Podróż przez życie z licznymi przystankami, w tym również autobusowymi
RSS
środa, 19 września 2012

Ten przystanek znajduje się niedaleko szkoły nr 11 i z niego najbliżej na największe place targowe miasta przy ulicy Giełdowej: nową "kapłanówkę", giełdę owocowo-warzywną, do hali
"Flomarku"a wcześniej jest ulica nomen omen Hodowlana pełna hurtowni, sklepów i giełd kwiatowych. Wszędzie dominującym akcentem są wrzosy i wrzośce.

Mam do tych roślinek szczególny sentyment. Gdy spędzałam wakacje u Dziadków, czekałam niecierpliwie, aby na pobliskich leśnych polanach zakwitły wrzosy - oznaczające niestety koniec mojej swobody i konieczność powrotu do miasta, ale też zapowiedź, że za rok znowu tam wrócę. Zabierałam ze sobą - jak mawiał mój Dziadek - wiecheć kwitnącego wrzosu i zasuszałam w domu. Nie pozwalałam nikomu go wyrzucać dopóki nie przywiozłam nowego. W zimowe wieczory przypominał mi beztroskie dni, kiedy w towarzystwie rówieśników ze wsi biegaliśmy nad rzeczkę, chodziliśmy na grzyby, zbieraliśmy pełne kanki jagód, a gdy trzeba było - stawaliśmy na równi z dorosłymi do pracy przy żniwach.

Kwitnące wrzosy przywołują też mój osobisty i nieskrywany sentyment do twórczości  Marii Rodziewiczówny. To dopiero była wspaniała i dzielna postać, pisarka kresów, nauczycielka polskości i patriotyzmu, niezłomna do końca życia mimo straszliwej biedy i poniewierki, w jakiej przyszło Jej zakończyć życie.

Na "Lecie leśnych ludzi" tysiące dzieciaków uczyły się miłości do przyrody. Wzruszał i przerażał "Straszny dziadunio", szumiał "Dewajtis", tragicznie umierał "Magnat", w sumie ponad 40 tytułów, które dziś wydają się być staroświeckie, nieprzystające do współczesnego wyścigu o wszystko. Bohaterowie Rodziewiczówny, jeśli już stawali do jakiegoś wyścigu, to o godność, o honor, o wolność, o dobre imię i szacunek.

Do jednej z bibliotek ktoś oddał wszystkie książki pani Marii w ramach porządków po zmarłej nauczycielce. Są one dostępne w ramach bookcrossingu i ja co kilka dni zabieram z półki kolejną porcję. Właśnie skończyłam czytać "Wrzos"...

***numer dodam za kilka dni, gdzieś posiałam notesik z zapisanymi numerami wszystkich przystanków :)

sobota, 08 września 2012

Toczy się dyskusja, oj toczy ... w gazetach papierowych, w necie, w telewizji. Profesor M. odważył się napisać parę mocnych słów o specyficznej grupie młodych matek, którą nazwał "babami wózkowymi".

Z racji sprawowania opieki nad wnuczką bywam z nią często w miejscach, gdzie dominują młode mamy. Więc jako mój wkład w dyskusję przytoczę tylko kilka przykładów, a wnioski zostawię ewentualnym czytelnikom.

Przykład pierwszy - jedziemy na działkę. Kilka przystanków wcześniej przesiadamy się do właściwego autobusu, ponieważ tutaj jest już w miarę pusty i nie ma problemu z zajęciem miejsca. Podjeżdża city-bus, mały z 13 miejscami do siedzenia. Niskie podwozie, szerokie przejścia i 9 wolnych foteli. Jednak na drodze do nich stoi wózek, wózek kombajn obwieszony torbami, koszykami, wypełniony zakupami wśród których tkwi może 10-miesięczny chłopczyk. Mama dziecka siedzi wygodnie i ćwierka do synka. Ale wózek stoi w poprzek i blokuje dostęp do miejsc siedzących. Na moja prośbę o przestawienie matka wybucha agresywnym słowotokiem, z którego wniosek jest taki: mam wysiąść, przejść do przednich drzwi i wsiąść z powrotem. Wnuczkę mam na rękach, na drugim ramieniu torbę z rzeczami, ale dla tej mamusi to nie problem:wyjdę, wsiądę i usiądę zakładając, że kierowca będzie cierpliwie czekał na koniec tych manewrów. Zwróciłam się więc do kierowcy o interwencję, dopiero po jego stanowczym żądaniu przestawienia wózka i przypięcia go specjalnymi pasami obrażona mama odblokowała dostęp do 3/4 autobusu.

Przykład drugi - w przychodni dla dzieci zdrowych kilkoro maluchów czeka na szczepienie. Wchodzi kolejna matka z dzieckiem i ustawia się pod drzwiami gabinetu, bo "ona tylko się zapyta, czy pani doktor przyjmie". Problem w tym, że dziecko nie idzie do szczepienia, dziecko powinno być na dole, w poradni dla chorych. Tutaj są dzieci zapisane dużo wcześniej, z potwierdzonymi wizytami, na które czeka się czasem i miesiąc. Na szczęście interwencja pielęgniarki zmusiła mamuśkę do zejścia na dół i przejścia do drugiej poradni. A ile się nagadała przy tym, że ona z chorym dzieckiem ma większe prawo niż te ze zdrowymi...

Przykład trzeci - przychodnia dla dzieci chorych. Obok recepcji jest wózkownia, tam należy zostawić wózek, a do poczekalni przejść z maluchem. Jednak mama wózkowa usiłuje wjechać swoim wieloczynnościowym kombajnem do poczekalni, ponieważ ... nie zostawi wózka z zakupami w wózkowni. Tu już interweniują mamy z kolejki, a wtedy się okazuje, że są bezczelne, bo ona ma drogie zakupy a poza tym dziecko śpi a poza tym to ona go na rękach nie ma zamiaru trzymać a poza tym nikt jej nie będzie mówił,gdzie ma wózek postawić a poza tym... wyszła lekarka i zażądała ciszy !!!

Przykład czwarty - nieduży osiedlowy sklepik samoobsługowy, na zakupy przychodzi rodzina, ojciec zostaje z 4-latkiem na zewnątrz a mama wjeżdża kombajnem do środka. I w tym momencie sklep można zamknąć dopóki nie zrobi zakupów. Po minięciu kołowrotka stawia wózek i wybiera owoce, długo, staranie ogląda 3 pomidory, odkłada wybrane wcześniej jabłka i przewraca winogrona, znowu bierze jabłka i obmacuje gruszki. Za wózkiem zaczynają się gromadzić nowi klienci. Na uwagę odpowiada :"No przecież robię zakupy, no przecież ja mam dziecko, no przecież może pan poczekać". Trafiła akurat na "niemogącegoczekać", który odważył się wózek przesunąć. "Jakie chamstwo, proszę mi dziecka nie dotykać, gdzie się panu tak śpieszy!!! Ja mam tu dziecko, ja chce spokojnie zakupy zrobić !!!" Szkoda mi klawiatury na opis wybierania kilku plasterków wędliny, jaki potem nastąpił. W końcu do sklepu zajrzał znudzony mąż i jeszcze bardziej znudzony 4-latek "Co Ty tak długo się grzebiesz, ile mamy na ciebie czekać. Dlaczego ty stoisz w kolejce, przecież jesteś z dzieckiem, to masz prawo bez kolejki "itd itp

Tagi: wychowanie
18:44, atojaxxl
Link Dodaj komentarz »
piątek, 07 września 2012

Ten przystanek usytuowany jest niedaleko skrzyżowania Nowego Światu i Romanowicza, służy tylko jednej linii 3 razy dziennie. Tutaj zatrzymuję się z wnuczką, gdy mama odbiera ją bezpośrednio po wyprawie do parku.

Albowiem moja wnuczka uwielbia park, a zwłaszcza ogród jordanowski (kto dziś jeszcze pamięta, co kryje się za tą nazwą ???). Może tam przebywać godzinami niezmordowanie wspinając się na najwyższą zjeżdżalnię, próbując sił na równoważni, biegając wewnątrz drewnianego pociągu czy cierpliwie budując babki z piasku.

Plac zabaw jest zadbany, pełen atrakcji dla różnego wieku dzieci. Można zjeść lody, gofry, wypić sok, jest czysta toaleta. W godzinach obiadowych panuje tu spokój, nie ma walki o kolejkę do zjeżdżania czy o własne zabawki w piaskownicy.

Niestety, po jakimś czasie pojawia się ON - ogromnego wzrostu mężczyzna, który rozstawia nadmuchiwany zamek i trampolinę (batut) do podskakiwania. Za nim uwiązuje swój biznes sprzedawca nadmuchiwanych odpustowych koszmarków.

I zaczyna się - dzieci ciągną jak muchy do g...a, prawie każde chce poskakać, powspinać się na zamek i zjechać. Przyjemność ta nie jest tania - 5 zł za 6 minut skakania !!! W dodatku trampolina ma zepsute zabezpieczenie, jakim jest zamek błyskawiczny, ON próbuje to zamaskować ale nie do końca mu się to udaje.

Wiem jak wnuczka mimo swojego "wieku" uwielbia skakanie, więc funduję jej tę rozrywkę i sama pilnuję wejścia na trampolinę, które ON powinien zasunąć dokładnie i do końca. Kilka dni wcześniej na innej imprezie byłam świadkiem, jak może się zakończyć zabawa przy braku tego zabezpieczenia - dziecko wypadłoby na beton, gdyby nie refleks ojca.

I tak sobie myślę : czy tzw. miasto jest w takiej biedzie, że musi udostępniać ogródek jordanowski właścicielom typowo odpustowych rozrywek ?

5 złotych za 6 minut bezmyślnego skakania to naprawdę dużo, zwłaszcza w zestawieniu z kosztem pobytu dziecka przez godzinę w klubie malucha, gdzie za opłatę 10 zł ma zapewnioną opiekę, zabawę i towarzystwo rówieśników.

08:49, atojaxxl
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 06 września 2012

Nawet się nie obejrzałam, jak minęły dwa miesiące od ostatniego wpisu. Noszę się z zamiarem rezygnacji z tego bloga, prawie nikt tu nie zagląda, a pisanie dla samego pisania już mi nie sprawia radości.  Poza tym czas mnie prześcignął, stale mi go brakuje...

Przystanek wymieniony w tytule znajduje się przy ul. Szkotnik obok domu handlowego o wdzięcznej socrealistycznej nazwie Świt. Starsi mieszkańcy pamiętają jego najlepsze lata, kiedy był pierwszym nowoczesnym domem towarowym w naszym mieście. Teraz jakoś tam egzystuje ale konkurencji przybywa z każdym dniem.

Na przystanku nr 8 przesiadam się wracając z cmentarza albo z działki. Tym razem wracałam z Mościc, gdzie posadziłam Małemu wrzosy z nadzieją, że nikt się nie połakomi na nie. Ogarnęłam też zapadniętą mogiłkę malutkiej Marysi W., tradycyjnie załamałam ręce przy grobie Rodziców i trochę pospacerowałam po nekropolii zwracając uwagę na epitafia. Ponieważ cmentarz nie jest zbyt wiekowy, to i epitafia są skromnie, najczęściej ograniczające się do podstawowych danych osobowych wzbogaconych cytatem z rozmaitych źródeł, niekoniecznie religijnych.

Nie krytykuje tego stanu ponieważ sama też się nie wysiliłam. Na tabliczce Ojczyma widnieje początek pieśni " U drzwi Twoich stoję Panie" a na tabliczce Mamy dalszy ciąg "Czekam na Twe zmiłowanie".

Z kolei na tabliczce Małego znajduje się cytat z piosenki zespołu Wilki "Z Tobą odeszły Anioły". Na innych grobach podobnie - cytaty z Księgi Psalmów np. "Niech Cię wysłucha Pan w dniu utrapienia, niech Cie wzmocni imię Boga Jakubowego", z wierszy ks. Jana Twardowskiego - oklepane niestety "Śpieszmy się kochać ludzi...". 

O "kfiatkach" typu "odeszłeś jak kfiat ścienty do chwały wszystkich świentych" warto tylko wspomnieć jako o pewnej egzotyce (w zestawieniu z wielkim grobowcem bogato zdobionym ten pełen błędów napis wygląda po prostu humorystycznie).

Najbardziej jednak zdumiewa mnie napis na domu przedpogrzebowym. Obok wielkiego krzyża widnieje cytat, a właściwie zaledwie połowa myśli Seneki "Ipsaque mors nihil " (łac. I sama śmierć niczym). Cała myśl brzmi następująco "Post mortem nihil est ipsaque mors nihil" (łac. Po śmierci nie ma nic i sama śmierć niczym) . Słowo "ipsaque" składa się z dwóch wyrazów: ipsa i que, ten ostatni pełni w zdaniu funkcję spójnika "i".

Sama myśl jest manifestacją nihilizmu, przekonania, że wszystko kończy się wraz ze śmiercią. Kto wpadł na pomysł, żeby słowa starożytnego filozofa umieścić w miejscu, gdzie codziennie ludzie wierzący słyszą zapewnienie, że śmierć nie jest końcem, tylko początkiem życia wiecznego ? A może pospolita w obecnych czasach nieznajomość łaciny ma usprawiedliwiać czyjeś niedopatrzenie ? Ale przecież na cmentarzu codziennie są księża, jedyna obok medyków i prawników grupa "zawodowa", dla której ten piękny starożytny język jest językiem urzędowym ? Czy to ładnie tak zawłaszczyć sobie słowa, które Seneka wypowiedział w zupełnie innym kontekście.

Chciałoby się zakrzyknąć "Disce, puer, latinae!!!"