Podróż przez życie z licznymi przystankami, w tym również autobusowymi
RSS
niedziela, 06 sierpnia 2017

Oj, nie było mnie tu dłuuuugo i mogło mnie już całkiem nie być. Jak to w życiu bywa - dobre potrafi w ułamkach sekund przekształcić się w dramat.

Zacznę od dobrego - po kilku miesiącach przygotowań odbył się 3-dniowy zjazd naszej klasy licealnej w 45. rocznice matury. Zjazd zorganizował i sponsorował nasz kolega klasowy, który w pięknym Wrocławiu, po studiach, znalazł pewną niszę na rynku i ciężką pracą doszedł do naprawdę wielkiego majątku. Jest przy tym nadal naszym kolegą, niczym się wśród nas nie wyróżniał (no może tylko szytymi na miarę koszulami i fantastycznymi, ręcznie robionymi butami), miał tyle samo radości ze spotkania, co my wszyscy, w większości już skromnie żyjący emeryci. Zwiedziliśmy afrykarium, Panoramę Racławicką, starówke wrocławską, pływaliśmy specjalnie dla nas wynajętym statkiem po Odrze, zwiedziliśmy firmę naszego kolegi, wybudowany przez niego szpital, a nawet ufundowany wspólnie z żoną kościół w niewielkiej miejscowości. Mieszkaliśmy w świetnym hotelu, mieliśmy kilka rewelacyjnych spotkań przy stole itp. Towarzyszył nam nasz wychowawca, któremu każdy z nas coś zawdzięczał i a co uświadomiliśmy sobie po latach: umiłowanie przyrody, szacunek dla KAŻDEGO człowieka, naturalną chęć niesienia pomocy a poza tym zwyczajną kindersztubę (koledzy wspominali, jak wychowawca ścigał ich w teatrze za dżinsy, musieli wrócić do domu i się przebrać)

Spotkanie było okazja do wspomnień, śmiechu, ale również łez. Mimo początkowej rezerwy czułam się fantastycznie, zapomniałam o codzienności i chorobie.

Kilkanaście dni po powrocie wylądowałam w szpitalu. Nie chcę wdawać się w szczegóły, ale życie zawdzięczam zdecydowanej postawie córki, która na moje "może mi samo przejdzie" zapakowała mnie w samochód i zawiozła  do całodobowej przechodni, gdzie lekarka nawet wiele nie pytała, tylko dała skierowanie na cito do szpitala. Bałam się tego, bo wiedziałam, ile czeka się na SORze, gdy przyjeżdża się samodzielnie.

O dziwo, tam też nikt nie szukał dziury w całym,dostałam czerwoną linię (zagrożenie życia), po niezbędnych czynnościach administracyjnych i badaniach wylądowałam na szpitalnym łóżku i po ustabilizowaniu stanu - na stole operacyjnym. 

Operowali mnie dwaj młodzi lekarze, którzy w przeciwieństwie do tzw. miejscowych sław najpierw rzetelnie mi wszystko wyjaśnili i obrazowo opisali, co się będzie działo, jakie mogą być powikłania, pięknie skroili co trzeba i bardzo ładnie mnie sfastrygowali :) Jestem w domu, szwy goją się jak na psie mimo upałów. Czuję się dobrze. Tylko od czasu do czasu przypominam sobie moją ostatnią myśl przed zaśnięciem na stole operacyjnym: czy widok lamp nade mną nie jest przypadkiem ostatnim widokiem w moim życiu :)

Widać mam jeszcze coś dobrego do zrobienia, skoro wróciłam między żywych :) I przy okazji do bloga. Pozdrawiam wszystkich serdecznie.

Życie jest piękne !!!

Tagi: ludzie
09:38, atojaxxl
Link Komentarze (6) »