Podróż przez życie z licznymi przystankami, w tym również autobusowymi
RSS
czwartek, 12 maja 2016

W nawiązaniu do wczorajszego wpisu o prześladującym mnie pechu informuję, że jednak poszłam z kijkami i koleżanką, że nic nas już nie spotkało złego.

Za to dziś... wybrałam się ponownie na działkę. Wszystko szło jak z płatka, autobus prawie pusty, korków nie było, kosiarka działała jak należy. Szpaki chodziły za mną jak niegdyś bociany za moim Dziadkiem, gdy orał pole. Szpaków ci u nas dostatek, sąsiedzi nawieszali budek i ptaszki mnożą się na potęgę. U mnie na zmianę; albo sikorki albo mazurki.

Piękny dzień, pachnie biały bez. I nagle stwierdzam, że nie mam okularów. A przed chwilą miałam je na nosie. Widzę w miarę dobrze, nie są mi potrzebne np. do prac w ogrodzie. Ale już do czytania, pisania, do komputera, do pieczenia itp są niezbędne, staję się wtedy ślepa jak kret.

Najpierw uspokajałam sama siebie, że pewnie leżą w altance, bo zdjęłam je przy 2. śniadaniu. Kosiłam więc nadal, ale sprawa nie dawała mi spokoju. Przeszukałam każdy centymetr altanki - okularów nie ma.

Koszę nadal, wpadło mi do głowy, że może są w trawie wyrzuconej na kompost - przekopałam ręcznie zielony stos - okularów nie ma.

Teraz zaczęłam wpadać w lekką panikę, nie mam okularów na zmianę, a okulistka zabroniła mi korzystać z tzw. okularów do czytania kupowanych za grosze w aptece. Przeszłam więc każdy kawałek działki, zaglądałam wszędzie - okularów nie ma.

Wtedy coś we mnie pękło. Usiadłam na ławce i zaczęłam płakać. Dobrze, że jeszcze nikogo obok nie było. Płakałam i wygłaszałam sama do siebie i do Niewidzialnego mowę typu: co ja Ci takiego Panie Boże zrobiłam, że stale sprowadzasz na mnie jakieś problemy. Wszystko przyjmuję pokornie, jednak tym razem przesadziłeś. Wiesz, że bez okularów nie pomogę Grześkowi w dawkowaniu lekarstw, nie wypełnię rachunków, nie napiszę czegokolwiek, nie przeczytam przewidzianego na dziś psalmu*. Wszystko mi zabierasz, ale te okulary musisz mi oddać. Chyba Cię na to stać, bo mnie na nowe nie."

I wiecie co? Okulary leżały na środku ścieżki, którą wcześniej przeszłam przynajmniej z 5 razy patrząc pod nogi. Czyżby więc z Niewidzialnym szło się dogadać?

*Od kilkudziesięciu lat codziennie wieczorem czytam jeden Psalm z Psałterza Dawidowego w tłumaczeniu Kochanowskiego. Kocham mistrza Jana z Czarnolasu i jego przekład Księgi Psalmów uważam za najpiękniejszy. A na dziś przypada mi psalm 115 "Non nobis, Domine, non nobis, sed nomini Tuo da gloriam"

16:59, atojaxxl
Link Komentarze (3) »
środa, 11 maja 2016

Sprawdzam kilka raz w kalendarzu - naprawdę, dziś jest środa, 11 dzień maja, żaden tam piątek trzynastego. A jednak pech się przyplątał i mnie trzyma.

Jestem raczej osobą zorganizowaną, lubię trzy razy sprawdzić niż raz coś zapomnieć. A tu masz. Najpierw pomyliłam blistry z lekarstwami i wzięłam podwójną dawkę czegoś, co powinnam brać co drugi dzień. W efekcie zużycie wody w toalecie wzrosło wielokrotnie. Gdy już jakoś doszłam do stanu normalnego, spakowałam się na działkę sprawdzając trzykrotnie: dokumenty - mam, jedzenie - mam, lekarstwa - mam, piła nowa do gałęzi - mam, odzież - mam. Klucze od działki - leżą na szafce w przedpokoju jak zawsze. 

I się zaczęło. Najpierw uciekł mi autobus, którym dojeżdżam do tego właściwego przystanku, żeby się przesiąść na działkę. Przespacerowałam się spokojnie i wsiadłam... no właśnie, ten autobus też jedzie w stronę działek, ale zatrzymuje się dokładnie 1000 kroków bliżej niż ten właściwy. Cóż to dla mnie 1000 kroków:) Gdy byłam już w okolicach 824 kroku, dodajmy w pełnym południowym słońcu, nagle jak grom z jasnego nieba spadła myśl: klucze, czy wzięłam klucze!!! 

Oczywiście, klucze zostały na szafce, pierwszy raz w życiu. Brama główna otwarta, to doszłam do wniosku, że chociaż zapłacę za działkę. Trzeba przemaszerować kilkaset metrów - tym razem tylko po to, by pocałować klamkę od biura zarządu. Ogłoszenie jak byk: w dniu 11 maja nieczynne, będzie czynne 14 maja... Tydzień temu zmarł prezes naszych działek, pewnie nie ma kto podpisywać przelewów itp. No to marsz do bramy głównej, którą już ktoś zdążył zamknąć na klucz. Jakiś młody człowiek przywiózł akurat ziemię, przemknęłam na przystanek. 

Nie wiem, co mi kazało przesiąść się na inny autobus, w każdym razie po 15 minutach znalazłam się na targu warzywno - owocowo - kwiatowym, gdzie nabyłam 8 (osiem!!!) odmian miniaturek million bells!!!

Matko kochana, przecież mam już posadzone 6 odmian na balkonie, gdzie ja teraz posadzę te osiem dodatkowych. Inna sprawa, że piękne:), jak klejnociki; intensywnie żółte z białymi paseczkami, żółte z czerwonymi, purpurowe z żółtymi, czerwone z białymi, fioletowe z żółtymi, prawie czarne, żółte pełne...

Wracając z targu miałam w autobusie nieprzyjemne starcie z bardzo starszym panem (pas od spodni prawie pod pachami, skarpety, sandały), któremu się uwidziało, że musi siedzieć akurat tam gdzie ja i muszę mu ustąpić. Nie lubię się kłócić, ustąpiłam, a ten niezadowolony jeszcze długo snuł wywody o babach ze wsi, które w mieście nie umieją się zachować - ta baba ze wsi to niby ja:)

Teraz jestem w domu, piszę tę notatkę i nie wiem, co jeszcze dziś mnie spotka:) Na wszelki wypadek chyba już nigdzie nie wyjdę, chociaż kijki na mnie mrugają z kąta:)

PS a jednak chyba los czuwał nad nami, przed chwilą G. wrócił z imprezy dla niepełnosprawnych i jak się okazało nie miał swoich kluczy od mieszkania. Gdybym była na działce, dopiero byłaby bieda.

14:38, atojaxxl
Link Komentarze (3) »
poniedziałek, 02 maja 2016

Moja flago, "biała jak śnieżna lawina, czerwona jak puchar wina".

Znów dumnie powiewasz na wietrze. Obok, z innych balkonów powiewają Twoje koleżanki.

Ale Ty jesteś nasza, moja - od wielu lat ta sama, starannie prana i prasowana, przechowywana w płóciennym woreczku, na półce, gdzie najważniejsze dokumenty rodzinne, wywieszana tylko w ważnych dla Polski chwilach.

Cieszę się, że Cię mam i że nie muszę Tobą wymachiwać na demonstracjach, protestach i barykadach.

Mam nadzieję, że tak będzie w przyszłości, że będziesz dla mnie i mojej rodziny symbolem wolnej Ojczyzny.

Moja flago

... i nigdy nie będziesz biała,

i nigdy nie będziesz czerwona,

zostaniesz biało - czerwona

jak wielka zorza szalona,

czerwona jak puchar wina,

biała jak śnieżna lawina,

najukochańsza, najmilsza,

biało - czerwona...

(K.I.Gałczyński "Pieśń o fladze")

Tagi: swięta
21:23, atojaxxl
Link Komentarze (2) »
niedziela, 01 maja 2016

Chyba nigdy nie przepadałam za zakupami. Idę do sklepu z gotowym spisem, kupuję, płacę, wychodzę. I jakoś nigdy wcześniej nie zaobserwowałam zjawiska, które teraz często rzuca mi się w oczy na stoiskach warzywno - owocowych. Powiedzmy szczerze, drogo jest, to jest tzw. przednówek, nowalijki spod folii albo z importu. Ale to nie usprawiedliwia pewnych zachowań, których nie można nazwać inaczej jak pospolitą kradzieżą.

"Stokrotka" - promocja na młodą cukinię. Starsza pani wybiera, przekłada, wreszcie decyduje się na jedną i usiłuje odłamać resztkę ogonka. Niestety, przełamuje cukinię na pół, zakopuje ją pod spód i szuka następnej. Tu udało się ogonek odłamać z niewielkim kawałkiem cukinii, odłamaną resztkę zakopuje w ... kapuście. No cóż, franca jestem złośliwa, idę za panią z odłamanym kawałkiem i przy sprzedawczyni podaję mówiąc "zgubiła pani". Mogłaby czerwienią oblicza konkurować z pomidorami. Różnica na wadze - prawie 2 dkg. Warto?

"Spar" - rzodkiewki w pęczkach po 12 sztuk, 0.99 zł. Tu inna osóbka pakuje do woreczka foliowego wybrany pęczek, ale to nie koniec - z pozostałych odrywa kilka rzodkiewek i sprytnie wpycha w ten zapakowany pęczek. Przy kasie sprawa się rypła, sprzedawczyni po prostu sprawdziła, czy to na pewno jeden pęczek. Zapewnienia, że musiały się same oderwać, nie przekonały sprzedawczyni, widać, że ten "numer" już znała. Pytam, czy warto za kilka rzodkiewek najeść się wstydu? Widać warto.

"Biedronka" - ładne banany, one też mają ogonki, z pięknej kiści pani usiłuje oderwać dwa, ale tak, żeby ogonek był jak najmniejszy. Że pozostałe banany popękały wzdłuż po tej walce? A to już pani nie obchodzi. Przy okazji uszczykuje po kilka winogron i dyskretnie zjada. Ktoś kupi taką obdartą kiść? A to już pani też nie obchodzi. Kradzież? Jaka kradzież? A te sklepy to nas nie okradają? I jak tu dyskutować, że uczciwość, że przyzwoitość nie pozwala?

Ta sama "Biedronka" - małżeństwo kupuje pomidory, zwykłe, tańsze. Pani podaje mężowi dwa malinowe "włóż między tamte, może nie zauważy na kasie". Mąż odkłada jednak na półkę. Sumienie ruszyło?

I jeszcze z innej beczki:

"Natura" - szukam specjalnych zmywaczy w saszetkach do usuwania hybryd. Są. W każdym opakowaniu powinno być 10 sztuk - logiczne, tyle mamy palców. A jest - 8, 9, 8, 8. Sprawdzamy ze sprzedawczynią - w połowie opakowań było mniej niż powinno.

"Hebe" - szukam kremu dla mojej starzejącej się cery, tylko jednej firmy. Jestem alergikiem, nie mogę stosować wielu kosmetyków. Ten akurat jest odpowiedni. Jest. Tyle, że w pudełku zamiast oryginalnego kremu jest... mała pasta do zębów. Ktoś sprytnie podmienił zawartość i krem o wartości blisko 60 zł poszedł sobie...

Chęć posiadania czegoś za darmo jest widać silniejsza niż kamery, ochrona, sprzedawcy czy w końcu inni klienci - świadkowie tych wyczynów. Nie przemawia do mnie argument, że sklepy nas okradają albo wyrzucają towar. Powszechne staje się przyzwolenie na takie zachowania. 

Wiem, to nie jest dobry temat na Święto Pracy. Czy na pewno?

Tagi: ludzie
12:27, atojaxxl
Link Komentarze (6) »