Podróż przez życie z licznymi przystankami, w tym również autobusowymi
RSS
piątek, 29 czerwca 2012

No i znowu muszę uderzyć się boleśnie w moje wydatne wyprzedzenie. Miało być systematycznie, codziennie, a tu znowu przerwa. Dziś więc będzie kilka notatek, ponieważ tematów się nazbierało, że hej !!!

Od dwóch tygodni znowu zajmuję się wnuczką. Już po 5.00 rano jadę dwoma autobusami, przesiadając się na przystanku nr 165 koło szpitala. Za przystankiem widać dawny oddział dziecięcy, gdzie trafiłam ze szkarlatyną mając lat 10 i do dziś koszmar tego pobytu prześladuje mnie po nocach. Pielęgniarka zostawiła mi w pośladku igłę, ja się odwróciłam i z impetem padłam na łózko, a igła wbiła mi się razem z obsadką. Wrogowi nie życzę tego bólu. Cały okres choroby leżałam jak pies samotny, żadnych odwiedzin, żadnej pocieszającej mamy, tylko złe na cały świat i nienawidzące pacjentów pielęgniarki. Szpitalna połatana i za duża piżama, zabierana zresztą za karę, gdy dziecko ośmieliło się wyjść z łóżka bez pozwolenia. Nawet paczki od mamy były okradane z co lepszych łakoci zanim zostały dostarczone najczęściej przez salową.

Wróćmy więc do współczesności. Przejmuję śpiące jeszcze dziecko z całym domem i czekam, jak raczy otworzyć oczęta. Mała wstaje i na dzień dobry informuje sama siebie "mama wróci, tata wróci", żadnych histerii, płaczów, ot, stwierdzenie faktu, że rodziców wprawdzie nie ma w tej chwili, ale przecież wrócą. A potem ulubiony "Ciekawski George", małe pakowanie i maszerujemy na przystanek. Zabieram ją do siebie, ponieważ wokół nas więcej zieleni, w pobliżu park z ogrodem jordanowskim. I to zaczyna się gra w dobre rady. Czekamy na przystanku i jeszcze się nie zdarzyło,żeby jakaś "wychowawczyni" nie zwracała nam na coś uwagi. Metoda jest w dodatku głupia i prowokująca mnie do zlośliwości:

- Kochanie, powiedz babci, żeby ci włożyła czapeczkę , jest za gorąco, a Ty masz gołą główkę.

Milczę, czym prowokuję panią do kolejnych uwag:

- A wysmarowała cie babcia kremikiem, bo możesz sobie poparzyć skórę, to słonce może nawet raka wywołać.

Milczę, ale złość we mnie buzuje. Pani ciągnie swoje:

A dlaczego ty kochanie nie masz bucików obejmujących staw ? to niebezpieczne pozwalać dziecku na sandałki...

Milczę... Jeszcze chwila i wybuchnę.

A dlaczego pani się do mnie nie odzywa ? Ja tylko zwracam pani uwagę, bo może pani nie wie, a tyle teraz się słyszy o raku skóry, o udarach słonecznych, a dziecko nie ma czapeczki...

Nie milczę, odpowiadam; po pierwsze - pani nie zwracała się do mnie tylko do dziecka (hahaha, 22 miesiące!!!), po drugie - mam swój rozum i wiem co robię, po trzecie - wszystkie te rady powinna pani zastosować do siebie - starszym osobom też odradza się wychodzić w upalne dziś bez nakrycia głowy, bez kremu z wysokim filtrem itp...

Pani obrażona wyjmuje z torebki kukułkę i wciska wnuczce nie pytając mnie czy dziecko może jeść słodycze, w dodatku typu karmelki. Na szczęście mała jest wytresowana (tak, tak !!!) i natychmiast oddaje mi cukierek. I na szczęście przyjeżdża nasz autobus, a pani czeka dalej...

 

18:27, atojaxxl
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 12 czerwca 2012

Gdy wybieram się nad działkę od wnuczki, wsiadam na tym przystanku, usytuowanym na początku ulicy Jana Pawła II, obok mojej ulubionej pizzerii"Desperado". Przystanek jak każdy w mieście, wystawiony jednak cały dzień na działanie słońca. Tu zbiegają się ważne ulice miasta: Słoneczna, Lwowska i właśnie ta nazwana imieniem JP2.

W mieście wiszą jeszcze plakaty obchodów 25 rocznicy wizyty JP2 i beatyfikacji Karoliny Kózki. Odżywają więc i moje wspomnienia: ulewny deszcze w dzień i noc poprzedzającą przyjazd papieża, emocje ludzi, którzy wylegli na ulice w czasie przejazdu papieża z Mościc do siedziby kurii, wreszcie nocny marsz na plac obok budującego się kościoła pod wezwaniem nowej błogosławionej. Nie było jeszcze ulic, wszędzie polne drogi przy których mimo mroku już rozkładali swoje kramiki sprzedawcy pamiątek.

Błoto do kostek uniemożliwiło przejazd papieża między sektorami, a moje rybackie krzesełko co chwilę zapadało się do połowy. Mąż był zaprawiony w takich czuwaniach - jedyny z rodziny nie opuścił ani jednej okazji uczestniczenia w mszy papieskiej . Ja po kilku godzinach czekania i użerania się o własny stołek z "pani kochana, ja muszę usiąść a pani ma młode nogi" miałam serdecznie dość i zazdrościłam dzieciom, które zostały z dziadkami.

Błoto było wszędzie, to nie tylko mokre buty, ale umazane spodnie, ciężkie od wody habity zakonnic. Dzień jednak wynagrodził długie czekanie. Poza krakowskimi Błoniami z poprzedniej wizyty JP2 w Polsce nie widziałam w życiu takich tłumów ludzi. Wreszcie papież przyjechał, wjechał miedzy sektory, ale tylko tam gdzie było w miarę sucho. Potem znowu czekanie i wreszcie na ołtarzu ukazał się...mały biały przecinek. Tyle widzieliśmy z naszego miejsca. Ale gdy przemówił, poczuliśmy, że mówi do każdego z nas i każdemu z nas "chce się napatrzeć".

Po Mszy Świętej długi powrót do domu, choć mieszkaliśmy niedaleko miejsca zdarzeń.  Po południu mąż pobiegł jeszcze na Plac katedralny a raczej na Rynek, ponieważ na samym Placu mogli być tylko duchowni - to dla nich papież odprawił  nieszpory i od nich przyjął dar w postaci niezwykłej monstrancji.

Z pobytu Jana Pawła 2 w moim mieście pozostała mi pamiątka w postaci wydanego prze kurię albumu zdjęć. Na miejscu odprawiania Mszy św. dziś rozsiadło się osiedle mieszkaniowe a papież patrzy z kosmicznego pomnika przy kościele pod wezwaniem błogosławionej Karoliny

piątek, 08 czerwca 2012

Ten przystanek obsługuje tylko jedna linia i to w godzinach szczytu, znajduje się przy ul. Prymasa Wyszyńskiego, obok ścieżki rowerowej. Tutaj maszeruję z kijkami bardzo intensywnie, szczególnie, gdy tak jak dziś - ulice puste!!!

Zostawiłam moim kibicom kolację, ba , nawet piwo im postawiłam, ponieważ obydwaj jak zahipnotyzowani wpatrywali się w ekran. G. nie pije alkoholu, więc dla niego piwo bezalkoholowe a dla siebie zostawiłam na wieczór "Somersby" - prawdziwy smakosz piwa czegoś takiego się nie tknie, ale ja lubię.

Wychodziłam z domu przy stanie 1:0 dla Polski i w momencie, gdy Papastathopoulos opuszczał boisko Stadionu Narodowego po czerwonej kartce. Ulica była jak wymarła, z pobliskiego pubu dochodziły groźne ryki stada samców wspólnie oglądających mecz. A potem już był spokój, żadnych samochodów, rowerzystka tylko jedna, spacerowiczów przywiązanych do drugiego końca smyczy - zero.

Szłam więc sobie rytmicznie postukując kijkami. Bociany z obydwu gniazd szykowały się do noclegu. Słońce przepięknie wyglądało spoza chmur... Sielanka.

Wracałam tą samą drogą, przed pubem stado samców przeciągało się, rozmawiało przez telefony, miny mieli rozjaśnione, oczy wesołe. Pomyślałam: dobra jest, nasi pewnie wygrali. A tu masz: Szczęsny (mój ulubieniec) wyleciał z czerwoną kartką, karny obronił Tytoń a mecz zremisowany.

Turniej Euro 2012 ogłaszam za otwarty :)

20:21, atojaxxl
Link Dodaj komentarz »
środa, 06 czerwca 2012

Ten przystanek znajduje się przy ul. Krakowskiej nieopodal skrzyżowania z Warsztatową. Wysiadają tu przede wszystkim klienci galerii Tarnovia, dodajmy - coraz rzadsi klienci. A ja dziś przesiadałam się tu na "33" w drodze na działkę. I przypominałam sobie czasy, kiedy wysiadałam tu z rodzicami, by udać się na stadion 'Metalu", by kibicować NASZYM.

Tak, wyobraź sobie młody czytelniku i kibicu, dawno dawno temu, kiedy czas płynął jakby wolniej a ludzie nie znali pojęcia "wyścig szczurów", kiedy mozolnie budowano socjalizm i dzieci miały miejsca w żłobkach i przedszkolach, na mecze piłkarskie chodziło się całymi rodzinami. Nikt się nie bał, że dostanie "kosę", ba, nie znano podziału na sektory gości i gospodarzy, a zwolennicy przeciwnych drużyn pili razem po meczu piwo i analizowali stracone sytuacje. Najgorszym wyzwiskiem rzucanym z trybun było "sędzia kalosz", "sędzia, kanarki doić" albo "te sędzia, kup se okulary". Zapędy bardziej krewkich kibiców mitygowały... żony: "Józiu, zachowuj się , dzieci patrzą".

A po meczu szliśmy do ciotki Zofii na podwieczorek, podczas którego obowiązkowa była pianka z poziomkami. A poziomki musiałam własnoręcznie zerwać w ogródku pod oknami.

Klub "Metal" istnieje już od 90 lat, przeżywał wzloty i upadki, ale nadal na stadionie przy Warsztatowej gromadzą się najwierniejsi kibice, by dopingować  SWOICH toczących boje w A-klasie z takimi drużynami jak Dunajec, Victoria, Huragan czy "Bobry Bobrovia" z Bobrowników Małych :)

I zaprawdę powiadam Wam, dla tych kibiców utrzymanie się "Metalu" ponad strefą spadkową jest ważniejsze niż to wszystko, co od piątku będzie się działo na kosztownych stadionach Warszawy, Gdańska, Poznania czy Wrocławia.

20:33, atojaxxl
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 05 czerwca 2012

Ten przystanek usytuowany jest przy zbiegu Klikowskiej i Wyszyńskiego, najczęściej zatrzymuje się tu "3" jadąca w kierunku centrum oraz "44" w godzinach szczytu. Dziś wracając z kijkami wsiadłam tu do autobusu, ponieważ deszcz padał coraz mocniej a do domu daleko.

Zanim jednak autobus przyjechał, miałam czas, by rozejrzeć się po tzw. środowisku naturalnym. Dziś Światowy Dzień Środowiska .

Niedaleko przystanku na słupie - bociany, kilkaset metrów dalej - następne gniazdo. Trzeba przyznać, że boćki mają się u nas dobrze. Specjalne platformy podtrzymują konstrukcję gniazda, blisko rozmaite możliwości zdobywania pokarmu. Bocian stał osłaniając skrzydłami młode przed strugami deszczu. To środowisko ma się więc dobrze.

Natomiast wokół przystanku - Panie, przebacz im, bo nie wiedzą co czynią. Przegląd wszystkich możliwych marek napojów, w tym piw, opakowania po słodyczach i papierosach, pety i rozbite szkło, ślady cywilizacji białego człowieka.Podobny widok oglądam codziennie po drugiej stronie ulicy, pobocze drogi jakby nie miało gospodarza, nikt nie wycina gęstej splątanej roślinności wśród której masa śmieci, butelek, gratów. Tu środowisko ma się bardzo źle.

Na działkach co roku powtarza się ta sama tragedia - działkowcy, rzekomo tak przyjaźnie nastawieni do przyrody, stosują opryski w okresie kwitnienia drzew i krzewów owocowych, w dodatku często w środku dnia. Efekt ? Mimo utrzymywania pasieczyska wyginęły pszczoły, rzadko pojawiają się motyle. Kilka lat temu przy posiłkach towarzyszyły nam chmary pszczół, nie można było kawałka ciasta zostawić na chwilę, bo zaraz obsiadały je te sympatyczne owady.A teraz musimy dobrze oczy wytężać, żeby pszczołę zobaczyć. Od początku sezonu widziałam 3 (słownie TRZY) motyle. Tu środowisko naturalne ma się więc nie najlepiej.

O wycinaniu drzewek dla pustej tradycji już raz pisałam. Podobno co kilkanaście minut ginie na Ziemi nieodwracalnie jeden gatunek roślin, zwierząt i innych form życia. Co zostawimy następnym pokoleniom ?

Specjalnie przejechałam na ten przystanek,żeby zobaczyć jaki ma numer...a mogłam, głupia, zapytać kierowcę :) Usytuowany niedaleko mojego bloku, za Strażą Pożarną, nijaki przystanek, otoczenie niczym się nie wyróżnia, może tylko tym,że obok jest baza policji i tam zwożone są rozbite pojazdy uczestniczące w wypadkach - długo na przykład leżał tam samolot Gollobów, którym rozbili się na naszej namiastce lotniska.

W autobusie spotkałam znajomą z jej chorym, głęboko upośledzonym synem. Niewiele młodszy od naszego G. bardzo słabo widzi, nie słyszy, jest zupełnie uzależniony od opieki rodziców, a przy tym agresywny wobec nich i otoczenia. Pogadałyśmy chwilę, tylko chwilę, ponieważ młody nie pozwala matce na rozmowy, szarpie, krzyczy... Ponarzekałyśmy na drożyznę, również na wzrost kosztów utrzymania, zwłaszcza lekarstw dla naszych dzieci.

W domu weszłam na strony rodziców opiekujących się niepełnosprawnymi dziećmi i szczęka mi opadła. Coraz częściej rodzice i opiekunowie blokują dostęp do swoich blogów z powodu... No zgadnijcie, jakiego ?

Wielu z nich zwraca się do czytelników o pomoc, nie zawsze o pomoc finansową, czasem jest to prośba np o materiały plastyczne. Ludzie reagują chętnie, przesyłają bloki, kredki, farby, papiery, materiały biurowe. Sama wiem, ile zeszytów i długopisów zużywa nasz G. który wprawdzie czytać i pisać nie umie, ale swoim własnym kodem zapełnia dziesiątki stron w zeszytach w kratkę. Rocznie idzie to w setki zeszytów oraz wszelkiego rodzaju przyborów piszących. Również i ja prosiłam moje koleżanki o taką pomoc, o przekazywanie nam zeszytów nie do końca zapisanych, kawałków ołówków i kredek. I taka pomoc uzyskiwałam, zwłaszcza pod koniec roku szkolnego. Dostawaliśmy również całe pakiety nowych zeszytów, zestawy długopisów i pisaków. Dziś dowiedziałam się, że popełniłam przestępstwo skarbowe !!!

I tu jest rozwiązanie zagadki. Rodzice otrzymując pomoc rzeczową od internetowych znajomych zwykle rzetelnie wyliczają na blogach co i od kogo dostali i za co serdecznie dziękują. Ta zwyczajna ludzka uczynność i grzeczność została już wielokrotnie ukarana. Znajdują się bowiem szuje - tak, szuje, nazywam rzecz po imieniu - które składają donosy do urzędów skarbowych i ośrodków pomocy rodzinie, że oto Iksińscy otrzymują pomoc materialną i na pewno z niej się nie rozliczają.

Donos donosem, urząd skarbowy podobno ma obowiązek każdy sprawdzić. Ale zdarzało się, że nakładał kary finansowe na tych nieszczęsnych ludzi, którzy nie dość, że codziennie borykają się z niewyobrażalnymi kłopotami, to muszą chodzić po urzędach, przepraszać za niepopełnione grzechy i prosić o łagodne potraktowanie. Takie pokajanie się najczęściej wystarczy i kara zostaje anulowana, zwłaszcza gdy udowodni się, że otrzymane rzeczy służą rozwojowi i rehabilitacji dziecka.

Ile podłości i zawiści musi mieć w sobie osobnik, który kryjąc się za maską anonimowości pisze takie listy. Jak widać zła tradycja w narodzie nie ginie... Tylko szkoda mi tych blogów, na których wzajemnie się wspieraliśmy, a które teraz zostały przez właścicieli zamknięte dla postronnych...

Tagi: ludzie
15:17, atojaxxl
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 03 czerwca 2012

Ten przystanek i kilka innych znajduje się przy skrzyżowaniu Klikowskiej z ulicą prymasa Wyszyńskiego i Elektryczną. Mijam go codziennie, gdy maszeruję z kijkami. Wczoraj byłam świadkiem przerażającego wypadku.

Stałam o 18.13 na światłach, czekałam na zielone i zastanawiałam się: iść dalej prosto czy jednak skręcić w Elektryczną i wrócić do domu przez lasek na Piaskówce. W tym czasie przez skrzyżowanie,  z ulicy Wyszyńskiego w Elektryczną wjechał motocyklista, ubrany w kombinezon i charakterystyczny duży biały kask. Na samym skrzyżowaniu już go podbiło na jakiejś nierówności jezdni, gdy wjechał w Elektryczną dodał gazu. A ja zdecydowałam się też skręcić w tę ulicę. Maszerując patrzyłam za motocyklistą, gdy nagle motorem szarpnęło, zwalił się na lewą stronę, człowiekiem zakręciło solidnie po jedni aż do krawężnika a motor szorował po nawierzchni kilkadziesiąt metrów zanim się zatrzymał.

Mężczyzna leżał bez najmniejszego ruchu, rzuciłam się biegiem w jego stronę i jednocześnie dzwoniłam na 112. Połączenie uzyskałam natychmiast, powiedziałam co i gdzie się stało, połączono mnie z pogotowiem, tam powtórzyłam informacje. Przy rannym zatrzymały się dwa samochody, był przytomny i skarżył się na ból nogi i ramienia.. Podjechała przejeżdżająca przypadkowo karetka transportowa i młodzi ratownicy zbadali puls, oddech, rozmawiali z rannym, nie mogli zrobić nic więcej, ponieważ ich samochód nie miał odpowiedniego wyposażenia, znaleźli się tam przypadkowo. Po kilku minutach - 3 do 4 - była już straż pożarna i karetka pogotowia.

Chciałam odejść, ale strażacy poprosili, żebym zaczekała na przyjazd policji, ponieważ potrzebne będzie zeznanie świadka. Byłam niestety jedynym naocznym świadkiem zdarzenia, ponieważ w momencie jego zaistnienia nie było w pobliżu nikogo. Wprawdzie jeden z kierowców zaklinał się, że to on wszystko widział, ale on raczej usłyszał to co ranny mówił... Nieważne, w każdym razie usiłował tam trochę rządzić, biegał za policjantem, żeby złożyć zeznania...

Policjanci podziękowali mi za właściwe zachowanie i pozostanie na miejscu. Rannego zabrano do szpitala. Miał złamany obojczyk i nogę. Motorem zajęli się policjanci.

Muszę przyznać, że cała akcja była bardzo sprawnie przeprowadzona, nie wstrzymano ruchu, każdy strażak - a były tam dwa wozy bojowe w pełnej obsadzie - wiedział, co ma robić. Oni pierwsi ustabilizowali rannemu głowę (wcześniej nie pozwoliłam zdjąć kasku, tylko odsłoniliśmy twarz), ułożyli go odpowiednio na noszach i ratownicy medyczni mogli już tylko zająć się oględzinami i zdiagnozować stan. Strażacy kierowali ruchem (znów przede wszystkim tiry). Po 20 minutach od wypadku na miejscu zostali tylko policjanci , ja i uszkodzony motor.

Po chwili usłyszeliśmy znowu ryk motocykli... Kolejni rycerze szos pędzili na złamanie karku...

piątek, 01 czerwca 2012

Przystanek z tym numerem usytuowany jest obok "Tarelu" w Woli Rzędzińskiej, wysiada na nim codziennie mój syn i inni uczestnicy Warsztatu Terapii Zajęciowej, którego siedzibą jest wymieniona firma a dobrym duchem i założycielem były senator RP pan Józef Sztorc. I cokolwiek by o nim mówiono i pisano, ja zawsze stanę po jego stronie, ponieważ stworzył miejsce, gdzie 40 niepełnosprawnych dorosłych osób może przebywać, nabywać nowe umiejętności, uczestniczyć w życiu kulturalnym i sportowym.

Nasz syn uczęszcza tam już 6 lat, nie opuścił ani jednego dnia zajęć. Stał się bardziej samodzielny, lepiej mówi, nauczył się panować nad negatywnymi emocjami. Już nie zliczę, na ilu był wycieczkach i kilkudniowych wyjazdach, w jakich warsztatach plastycznych i artystycznych brał udział.

Ostatnio zaprosił mnie na obchody Dnia Matki. Szczerze mówiąc, nie lubię tego święta obchodzić poza domem. Z lat przedszkolnych i szkolnych moich dzieci pamiętam ten przymus, te naciski, żeby koniecznie, żeby na pewno przyjść, bo mojemu dziecku będzie przykro. A jednocześnie terminy zwykle były wzięte z sufitu i dopasowane do nauczycielek, więc byłam na Dniu Matki o 9.00 rano i o 13.00. A że musiałam się z pracy zwalniać, to już nikogo nie obchodziło.

Sama też nie lubiłam jako nauczycielka organizować obchodów tego dnia w swoich klasach. Napracowałam się, naćwiczyłam z dziećmi, zostawiałam w domu własne pociechy, a i tak zawsze znalazła się mama, która miała pretensje: a to jej dziecko miało za krótką rolę, a to stało z tyłu a nie z przodu, a to zabrakło talerzyka dla dodatkowego dziecka, z którym przyszła. A w ogóle, to dlaczego pani ostatnio postawiła Robusiowi trójkę z zadania, skoro było takie ładne ....

Jeżdżę więc na WTZ  też bez specjalnego nabożeństwa, bo i ciężki dojazd przeładowanym autobusem, i konieczność organizowania sobie powrotu (niech będzie błogosławiony zięć ze swoim samochodem), i co tu ukrywać:  poczucie żalu, że mój 32-letni syn  nie wyszedł poza etap dziecka, że tak naprawdę żyje w izolacji od zdrowych kolegów, którzy mają rodziny, pracę i udają, że go nie poznają. A oprócz G. na sali jest jeszcze 39 podobnych osób, na wózkach, o kulach, z chodzikami, mających swój nieprzenikalny świat.

I matki ... coraz bardziej siwe, coraz bardziej wiekowe, schorowane, niekiedy jedyna podpora swojego też starzejącego się dziecka. I ta niema prośba do losu, żeby dał siły i zdrowie, i żeby kiedyś pozwolił umrzeć po dziecku. Tak, po dziecku, bo wtedy będziemy miały pewność, że nikt go nie skrzywdzi, gdy nas zabraknie....

Ale na sali nie ma naszych niesprawnych dzieci: są Jaś i Małgosia, i Jacek i Placek (bracia bliźniacy zagrali ich rewelacyjnie), i siedmiu krasnoludków pod wodzą królewny, i śpiąca królewna, i wróżka, i Czerwony Kapturek , i Wilczysko... I mój G. jako ochroniarz tych wszystkich baśniowych VIPów.

I są róże wykonanie przez nasze dzieci. I ciasto upieczone przez grupę z kuchni pod okiem pani Bernadki. I są pochwały, i łzy i plany na przyszłość. Wycieczki, warsztaty, ogniska. A nawet płyta z nagraniami Wróżki - Madzi.

Więc niech staje się baśń...