Podróż przez życie z licznymi przystankami, w tym również autobusowymi
RSS
poniedziałek, 30 czerwca 2014

Jakiś czas temu zarzekałam się, że na blogu nie napiszę już więcej o problemach osób niepełnosprawnych. Życie weryfikuje tego typu zastrzeżenia i zabieram głos w sprawie, która mnie zbulwersowała. Mam do tego prawo, jestem matką i opiekunką osoby niepełnosprawnej intelektualnie (czytaj: upośledzonej umysłowo)

Czytam oto artykuł o szkole specjalnej, w której "nasze dzieci uczone są masturbacji". Z uważnej lektury artykułu wynika jednak, że nie dzieci, a ich rodzice, nie są uczeni a są informowani jak pomagać i rozmawiać z upośledzonymi młodymi ludźmi, którzy nie radzą sobie z własną seksualnością, nie o masturbację chodzi, a o wszelkie aspekty seksualności osób niepełnosprawnych umysłowo.

Przeciw rzekomej edukacji seksualnej z użyciem ręcznika i wyposażonej odpowiednio łazienki mieli protestować rodzice "naszych dzieci uczonych masturbacji". Jak się okazało, była to tylko trójka rodziców, którzy jak doszło do dziennikarskiej konfrontacji, nie mieli wiele do powiedzenia.

Edukację na temat seksualności osób niepełnosprawnych umysłowo od lat prowadzi pani doktor Iza Fornalik. Dwa lata temu psycholog z warsztatu terapii zajęciowej zaprosiła mnie na dwudniowe warsztaty w moim mieście, prowadzone przez panią doktor Izę.

Nie ukrywam, szłam na to spotkanie nastawiona jak pies do jeża. Poczytałam sobie w internecie na temat działalności pani Izy i doszłam do jakże niesłusznego wniosku, że oto przemądrzała edukatorka chce mi na barki włożyć jeszcze jedno zadanie: troskę o erotyczne doznania mojego syna. Tak jakbym na co dzień miała mało problemów z jego niepełnosprawnością...

Wśród uczestniczek warsztatów ( o dziwo, żaden z ojców nie przyjął zaproszenia) spotkałam kilka znajomych mi matek, kilka opiekunek z DPS-ów, kilka instruktorek pracujących w różnych WTZ-ach. Matki, tak jak ja, w okolicach sześćdziesiątki i starsze, jak zawsze zatroskane o swoje wielkie dorosłe dzieci.

Pani doktor Iza okazała się przesympatyczną osobą, która natychmiast potrafiła nawiązać z nami kontakt, ośmieliła nas do wypowiadania się na temat, który dotychczas rzadko był przez nas artykułowany nawet w domu, wśród najbliższych. Opiekunki z DPS-ÓW opowiadały o problemach z podopiecznymi, instruktorki o uczuciowych problemach uczestników WTZ-ów. Wszystkie miałyśmy jedno pytanie: jak sobie radzić, jak pomóc dziecku.

Moje nastawione bojowe kolce szybko i grzecznie się położyły i już nie podniosły.

Seksualność osoby niepełnosprawnej intelektualnie to nie jest tylko kwestia masturbacji, która w końcu przydarza się też osobom zdrowym.

To jest kwestia prawnych uwarunkowań związków małżeńskich osób niepełnosprawnych.

To jest kwestia zapobiegania jakże niechcianym w ich przypadku ciążom.

To jest kwestia codziennej higieny miejsc intymnych.

To jest kwestia wyjaśnienia podopiecznym naturalnych objawów dojrzewania (miesiączka, polucje).

To jest wreszcie kwestia zachowań w miejscach publicznych (dotykanie miejsc intymnych w obecności innych osób, ocieranie się, próby dotykania obcych itp).

To wreszcie najbardziej drastyczny problem gwałtów popełnianych na osobach niepełnosprawnych wynikający często z ich nadmiernej ufności.

To problem rozpoznania symptomów molestowania seksualnego, na jakie narażona jest osoba niepełnosprawna w najbliższym środowisku.

Warsztaty wzbogacone o podarowane nam materiały pomogły nam otworzyć oczy na wiele spraw, których nie dostrzegałyśmy lub może lepiej: nie chciałyśmy dostrzegać. Książka pani doktor Izy Fornalik "Dojrzewanie.Miłość.Seks.Poradnik dla rodziców osób z niepełnosprawnością intelektualną" stała się bestsellerem wśród moich znajomych mających takie dzieci: czytana, kserowana, pożyczana w niczym już nie przypomina nowiutkiego błyszczącego egzemplarza. I wszyscy, dosłownie wszyscy pytali mnie, jak skontaktować się z autorką, kiedy będzie szansa na podobne warsztaty.

Afera wywołana przez prawicowych moralistów w Łbiskach jest przykładem, jak część naszego społeczeństwa kocha zamiatać problemy pod dywan pod pozorem troski o czystość duchową dzieci i młodzieży. A potem raban, gdy w Słupsku niepełnosprawna umysłowo kobieta zachodzi w ciążę, samotnie rodzi dziecko i tak naprawdę to nie wie, co się stało....

sobota, 28 czerwca 2014

Od kilku dni mój świat skurczył się do rozmiarów wiśni :) Wiśnie są wszędzie. I wszędzie w kuchni stoją kompoty, dżemy, konfitury, soki i nalewki.

Dryluję ręcznie, mam wtedy czas na przemyślenia.

Smażę babcinym sposobem w płaskim rondlu z podwójnym dnem, wolniutko, pół godziny dziennie przez 3 kolejne dni.

Zrobiłam ustępstwo na rzecz nowoczesności przy dżemach - wykorzystuję proszek żelujący w stosunku 2:1, koleżanki mnie namówiły. Rzeczywiście, robi się szybko, pachnie bosko, słoiczki ładnie się zamknęły.

Żałuję, że nie mam sokownika. Swego czasu kupiłyśmy z Mamą na spółkę, ale Mama - dobra dusza kilka dni przed swoim zapadnięciem w niepamięć pożyczyła jednej z sąsiadek (też wtedy zaczynały się wiśnie). Pytałam, jednak pani się nie przyznała... choć wiem, która wzięła. Przecież nie zatrudnię chłopców-mundurowców, którzy staną nocą i w drzwi załomocą w celu odzyskania sokownika...

Dziś wpadła niewiasta ze spółdzielni w celu odpisania stanu liczników i zrobiła wielkie oczy: to pani to wszystko robi ? Przecież to się NIE OPŁACA.

Tłumaczę: wiśnie mam swoje, cukier kupuję co kwartał 10 kg i mam zapasy, słoiki mam w ilościach hurtowych, dokupuję w hurtowni nowe zakrętki i dodaję swoją robociznę i koszt wody i gazu.

Kobieta patrzy na mnie i dalej swoje: NIE OPŁACA SIĘ. W sklepach jest tyle soków i napojów, dżemów i mrożonek. Kto by to robił, pani kochana, ile to roboty, paprania się, nie, NIE OPŁACA SIĘ. I z tym przekonaniem poszła.

A mnie szlag trafia , gdy słyszę frazę  NIE OPŁACA SIĘ. W kolejce do pomidorów i ogórków pewnej firmy ogrodniczo-sadowniczej dominują kobiety ze wsi, które przyjechały sprzedać jajka i kury. Kupują te pomidory i ogórki i każda, ale to dosłownie każda zaklina się, że NIE OPŁACA SIĘ jej sadzić tychże warzyw u siebie w ogrodzie, bo "pani kochana, ile to roboty koło tego, a tu przyjdę, kupię..."

Noooo, wiem, ile to roboty, bo mam kilkanaście krzaków pomidorów i zagonek ogórków.

NIE OPŁACA SIĘ hodować bydła, moje koleżanki z pobliskich wsi wożą mleko i nabiał z miasta. Gdy opowiadam, że czasem sama robię masło i ser ze śmietany i mleka kupionych u zaprzyjaźnionego hodowcy, to od razu słyszę "zawracanie głowy, NIE OPŁACA SIĘ".

Mój śp. Dziadek i jego równie śp. sąsiedzi całe życie narzekali, że im SIĘ NIE OPŁACA praca na roli, bo musieli część uzyskanych płodów rolnych oddawać za darmo państwu w ramach tzw. obowiązkowych dostaw. Mieli więc święte prawo do narzekania. Ale dziś ?

Mnie się opłaca. Zima otworzę słoiczek konfitury i zobaczę moje drzewa spowite w pienistą biel kwiatów. Wypiję łyk pysznej nalewki lub ratafii i będę w siódmym zimowym niebie. A zadowolona minka Małej Zu wyjadającej łyżeczką wiśnie w czekoladzie (bo i takie robię) wynagrodzi mi wszystkie dni spędzone na - jak to powiedziała dozorczyni - papraninie.

Idę, wiśnie czekają :) Miłego weekendu :)

Tagi: dom ludzie
12:35, atojaxxl
Link Komentarze (4) »
środa, 25 czerwca 2014

Dawno nic tutaj nie pisałam, ale byłam skoncentrowana na przygotowaniach do Salonu Poezji w naszym teatrze. Organizatorzy zwrócili się do mnie z propozycją wykładu na temat Edwarda Stachury i Ryszarda Milczewskiego-Bruno, ze szczególnym uwzględnieniem okresu ich przyjaźni. Już raz taki Salon przygotowywałam, wtedy mówiłam o życiu i twórczości Jana Zycha, wielkiego poety z małej Korczyny, obywatela Polski, Meksyku i świata.

Salon Poezji ma w Polsce bogatą tradycję. W moim mieście odbywa się co jakiś czas w niedzielę o godzinie 11.00. Pozornie pora bardzo niewygodna, ale...  Przychodzą  ludzie zainteresowani poezją, nie w celu wypełnienia sali, ale w celu autentycznego przeżycia kontaktu z wierszami recytowanymi przez aktorów teatralnych, posłuchania muzyki wykonywanej przez doskonałych muzyków, wreszcie w celu wzbogacenia swojej wiedzy o danym poecie.

Dla mnie jest to spore wyzwanie. Muszę się przygotować tak, aby słuchaczy nie znudzić, nie znużyć. Lubię mówić do dużych grup odbiorców, nie peszą mnie publiczne wystąpienia. Pewnie wygląda na to, że się chwalę, ale umiem zapanować nad słuchaczami i przyciągnąć ich uwagę.

Zabieram ze sobą zawsze ciekawe wydania utworów, najczęściej pierwodruki, rzadkie zdjęcia, oryginalne czasopisma. Ściągam materiały z różnych bibliotek w Polsce i nigdy nie spotkałam się z odmową.

Salon Poezji odbył się 22 czerwca, w Teatrze im. L. Solskiego, aktorzy naprzemiennie recytowali wiersze obydwu poetów, śpiewali ich piosenki przy wtórze rewelacyjnego gitarzysty. A ja mówiłam o przedziwnych zbiegach okoliczności w biografiach obydwu "wyklętych", o rozwoju ich przyjaźni i jej niechlubnym końcu oraz o tym, jakie dziedzictwo nam zostawili.

Przeżyłam też chwilę osobistego wzruszenia: gdy mieliśmy już zaczynać , do sali weszła cichutko moja nauczycielka, polonistka z liceum. Jej zawdzięczam, że poszłam w polonistykę. Zawsze chciałam choć trochę zbliżyć się w swojej pracy do ideału, jaki ona dla nas stanowiła. Niestety, pani profesor jak cicho weszła, tak cichutko wyszła, gdy tylko wybrzmiały brawa...

sobota, 14 czerwca 2014

Dziś 45 rocznica śmierci Marka Hłaski. Pisarza, który na początku swojej drogi literackiej zwykł mawiać, że jest "niewykształconym szoferem, który w wolnych chwilach po pracy próbuje opisać swoje życie". Rzeczywiście, pracował jako kierowca ciężarówek, pracę często zmieniał lub porzucał.

W tym roku przypada także 80 rocznica urodzin i  60 rocznica książkowego debiutu Hłaski, a za taki należy uważać opowiadanie "Baza Sokołowska" napisane w 1951, czyli w wieku 17 lat. Opublikowano je w Almanachu Literackim wydanym przez Iskry. Nazwisko Hłaski jest wymienione pośród wielu innych debiutantów ( Bryll, Zych, Harasymowicz, Himilsbach, Nepomucka i in).

Opowiadanie to było wcześniej drukowane w odcinkach w "Sztandarze Młodych". Jest to typowy socrealistyczny produkcyjniak, którego bohaterowie - kierowcy i mechanicy pracują w zgodnym kolektywie, borykają się z wiecznie psującymi się samochodami, z brakiem części zamiennych, z wymagającymi nadludzkiej pracy szefami, z czynami produkcyjnymi na cześć kongresu zjednoczeniowego partii.

Przesłanie jest jednak ponadczasowe: słaby i niezaradny człowiek odniesie w życiu sukces, gdy uwierzy w siebie.

Marek Hłasko uwierzył w siebie i bardzo szybko stał się pisarzem modnym i pożądanym. Przystojny, wysoki, podobny do Jamesa Deana podbijał serca snobów, ważnych osobistości i pisarzy.

Napisał 10 powieści, liczne opowiadania i autobiografię. Na podstawie jego utworów nakręcono 8 filmów

W 1958 roku wyjechał z Polski i już nigdy nie wrócił, choć się o to starał. Tułał się po świecie, nawiązywał romanse a nawet się ożenił. Łamał prawo, leczył się w klinikach psychiatrycznych, pił i tył. Zawodzili go przyjaciele ale i on sprawiał zawód tym, którzy chcieli mu pomóc.  Zmarł w Wiesbaden, podobno z przedawkowania leków i alkoholu. Matka sprowadziła jego zwłoki do Polski a na płycie nagrobnej dała napis "Żył krótko, a wszyscy byli odwróceni"...

Zaliczany jest do grona twórców wyklętych.

To ci, którzy szli pod wiatr konwenansów, zasad, klasycznych składni i poetyk.

To ci, którzy byli zawsze w drodze, zawsze wierni sobie, a z tego świata odeszli w sposób tragiczny lub niewyjaśniony.

Inni, niepokorni, pisali aby żyć, żyli aby pisać. 

Coraz bardziej zapominani.

Bieżący rok 2014 daje nam wiele okazji, by przypominać życie i dzieło wyklętych. Przypadają bowiem:

95 rocznica urodzin Stanisława Piętaka

85 rocznica urodzin Stanisława Czycza

80 rocznica urodzin Józefa Gielo

80 rocznica urodzin Stanisława Grochowiaka

75 rocznica urodzin Ireneusza Iredyńskiego

75 rocznica urodzin Janusza Żernickiego

65 rocznica urodzin Jana Rybowicza

70 rocznica śmierci Krzysztofa Kamila Baczyńskiego

50 rocznica śmierci Stanisława Piętaka

35 rocznica śmierci Ryszarda Milczewskiego - Bruno

35 rocznica śmierci Edwarda Stachury,

30 rocznica śmierci Andrzeja Babińskiego

5 rocznica śmierci Wincentego "Witka" Różańskiego

Ich życiową misję można wyrazić słowami wiersza Wincentego "Witka" Różańskiego:

                       "wędrujemy po świecie i psujemy humor

                        wszystkim przyzwyczajonym do jakiegoś ładu

                        w myśl naszych zobowiązań

                        i codziennych umów z życiem

                        któremu czynimy zadość"

                                        (z tomu "Przed czerwonymi słońca drzwiami")

 

piątek, 13 czerwca 2014

Nie pamiętam takiej obfitości truskawek jak w tym roku. Od początku sezonu - a zaczął się wcześnie - zjedliśmy we trójkę 44 kilogramy tych pyszności nie licząc kupionych do zamrożenia. Codziennie kupuję kobiałkę i obżeramy się jak świnki: surowe prosto spod kranu, ze śmietanką, bez śmietanki, w koktajlach, w sałatkach owocowych, na ciastach, w pierogach, w galaretce.

Nie mam swoich truskawek na działce, zlikwidowałam starą uprawę w zeszłym roku, ostało się tylko kilka krzaczków dla Małej Zu, żeby mogła sobie sama zerwać.

Obficie owocuje też agrest. Mam kilkanaście krzaczków agrestu piennego i porzeczkoagrestu. Już zaczynają się rumienić. To mój ulubiony owoc obok truskawek i jabłek :)

              

              

Dawniej robiłam z zielonego agrestu niezwykle pyszną i pracochłonną konfiturę, należało najpierw usunąć z owocu ziarenka przez niewielkie nacięcie. Usmażone w syropie agresty zachowywały kształt i miały niesamowity smak. Ale jakoś teraz brakuje mi do tego cierpliwości.:

Sąsiadka umęczona na swoich grządkach klęła wczoraj w żywy kamień: napracowała się, naharowała i przyszła jakaś menda, obdarła wszystkie truskawki i zniszczyła większość krzaczków.

Niestety, za rzeką mamy nieciekawych sąsiadów - przeniesiono tam osiedle zamieszkane głównie przez pewną mniejszość etniczną i rozmaitych meneli. Opanowali do perfekcji umiejętność przechodzenia nad rzeką po rurach (nie wiem, gazowe chyba, wiszą kilka metrów nad wodą). Wieczorami, kiedy działkowcy znikają, przychodzą nieproszeni goście.

Niechby sobie coś zerwali , ale oni jeszcze w dodatku niszczą: wyrywają np kwiaty z korzeniami, wyrywają całe kępy ziemniaków, otrzepują owoce z drzew, wezmą kilka , reszta zostaje na ziemi. Niby mamy ogród zamknięty, ale dla szkodników siatka to żadna przeszkoda.

Policja ? Straż Miejska ? Dla nich to nikła szkodliwość społeczna. Pokręcą się po działkach, popatrzą i umarzają dochodzenie. Mieliśmy własną "straż", co noc kilku działkowców dyżurowało i chodzili z psem, jednak tak zostali raz zastraszeni, że dyżury się skończyły. Nec Hercules contra plures... Tamtych, młodych byczków było kilkunastu, naszych trzech starszych już mocno dziadków. A pies kanapowy bardziej...

Jadę na działkę, zapowiada się kolejny upalny dzień. Deszcze nas omijają...

07:27, atojaxxl
Link Komentarze (7) »
środa, 11 czerwca 2014

Od wczoraj chodzę jak oczadziała i nie mogę sobie miejsca znaleźć. Upały dają mi się we znaki, więc siedzę z zaciemnionym mieszkaniu, piję mineralną i czekam na zmianę pogody.

I nagle ta wiadomość: w Rybniku ojciec zostawił 3-letnią córeczkę w samochodzie na rozgrzanym parkingu i poszedł do pracy . ZAPOMNIAŁ, że wiózł dziecko do przedszkola !!! Po ponad 8 godzinach spędzonych w samochodzie dziewczynka zmarła. Ojciec w szoku, w szpitalu psychiatrycznym. Dramat..

Nie mogę sobie miejsca znaleźć. Ile to dziecko musiało płakać, jak bardzo cierpiało, jak straszliwie samotne było w godzinie śmierci. Mam tylko nadzieję, że zmęczone płaczem usnęło i po prostu się nie obudziło

Co trzeba mieć w głowie, żeby ZAPOMNIEĆ, że z tyłu samochodu w foteliku siedzi przypięte dziecko. Przecież ojciec na pewno zadbał o samochód, sprawdził, czy zamknięty. Nie widział fotelika ? Nie widział dziecka ? Nie słyszał ?

I przypomniałam sobie, jak mój mąż zapomniał odebrać córkę z przedszkola. Pracowałam wtedy w szkole, miałam popołudniowy dyżur. Nie mieliśmy jeszcze w domu telefonu, syn już chodził do zerówki i został w szkole ze mną. I nagle koło 17.30 telefon z przedszkola do mnie do szkoły: nikt nie odebrał córki, co się stało.

Jezus Maria!!! Taksówka, przedszkole, przeprosiny, kajanie się... Córka upłakana jak nieboskie stworzenie, woźna zła, bo musiała z nią siedzieć zamiast brać się za sprzątanie. Tak, tak, córkę zostawiono z woźną.

Wpadłam z dziećmi do domu i zanim coś wyjaśniłam, połamałam na mężu parasol!!! Tłukłam, wrzeszczałam, wyzywałam. Nawet się nie bronił, tylko powtarzał jedno : ZAPOMNIAŁEM !!! Miał tylko ten jeden obowiązek: odebrać córkę z przedszkola, robił to codziennie i nagle ZAPOMNIAŁ. Mało tego, wracając z pracy mijał to przedszkole ale on ZAPOMNIAŁ.

Nie mieliśmy wtedy żadnych problemów, nie zamartwialiśmy się czymś, w pracy mu się układało jak należy.

Od tego czasu w stosunku do mężczyzn - ojców mam tzw. zaufanie kierowcy czyli ograniczone.

Matkom stawia się u nas najwyższe wymagania, matka MUSI wszystkiemu sprostać, gdy coś zaniedba, jest od razu stawiana pod pręgierzem i zagrożona odebraniem dzieci. Gdy zawali coś ojciec, szuka się dla niego usprawiedliwienia: a zapracowany, a zestresowany, a zmęczony.

I kolejna wczorajsza wiadomość.

Matce autystycznej, upośledzonej umysłowo dziewczynki szpital zgotował niespodziankę: skierowano sprawę do sądu o odebranie dziecka i umieszczenie w DPSie prowadzonym przez zakonnice. Bo panie psycholożki ze szpitala podejrzewają,że nie opiekuje się dzieckiem jak należy, choć opinie kuratorów, mops-u,  nauczycieli i innych są jak najbardziej pozytywne. Co tam przywiązanie dziecka do matki, co tam stres, co tam skazanie na samotność wśród obcych ludzi - ważne, że szpital spełnił swój podejrzany obowiązek. Jakoś nikt nie badał relacji dziecka z ojcem....

Wczoraj podano jeszcze dwie inne informacje o dzieciach pozostawionych w samochodzie na parkingu pod sklepami. Na szczęście tam byli ludzie, którzy zareagowali...

Tagi: ludzie
08:01, atojaxxl
Link Komentarze (1) »
niedziela, 01 czerwca 2014

Dziś kilka dodatkowych zdjęć wiszącej i balansującej wystawy Jerzego Kędziory "Bieguni"

Oto gimnastyk z piłeczkami - wyjątkowo biała rzeźba wśród pozostałych

                

I jeszcze raz:

                

Zdjęcia robiłam tuż przez zmrokiem i niezbyt mi się udały :)

                

I jeszcze inne ujęcie "Króla i Królowej" spoglądających na Mauzoleum Generała Józefa Bema

                

Mauzoleum Bema usytuowane jest na środku ładnego stawu z parą łabędzi. Pani łabędziowa (ukryta w tej zielonej budce w prawym dolnym rogu) właśnie wysiaduje jajka a pan łabędź właśnie żeruje (to ta biała plamka na stawie powyżej daszka budki)

18:45, atojaxxl
Link Komentarze (4) »