Podróż przez życie z licznymi przystankami, w tym również autobusowymi
RSS
niedziela, 26 lipca 2015

Codziennie, kilkanaście razy wchodził do mojego domu.

Szczupły, przystojny, z wypielęgnowanym krótkim zarostem, wchodził pozornie niedbałym krokiem.

Potem siedział i myślał.

Energicznym ruchem odwracał głowę i spoglądał głęboko w oczy, a jego magnetyczne spojrzenie przyciągało uwagę.

Richard Virenque.

Niegdyś król kolarstwa szosowego i uczestnik skandalu dopingowego.

Już nie wejdzie do mojego domu.

Skończył się Tour de France :(

PS Nie zwariowałam i nie uderzył mi upał na mózg. Po prostu kocham wielkie toury kolarskie, a z tegorocznego dość nudnego Tour de France najbardziej zapamiętałam właśnie reklamę zegarków Festiny z udziałem sympatycznego Richarda Virenque.

20:08, atojaxxl
Link Komentarze (1) »
wtorek, 14 lipca 2015

Od kilku miesięcy gości w moim mieście rewelacyjna wystawa poświęcona toruńskim piernikom. Świetnie przygotowana, wielu rzeczy można dotknąć, pomieszać w pojemnikach z przyprawami, a także ... własnoręcznie upiec i udekorować piernik z ciasta przygotowanego wcześniej przez pracowników muzeum. Obiecywałam Małej Zu wyprawę na tę wystawę i na warsztaty pierniczkowe. Wcześniej przypomniałyśmy sobie, z czego piekłyśmy w grudniu nasze domowe pierniczki, jakich przypraw używałyśmy. Dodatkowo przeczytałyśmy baśń o piernikowej karecie.

Tak przygotowane ruszyłyśmy do muzeum. W holu przywitał nas kupiec korzenny, oferujący przywiezione zza mórz kosztowne przyprawy

pierniki

Następnie z wydatną pomocą pań przewodniczek wykonałyśmy czapki cukierników, w których należało zwiedzać wystawę i piec pierniki

pierniki

(od pewnego czasu Mała Zu pozuje, choć staram się uchwycić naturalne zachowania)

Wyposażone w czapki dzieci ruszyły zwiedzać. Najpierw poznały historię pierników, ich znaczenie dla zdrowia, a także uczyły się poznawać przyprawy, które pani przewodniczka podawała im w glinianych naczyniach. Byłam dumna z Małej Zu, ponieważ rozpoznała prawie wszystko, poległa na kardamonie :)

pierniki

Potem oglądaliśmy liczne, stare formy do wyciskania pierników, w tym niektóre okazy z tzw. serii form królewskich

pierniki

Przerwaliśmy zwiedzanie, ponieważ przyszedł czas, by zmierzyć się z ciastem i formami:

pierniki

Mała Zu samodzielnie wysmarowała formy olejem, wywałkowała ciasto i ugniotła je w formie, babcia pomogła wyjąć i odciąć niepotrzebne kawałki ciasta. Gotowe, surowe pierniki powędrowały do pieca, a dzieci poszły ... też do pieca, czyli na tę część wystawy, która pokazuje sam dawny proces pieczenia pieników. Siedząc na wygodnych poduszkach wysłuchały wierszowanej baśni o piernikowej karecie, podzieliły się wrażeniami i obejrzały piekarza i jego piec

                               pierniki

Po obejrzeniu wystawy poświęconej rozwojowi przemysłu piernikarskiego w Toruniu, dawnego sklepu z piernikami i ekspozycji przecudnych opakowań współczesnych pierniczków z "Kopernika", przyszła pora na dokończenie dzieła czyli dekorowanie pierników. Najpierw jednak dzieci wykonały sobie torebki na swoje dzieła a potem jak które umiało, tak dekorowało lukrami swoje wypieki

pierniki

Mala Zu wykonała wiatraczek i ptaszka, którego powyżej pracowicie pomalowała czerwonym lukrem:)

Po zwiedzaniu, umyciu rąk i zapakowaniu swoich pierniczków, kupiłyśmy jeszcze kilka paczek prawdziwych toruńskich katarzynek. A potem powędrowałyśmy do pobliskiej galerii artystów niepełnosprawnych "Aniołowo", gdzie nasz G. wraz z grupą koleżanek i kolegów z WTZ przygotowuje obrazy, mozaiki i inne pamiątki związane z naszym miastem. Mała Zu nie pozwoliła zdjąć sobie czapki cukiernika i tak przemaszerowałyśmy całe miasto :) Tu na zdjęciu Mała Zu i nasz G., który jest jej ojcem chrzestnym :)

galeria

Po drodze do domu, zapisałyśmy się na warsztaty z bartnikiem i pszczółkami. Mała Zu uwielbia miód, więc będą to dla niej bardzo atrakcyjne zajęcia.

Muszę w tym miejscu pochwalić nasze muzeum, które wykonuje wspaniałą pracę edukacyjną wśród najmłodszych, organizując liczne zajęcia :) Dziękujemy :)

21:48, atojaxxl
Link Komentarze (7) »
piątek, 10 lipca 2015

Ha! Niebawem stanę się weteranką konkursów bloxowych, bo oto znów wygrałam jedną z pięciu równoważnych nagród w konkursie bloxa. Konkurs był nieskomplikowany, należało udzielić kreatywnej odpowiedzi na pytanie, na co  kot może mieć chęć i dlaczego oczy kota świecą w nocy. Pretekstem do konkursu stało się wydanie książki Doroty Sumińskiej "Dlaczego oczy kota świecą w nocy". Książkę ilustrowała znana blogerka Joanna Żero.

Nagroda

Napisałam 4- wersowy wierszyk i w ten sposób stałam się szczęśliwą posiadaczką wyżej pokazanej książki, wzbogaconej o autografy obydwu autorek.

                 Nagroda2

Kochani, jeżeli chcecie udowodnić sobie samym, dzieciom i wnukom, że na każde pytanie jest odpowiedź, to niezwłocznie zaopatrzcie się w tę książkę. Niezwykle starannie wydana przez moje ulubione Wydawnictwo Literackie w myśl zasady, że dla dzieci wydaje się tak samo jak dla dorosłych tylko lepiej.

Dzieci zadają tysiące pytań i oczekują przynajmniej tylu odpowiedzi. Teraz możecie, czytając razem razem z dzieckiem, dowiedzieć się, dlaczego ryba nie topi się w wodzie, dlaczego pies macha ogonem, po co jeżowi kolce, czy drzewo czuje ból, skąd się biorą sny, dlaczego ludzie i zwierzęta umierają. I oczywiście dlaczego oczy kota świecą w nocy.

Nagroda3

Zachwycają rysunki; staranne, uwzględniające możliwości percepcyjne dziecka. Zwierzątka Joanny Żero to nie dziwolągi ze snu szalonego malarza, to piękne postaci z pogranicza rzeczywistości i baśni. Mnie osobiście ujęła za serce okładkowa myszka czytająca "Kota w butach" w świetle padającym z oczu rudego, uśmiechniętego kocura.

Nagroda 4

Ostatni raz zachwycałam się tak książką kupioną dla Małej Zu, której bohaterką była Gąska Zuzia, z rysunkami Petra Horacka. To właśnie tej klasy wydania zachęcają dzieci do czytania i poznawania świata przyrody.

Pani Doroto, Pani Joanno, Bloxie - dziękuję !

Tagi: konkursy
18:09, atojaxxl
Link Komentarze (5) »
czwartek, 09 lipca 2015

Jakoś tak się u nas składa, że zawsze coś ludzi zaskakuje, a najbardziej tych, którzy powinni być rzetelnie do danej sytuacji przygotowani. I tak zima zwykle zaskakuje drogowców, wiosna - służby miejskie odpowiadające za uprzątnięcie pozimowego bałaganu, lato - kolejarzy podstawiających mniej wagonów dla podróżnych, jesień - służbę zdrowia zawsze wtedy zdziwioną, że oto przybyło chorych w przychodniach. Dawniej jeszcze lato zaskakiwało fabryki sznurka do snopowiązałek, na którego brak zawsze narzekali rolnicy...

Okazuje się, ze w tym roku wakacje zaskoczyły rodziców !!! Nie wiedzieli biedni przez całe 10 miesięcy roku szkolnego, że dzień rozdania świadectw rozpoczyna dla ich pociech okres wypoczynku, letniej laby, dłuższego wylegiwania się w łózkach, ale przede wszystkim - czas wolności od szkolnych obowiązków. Wielu z rodziców właśnie teraz narzeka i domaga się, by szkoły przejęły ich obowiązki opiekuńcze i zapewniły dzieciom atrakcje wakacyjne.

Ba, narzekają też ci, którzy zapisali dzieci na półkolonie organizowane w tych niedobrych szkołach, bo nie pasuje im czas. Dzieci przychodzą na 8.00, jedzą śniadanie (większość przychodzi o suchym - przepraszam - pysku, no bo po co dać dziecku w domu kromkę chleba z masłem, w szkole dostanie...). Po śniadaniu dzieci wyruszają z wychowawcami na wycieczki, na basen, do parku, zwiedzają wystawy i muzea. O 13.00 wracają na obiad, potem mają chwilę spokojnego relaksu (nie muszą spać, ale mogą słuchać muzyki, głośnego czytania itp), potem zajęcia sportowe lub kulturalne, jakieś teatrzyki, kabarety, podwieczorek i między 15.00 - 16.00 dzieciaki wracają do domów. No to o co chodzi ?

No o to właśnie, że to za krótko: powinno być przynajmniej od 7.00 do 17.00 a nawet do 18.00.

No to ja pytam, po co tym ludziom dzieci.

Znam sytuacje, gdy do żłobka przyprowadzano chłopczyka tuż po 6.00 rano a odbierano zwykle z opóźnieniem po 17.00. Malec do wszystkich mężczyzn mówił tata, do każdej kobiety biegł z okrzykiem mama. Tak samo było w przedszkolu. Gdy zaczął naukę w I klasie, matka przyprowadzała go do szkoły przed 6.30 ( o tej porze zaczynał pracę woźny), nigdy nie odbierano go w terminie, często przysypiał w moim gabinecie, dokąd zabierałam go, gdy świetlica kończyła pracę... Nie wiem jak potoczyły się jego losy, odeszłam na emeryturę.

Obowiązuje u nas zasada: o nauczycielach albo źle albo wcale. Jeśli źle, to oczywiście są niedouczeni, z przypadku, złośliwi, niesprawiedliwi, nie dostali się na inne studia, to zostali nauczycielami, czekają tylko na prezenty, siedzą na zwolnieniach, biorą pieniądze za nic itp itd. Jednocześnie te same osoby hejtujące nauczycieli na różnych forach w ciągu roku szkolnego,  bardzo ochoczo oddałyby w ich ręce swoje dzieci na czas wakacji. Tak, tak, w ręce tych niedouczonych, leniwych i przypadkowych nauczycieli.

Pracowałam w szkole na tyle długo, że wiem, jak dzieci przyjmują wiadomość, że w czasie wakacji będą chodzić do szkoły, że będą wstawać nadal o 6.00, jeść znienawidzoną zupę mleczną, znosić niemiłych kolegów i złośliwe koleżanki. 10 (słownie - dziesięć) miesięcy roku szkolnego to wystarczająco dużo, by zaplanować i zapewnić dziecku opiekę, dogadać się z rodziną, z sąsiadkami, z organizacjami.

Ja osobiście najbardziej lubiłam wyjazdy do dziadków na wieś, nigdy nie byłam na koloniach, półkoloniach itp. Jeździłam natomiast na obozy zuchowe i harcerskie. Gdy byłam starsza - wymieniałam się z kuzynkami: ja jechałam do cioci na 2 - 3 tygodnie, potem kuzynki przyjeżdżały do nas. Spałyśmy na podłodze na materacach, latałyśmy na basen - o zgrozo same !!! Umiałyśmy sobie zorganizować zajęcia - wszystkie byłyśmy harcerkami. Wszystkie żyjemy. A teraz trzeba dzieciom wszystko organizować, rodziców wyręczać w opiece i jeszcze od nich obsłuchiwać, że źle i za krótko. I niestety, powiedzmy to jasno, coraz mniej jest więzi rodzinnych i takiego klanowego poczucia odpowiedzialności za dzieci z rodziny. I dlatego wakacje zaskoczyły...

19:06, atojaxxl
Link Komentarze (5) »