Podróż przez życie z licznymi przystankami, w tym również autobusowymi
RSS
wtorek, 29 lipca 2014

Moje miasto zajmuje kilka niechlubnych pierwszych miejsc w kraju. Od ubiegłego roku nazywane jest stolicą korupcji, poza tym z opublikowanych danych statystycznych wynika, że właśnie z mojego miasta wyjechało najwięcej młodych ludzi za granicę (oczywiście procentowo w stosunku do liczby mieszkańców). Ostatnio zaczynamy być miastem absurdów, w dodatku nieładnie pachnących.

Kilka lat trwał remont zabytkowego dworca kolejowego. Powstało cacko budzące zachwyt, łączące funkcje użytkowe z kulturalnymi. I w tym cacku wyremontowano też oczywiście toalety. Żeby się dostać do tego przybytku należy uiścić w automacie opłatę w kwocie 2,50 zł. I myślicie pewnie, że teraz automat otworzy Wam drzwi ? A kuku ! Nieprawda.

Wychodzi pani toaletowa i pyta...którą toaletę ma otworzyć, damską czy męską ? Widać pani nasiąknęła duchem gender, więc woli się upewnić, czy pan to pan a pani to pani . Po uzyskaniu odpowiedzi otwiera kluczem stosowne drzwi. W ten sposób administracja dworca zatroszczyła się o stan dochodów z tytułu oddawania przez obywateli tego, co się w WC oddaje, a jednocześnie zatroszczyła się o panią toaletową, która ma pracę i nie ma pokusy przywłaszczania sobie tych g......nych pieniędzy. Automat pobiera, liczy obywateli a pani otwiera... Dla mnie absurd, ale może ja się nie znam....

Na początku roku nasze władze (te nieskorumpowane i niearesztowane) zrobiły obywatelom dobrze, ogłosiły mianowicie, że oto toalety miejskie będą bezpłatne. Hurra, zawołali obywatele i ruszyli korzystać ze swoich nowo nabytych praw. Jedna z toalet mieści się na placu, pod ziemią, trzeba zejść dość stromymi schodkami. Owszem, są barierki, ale dokładnie umazane odchodami gołębi, które zasiedliły to wejście i siedzą sobie wygodnie pod daszkiem. I tak obywatelko, gdy zaryzykujesz zejście do ubikacji, zaniesiesz na głowie i na dłoniach gołębie gówienko, co spowoduje, że zadbasz podwójnie o higienę rąk: przed skorzystaniem z WC i po wyjściu z kabiny. Wracając na górę możesz liczyć na opiekę boską i dobry humor gołębi :) Pani toaletowa schodów sprzątać nie ma w obowiązku...

Toalety na Hali Targowej też należą do miasta. Więc powinny być bezpłatne. Ale nie są, pani toaletowa pobiera opłatę 1,30 i nie ma wydać ani z 2 zł, ani z 5 zł. Jest przy tym nieuprzejma, arogancka i w każdym widzi złodzieja. Doświadczyłam tego dziś, dawno mnie nikt tak nie upokorzył. Jak za starych, dobrych czasów pani wydziela papier toaletowy - dwa szare listki na d..., ręczniki papierowe z rolki - jeden listek, i pilnuje mydła w płynie. Gdy chciałam opuścić to miejsce, usłyszałam ryk: "Tu się płaci, co, nie widzi, że napisane ??? Nie mam wydać, tu trzeba z drobnymi przychodzić. Niech idzie i rozmieni. Ciekawe, czy wróci..." Rozmieniłam, wróciłam, zapłaciłam i nigdy więcej moja noga tam nie stanie.

Wspólną cechą tych bezpłatnych miejskich toalet jest napis na większości kabin: "Nieczynne z powodu awarii". Dopóki były płatne, jakoś awariom nie ulegały. Tam, gdzie są trzy kabiny, czynna jest najczęściej tylko jedna. Tam, gdzie było ich pięć-siedem, panie toaletowe łaskawie udostępniają dwie. W końcu miasto płaci tyle samo za sprzątanie całości co i wybranych kabin. I nic się nie da ukręcić na boku, to po co się wysilać.

PS Najczystsze i najbardziej zadbane toalety są na cmentarzach. Nikt ich nie pilnuje, niczego nie wydziela i jakoś zarządowi cmentarzy opłaca się je utrzymywać w należytym stanie.

21:24, atojaxxl
Link Komentarze (2) »
piątek, 18 lipca 2014

Osoby lubiące białe spodnie uprasza się o nieczytanie poniższego wpisu.

Kolejny tydzień opiekujemy się Małą Zu. Przedszkole zamknięte, do dyżurnego wakacyjnego przedszkola nie było sensu zapisywać, skoro jest komplet babć i dziadków chętnych do pomocy. Mała Zu lubi u nas przebywać, ma swój na ten czas jej oddany pokoik, zabawki, mnóstwo książeczek i zapewnione rozmaite atrakcje, w tym wyprawy do naszego pięknego parku.

I właśnie w parku a konkretnie w ogrodzie jordanowskim zauważyłam inwazję BwBS*. Jest to szczególny gatunek opiekunek i komentatorek życia codziennego. Większość na placu starszych pań BwBS ma pod opieką wnuczęta lub powierzone im za odpłatnością cudze dzieci. Plac jest duży, doskonale wyposażony w rozmaite urządzenia uprzyjemniające dzieciom czas. To nie tylko piaskownice, huśtawki, równoważnie, zjeżdżalnie, ale mini-ściany wspinaczkowe, siatki, pająki a nawet ...rury. Jest też kilka urządzeń typowych dla siłowni, lodziarnia, mała restauracyjka, wiekowe drzewa i mnóstwo ławek. Taki plac wymaga aktywności nie tylko od dzieci :)

Panie, o których mowa, mają na sobie białe spodnie, tak jakby się umówiły. Opiekując się dziećmi narażone są na katastrofy typu plama na kolanie lub na siedzeniu. Wobec tego bronią się jak mogą :

"nie kupię ci lodów, MAM BIAŁE SPODNIE, jeszcze mnie wybrudzisz"

"nie pójdę z tobą na tor przeszkód, MAM BIAŁE SPODNIE, musiałabym cię podnosić"

"nie siądę z tobą przy piaskownicy, MAM BIAŁE SPODNIE, obsypiesz mnie piaskiem"

"nie możemy tu usiąść, MAM BIAŁE SPODNIE, nie mam już chusteczek, żeby wytrzeć tę ławkę"

Oprócz opiekunek i babć przychodzą też komentatorki życia codziennego ze szczególnym uwzględnieniem najbliższego otoczenia. Z ogromnego parku, gdzie jest mnóstwo cienistych zakątków i wygodnych ławek, wybierają ogród jordanowski. Najpierw starannie wybierają ławkę i jeszcze staranniej ją wycierają, bo przecież MAJĄ BIAŁE SPODNIE. Następnie ostrożnie lokują swoje ciała i rozkładają wokół torebki, reklamówki, żakiety, żeby już nikt się nie dosiadł. Po pewnym czasie dochodzą do wniosku, że ta ławka nie spełnia ich oczekiwań i znowu wybierają kolejną, wycierają (jw MAJĄ BIAŁE SPODNIE). Kiedy wreszcie ulokują się na dobre zaczynają narzekanie:

- dzieci w tym parku są okropne, biegają, krzyczą, skaczą, nie ma spokoju,

- lody są okropnie drogie (2,50 wielka gałka) i na pewno niedobre, co z tego, że najlepsza lodziarnia w mieście, na pewno sama chemia, bo to nie to co dawniej...

- w tej restauracji to też pewnie okropne jedzenie, a kto by tam jadł, na pewno nieświeże

- kawy byśmy się mogły chociaż napić, ale pewnie lura no i gdzie z nią tam usiąść, MAMY BIAŁE SPODNIE a te krzesła pewnie nigdy ścierki nie widziały...

Był czas, gdy symbolem obciachu stały się białe kozaczki. Powstawały nawet strony internetowe gromadzące zdjęcia szczególnych wpadek kozaczkowych. Moim skromnym zdaniem podobną rolę pełnią teraz białe spodnie. Na pewno odpowiedni strój na spacer z przyjaciółmi, na promenadę, do letniej kawiarni, ale na miły Bóg nie na plac zabaw, gdzie uwaga powinna być skupiona na dzieciach a nie na tym, by uchronić swoje portki przed dotknięciem dziecięcych rączek.

Wiem, okropna jestem :) Nie mam białych spodni, mam wielką d... i pewnie zazdrość mnie zżera :) Pozdrawiam serdecznie:)

_________________________________________________________________________

*Bab(ci)a w Białych Spodniach

21:23, atojaxxl
Link Komentarze (3) »
niedziela, 13 lipca 2014

Pszczoły, osy, szerszenie towarzyszą mi od dzieciństwa. Na wsi to było zrozumiałe, kręciły się po ogrodzie w maliniaku, w sadzie przy dojrzewających owocach, na kwitnącej koniczynie. Każdej zimy Dziadek likwidował gniada os i szerszeni, zbudowane w zakamarkach dachu stodoły, drewutni lub strychu. Był uczulony na jad pszczół i innych żądłówek, unikał więc kontaktu z nimi. Gdy zdarzyło się, że został użądlony (za mojej pamięci miało to miejsce dwa razy) to do pobliskiego miasteczka gnały co koń wyskoczy dwie bryczki sąsiadów: na jednej wieziono duszącego się Dziadka do lekarza a druga pędziła po księdza.

Ja miałam więcej szczęścia, nie dusiłam się, ale puchłam. Gdy podczas zbioru malin u sąsiada nieopatrznie trąciłam ul, zostałam użądlona przez kilka pszczół i przez tydzień nie oglądałam świata Bożego, tak przeraźliwie opuchła mi twarz. Sąsiadka - akuszerka wyciągnęła żądła i zaordynowała okładanie kwaśnym mlekiem tudzież picie wapna w pastylkach - rozpuszczalnych wtedy jeszcze nie było. Gdy wreszcie pojawiła się w opuchliźnie szparka na oczy, to Babcia schowała lustro, żebym się nie zobaczyła.

Kilka dni temu w moim mieście dzieci bawiące się na boisku sportowym nadepnęły na ukryte w ziemi gniazdo owadów żądlących - celowo tak napisałam, ponieważ ten "njus" pojawił się w telewizji i innych mediach na kolorowych paskach z informacją, że:

"dzieci zostały pokąsane przez osy",

"dzieci zostały pogryzione przez pszczoły",

"dzikie (!!!!) osy napadły dzieci", "

"pszczoły lub osy pogryzły dzieci"

"dzieci pogryzione przez osy przebywają w szpitalu"

"kto wpuścił dzieci na boisko pełne groźnych owadów" itp itd...

Radosna twórczość dziennikarska jak widać i w tak pozornie łatwym do sprawdzenia szczególe jest daleka od rzetelności. Żadne z tych stworzeń nie są w stanie pogryźć człowieka, strażacy uczestniczący w akcji ratunkowej od początku wiedzieli, że chodzi o osy. Osy żądlą...

Na działce też co roku likwidujemy gniazda os i zatykamy wszelkie szparki w deskach, którymi mogłyby się dostać na poddasze, ich ulubione miejsce gniazdowania.

I wreszcie moja ostatnia bo wczorajsza przygoda z osami. Mam w kuchni taki zakamarek, w którym przechowuję rzadko używane utensylia do pieczenia. Jest to taki kącik pod stołem, a jednocześnie pod oknem. Okno w kuchni uchylone jest od zawsze, zamykam je tylko podczas ciężkich mrozów i burz. Na stole też zawsze stoi koszyk z owocami.

Gdy potrzebuję wyciągnąć coś z kącika, zlecam tę robotę mężowi. Tym razem go nie było w domu, więc sama trochę na macanego wyciągnęłam potrzebną mi blaszkę. Po chwili w kuchni zaczęły latać osy. Latać to mało powiedziane, one od razu startowały do mnie !!! Nie jestem specjalnie bojaźliwa, więc dałam sobie z nimi radę przy pomocy ścierki, ale po chwili pojawiły się nowe. Zastanowiło mnie to, za oknem padał całą dobę ulewny deszcz a tu tyle os. Wprawdzie je wytłukłam, ale przecież mogły pojawić się kolejne.

I wiecie co ? One sobie zaczęły lepić "bańkę" pod naszym stołem, tam w tym ciężko dostępnym rogu kuchni. Sama im ułatwiłam życie: zwabiły je zapewne owoce i zawsze otwarte okno. Nie było ich wiele. Zniszczyliśmy gniazdo, znaleźliśmy nowe miejsce dla moich przyborów a w najbliższych dniach założymy siatkę na okno.

Czy ich obecność świadczy, że jestem leniwa i w kuchni mam bałagan ? Nie, staramy się, żeby zawsze było czysto ale akurat ten jeden zakamarek nie wymagał codziennego odkurzania i mycia. Jak widać, myliłam się

09:49, atojaxxl
Link Komentarze (4) »