Podróż przez życie z licznymi przystankami, w tym również autobusowymi
RSS
wtorek, 24 września 2013

Lecą z drzewa jak dawniej kasztany...

Jest u nas piękny stary park. Lubię tam chodzić i czasem stoję z zadartą głową podziwiając oryginalne, doskonale utrzymane drzewa. Ot na przykład tulipanowiec , liczący blisko 100 lat ale nigdy nie zakwitł w naszych warunkach. Obok olbrzymi platan ze swoją łaciatą korą, magnolia, która zwariowała i wypuściła na te  jesienne chłody kilka kwiatów. Wysoka sosna wejmutka, liczne dęby, które mają szanse dożyć Bartkowego wieku.

I kasztanowce. Biedne, chorujące z powodu szrotówka, ale wydające liczne kasztany. I to jest cel mojej wędrówki. Kocham kasztany, nic mnie nie powstrzyma przed przytarganiem do domu torby wypełnionej błyszczącymi, brązowymi kulami.

Przypomina mi się moje dzieciństwo. Za chatą moich Dziadków rósł wielki kasztanowiec, jedyny we wsi. Któryś prapradziadek przyniósł sadzonkę z pobliskiego ziemiańskiego dworu, gdzie kasztanowce ocieniały aleję wjazdową. Kiedy kasztany zaczynały spadać, rosło moje znaczenie wśród rówieśników. Wspólnie robiliśmy ludziki, koniki, z kasztanów, żołędzi i patyczków, to były najmilsze lekcje w naszej biednej wiejskiej szkole.

Do naszych jesiennych zabaw niewiele było trzeba: duże kasztany to były byki, mniejsze krówki a najmniejsze maleństwa to cielątka. Kasztany kojarzyły się nam z krowami, ponieważ hodowane we wsi bydło należało do rasy czerwonej polskiej i miało właśnie takie jasnokasztanowe umaszczenie. Więc "wyprowadzaliśmy" nasze stada na pastwiska, byki walczyły ze sobą (staraliśmy się swoim kasztanem wybić kasztan kolegi z koła imitującego pastwisko), sprzedawaliśmy je sobie wzajemnie.

Chodziliśmy też zbierać żołędzie, wiem, że niektóre gospodynie suszyły je na "kawę" ale moi dziadkowie takiego specjału nigdy nie robili. Natomiast zbieraliśmy je, żeby zimą wynosić do karmnika na leśnej polanie.

Więc wczoraj nazbierałam kasztanów przypominając sobie rówieśników moich zabaw: Jaśka, który później poszedł najgorszą drogą, Gienka, który zmarł na szkarlatynę w latach szkoły zawodowej, Kazka, który tyrał na gospodarce jak wół i spał na lekcjach, Stasia, który wracając z wojska do domu upadł nieszczęśliwie i po kilku dniach zmarł, Bartka... Romka... Adama ....

A gdzie koleżanki ? Ku mojemu żalowi w naszym przysiółku nie miałam koleżanek, wszystkie córki sąsiadów były ode mnie starsze. Więc bawiłam się z kolegami. Może dlatego w dorosłym życiu a zwłaszcza w latach aktywności zawodowej łatwiej mi było zawsze dogadać się z facetami ? Na przykład wolałam, żeby do szkoły przychodzili ojcowie uczniów. Rozmowa z nimi była zawsze konkretna: to i to, tak i tak, i zwykle przynosiła rezultaty. Natomiast wiele rozmów z matkami to była droga przez mękę, ja swoje - mama ucznia swoje, brak umiejętności słuchania tego, co ja mówię, nastawienie na walkę o swoje lwiątko.

A kasztany znowu spadają...

10:51, atojaxxl
Link Komentarze (1) »
środa, 18 września 2013

Traktujcie to jako aneks do poprzedniego wpisu: ŻYJĘ !!! I nie doczekałam do północy, po prostu usnęłam otoczona papierzyskami. Obudziłam się koło 3.00, za oknem padał deszcz, pijany sąsiad kiwał się pod bramą... Czyli mam kolejny rok darowany :)

10:40, atojaxxl
Link Komentarze (1) »
wtorek, 17 września 2013

Dziś ważna data historyczna, rocznica agresji ZSRR na Polskę i rocznica ostatecznego opuszczenia naszego kraju przez żołnierzy tegoż agresora, choć podobno przebywali u nas tak długo w celach pokojowych. Jak było tak było, w każdym razie ja się cieszę, że już tych młodzieńców ściskających jakieś grosze w garści nie spotykam w naszym sklepie. Stacjonowali bowiem niedaleko naszego miasta i po otrzymaniu żołdu przyjeżdżali na zakupy.

Dla mnie prywatnie 17 września ma inne znaczenie. Zaznaczam od razu, że należę do ludzi myślących racjonalnie, jestem daleka od wróżb, magii i horoskopów. A jednak...

Ponad 25 lat temu miałam rozmaite problemy osobiste, z każdej strony coś się sypało i rozpadało. Miałam więc też problemy z zasypianiem. Pewnej nocy jednak spałam dobrze i mocno.

I przyśnił mi się mój Dziadek Stefan. W swoim odwiecznym czarnym garniturze, białej koszuli ciasno zapiętej pod szyją, siedział na wozie zaprzężonym w dwa konie. Ja siedziałam na kamiennym progu domu moich Dziadków, w którym się wychowałam. Zapytałam Dziadka, dokąd jedzie. Odpowiedział: jak to gdzie, na jarmark do Ł.

A ja wtedy zaczęłam prosić: Dziadziu, weź mnie ze sobą, tak mi tu źle, nic mi się nie udaje, wszyscy mają do mnie o coś pretensje, ja już tu nie chcę być, zabierz mnie ze sobą.

A Dziadek popatrzył na mnie tymi swoimi siwymi oczami i powiedział: O nie, moja wnuczko, Ty musisz tu zostać, Ty masz jeszcze dużo do zrobienia. Ale będę o Tobie pamiętał, przyjdę po ciebie 17 września. Zaciął konie i odjechał w jakąś taką chmurę dymu z pastwiska, przez którą nie było widać drogi.

Sen mara. Tak, ale wtedy, gdy we śnie odbyłam tę rozmowę z Dziadkiem, On już nie żył od kilkunastu lat. Pochowaliśmy Go w tym odwiecznym i jedynym czarnym garniturze a ja osobiście zapinałam Mu tę białą koszulę ciasno pod szyją.

Od tego czasu mam głębokie przekonanie, że Dziadek wyznaczył mi datę odejścia z tego świata. Zapomniał tylko dodać roku...

PS Będę jak co roku siedzieć do północy i porządkować papiery... Mam nadzieję, że jutro się odezwę :)