim w tytułach.

Oto o czym traktują książeczki dla małych dziewczynek (przykłady - książeczek jest dużo)

"Klara robi porządki"

   "Lila bawi się lalką"

      "Lola gotuje dla lalek"

          "Zuzia bawi się w baletnicę"

             "Julia bawi się w magika"

                "Zosia bawi się w sklep"

                    "Joasia bawi się we fryzjerkę"

                        "Kasia bawi się w sekretarkę"

                            "Liza bawi się w szkołę"

                                "Alicja bawi się w Boże Narodzenie"

"Słodkie" książeczki utrwalają stereotypowe wyobrażenie o roli kobiet: najpierw bawią się lalkami, potem pracują w domu i wykonują zawody przypisywane ich płci (czytaj: sfeminizowane), czasem zostają primabalerinami a ta Julka to jakiś wyjątek :) Magik, też coś !

Zwróciłam więc swoje oczy na półkę "Mały chłopiec":

"Samolot Karola", "Kolejka Błażeja", "Auto Artura", "Wóz strażacki Jacka", "Radiowóz policjanta Pawła", "Helikopter Piotrka", "Traktor Tadka", "Koparka Marka", "Karetka Mietka", "Śmieciarka Jarka", "Dźwig Darka", "Bolid Bartka", "Sanie św. Mikołaja" (ha !!!) itp

I kolejne utrwalenie stereotypu: chłopcy nie tylko bawią się wymienionymi pojazdami, chłopcy je posiadają. To oni latają, ratują, dowożą, nawet św. Mikołaja przypisano chłopcom, a u dziewczynek Ala bawi się w święta (?!)

No i tak sobie pomyślałam, że autorki tych książeczek (o dziwo, Francuzki) wyraźnie nie chcą dostrzec zmian z tradycyjnych rolach damskich i męskich.

A już moja Mama jeździła w latach 50. na traktorze w ramach akcji "Dziewczęta na traktory" i nawet trafiła na okładki czasopism.

Moja kuzynka pracuje (fizycznie) w sortowni węgla w kopalni i ma lepsze wyniki niż faceci. Moja córka, zwiewna i drobna dziewczyna, jest lepszym informatykiem niż niejeden jej kolega z roku.

Koleżanka mojej córki pilotuje wielkie wojskowe helikoptery transportowe.

W moim mieście coraz więcej kobiet prowadzi miejskie autobusy.

Wróciłam z książeczką dla małej Zu do domu i zobaczyłam wiadomość dnia: major Mariam al-Mansouri, pierwsza pilotka armii Zjednoczonych Emiratów Arabskich pilotuje samolot bombardujący tzw. Państwo Islamskie :) Mogłaby powstać książeczka "Samolot Mariam" :)

sobota, 27 września 2014

Wiem, że czytelnikami mojego bloga są najczęściej osoby z mojego pokolenia. Zwracam się więc do nich szczególnie, ale i do wszystkich, którzy tu zaglądają z wielką osobistą prośbą: szukam tomików wierszy Jana Zycha (1931 - 1995). Zależy mi szczególnie na tytułach:

"Układ serdeczny" PIW, Warszawa 1965

"Pochwała kolibra" Wydawnictwo Literackie, Kraków 1972

"Blizny po świetle" Wydawnictwo Literackie, Kraków 1978

Jan Zych i zachowanie pamięci o Jego twórczości to jedna z moich pasji.

Pisałam już raz o nim przy okazji śmierci Marqueza. Niesłusznie zapomniany poeta nazywany ostatnim polskim romantykiem XX wieku, był nie tylko autorem własnych tomików poetyckich, ale także a może przede wszystkim tłumaczem poezji i prozy iberoamerykańskiej, literatur południowosłowiańskich.

Był poliglotą - samoukiem, absolwentem krakowskiej polonistyki i UNAM (Meksyk), był jednym z ojców iberystyki na Uniwersytecie Jagiellońskim. Ostatnie 20 lat życia spędził w Meksyku, gdzie przeniósł się wraz ze swoją meksykańską żoną. Tam tłumaczył i wydawał Miłosza, Różewicza, Herberta, Białkowskiego oraz swoje poezje. Zmarł w 1995 roku, zasługuje na godne miejsce w naszej pamięci.

Jego tomiki nie miały oszałamiających nakładów, dlatego trudno je spotkać w obiegu antykwarycznym, ceny zaś oscylują w granicach 10 -20 zł.

Gdyby ktoś chciał mi odstąpić, jestem gotowa zapłacić albo zrewanżować się jakimiś innymi książkami lub...ozdobami świątecznymi własnej roboty :)

Tagi: ludzie
18:38, atojaxxl
Link Komentarze (3) »
piątek, 26 września 2014

Mam wiele wad :) Ale mam też nieco zalet. Jedną z nich jest punktualność. Podobno to grzeczność królów. Mnie daleko do takich zaszczytów, lecz cenię sobie punktualność u innych i sama nigdy się nie spóźniam. Gdy muszę na kogoś czekać, a ten ktoś ma za nic umówiony czas lub termin to niestety, ale wybaczam tylko raz, a potem skreślam z listy osób, do których mogę mieć zaufanie. Może to zbyt drastyczne, ale takich ludzi uważam za złodziei mojego czasu. A ze względu na wiek i chorobę mam go już coraz mniej i coraz szybciej mi on ucieka.

Ostatnio miałam kilka bliskich spotkań z takimi osobnikami. Pan kurier z pewnej firmy przewozowej dzwoni do mnie ok. 9.30 i mówi, że będzie z paczką między 10.15 - 10.30, bo jest "tu niedaleko" Czekam więc, nie wychodzę z domu, mąż pojechał sam na działkę. Mija 10.30, potem 11.30, 12.30 ... wreszcie pan kurier jest. Bez słowa wyjaśnienia podaje mi paczkę i podsuwa papier do podpisu. Mówię spokojnie, że czekam blisko 3 godziny ponad umówioną porę, a pan kurier beztrosko, że zmienił trasę i pojechał do jakiegoś klienta, któremu się bardzo śpieszyło i wydzwaniał do firmy... Noż jasny gwint, cały plan dnia mi padł, na działkę już nie ma sensu jechać, a pan kurier moim kosztem zmienia sobie trasę.

Mam coś załatwić w instytucji położonej na obrzeżach miasta, kawał drogi ode mnie. Autobus jeździ tam co półtorej godziny i wraca po po 15 minutach, w tym czasie mogę oddać materiały i odebrać zamówione. Tłoku nigdy nie ma. Jestem na miejscu pół godziny po otwarciu i...całuję klamkę. Zero informacji. Czekam chwilę, pojawia się pracownik z sąsiedztwa i mówi, że pani będzie za 5 - 10 minut. Trwało to jeszcze 20 minut, pani podjechała na rowerku, nieśpiesznie otwarła przybytek, powolutku się rozebrała. No musiała coś załatwić, ale zaraz zadzwoni do szefa (jakby przewidywała, że poskarżę). Straciłam sporo czasu, wystałam się na przystanku i więcej tam już nie pojadę.

I wreszcie spotkanie z człowiekiem, który czas powinien cenić szczególnie. Nasz G. musi mieć na ręku zegarek, takie przyzwyczajenie, bez zegarka boi się, że nie zdąży na autobus. Bez zegarka jest niespokojny, stale pyta wszystkich o godzinę, koncentruje się tylko na tym braku. Mąż pożyczył mu swój a ja obiecałam, że zaraz po otwarciu pójdę do zegarmistrza.

Zegarek wymagał drobnej naprawy i wymiany baterii, ot, zajęcie dla zegarmistrza od ręki.  Pod drzwiami zegarmistrza stanęłam 15 minut po otwarciu firmy - na drzwiach tylko kartka: Zaraz wracam. Dobrze, poszłam na plac handlowy, zrobiłam zakupy, wezwałam męża po ich odbiór, pogadałam z koleżanką. Po godzinie wróciłam do zegarmistrza a tam : Zaraz wracam. Nie opłacało mi się wracać do domu, poszłam do apteki, do supermarketu, do biblioteki - wszystko blisko obok siebie położone. Wracam : jest pan zegarmistrz, właśnie zdejmuje kurtkę. Przeprosił, miał wizytę u lekarza a lekarz się...spóźnił :)

Lekarze i ich punktualność, temat rzeka, ale widzę znaczącą poprawę. Choć... mój audiolog nie przyjmie kolejnego pacjenta, gdy poprzedni wychodzi wcześniej. Pan doktor po prostu siedzi w gabinecie i czeka aż wybije godzina następnej osoby. I nie daj Boże próbować wejść, pan doktor "wychowuje" pacjentów bez względu na ich wiek: "Umie pan czytać? Na którą ma pan numerek ? No to siedzieć i czekać"

Magiczne "Zaraz wracam" wisi też stale na drzwiach pasmanterii najbliższej mojego miejsca zamieszkania. Sprzedawczyni siedzi w tym czasie w biurze ubezpieczeniowym i gada z koleżanką. Jak ktoś nie wie, gdzie jej szukać, to rezygnuje z zakupów lub traci czas na dojazd do centrum.

Niezapomniany Stefan Kisielewski napisał:

"Czas zmarnowany nie istnieje we wspomnieniach".

Szanujmy więc swój i cudzy czas, i swoje i cudze wspomnienia.

Tagi: ludzie
19:02, atojaxxl
Link Komentarze (5) »
środa, 24 września 2014

O seksie tu jeszcze nie pisałam, ale dziś ruszyła mnie sprawa poznańskich osiołków. Osiołki już stają się sławniejsze niż symbol miasta - trykające się rogami poznańskie koziołki.

Osiołki mieszkające w ZOO , od 10 lat stanowiące "parę", zgrzeszyły nieobyczajnością: na wybiegu, w obecności zwiedzających, oddawały się erotycznym uniesieniom. Mówiąc trywialnie i cytując przy okazji radną PIS: "Kopulowały".

Obraziły tym samym niewinne oczęta dzieciątek przychodzących z równie niewinnymi mamusiami. Bo to najpierw mamusie rozpętały całą aferę. "Do czego to podobne", "Taki wstyd", "Co ja mam dziecku powiedzieć"...

No tak, każda z nich zapewne niepokalanie poczęta i sama też nigdy nie kopulowała, dzieci przyniósł bocian, znalazła w kapuście, kupiła na wyprzedaży...

Afera, za pośrednictwem cytowanej radnej PIS, dotarła do dyrektora ZOO, który podjął najgorszą z możliwych decyzję - rozdzielił oślą parę. Osiołek skazany został na pobyt za siatką. Osiołkowa podchodzi do tego ogrodzenia i zwierzaki poprzez oczka siatki dotykają się głowami. Widok żałosny i smutny.

Nie wie, jakie doświadczenia erotyczne ma pani radna. Opowiem o swoich. Nie, nie będę opowiadać tajemnic spod mojej kołdry. Przypomnę moje dziecięce lata, które jak już nieraz podkreślałam z dumą, spędziłam na wsi pod opieką moich Dziadków, w otoczeniu licznych domowych zwierząt i przyrody.

A na wsi jak to na wsi; a to kogut wskakiwał na kurki, a to króliki w swojej zagrodzie kochały się tak zapamiętale, że świata nie dostrzegały, a to bociany w gnieździe na stodole radośnie się najpierw witały a po uporządkowaniu swojej siedziby przystępowały do pomnażania rodziny.

Krowy od czasu do czasu opuszczały gospodarstwo i prowadzone przez Dziadka lub Wujka udawały się w 3-kilometrową wycieczkę do byka . Podobnie maciory zawożone były do knura.

O zgrozo, czasem szłam na tę wyprawę z Dziadkiem, wprawdzie nie obserwowałam samego aktu między zwierzętami, ale przecież wiedziałam, że nie przyszliśmy do pana Tr. w celach towarzyskich (choć ja się fajnie bawiłam z jego córkami).

Potem z tych wszystkich akcji przychodziły na świat kurczaczki, króliczki, bocianki, cielęta, świnki. A jeszcze szczeniaki i kocięta...

Wiedziałam, która krowa jest cielna, dlaczego ulubiona królica została przeniesiona do oddzielnej klatki i dostaje dodatkowe porcje jedzenia. Widziałam, jak przychodzą na świat cielęta i prosiaczki... I muszę podkreślić jedno: Dziadkowie umieli mi wszystko wyjaśnić w sposób zrozumiały dla dziecka

I jakoś nie miałam traumy (modne słowo), nie czułam, żeby te widoki gwałciły moje oczy.

Nie naśladowałam ich, a zainteresowanie seksem przyszło jak u wszystkich, we właściwym czasie.

Osiołkom współczuję, zestresowanym matkom proponuję zmianę trasy spacerów, a pani radnej życzę zdrowia, bo na rozum już za późno. Dyrektorowi niczego nie życzę, bo to jego ostatnie dni na tym stanowisku, a następca wydaje się być rozsądnym człowiekiem.

A koziołki na poznańskim ratuszu też powinny się mieć na baczności, ostatecznie takie trykanie się rogami to nic innego jak przejaw agresji. Jak pani radna skończy z osiołkami, to i za was się weźmie.

Tagi: ludzie
19:12, atojaxxl
Link Komentarze (6) »
poniedziałek, 22 września 2014

Dziś w nocy w wypadku drogowym zginęła Hanna Szymanderska, urocza kobieta, autorka wielu książek kulinarnych. Wraz z Grzegorzem Komendarkiem - kucharzem i aktorem - wracali z Festiwalu Rosołu w Łapanowie (Małopolskie).  Wychowałam się w okolicach Łapanowa i tym bardziej jest mi przykro, że ostatnim przystankiem w ich karierze zawodowej i ostatnim spotkaniem z wielbicielami była właśnie ta miejscowość.

W mojej domowej biblioteczce mam kilkanaście książek kulinarnych Pani Hanny. Moją pierwszą samodzielną wigilię przygotowywałam z pomocą Jej skromnie wydanej książki "Polska wigilia". Przepisy zawsze były napisane prostym językiem, w oparciu o dostępne produkty. Oczywiście, Pani Hanna dostosowała swoje zainteresowania do zmieniającej się rzeczywistości i do bogatszej oferty rynkowej. Wydawała książki monotematyczne poświęcone np jednemu rodzajowi potraw lub jednemu konkretnemu produktowi. Są więc książki o zupach, o pierogach, kluskach i makaronach,mięsach ale też o grzybach, patisonach i owocach morza. Mawiała, że ze słodyczy najbardziej lubi ... śledzie, więc nie mogło zabraknąć książeczki "100 potraw ze śledzia", którą też mam zawsze pod ręką.

Była wierna tradycyjnemu kanonowi kuchni polskiej, wydała serię książek z takim podtytułem, ale też namawiała czytelników do przekraczania granic kulinarnych i poznawania nowych smaków. Jej autorskim przepisom towarzyszy zawsze anegdota, opowieść o zwyczajach gastronomicznych i kulturalnych.

Pani HANNO, jest mi po ludzku przykro. Opłakuję Pani odejście, bo tylko ja wiem, ile zawdzięczam Pani książkom. RIP

                                                      [*]  [*]  [*]

Tagi: ludzie
19:12, atojaxxl
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 21 września 2014

Wulgaryzmy.

Osaczają nas ze wszystkich stron.

W każdym programie kulinarnym potrawy przyprawiane są bogatym zestawem wulgaryzmów kierowanych do kucharzy i nie tylko (patrz i słuchaj Magda G.).

W programach rozrywkowych (Agnieszka Ch.), tanecznych (Iwona P.), kabaretowych (uuuuuuuuuu, długa lista nazwisk i nazw) aż roi się od słów powszechnie uważanych za wulgarne.
W książkach polskich autorów nie ma chyba wulgaryzmu, który nie zostałby wielokrotnie powtórzony (Szczepan T. , Michał W., i inni).

Do bibliotek kupowane są książki obcych pisarzy, które budzą odrazę, choć oczywiście krytycy literaccy wynoszą je pod niebiosy - nie podaję celowo tytułów, bo się tymi książkami zwyczajnie brzydzę.

Ze stadionów płyną hymny klubów kibica, pełne wyzwisk i obelżywych słów pod adresem przeciwników.

Klną prawie wszyscy - bez względu na płeć, wykształcenie i pozycję społeczną. Klną prawie wszędzie a szczególnie w miejscach publicznych .

A tymczasem i póki co w naszym pięknym kraju obowiązuje Ustawa z dnia 7 października 1999 o języku polskim, w której to Ustawie Parlament Rzeczypospolitej podkreśla obowiązek ochrony języka polskiego jako symbolu jedności i tożsamości narodowej. 

W artykule 3 Ustawy zapisano:

1. Ochrona języka polskiego polega w szczególności na:

  1) dbaniu o poprawne używanie języka i doskonaleniu sprawności językowej jego użytkowników oraz na stwarzaniu warunków do właściwego rozwoju języka jako narzędzia międzyludzkiej komunikacji,

  2) przeciwdziałaniu jego wulgaryzacji

  3) szerzeniu wiedzy o nim i jego roli w kulturze (...)

2.Do ochrony języka polskiego są obowiązane wszystkie organy władzy publicznej oraz instytucje i organizacje uczestniczące w życiu publicznym.

Ba, istnieje przecież i bat na łamiących zapisy Ustawy. Jest to Kodeks Wykroczeń, gdzie w artykule 141 (rozdział: wykroczenia przeciwko obyczajowości publicznej) zapisano:

Kto w miejscu publicznym umieszcza nieprzyzwoite ogłoszenie, napis lub rysunek, albo używa słów nieprzyzwoitych, podlega karze ograniczenia wolności, grzywny do 1500 zł albo karze nagany.

Gdyby wymienione przeze mnie osoby lub instytucje promujące ich "dzieła" zapłaciły choć raz grzywnę, to może mniej chamstwa płynęłoby do nas z ekranów, z mikrofonów, z książek ...

Ależ ja naiwna jestem. Przecież nie po to uchwalano takie wzniosłe Ustawy, żeby ktoś brał je na poważnie. Łatwiej wlepić grzywnę rolnikowi, który sprzedaje skrzynkę jabłek pod blokiem niż wulgarnemu pasażerowi autobusu wyznającemu swojej lubej, że się w niej zakochał, przy czym każde użyte przez niego słowo jest tak wulgarne, że uszy więdną.

  

14:39, atojaxxl
Link Komentarze (2) »
niedziela, 14 września 2014

W mojej rodzinie pieczenie tortów okupione było łzami i stratami. Babcia nie piekła nigdy, Mama próbowała przy okazji każdych świąt i nie pamiętam, żeby tort się jej udał. I zawsze ktoś był winien, a to koleżanka, od której dostała przepis, a to ojciec, bo za krótko ubijał żółtka, a to gazownia, bo ten gaz jakiś taki inny, a to ja, bo ... siedzę tylko i się uczę a jej nie pomagam. Winnych było wielu, tort i tak opadał a Mama płakała. Gdy więc zbliżały się kolejne święta, patrzyliśmy z ojcem niespokojnie i czekaliśmy na sakramentalne: "Jutro piekę tort, dostałam od Lusi nowy przepis, zawsze się udaje".

Problem w tym, że Mama otrzymane przepisy modyfikowała na swój sposób, zmniejszała ilość jajek nie zmieniając proporcji mąki i cukru, masło zastępowała margaryną a w ogóle wszystko robiła "na oko", bo twierdziła, że wagę ma w rękach, w końcu tyle lat pracowała w handlu spożywczym... Tort padał, zakalec był popisowy...

Nasza gehenna tortowa skończyła się, gdy wyszłam za mąż. Moja Teściowa, prosta wiejska gospodyni, była mistrzynią wypieków. Po jej ciasta przyjeżdżały panie z Krakowa, zamawiały wcześniej, bo przecież w warunkach domowych nie mogła piec więcej niż 2-3 ciasta dziennie.

A już torty mojej Teściowej to była uczta dla oczu i raj dla kubków smakowych. Wyrośnięte, na własnej mące i jajkach od kurek wolno chodzących, własne masło, konfitury i inne własnoręcznie wykonane dodatki. Opowiedziałam Teściowej o nieudanej walce mojej Mamy z tortami i od tej pory piekła również dla nas, choć widziałam,że mojej Mamie nie sprawiało to radości, wyraźnie czuła się pokonana.

Mając taki wzorzec, jak moja Teściowa i takie negatywne doświadczenia jak Mama,  bałam się samodzielnie piec torty. Gdy jednak urodziła się nam wnuczka, postanowiłam przełamać swój lęk i na pierwszy ogień poszedł tort urodzinowy dla naszej córki:

                   

Ponieważ Ania jest informatykiem, upiekłam tort w kształcie myszki komputerowej z przytulonym do niej kotkiem w koszyczku symbolizującym Małą Zu.

                  

Po kilku tygodniach wnuczka miała pierwsze urodziny. Jej pierwszym słowem był "koteeeek" i fascynacja kotami, które obok bloku miały swoją bazę pokarmową. Powstał więc tort z kotem, na bazie przepisu na tort o nazwie "Shrek".

                              

Gdy Mała Zu miała drugie urodziny, bohaterem uroczystości był Ciekawski George i jego buzia musiała znaleźć się na torcie.

                

Trzecie urodziny wnuczka chciała obchodził z Księżniczkami. Tu już moje umiejętności zdobnicze musiałam wspomóc opłatkiem z wizerunkami jej ulubienic i dodatkami w nielubianym przeze mnie różowym kolorze. Ale czego się nie robi dla wnuczki ?

Niestety, nie mam zdjęcia tego "dzieła" :)

Dwa tygodnie temu Mała Zu miała czwarte urodziny (Kiedy to zleciało ???). I zażyczyła sobie tortu z Dorą, Butkiem i Rabusiem. Chrzestny czyli nasz G. sfinansował zakup maskotek jej ulubieńców, kupiliśmy też książeczki i film z Dorą zwiedzającą świat.

                 

  A ja upiekłam torcik z opłatkiem "Dora i Butek", obudowany cienkimi czekoladkami Milka i ozdobiony cukrowymi motylkami i kuleczkami.

                 

Dodatkowo upiekłam babeczki w papilotkach z wizerunkami Dory i jej przyjaciół, ozdobione kremem i z wbitymi obrazeczkami na patykach, oczywiście Dora i Butek.

Moje torty nie są dziełami mistrzowskimi, ale wykonuję je starannie, dokładnie wszystko ważę, wykorzystuję naturalne produkty (drobne ozdoby cukrowe i tak nie są zjadane) i dodaję dużo serca :) Mama chyba byłaby ze mnie dumna...

sobota, 13 września 2014

Taka już mam naturę, że odczuwam zażenowanie w imieniu tych, którzy takowych emocji nie znają. Od kilku dni najzwyczajniej w świecie wstydzę się, że mieszkam w mieście, którego "elita" zachowuje się obrzydliwie i niehonorowo.

Najpierw była afera z licznymi aresztowaniami członków tejże "elity" na czele z prezydentem miasta, wszyscy z poważnymi zarzutami korupcyjnymi. Nie było tygodnia, by ktoś z tzw. świecznika nie lądował na Montelupich w Krakowie. Pojawienie się nad miastem helikoptera wywoływało komentarze na temat odwiedzin ABW, CBA lub CBŚ. Obecnie prawie wszyscy z aresztowanych są na wolności i czekają na rozpoczęcie procesów

Tradycją naszego miasta, dumnego z tytułu "Pierwszego Niepodległego", jest organizowanie rautu niepodległościowego w okolicach 11 listopada. Na raut oczywiście obowiązują zaproszenia, na których m.in. znajduje się dopisek, że podczas spotkania zbierane będą pieniądze na cele charytatywne i organizatorzy proszą o wpłatę minimum 100 zł. W raucie bierze udział oczywiście "elita" na czele z władzami świeckimi i duchownymi, szefowie ważnych przedsiębiorstw, uczelni (no tak, mamy takie...), gdzieś tam też pokazują się przedstawiciele instytucji, na rzecz których przeprowadzana jest zbiórka. W ubiegłym roku "elita" zebrała 20 tys. zł

Tymczasem komitet społeczny na rzecz ratowania zabytkowego cmentarza zebrał 24 tysiące. Tam nie elita wrzucała swoje stówki, tam do puszek często wpadał wdowi grosz.

Już wtedy pojawiały się głosy krytykujące organizację wszelkiej maści charytatywnych bali i rautów. Pochłaniają one ogromne kwoty z kasy miejskiej a zamierzone efekty są nikłe w porównaniu z poniesionymi kosztami. Oczywiście pojawili się od razu obrońcy idei łączenia balu i biedy, agresywnie atakujący krytyków.

Że ci ostatni mieli rację, okazało się kilka dni temu. Dziennikarze ujawnili mianowicie, jakie były wyniki finansowe zbiórki pieniędzy przeprowadzonej podczas uroczystości otwarcia siedziby Bractwa Kurkowego. Celem zbiórki było zorganizowanie wyjazdu dla dzieci z ubogich rodzin.

Uroczystość odbyła się z pełnym zadęciem. Były przemówienia, władze miasta, pokropiny przez biskupa, tańce zespołu dziecięcego w strojach szlacheckich, bracia kurkowi w kosztownych strojach (4 tysiące złotych najtańszy zestaw - kontusz, żupan, kołpak futrzany, pas jedwabny na wzór słuckiego, spodnie, baczmagi), delegacje bractw kurkowych z innych miast.

I teraz najlepsze: cała ta gromada zebrała aż 100 złotych!!! Powtarzam: sto złotych polskich !!!

Bractwo Kurkowe ma charakter elitarny. Nie może do niego należeć byle kto. Wśród obecnych braci są wybitni (a więc i drodzy) lekarze, właściciele bardzo dochodowych firm, wzięci adwokaci, należy też do bractwa zawieszony prezydent z zarzutami korupcyjnymi.

I całe to towarzystwo pojawiło się na uroczystości w pełnej gali kontuszowej, obwieszone medalami i odznakami. Puszyło się do zdjęć, częstowało dzieci z zespołu cukierkami... Żeby było śmieszniej (a może smutniej) to w finansowaniu imprezy brało udział starostwo powiatowe dokładając 1500 zł, władze miasta na ten temat nabrały wody w usta, ale raczej pewne jest, że do imprezy się dołożyły.

Dzieci na wycieczkę nie pojechały, wstydliwe 100 zł zdeponowano w kasie bractwa.

Chodzę codziennie z kijkami obok siedziby Bractwa Kurkowego. Od pewnego czasu wieje od niej dziwnym smrodkiem. Czy to smrodek wstydu ?

Bo ja się czuję zawstydzona, wśród członków bractwa jest kilku moich znajomych, którzy naiwnie tłumaczyli, że nie mieli przy sobie portfeli, no bo gdzie je mieli schować ???