Podróż przez życie z licznymi przystankami, w tym również autobusowymi
RSS
czwartek, 29 maja 2014

Ulewa goni ulewę, zimno, a ja muszę, no MUSZĘ załatwić kilka ważnych spraw. Wsiadam do prawie pustego autobusu, wsiada też on - Pan Menel. Widzę go niekiedy na ulicy, siedzącego w malowniczej pozie na krawężniku, na progu sklepu, pod drzewem. Nie zaczepia ludzi, nie naprasza się, po prostu jest. Wiek nieokreślony, odzież solidnie zniszczona, włosy czyste ale dawno niestrzyżone, buty wyraźnie naprawiane samodzielnie. I plecak, starego typu - miałam podobny w liceum na wędrówki po górach.

W autobusie zajął ulubione miejsce wszystkich dzieci czyli pojedynczy fotel z samego przodu. Już to różni go od innych meneli, rozwalających się na tylnych fotelach. Po chwili Pan Menel wyjął kanapkę i spożył ją popijając czymś z butelki po wodzie mineralnej. Po posiłku złożył starannie papier z kanapki, schował go razem z butelką, równie starannie pozbierał okruchy, rozejrzał się,sprawdził czy nie nakruszył na podłogę i wytarł sobie ręce w kawałek wilgotnej szmatki. A potem wyjął zielone pudełeczko z kremem i dokładnie namaścił wargi. Grzecznie zagaił rozmowę uwagami o pogodzie, życzył miłego dnia i wysiadł. Z miną niezależnego filozofa włożył plecak (wyznając zasadę "Omnia mea mecum porto") i powędrował dalej nieśpiesznie w deszcz...

Pierwszym miejsce, które odwiedzam jest przychodnia - nowiuteńka, nowoczesna, elegancko wyposażona, z grzeczną recepcją. Szybko załatwiam swoją sprawę i czuje, że powinnam odwiedzić toaletę (działają diuretyki). I tu wielkie zaskoczenie: toalety są trzy - jedna dla personelu, druga - uwaga, uwaga - dla niepełnosprawnych i kobiet, trzecia dla mężczyzn !!! Zaskoczenie pogłębia się, gdy chcę wejść - pukam, nic nie słyszę, więc otwieram drzwi. A tu dokładnie na wprost  siedzi na sedesie starsza pani ...

Okazuje się, że ta toaleta nie ma zamknięcia od środka ze względu na przeznaczenie dla niepełnosprawnych... i kobiet. Nie ma też żadnego sposobu informacji o jej "zajętości". Patrzę na drzwi toalety dla panów - tam jest wszystko: można się zamknąć od środka, a na zewnątrz jest strzałka "wolne - zajęte". Piętro wyżej - ta sama przychodnia a toalety normalne: dla kobiet, dla matki z dzieckiem (przewijaki, duże kosze), dla mężczyzn. Kocham takie absurdy:)

Jadę kolejnym autobusem, na kolejnym przystanku wsiada mocno leciwa niewiasta, która wylała na siebie chyba cały flakonik olejku różanego. Autobus z gatunku "city-bus" - 13 miejsc, kilka stojących, a tłok ścisk ogromny, bo to popularna linia. Po kilku minutach ludzie zaczynają uchylać okna, nie da się wytrzymać tego duszącego zapachu. Poza Różaną Panią nikt nie protestuje przeciw otwieraniu okien, choć na zewnątrz deszcz i zimno. Z ulgą wysiadam.

I widzę kolejny absurdalny pomysł - tę ulicę niedawno remontowano. Potem remontowano skutki remontu. W efekcie podniesiono poziom chodników ale wiaty przystankowej nie ruszano, tylko ją...obudowano nowym kostkami chodnikowymi. W wyniku tych remontów ławka na przystanku jest 20 cm nad powierzchnią chodnika !!! Odważny, który usiądzie, ma kolana równo z brodą. Starsze osoby nawet nie ryzykują takich wygibasów. Podobno w tym miejscu ma być poremontowy remont bis, bo krawężniki też są za wysokie a jedna ze studzienek kanalizacyjnych znowu się zapada...

Tagi: ludzie miasto
18:44, atojaxxl
Link Komentarze (2) »
poniedziałek, 26 maja 2014

W moim mieście jest piękny park. Dotychczas jego dumą była kolekcja drzew pamiętających czasy założycieli (1866 rok), przepiękne mauzoleum generała Józefa Bema na środku zarybionego i załabędziowanego stawu, zabytkowa fontanna. Od kilku lat w parku zamieszkały Muzy - wyremontowano pałacyk i zainstalowano tam Biuro Wystaw Artystycznych. I zaczęło się: a to koncert, a to wystawa, a to jakiś ciekawy projekt z udziałem dzieci, pałacyk żyje do późnej nocy.

Od czasu do czasu sztuka wychodzi z jego murów dosłownie między ludzi. Na jednym z trawników stanęła taka oto rzeźba:        

To "Melancholia" Maurycego Gomulickiego. Autor nawiązał do słynnej "Melancholii" Albrechta Duerera. Ten wielościan jest jednym z elementów umieszczonych przez Duerera na drzeworycie, który do dziś intryguje badaczy szukających ukrytego znaczenia obrazu.

"Melancholia' Gomulickiego też budzi zaciekawienie, o czym świadczy wydeptana trawa wokół rzeźby. Dodatkowym walorem tego dziwnego wielościanu jest fakt, że zmienia kolor zależnie od kąta padania promieni słonecznych.

              

W Noc Muzeów sztuka w parku nie tylko wyszła między ludzi, ale zawisła nad ich głowami. Przy pochodniach odbył się wernisaż wystawy "Bieguni" Jerzego Kędziory: dziewięć rzeźb balansujących na linie, przedstawiających ruch ale i samych podlegających ruchowi. To tajemnica artysty i współpracujących z nim zapewne naukowców, jak udało mu się znaleźć środek ciężkości, by umieszczone na linie rzeźby nie spadały a łagodnie podlegały wahaniom.

              

"Król i Królowa" oglądali już z wysokości Dubaj i Miami na Florydzie, teraz balansując na linie patrzą na Mauzoleum Bema i na tłumy spacerowiczów

              

"Jak u Dejaniry" - ta rzeźba zaczepiona jest na linie tylko między palcem wskazującym i kciukiem

              

"Fałszywy ton" - tu lina przebiega tylko pod lewym kolanem rzeżby, wisi w miejscu, gdzie są dość mocne podmuchy wiatru i balansuje

              

"Akrobata z krzesełkiem" - lina przebiega pod przednią częścią krzesła, akrobata stoi na jednej ręce opartej na krześle i całość balansuje nad głowami ludzi

              

'Gimnastyk na kółkach" - tu rzeźbiarz zaczepił liny na kółkach i rozciągnął je nad alejką - jedna z najczęściej fotografowanych rzeźb

              

Anioł ? Nike ? - niewielka, zielona rzeźba niełatwa do znalezienia na tle drzew. Suknia postaci ma na bokach wcięcia i w ten sposób została nałożona na linę i balansuje

              

Linoskoczek z wahadłem - stoi na linie przebiegającej mu tylko między palcami ugiętej lewej stopy !!!

             

Również ta postać ze skakanką zaczepiona jest na linie tylko jednym palcem stopy.

Oczywiście jak zawsze opinie są podzielone od zachwytu po obrzydzenie, mnie się taka forma prezentacji sztuki bardzo podoba.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Tagi: miasto sztuka
17:42, atojaxxl
Link Komentarze (7) »

A ja się cieszę :)

Moja kandydatka Róża Maria Barbara Graefin von Thun und Hohenstein, córka Jacka Woźniakowskiego, prawnuczka Gwalberta Pawlikowskiego została wybrana z miażdżącą liczbą głosów . Tytan(ica) pracy.

Pamiętam ją z czasów studenckich, z jej działalności w ruchu opozycyjnym. Mądra, wykształcona, zamożna, nie musi się dorabiać na europejskiej pensji. Hrabianka z pochodzenia, hrabina po mężu. Nie musimy się wstydzić jej wystąpień. Brawo.

Cieszę się :)

Wybrana została ponownie Danuta Huebner, w przeciwieństwie do wielu kandydatów na europosłów wie, na czym polega praca europarlamentu oraz ile rzeczywiście można "ugrać" dla Polski. To tez jest osoba, która nie musi się dorabiać, a jej takt, kultura osobista, znajomość języków musi budzić respect.

Cieszę się :)

Do PE pojedzie kolejny raz Lidia Geringer de Oedenberg, z Wrocławia, mojego miasta marzeń. Dla rozwoju kultury muzycznej tego miasta zrobiła więcej niż inni. Ona też wie, czym i jak gryzie się kęsy eurotortu dla Polski.

Cieszę się :)

W PE znajdzie się Anna Fotyga, była minister spraw zagranicznych. Jej formacja polityczna akurat jest mi tak odległa, jak Galaktyka NGC4414, ale ona sama jest wykształcona, zna języki obce, może oderwana na jakiś czas od swego guru zrobi coś dobrego dla Ojczyzny.

Cieszę się z każdej kobiety, która będzie europosłanką, nawet obecność pani Gosiewskiej przełknę, bo jak sobie pomyślę, co przeszła po śmierci męża, to mi jej żal .

Więc się cieszę....

niedziela, 18 maja 2014

Rzadko mogę sobie pozwolić na zakup albumu malarstwa. Są bardzo drogie i coraz droższe. Nic więc dziwnego, że ucieszyłam się ogromnie, gdy otrzymałam album Józefa Wilkonia "Szum drzew". Była to nagroda w konkursie na rekomendację książki, jaki ogłosiła nasza Miejska Biblioteka Publiczna im. J. Słowackiego z okazji Tygodnia Bibliotek. Napisałam rekomendację mojej ulubionej książki biograficznej autorstwa Haliny Arturowej z Lilpopów Rodzińskiej "Nasze wspólne życie" i ...wygrałam m.in. album Józefa Wilkonia - jednego z moich ulubionych ilustratorów książek, malarza, rzeźbiarza. W ubiegłym roku w naszym mieście była wystawa jego dzieł połączona właśnie z promocją wspomnianego albumu.

Rodzina Wilkoniów jest związana z moim miastem silnymi więzami - babcia Józefa Wilkonia, Teresa z domu Szczepanikówna, była krewną słynnego wynalazcy Jana Szczepanika.  Ojciec Józefa Wilkonia organizował w czasie okupacji hitlerowskiej ruch oporu na ziemi tarnowskiej będąc delegatem Rządu Londyńskiego na nasz teren. Brat Józefa Wilkonia - Aleksander, wybitny polonista, językoznawca, wykładowca wielu europejskich uczelni, był podczas moich studiów na UJ jednym z naszych ówczesnych nauczycieli akademickich, obecnie współpracuje z naszą Wyższą Szkołą Zawodową.

Ale wróćmy do książki. Można na jej przykładzie wytłumaczyć powiedzenie "od deski do deski". Oprawiona jest bowiem w ciężkie okładki z grubej masywnej tektury przypominające deski albo blaty, na których rysownik wypróbowuje kolory, kreski itp.

Wewnątrz wywiad z Józefem Wilkoniem, ilustrowany dziesiątkami jego rysunków, gwaszy, rzeźb.

Skąd moja fascynacja Wilkoniem? Miałam 10 lat, gdy rodzice zabrali mnie do siebie, z wioski, w której się wychowywałam u dziadków. Zaproszono mnie na pierwszą wizytę u przybranych dziadków, rodziców mojego ojczyma. Dom był pełen dorosłych, zajętych swoimi sprawami, panowie grali w karty, panie plotkowały przy kawie. Patrzyłam pożądliwie na stos kolorowych czasopism. Wtedy mój nowy dziadek zapytał, czy chcę obejrzeć, bo chyba się nudzę. Przytaknęłam i dostałam rocznik "Polski", miesięcznika wydawanego dla Polonii, jak na tamte czasy ekskluzywnego, na doskonałym papierze, opracowywanego przez świetnych grafików. Na okładce była właśnie ilustracja Józefa Wilkonia. Znałam już jego ilustracje z książek dla dzieci np. H.Bechlerowej "O kotku, który szukał czarnego mleka". Chciałam tak rysować jak on...

Dziadek pozwolił mi zabrać czasopismo do domu a potem zrobił mi prezent w postaci stałej prenumeraty - jedna z sióstr ojczyma prowadziła kiosk Ruchu. Tak poznałam najlepszych polskich ilustratorów, oglądałam zdjęcia z najlepszych przedstawień operowych i ważnych wydarzeń kulturalnych - wycięte z "Polski" zdjęcie Gerarda Wilka, solisty baletu Teatru Wielkiego wisiało kilka lat przy moim łóżku.

Uwielbiam ilustracje Józefa Wilkonia, po prostu: uwielbiam. Jego cudowne koniki o cieniutkich nóżkach, ptaszki rysowane kilkoma kreskami, bajeczne pawie i ryby, malowane plamą drzewa, kapitalne koguciki.... cały, cały Wilkoniowy zwierzyniec. Mało kto wie,że Wilkoń był autorem jednego z pierwszych polskich komiksów w prasie dziecięcej - jego autorstwa był bowiem "Kowboj Dżim Kukiełka" w "Świerszczyku" - kowboj Dżim będzie niebawem obchodził 50 urodziny.

Jednym z najważniejszych dzieł Wilkonia były ilustracje do "Pana Tadeusza". To prawdziwe artystyczne wyzwanie - Polacy przyzwyczajeni do ilustracji Andriollego, Szancera, Gronowskiego czy Uniechowskiego niechętnie przyjmują wszystkie udziwnienia i nowoczesności. A jednak Wilkoniowi się udało. Rozbuchana przyroda, wyłaniająca się z pozornie przypadkowych plam i zacieków, jest tłem dla malutkich postaci ludzi i zwierząt.

Nie mam już tego "Pana Tadeusza", przepadł w szkole jak wiele innych egzemplarzy moich książek. Ale teraz mam album "Szum drzew", oglądam i nie mogę się nacieszyć . I czekam, kiedy zobaczy go wnuczka, czy też będzie zafascynowana bajkowym światem wyczarowanym przez Józefa Wilkonia ?

                       

Tagi: ludzie sztuka
08:00, atojaxxl
Link Komentarze (1) »
sobota, 17 maja 2014

Za oknem niebo wylewa wiadra deszczu, a ja wspominam poetę, którego 35 lat temu, 17 maja 1979 roku przygarnęły wody jeziora w okolicach Nowej Wsi Szlacheckiej - Ryszarda Milczewskiego - Bruno.

Z urodzenia - tarpnianin*,

    z wykształcenia - rolnik,

       z zamiłowania - włóczykij,

         z daru losu - poeta,

            z talentu - grafik.

Wielki poeta i jeden z wielkich zapomnianych. Wymieniany w jednym szeregu ze Stachurą, Bursą, Wojaczkiem, Babińskim, Różańskim, Żernickim (Kwiatkowskim), Ratoniem, Gielą - z polskimi poetami wyklętymi.

Jego życie, przyjaźń ze Stachurą, ekscesy poalkoholowe, walka o wydanie utworów Andrzeja Bursy, walka o własne miejsce wśród licznego grona piszących wiersze, jego problemy z kobietami, bezdomność, wreszcie tragiczna śmierć - wszystko to obrosło legendą i przesłoniło prawdziwego Bruna, który wypowiada siebie w swoich utworach.

Był przede wszystkim poetą, ale pisał też felietony, prozę i listy. Niewyobrażalną ilość listów do przyjaciół, kolegów, do żony, przyjaciółek, do dzieci. Z listów i widokówek można wyczytać każdą radość i każdą biedę Jego życia. Ozdabiał je rysunkami, okraszał własnymi wierszami.

Często popadał w tarapaty, gubił swój słynny chlebak, zastawiał taksówkarzom zegarki a nawet książeczki oszczędnościowe, wracał do Kalinkowej dulęby pobity, bez grosza przy duszy. Rozbijał napuszoną powagę zebrań literackich, festiwali i konkursów poezji. Wyśmiewał norwidków i eliocików.

Organizatorzy wszelkiego rodzaju tygodni poezji, poetyckich sympozjonów, wiosen i jesieni poezji z duszą na ramieniu wysyłali Brunowi zaproszenia. Wśród poetów byli tacy, którzy odmawiali udziału, gdy będzie Milczewski- Bruno, byli jednak w większości tacy, którzy też odmawiali udziału, jeżeli Bruna nie będzie.

Można powiedzieć, że obowiązywało hasło "Jest Bruno - jest impreza"

A Milczewski-Bruno pisał świetne wiersze. Był poetą peryferii, prowincji i drogi. Poetą, który w każdej sytuacji umiał dostrzec wartość i piękno słowa. Słyszał je w gaworzeniu małej córeczki, w stukocie kół pociągu, w kluczu ptaków. Niespotykanymi słowami wypowiadał swoje cierpienie i swój zachwyt.

Miał wielu przyjaciół (?) ale i kilku zawziętych wrogów, wśród ostatnich był wybitny krytyk literacki, pisarz i publicysta Artur Sandauer, który napisał m.in, że Milczewski- Bruno sam nie rozumie zapewne tego, co pisze...

Badacze twórczości Bruna próbują w jego twórczości doszukiwać się zapowiedzi śmierci. A ona przyszła do Niego niepodziewanie i głupio. Na oczach kolegów wszedł do jeziora i utonął. Lubił się popisywać, to był Jego ostatni popis. Dokładnie w imieniny Brunona** i Sławomira***, 17 maja... Miał 39 lat

Przypomnijmy sobie choć na chwilę Jego postać i wiersze. Bo przecież "Gdzieś w nas błyszczą gwiazdy poezji..."

*Tarpno, obecnie dzielnica Grudziądza

**Pseudonim Bruno nadali Milczewskiemu szkolni koledzy z Technikum Rolniczego. Początkowo bił się z nimi o to przezwisko, ale później przyjął je za swoje i już w szkolnych latach listy podpisywał "Bruno"

***Sławomir - to imię syna poety

13:58, atojaxxl
Link Komentarze (1) »
piątek, 16 maja 2014

Musiałam jechać na drugi koniec miasta i to w godzinie szczytu. Gdy przyszłam na przystanek, ta panienka już stała i wdzięczyła się do telefonu głośno i z zapałem perorując. Autobus nieco się spóźnił, ale ona gadała dalej. Wreszcie mogliśmy wsiąść do "30". Miałam pecha - panienka przyklejona do telefonu usiadła za mną i snuła swoje wywody. Nie krępowała się przy tym ani nie zniżała głosu, po prostu zachowywała się tak, jakby siedziała sama we własnym  pokoju, od czasu do czasu wybuchała histerycznym śmiechem lub okraszała swoją opowieść licznymi wulgaryzmami.

Drobna, szczupła, w dżinsowym komplecie (kurteczka i spódnica), okulary, myszate włosy... Opowiadała swojej rozmówczyni o meandrach uczuciowych, w jakich się znalazła. Otóż cierpi ona obecnie na klęskę urodzaju. Jeszcze do matury nie miała chłopaka, nikt nie zabiegał o jej względy, a teraz od roku mniej więcej, jest ich trzech - Sylwek, Marcel i Mateusz, trzech absztyfikantów. Z każdym chodzi, z każdym się umawia, każdy jest przekonany, że to tylko on. I żaden nie wie o dwóch pozostałych. Po prostu klasyczny ...kwadrat.

W dodatku każdy z nich ma jakieś wady. Sylwek jest taki przyziemny, mało romantyczny i całuje tak jakoś bez namiętności. Z kolei Marcel jest bardzo namiętny, tak namiętny, że nie zwraca uwagi na jej protesty, gdy ona nie chce... hihihi.... no wiesz czego nie chcę , hahahaha, ale ty głupia jesteś, no .... Mateusz taki delikatny, uczuciowy, obraża się o byle co, on by wiesz ... tylko za rączkę, do parku, parę razy byliśmy na kawie, ale bałam się, że mnie tamci z nim zobaczą....

Panienka miała poważny problem, który rozważała publicznie: czy dalej to ciągnąć tak jak jest, czy z dwoma zerwać, ale pytanie, kogo zostawić. Ze szczegółami opowiadała o fizycznych zaletach trójki absztyfikantów, o dreszczach, jakie ją przechodzą, gdy Marcel się do niej dobiera.... Mało tego, poinformowała rozmówczynię i nas wszystkich przy okazji, że jedzie oto na urlop nad morze  i co będzie, jak tam się ktoś trafi . I ona jest zdania, że nikt jej zdrady zarzucić nie może, bo o zdradzie tak naprawdę to można mówić dopiero po ślubie, a wcześniej to są tylko takie przymiarki.

Nasz wspólna niestety podróż miejskim autobusem w korkach trwała 40 minut. Kilka osób zwracało panience uwagę na niestosowność jej zachowania. I już nie chodziło o jej przygody miłosne, ale o sposób ich eksponowania: pisk, pokrzykiwania, chichoty na cały autobus, przekleństwa. Patrzyła na współpasażerów wzrokiem łani trafionej drobnym śrutem w tyłek i żaliła się do rozmówczyni, że tu się do niej ludzie przypier.....ą, jak im się nie podoba, to niech nie słuchają.

Naprawdę, nie dało się nie słuchać. To nie było dyskretne przypomnienie rodzinie, że trzeba nastawić ziemniaki albo zdjąć pranie, bo zaczyna padać. To był popis chamstwa. Przez chwilę miałam nawet nadzieję, że panienka jest trochę stuknięta i udaje, że z kimś rozmawia, ale gdy na chwilę zamilkła a w autobusie zapadła cisza, z jej telefonu wydobył się głos: "Pier....sz !!!! No zajebiście, ku..a, zajebiście...."

Tagi: ludzie
11:18, atojaxxl
Link Komentarze (3) »
piątek, 09 maja 2014

Kilkanaście dni temu pokazałam tu pięęęęękne mniszki lekarskie (pop.mlecze) porastające wszystkie miejskie skwery, trawniki, parki, międzypasy itp. Obstawialiśmy rodzinne zakłady, czy PUK nasz miejski zdąży skosić to dziadostwo, zanim przekwitnie i wypuści w świat tryliony nowych nasion.

           

Wyszło na moje, choć zwykle nie czuję satysfakcji, gdy mogę powiedzieć "A nie mówiłam !!!"

          

Mniszki sobie przekwitły, wysłały armie swojego potomstwa z wiatrem i wtedy gdzieniegdzie, bo jeszcze nie wszędzie, weszli panowie z kosiarkami. Rzeczniczka prasowa urzędu naszego miasta z triumfem ogłosiła, że wszędzie kosi się i wywozi urobek na bieżąco. Kłamczuszka, oj kłamczuszka

13:05, atojaxxl
Link Komentarze (3) »
czwartek, 08 maja 2014

Jako dziecko miałam słabość do kapliczek. We wsi moich Dziadków było ich kilka, były to tzw. kapliczki domkowe. Kobiety dbały o nie, na wiosnę malowały wapnem, obsadzały kwiatami, mężczyźni naprawiali ewentualne szkody. Każda z nich miała swoją historię: jedna była dziękczynieniem za przeżytą wojnę, inna za szczęśliwie przebytą chorobę, kolejna miała chronić zasiewy. Przy każdej w maju odprawiano majówkę - nabożeństwo majowe ku czci Matki Boskiej.

W kapliczkach stały figury Maryi, czasem świętych, wisiały obrazy, w kapliczce zostawiało się zniszczone różańce, medaliki. Młode pary modliły się przy kapliczkach w drodze do kościoła na ślub.

We wsi, gdzie się wychowałam, szczególną czcią otaczana była kapliczka św. Jana Nepomucena przy moście nad Stradomką. Św. Jan Nepomucen, tzw. Nepomuk , ma za zadanie chronić wieś od powodzi. Kapliczka powstała przed 200 laty, gdy to wody Stradomki przyniosły figurę świętego. Ludzie uznali to za znak Boży i postawili przy brzegu rzeki kapliczkę, w której umieścili figurę świętego pływaka.

               

Jako dziecko wierzyłam w tę legendę, ale z czasem przekonałam się, że prawie w każdej wsi, gdzie stoi Nepomuk, opowiadają to samo.

Kilka lat temu odwiedziłam moje rodzinne strony i oczywiście jak za szkolnych czasów poszłam do kapliczki. Kilka miesięcy wcześniej została wyremontowana za pieniądze z Unii Europejskiej. Niestety, w 2010 roku Nepomuk nie pomógł i powódź zalała nie tylko wieś, ale kapliczkę. Gdy tam byliśmy, suszyła się po powodzi a ohydne sztuczne kwiatki zasłaniały najbardziej zagrzybione miejsca.

              

Na zewnętrznych ścianach widać, że kapliczka jeszcze jest zawilgocona.

Ja też mam swoją malutką prywatną kapliczkę. Kilkanaście lat temu zrobiła ją samodzielnie 10-letnia uczennica, wykonała ją z gipsu, wyrzeźbiła a raczej ulepiła Matkę Boską z trzecim okiem na skroni. Na bocznych ścianach wymalowała malwy. Ta nieporadna praca dziecka została przekazana na aukcję na rzecz hospicjum wraz z innymi kapliczkami wykonanymi rzekomo przez uczniów a w rzeczywistości przez ich rodziców i dziadków. A jednak to o nią toczyła się zawzięta walka między mną i kolekcjonerem sztuki naiwnej. Wygrałam i kapliczka towarzyszy mi na działce.

       

Cały rok stoi na oknie za szkłem a czasem, gdy pogoda jest ładna i sucha, stawiam ją wśród stokrotek. Boć przecież powinny Ją chwalić łąki umajone...

W pobliżu naszego bloku otwarto nowy sklep pewnej popularnej sieci. Właściciel zadbał też o parking i otoczenie, posadzono karłowate drzewka i rozmaite kwiaty. I oto od kilku dni obserwujemy wysyp smardzów

            

Spod prawie każdej sosenki wystają przynajmniej dwa piękne grzybki na białej nóżce. Ludzie przystają, podziwiają, niektórzy robią zdjęcia. I nikt ich nie niszczy :)

Więcej o smardzach można przeczytać np tu bez-ogrodek-blog.blogspot.com/2013/02/wiosenne-grzybobranie-o-smardzach.htm