Podróż przez życie z licznymi przystankami, w tym również autobusowymi
RSS
czwartek, 11 sierpnia 2016

Jest coś takiego w charakterze wielu naszych rodaków, żeby na wszelki wypadek nie podporządkowywać się nakazom, zakazom, ostrzeżeniom, przepisom. "Wiem ile mogę", "Sam o siebie umiem zadbać", "Dorosły jestem", "Przecież widzę".

Miałam chyba pecha, ponieważ prawie wszyscy mężczyźni w rodzinie mieli taki cholerny zwyczaj pokazywania, gdzie można sobie wetknąć wszelkie  na przykład zakazy kąpieli, przechodzenia w niedozwolonym miejscu, palenia ognisk itp.

Ojczym był elektrykiem, wobec czego uważał, że jemu prąd nic nie zrobi i miał zwyczaj powtarzać "elektryka prąd nie tyka", gdy trzeba było coś w domu naprawić, a on nie wyłączał zasilania. Mama dostawała białej gorączki, gdy grzebał w żelazku lub gniazdku bez wyłączenia prądu. No i raz w pracy prąd pokazał elektrykowi, co potrafi zrobić, gdy się go lekceważy. Ojczym cudem przeżył, lekarze mówili, że to po prostu niewiarygodne, po takiej dawce napięcia, jakie przez niego przepłynęło.

Prąd nauczył go rozumu, ale w innych sprawach pozostał niezmienny. Pojechaliśmy nad morze do Łeby, dla mnie pierwszy w życiu wyjazd nad Bałtyk. Ojczym z nowiuteńką kartą pływacką zdaną w wodzie stojącej (Jezioro Rożnowskie), pływał stylem tzw. rozpaczliwym ale pływał. Ja coś tam umiałam, ale nie na tyle, żeby samodzielnie wypuszczać się dalej od brzegu, lubiłam mieć pewność, że grunt blisko:) Mama pływać nie umiała, podobnie jak reszta towarzystwa składającego się z jej znajomych z pracy.

Na plaży w Łebie byli ratownicy, woda - po niedawnym sztormie - niezbyt sprzyjała kąpielom, więc chlapałam się na materacu tuż przy brzegu. Ojczym, wbrew woli mamy, odciągnął mnie z materacem trochę dalej, sam wrócił na brzeg. Najpierw mi się swobodne bujanie spodobało, ale w końcu też chciałam wrócić na brzeg. "Wiosłowałam" rękami, ale fale mnie odbijały od brzegu. Zeskoczyłam więc z materaca przekonana, że pod spodem jest grunt. I zawiodłam się okrutnie - pod moimi nogami był dół wybity przez sztorm. Materac mi odpłynął, ja się zanurzyłam i poszłam na dół. Jakoś mi się udało dotrzeć na powierzchnię, przez głowę przelatywały mi pouczenia z nauki pływania. Ale cóż, te same fale, które zabrały mi materac, miotały mną i odpychały od brzegu. Ręce mi mdlały, widziałam tylko, że wszyscy się ze mnie śmieją siedząc na kocach. Byli kilkanaście metrów ode mnie!!!

Tylko nieznajomy młody człowiek zorientował się, że ja po prostu za chwilę pójdę ostatni raz na dno. Coś wrzasnął do ratownika i obydwaj do mnie dopłynęli. Praktycznie wywlekli mnie półprzytomną na brzeg. Wtedy ratownik opieprzył ojczyma, a ten drugi pomagał mi zwrócił słoną wodę. Dzięki niemu żyję.

Po 10 latach pojechałam do Łeby jako wychowawczyni na kolonię. W dniu naszego przyjazdu na sąsiedniej kolonii ze Śląska utonęło dziecko - po sztormie nikt nie sprawdził stanu oznakowanego bojkami kąpieliska. Chłopczyk - podobnie jak ja wcześniej - wpadł w dół..

Dziś w Ustce znaleziono ciało 7-letniej dziewczynki, którą ojciec stracił z oczu po wejściu do wody przy czerwonej fladze... Kilka dni wcześniej w Łebie morze oddało ciało 11-letniej dziewczynki, która też wraz z bratem wziął ojciec do wody przy czerwonej fladze... W tych dzieciach zobaczyłam siebie sprzed 50. lat. I mojego ojczyma zapewniającego, że nic mi się nie stanie, bo w razie czego on ma kartę pływacką. I wszystkich lekkomyślnych ojców przekonanych, że są ponad nakazy i zakazy.

Tagi: ludzie
17:49, atojaxxl
Link Komentarze (6) »
czwartek, 04 sierpnia 2016

Przez rozmaite fora i media przetacza się co jakiś czas dyskusja o tzw. mamuśkach, zapatrzonych w swoje dzieci ludzkich samicach, które po wydaniu na świat jednej czy drugiej pociechy oczekują królewskich hołdów i wszelkich przywilejów tudzież zachwytów nad swoim potomstwem i poświęceniem dla niego. Ostatnio wrócił na łamy temat publicznego karmienia piersią i zachowania dzieci w restauracjach. Nie będę Wam zawracała głowy moją opinią na ten temat. 

Zajmuję się wakacyjnie moją wnuczką Małą Zu. Staram się jej zapewnić nie tylko posiłki i opiekę, ale również rozmaite pożyteczne zajęcia. Co tydzień bierzemy udział w festiwalu sztuk ulicznych, który oprócz wrażeń artystycznych dostarcza mi osobiście wielu ciekawych obserwacji.

Siedzę na ławce, otaczającej kwadratem drzewo i klombik. Do ławki podjeżdża kombajnem wieloczynnościowym (czytaj - wózkiem) młoda mama z trójką dzieci. W kombajnie wypełnionym torbami z zakupami, gdzieś tam na samym jego dnie leży kilkumiesięczne niemowlę, a obok wózka 3-latka i 5-latek. Matka spogląda na ławkę i woła:

"Nie siadej tu, jedziemy dalej, ta ławka jest brudna jak ..uj."

Na to 5-latek radośnie:

"Jak taty ..uj, mama, jak taty, mama powiedz".

Mama przeciągle i z uśmiechem:

"Noooooo...."

Jednakowoż usiedli na tej brudnej ławce i czekają na występ klaunów. Z wózka słychać postękiwanie i popłakiwanie malucha, co matka skwitowała :"No ..uj z nim, znowu się pewnie pos..ł". Klaunów nadal nie było, matka posłała w przestrzeń kolejną porcję przekleństw i wreszcie odjechali.

Scenka z dziś: park, samo południe, mnóstwo dzieci w ogrodzie jordanowskim, upał. Pod rozłożystym dębem zajęła ławkę kolejna mama z dwoma maluchami. Bezmyślnie pozwoliła im zdjąć buty i puściła samopas. Chłopczyk mający może z półtora roku pobiegł za starszym bratem i wszedł bosymi nóżkami na czarną, rozgrzaną matę bezpieczeństwa pod zjeżdżalniami. Powiem szczerze, nawet przez obuwie czuć tam było gorąco po stopami.

Dzieciak po prostu poparzył sobie stópki. Wył jak obdzierany ze skóry, próbował wspinać się na paluszki, przewrócił się i upadł policzkiem na podłoże. Myślicie, że mamuśka się śpieszyła ? Najbliżej stojący dorosły rzucił się i wziął na ręce dziecko wierzgające i wyjące, ktoś inny podbiegł z wodą i lodem.

I trzeba przyznać, że mamuśce się dostało od ludzi jak chyba nigdy. I jak myślicie, kto był winien? "Co za ciul wymyślił takie dziadostwo, żeby se dzieci nogi parzyły? Co za ciul?". O tym, że w takim miejscu, gdzie mogą być nawet odłamki szkła, dzieci nie powinny biegać boso, mamuśka nawet nie pomyślała. Po owinięciu przez obcą osobę nóżek dziecka zimnym okładem mamuśka zapakowała potomstwo do wózka i przeklinając, dostojnie odjechała.

A reakcja mojej młodej sąsiadki, matki dzieciom, w ich zresztą obecności, na moje ubolewanie, że kuna zniszczyła lęgi w kilku gniazdach drozdów? "No i dobrze im zrobiła tym ptokom. Bo ino lotajo, srajo i sie dro" 

Mnie osobiście matka karmiąca dziecko piersią w miejscu publicznym nie przeszkadza. Dzieci w restauracji? No cóż, miałam tylko raz niedobre doświadczenie, może za mało bywam w takich miejscach. Ale matka bezmyślna, wulgarna, przeklinająca w obecności dzieci i niemająca sobie nic do zarzucenia przeszkadzać mi będzie zawsze. I zawsze będę zwracać im uwagę nawet za cenę nazwania mnie starą głupią ci.ą.

Tagi: ludzie
17:41, atojaxxl
Link Komentarze (5) »