Podróż przez życie z licznymi przystankami, w tym również autobusowymi
RSS
niedziela, 27 maja 2012

Przystanek linii 46, usytuowany niedaleko wejścia do Parku Strzeleckiego - najpiękniejszego i najstarszego parku w mieście, miejsca spoczynku generała Józefa Bema. Fantastyczny starodrzew, urokliwe dróżki zachęcają do spacerów. Tu można zaśpiewać "Zielono mi..."

Dziś niedziela Zesłania Ducha Świętego - Zielone Świątki. Święto kościelne i ludowe. Od piątku obserwowałam dekorowanie wejścia do pobliskiego kościoła i już mi nie było ani zielono ani wesoło. Kilkadziesiąt młodych brzózek zostało gdzieś wyciętych, przywiezionych do miasta i na te dwa dni przywiązanych do balustrady. Już wczoraj listki smętnie wisiały, dziś większość obeschła na tym porywistym i wysuszającym wszystko wietrze.

U moich Dziadków dekorowaliśmy obejście i drzwi domu tatarakiem. "Zielone świątki - tatarak w kątki".

Podobnie dekorowano stary wiejski kościółek - kwiatami i tatarakiem, pamiętam ten niezwykły upajający zapach. Jeżeli wykorzystywano drzewka, to tylko pojedyncze gałęzie, nikt nie dokonywał barbarzyńskiego wycięcia młodych, cudownych brzóz !!! Tatarak odrasta szybko, brzoza niestety nie...

Policzmy, w kraju jest około 18 tysięcy kościołów i kaplic. Niech każdy zostanie "udekorowany" zwłokami dwóch drzewek to daje 36 tysięcy sztuk !!! A przecież Polak - katolik ma gest, nie ograniczy się do dwóch !!!

Za 10 dni będzie Boże Ciało i znowu pod siekierę pójdą tysiące brzóz, bo każdy ołtarz takowymi jest ustrojony m.innymi po to, by pobożny lud po nabożeństwie rozszarpał drzewko na pamiątkę tego ważnego dnia.

Nie podoba mi się ten zwyczaj, kurczą się coraz bardziej obszary zielone, w mieście są obszary zupełnie pozbawione roślinności. Przed moim oknami - na szczęście- rosną urokliwe, wysokie brzozy. Nie ma piękniejszego odcienia zieleni, niż młoda zieleń brzózki rozpuszczającej swoje warkocze. Pozwólcie im żyć .

PS Nie popieram Palikota, nie jestem apostatą, nie atakuję Kościoła i dogmatów, wyrażam swoje zdanie w kwestii, która nie ma związku z rytem religijnym.

 

sobota, 26 maja 2012

Przystanek usytuowany przy ulicy miejscowego i narodowego bohatera, wykraczającego działalnością poza granice zaborów - Józefa Bema, obok Gimnazjum nr 7  z oddziałami integracyjnymi im. Janusza Korczaka. Tu wysiadam, gdy chcę coś załatwić przy naszym miejskim deptaku, jakim stała się od niedawna ulica Krakowska.

Wczoraj wysiadłam na tym przystanku w celach wzniosłych: po pierwsze miałam odebrać w księgarni niezwykłą książkę - Anny Zarzyckiej 'Rewolucja Szymborskiej 1945 - 1957". Wydana blisko dwa lata temu bez rozgłosu i szumu PR-owskiego towarzyszącego wydawnictwom celebryckim. Odwiedziłam wcześniej wszystkie księgarnie w mieście i nigdzie jej nie znalazłam. W tej na rogu Krakowskiej i Malczewskiego sprowadzono mi ją w tempie błyskawicznym. Książka niezwykła, mądra, rzetelna do przesady, z rewelacyjną bibliografią i przypisami, które czyta się z zapartym tchem, tak samo jak tekst zasadniczy.W tytule książki zmieniono kolorystykę litery "e" w słowie "rewolucja", jakby podkreślając, że tak naprawdę nasza noblistka przeszła w tych latach wielką ewolucję obywatelską, ale przede wszystkim twórczą. To powinna być obowiązkowa lektura dla wszystkich kundelków ujadających nawet nad prochami Szymborskiej, kundelków, które w życiu nie czytały jej wierszy, ale muszą wypomnieć, że napisała wiersz opłakujący śmierć Stalina.

Gdyby poetka oddała medal noblowski na Jasną Górę (jak Lech Wielki), gdyby część nagrody noblowskiej przeznaczyła na budowę znaczącej świątyni, gdyby przyklękała przed JP2 i jego sekretarzem, gdyby przyodziała pokutne szaty i opiewała nowego błogosławionego, może pozwolono by Jej spoczywać w pokoju i nie wypominano romansu z nową powojenną rzeczywistością, romansu, z którego szybko się wyzwoliła...

Drugim celem mojej wczorajszej wyprawy było kolejne spotkanie Dyskusyjnego Klubu Książki w Bibliotece Miejskiej, w Galerii Niebieskiej. Klub istnieje od pięciu lat a ja uczestniczę w jego spotkaniach czwarty rok. Moderatorką dyskusji jest zjawiskowa pani Mariola, szefowa Działu Informacyjno-Wydawniczego i Centrum Wiedzy o naszym mieście i regionie. Wrażliwa na piękno słowa, zakochana w książkach, z niezwykłym taktem i zaangażowaniem prowadzi kolejne spotkania osób, które są w różnym wieku, z różnymi doświadczeniami czytelniczymi, czasem szukające po prostu okazji, by pobyć między ludźmi i porozmawiać.

Wczoraj dyskutowaliśmy o "Sklepach cynamonowych" Brunona Schultza. Moja przygoda z Schultzem rozpoczęła się jeszcze w czasach licealnych, potem podczas studiów , i tak mi zostało do dziś. Wśród mnogości moich książek jest kilka takich, do których stale wracam. Przede wszystkim "Psalmy" w tłumaczeniu Jana Kochanowskiego - codziennie czytam jeden i codziennie zachwycam się pięknem staropolszczyzny Jana z Czarnolasu. Następnym dziełem są "Sklepy cynamonowe" - opisy przyrody, dla innych nudne - dla mnie zachwycające wspomnienia wypraw nad rzeczkę obrośniętą spódnicami łopianów, na łąkę pełną babki, kłoszących się traw i zielska. I atmosfera sklepów wiejskich,do których chodziłam na zakupy,  gdzie ryż-mydło-i-powidło jakby żywcem przeniesione z przedwojennego szteltla. I opalanie koguta przez babcię jakby przeniesione z opowiadania "Wichura"...

Zastanawiam się nieraz, co mógłby Schultz napisać, gdyby przeżył wojnę. Ile straciła literatura światowa wraz ze strzałem z ręki gestapowca. Ile straciło malarstwo...

W czerwcu będziemy rozmawiać o najnowszej biografii Korczaka... Znów wysiądę przy szkole jego imienia i pójdę w górę ulicą, którą przed 70 laty tarnowscy Żydzi szli na śmierć ...

piątek, 25 maja 2012

Przed budynkiem naszego teatru przy ul. Mickiewicza od dawna usytuowano przystanek, przy którym do niedawna zatrzymywały się autobusy podmiejskie, a teraz tylko prywatne busy. Dlatego nie ma on swojego numeru...

Dziś dla teatru ważny i smutny dzień - pierwsza rocznica tragicznej, samobójczej śmierci Edwarda Żentary, dyrektora teatru, wybitnego aktora, niezapomnianego Janka Pradery w "Siekierezadzie".

Pana Edwarda spotkałam kilka tygodni wcześniej w parku. Wnuczka spała smacznie a ja okrążałam z wózkiem skwer główny i w pewnym momencie zdałam sobie sprawę, że kilkakrotnie już minęłam siedzącego na ławce mężczyznę, którego skądś znałam. Przy kolejnym okrążeniu już wiedziałam,że to pan Żentara. Siedział lekko pochylony, łokcie oparte na kolanach, obok leżały jakieś dokumenty czy papiery. Wyglądał jak człowiek, który nigdzie się nie śpieszy, który ma czas siedzieć i myśleć.

Podeszłam , przywitałam się z Nim i przypomniałam warsztaty sprzed kilkunastu lat, w których brałam udział a Edward Żentara - Janek Pradera opowiadał nam o swojej pracy nad rolą w "Siekierezadzie". Widziałam, że było mu miło, iż ktoś pamięta taki dla niego nieznaczący epizod jak spotkanie z nauczycielami chcącymi pracować na lekcjach metodą dramy. Porozmawialiśmy chwilę, pożegnaliśmy się życzeniami dobrej pogody i udanych premier.

Po śmierci Edwarda Żentary odezwały się liczne głosy o jego samotności, o problemach z zespołem teatralnym, kłopotach osobistych, o wyjątkowo trudnych warunkach pracy (był dyrektorem teatru bez teatru, który w tym czasie podlegał całkowitej przebudowie). Padały pytania o przyjaciół, o zawiść wśród tarnowskich aktorów, o brak pomocy ze strony środowiska kulturalnego miasta i ludzi odpowiedzialnych za kulturę.

Mój mąż, który podczas przebudowy teatru pracował w jego ochronie, wspomina dyrektora Żentarę, jak przychodził czasem, rozglądał się jakby nie wierzył, że ta ruina znowu przyjmie widzów i aktorów.

A ja cały czas mam wrażenie, że swoim życiem Edward Żentara dopełnił los Edwarda Stachury. Obydwaj mieli to samo imię, nazwiska obydwu składają się z siedmiu głosek (nie mylić z literami), mają podobną budowę i "bezznaczeniowość", podobne zakończenie. Obydwaj urodzili się 18 dnia miesiąca, obydwaj umarli 24-25 dnia miesiąca (Stachura 24, a Żentarę znaleziono 25 rano w wannie), obydwaj odebrali sobie życie w podobny sposób (Stachura najpierw podciął sobie żyły a potem się powiesił, Żentara wykrwawił się w wannie po przecięciu sobie tętnicy udowej), obydwaj przeszli do historii literatury i filmu jako autorzy postaci Janka Pradery.

I obydwaj mogliby powiedzieć o swoim życiu:"Zamiast miodem pięknym złotym, straszliwym brzęczeniem mnie częstowano.

Dziś odprawiono mszę w intencji Edwarda Żentary, kilka dni wcześniej odbył się koncert "Dżemu" dedykowany Jego pamięci. Żegnaj, Ed... Żegnaj Sted...

czwartek, 24 maja 2012

Ten przystanek usytuowany został przy zbiegu Łaziennej i Narutowicza, jest bardzo oblegany, ponieważ tu wysiadają mieszkańcy północnych i wschodnich dzielnic miasta przyjeżdżający na plac targowy, a wsiadają ci, którzy dobra wszelakie nabyli i chcą je dotaszczyć do domu zanim zwiędną lub się zepsują.

Niniejszą notkę powinnam napisać wczoraj, ale tak jakoś mi zeszło. Gdy jadę autobusem, lubię spoglądać w piwniczne okienka. Tak, w piwniczne. W starszych domach, pamiętających okres międzywojenny albo i starszych, piwnice służyły do przechowywania opału, zapasów zimowych, często mieszkali w nich ubodzy ludzie. Architekci dbali, aby również piwniczne okna miały oprawę współgrającą z całością budynku. Stad przepiękne kute ręcznie kraty zawierające często motywy roślinne i zwierzęce. Niestety, dziś większość z nich przerdzewiała, została wyłamana, zastąpiona skleconymi byle jak deskami. Zdarza się, że piwniczne okno zieje pustką, ale najczęściej jest zabezpieczone byle jak i byle czym.

W nowszych budynkach właściciele zastępują stare okienka nowymi, plastikowymi, oczywiście wygodniejszymi w użytkowaniu, ale na pewno pozbawionymi artystycznego zacięcia.

Skąd te moje rozważania o piwnicach ? Wczoraj minęła 170 rocznica urodzin Marii Konopnickiej, autorki "Krasnoludków i sierotki Marysi", uroczych wierszyków dla dzieci, ale przede wszystkim "Roty" oraz wielu tekstów upominających się o prawa najbiedniejszych i najbardziej pokrzywdzonych.

Dziś chętnie nadal kupujemy dzieciom kolorowe książki o przygodach krasnali lub dzieci jadących drogą albo idących na jagody, żartobliwie pokrzykujemy hu hu ha jaka zima zła, czujemy mrowienie, gdy wielotysięczny tłum śpiewa "Nie rzucim ziemi", wzruszamy się losem naszej szkapy,ale jakoś łatwo zapominamy o ich autorce. Dzielnej, wspaniałej kobiecie, która nie tylko odważyła się pisać i żyć z pisarstwa, ale podejmowała też odważne decyzje życiowe. Rozstała się z mężem, samodzielnie wychowywała gromadę dzieci i wspierała finansowo byłego małżonka, który tak naprawdę okazał się nieudacznikiem życiowym.

Wychowałam się na Konopnickiej. Moje pierwsze z nią spotkanie odbyło się "W piwnicznej izbie". Mój Dziadek wiele razy recytował mi ten wiersz, dialog chorego dziecka z ubogą matką prowadzony w piwnicy, która była ich mieszkaniem. Matka ze łzami w oczach opowiada synkowi, jak wygląda świat poza piwnicą, jak wygląda wieś, jakie tak kwitną kwiaty i dojrzewają zboża. I opowiada to wszystko z okrutną świadomością, że jej dziecko tych cudów nie zobaczy, ponieważ nie wyzdrowieje w wilgotnej i ciemnej norze.

Później przyszedł czas na inne utwory Konopnickiej, ale ten zapadł mi tak głęboko w serce, że nauczyłam się go na pamięć. Bo ja na co dzień miałam wokół siebie te pachnące pola, te poszczekujące psy, te szumiące lasy z dębami jak wieże...

Tagi: literatura
09:15, atojaxxl
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 21 maja 2012

Ten przystanek znajduje się przy ul. Słowackiego, obok ogrodzenia placu otaczającego Pałac Młodzieży i na wprost wejścia do Parku Strzeleckiego. Od dawna szukałam tego numeru, podobnie jak kilku innych.

Liczba 666 ma znaczenie, którego chyba nikomu nie muszę tłumaczyć. I choć daleko mi do satanizmu, to liczba ta od pewnego czasu mnie "prześladuje". W moim dowodzie osobistym mam m in. numer, na który składają się pierwsze litery imion największych upadłych aniołów trzech wielkich mitologii a w końcówce numeru mam liczbę 666. W innym dokumencie liczba 666 rozpoczyna numer, podobnie jedno z moich kont bankowych ma w końcówce ten właśnie wdzięczny zestaw.

W mojej bliższej i dalszej rodzinie jest wiele dziwnych przypadków zbieżności liczb, dat, zdarzeń. Urodziłam się 15 sierpnia, podobnie jak moja śp. Teściowa- dzień Wniebowzięcia NMP.

Mój Ojciec i mój Ojczym zmarli tego samego dnia w odstępie pięciu lat - 7 października w święto Matki Boskiej Różańcowej, mój śp. Teść zmarł 2 lutego w święto Matki Boskiej Gromnicznej.

Moja Mama obchodziła imieniny 8 grudnia w święto Niepokalanego Poczęcia Najświętszej Maryi Panny, w tym dniu urodziła się także moja kuzynka Grażyna. Brat mojej Mamy Józef urodził się 2 lutego, w święto Matki Boskiej Gromnicznej.

Mój starszy syn i mój zięć urodzili się tego samego dnia i roku, w tym samym szpitalu, w dodatku w dniu urodzin mojego ulubionego czeskiego pisarze Bohumila Hrabala. I jak nie kochać takich chłopaków ???

Mogłabym tak wyliczać długo, powiązania między datami urodzin i śmierci (moja Babcia zmarła w Dzień Wszystkich Świętych), szczególnie ważne dni tygodnia i miesiące. Do tych ostatnich należy kwiecień, miesiąc śmierci mojego młodszego Syna, mojej Mamy i mojej Matki Chrzestnej.

Rozum mówi: przypadek... Na pewno ?

19:02, atojaxxl
Link Dodaj komentarz »
piątek, 18 maja 2012

To jest przystanek przy zbiegu Lwowskiej i Jasnej, niedaleko Urzędu Skarbowego nr 1.Charakterystyczny dla budownictwa lat osiemdziesiątych ubiegłego wieku mrówkowiec , nazywany popularnie blokiem samobójców.

Przez pewien czas był miejscem, które upodobali sobie ludzie pragnący szybko rozstać się z życiem. Umożliwiał to łatwy dostęp do klatek schodowych i łatwe otwieranie okien z dość nisko usytuowanymi parapetami. Po kilku tragicznych zdarzeniach i założeniu domofonów oraz zamykanych na trwałe okien, samobójstwa w tym miejscu ustały.

A ja codziennie z okien własnego mieszkania widzę martwe okna w bloku naprzeciwko. Dokładnie 2 lata temu została tam zamordowana przez byłego męża młoda kobieta, absolwentka filozofii, a wcześniej uczennica mojej szkoły. Stanowili z mężem dość ekscentryczną parę, i nie da się ukryć - niezbyt zgodną. W końcu rozstali się prawnie ale nie fizycznie, ponieważ nadal mieszkali razem w wynajętym mieszkaniu.

Kiedy w jej życiu pojawił się nowy mężczyzna, były mąż udusił ją, a następnie wybrał się na tory kolejowe, żeby odebrać sobie życie. Uratowany przez policję, czekał na rozprawę w areszcie i tam po kilku miesiącach popełnił samobójstwo.

Ktoś zdjął w tym mieszkaniu firanki, wyrzucił zeschnięte kwiaty i od dwóch lat stoi ono puste. Nikt go nie wynajmuje, nigdy nie pali się tam światło. W kuchni wiszą niewielkie szafki, jakieś pojemniki... Widać odeszli ludzie, ale fatum upodobało sobie to miejsce.

czwartek, 17 maja 2012

Na tym przystanku wsiadam, gdy wracam od lekarza pewnej popularnej specjalizacji. Na wizytę czekałam trzy i pół miesiąca i to tylko dlatego,że jestem stałą pacjentką. Na pierwszą wizytę czeka się jeszcze dłużej.

Ci, którzy mnie znają, wiedzą, że nic mnie tak nie zirytuje, jak rozmowy o chorobach. Polski nawyk, żeby szczegółowo wywnętrzać się nawet przed obcymi ze swoich schorzeń, boleści, postrzyknięć itp jest mi absolutnie obcy. Niektóre koleżanki do dziś mi pamiętają sytuację z pracy, gdy w pokoju nauczycielskim pracowałam nad planem zastępstw na najbliższy tydzień. Za moimi plecami toczyły się rozwlekłe wywody kilku pań narzekających na swoje zdrowie. Właściwie nie było u nich zdrowego narządu.

Mój osobisty diabeł złośliwości kazał mi odwrócić się i powiedzieć "Drogie panie, skoro jesteście wszystkie tak bardzo chore, to akurat jutro będzie jedyna okazja o tych wszystkich przypadłościach opowiedzieć lekarzowi. Dyrektor podpisał umowę z pewną przychodnią medycyny pracy i lekarz oraz laborantka przyjadą do szkoły i na miejscu przeprowadzone zostaną badania okresowe. Ponieważ nauczyciel musi być zdrowy, to mniemam, że koleżanki o wszystkich dolegliwościach opowiedzą lekarzowi, a on, zgodnie ze swoim sumieniem i wiedzą medyczną, nie dopuści pań do pracy z dziećmi"...

Ciszę, jaka zapadła po moich słowach, można było nożem kroić. Następnego dnia rzeczywiście odbywały się zapowiadane badania okresowe a ja pilnowałam kolejności przyjęć, by nie kolidowały z rozkładem zajęć. Uczestniczki dyskusji, najbardziej schorowane kobiety w mieście, wchodziły do gabinetu radośnie, pełne werwy i zapewnień o swoim końskim zdrowiu. Ale moimi wrogami zostały do końca mojej pracy.

Wczorajsza wizyta przyniosła kolejne obserwacje zachowań pacjentów. Oto pani Iksińska przychodzi pod gabinet lekarza o 7.30, choć termin ma na 9.15 . Nie zwraca uwagi na czekających, ustawia się pod drzwiami, bo ona tu jest, ona czeka, ona ma prawo, ona była pierwsza itp. Wychodzi lekarka i prosi mnie, ale tamta domaga się przyjęcia, bo "była pierwsza".

Z kolei dwie osoby, które miały być przede mną, w ogóle nie przyszły ani nie odwołały wizyty. Przypominam, przeciętnie czeka się 3 miesiące !!! Skrajna nieodpowiedzialność!

Kolejną wizytę mam pod koniec września, a do innego specjalisty zapisów już nie ma od lutego. Zdrowia życzę :)

20:51, atojaxxl
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 13 maja 2012

Nie, nie byłam ostatnio na Wawelu, jakoś mnie tam przestało ciągnąć od pewnego czasu...

Ale dziś 13 maja, dzień po  rocznicy śmierci Marszałka Józefa Piłsudskiego, Komendanta, Dziadka.  Moje dzieciństwo upłynęło w cieniu pamięci tego wybitnego żołnierza, polityka i męża stanu. Dla mojego dziadka Stefana - ideał i idol jednocześnie, przełożony i dowódca, ojciec Legionów i duchowy ojciec każdego legionisty.

Obudzona w środku nocy wyrecytuję najważniejsze daty z Jego życia, nazwy miejsc bitewnych, fronty I wojny światowej, osiągnięcia polityczne w Niepodległej, wyliczę Jego wrogów i przyjaciół, zaśpiewam każdą legionową nutę.

Oprócz bowiem Godzinek mój dziadek nauczył mnie piosenek i pieśni przez wiele lat zakazanych jak "Pierwsza Brygada", "Hej strzelcy wraz", ale także wierszyków poświęconych Marszałkowi.

Co roku, dwa razy wiosną - w dzień imienin Józefa i w rocznicę śmierci Marszałka dziadek i kilku kolegów, z którymi w sierpniu 1914 wyruszyli z rodzinnej wioski do Krakowa, podejmowali w okresie PRLu inicjatywy dla uczczenia pamięci Piłsudskiego. Zamawiali msze święte, a w maju ograbiali ogródki z wiosennych kwiatów i jechali do Krakowa, by je złożyć w krypcie pod Wieżą Srebrnych Dzwonów na trumnie swojego ukochanego Wodza. Zaciągali wartę honorową, by choć przez chwilę przebywać w Jego bliskości.

Każdorazowo taka manifestacja kończyła się zatrzymaniem dziadka i jego kolegów przez Milicję Obywatelską, spisaniem i pouczeniem o nielegalności ich działania. Milicjanci doskonale wiedzieli, kim są zatrzymani i skąd przyjechali, więc trzymali ich do wieczora, aż mieli pewność, że ostatni autobus odjechał. Starzy legioniści czekali do rana na dworcu, czasami szli piechotą. Z roku na rok było ich mniej, ale pozostali wypełniali swoje zadanie.

Dziadek miał rodzinę w Krakowie i mógł u niej przenocować, ale solidarnie dzielił los z kolegami. Zmarł 18 marca 1972 roku, dzień przed imieninami Marszałka. Kilka tygodni wcześniej zdążył jeszcze zamówić mszę w intencji wszystkich swoich poległych kolegów piłsudczyków.

A ja pamiętam taki wierszyk:

"Wie to każde polskie dziecię,

kto to jest na tym portrecie,

kto to jest ten Pan w mundurze,

czyje brwi i wąsy duże,

czyj ten uśmiech niesurowy,

gdy patrzy na dziatek głowy."


19:28, atojaxxl
Link Komentarze (2) »
sobota, 12 maja 2012

Ten przystanek usytuowano od dawna przy ul. Słonecznej, nieopodal tzw. pawilonu, który wielokrotnie zmieniał już właściciela i ostatnio tytułuje się "Tesco" . Obok przystanku lody włoskie i kiosk z różnościami.

Po chwili oczekiwania na autobus przysiadła obok mnie babcia z wnuczkiem, chłopięciem lat cztery - nie omieszkała mnie poinformować. Wracali od lekarza.

Chłopię lat cztery o imieniu "Mateuszku kochany, nie wolno" najpierw wyraził niezadowolenie, że gofry, które babcia kupiła, są gołe, bez śmietany:"sama se zjedz, ty głupia babko", po czym rozrzucił kawałki gofra na przystanku a tacką rzucił w babcię. Kobieta bezradnie i bez większej nadziei wypowiedziała swoją mantrę "Mateuszku kochany, nie wolno" jednocześnie zaczęła go usprawiedliwiać, że był chory, że się nudził dwa tygodnie, że nie ma kolegów..

"Mateuszku kochany, nie wolno" w tym czasie oddalił się z przystanku w kierunku budki z lodami i darł jak opętany "babko, loda, loda....". Babcia swoje "Mateuszku kochany, nie wolno, dopiero byłeś chory", ale chłopiec jej opinię miał daleko z tyłu. Chwyciła go więc za rękę i siłą przyciągnęła na przystanek. "Mateuszku kochany, nie wolno" gryzł, kopał, pluł i przezywał babcię.

Nieco zmęczony przystanął przede mną i pokazał mi język i "fucka". Nie wytrzymałam i całkiem niepedagogicznie pokazałam mu otwartą dłoń, zapytałam czy wie , co to jest i do czego służy. Zgłupiał nieco a ja dalej "Ja mam rękę, ty masz pupę i jesteś niefajnym, niemiłym chłopaczyskiem. Za takie zachowanie i odzywki powinieneś dostać ciężkie lanie, a zapewniam cię, że bić potrafię".

O dziwo, usiadł, a babcia rozwlekała swoją litanię żalu :

że opiekuje się nim 11 (JEDENAŚCIE - TAK, TAK) godzin dziennie,

że chłopcu wszystko wolno,

że rodzice dziecka są dla niej aroganccy (kochany Mateuszek jest wnukiem ze strony syna),

że lubi uciekać,

że niedawno uciekł jej z autobusu a kierowca zamknął drzwi i ona została w środku,

że wydaje swoją emeryturę na jego kaprysy...

Wsiadłam do swojej "0" a "Mateuszku kochany, nie wolno" na pożegnanie wywalił jęzor .

W drodze powrotnej, pod Carefourem wsiadła kolejna babcia tym razem z Filipkiem. Chłopiec dzierżył puszkę coli, rozsiadł się wygodnie po wybraniu miejsca przez babcię (przodem do kierunku jazdy, przy oknie i żeby cię nie zawiało). Po wypiciu coli mały rzucił  puszkę babci na kolana a resztki rozlały się po spódnicy.

I się zaczęło - babcia przez 40 minut podniesionym tonem wygłaszała mowę o Filipku zmieniając treść w zależności od jego zachowania: był albo wstrętnym niegrzecznym łobuzem albo przemądrym, przekochanym dzieciaczkiem. Mały rzucał w babcię czapką, kopał butami bułki w torbie, wstawał na siedzeniu, lizał szyby a babcia tokowała. Dowiedzieliśmy się:

że przyjechali z Koszyc, babcia do szpitalnej przychodni,

że Filipek z babcią "bo chciał",

że nudził u lekarza (kto pozwolił dziecku wejść do gabinetu , ale też gdzie miała go zostawić),

że ze szpitala pojechali do Carrefoura, a tam darł się o zakupy,

że oblał ją dwa razy colą,

że jej uciekał po sklepie,

że nie chciał czekać na przystanku itp itd.

Wszyscy w autobusie byliśmy zmęczeni tym gadaniem, a babcia podzieliła się z nami dodatkowo szczegółowym opisem jak mały ma zwyczaj wymiotować w autobusach.  Wysiedli na początku Koszyckiej i mieli przed sobą kolejne 40 minut czekania na prywatny bus... Odetchnęliśmy z ulgą.

 

 

środa, 09 maja 2012

Tu wysiadam wracając autobusem "0" lub 31 od wnuczki. Przystanek nijaki, niczym się nie wyróżnia wśród innych, w pobliżu skrzyżowanie Klikowskiej, Solidarności, Szujskiego, Krasińskiego i Szopena - taka nieregularna gwiazda ulic.

Dla mnie jednak to ważne miejsce - przechodzę obok filii nr 12 Biblioteki Miejskiej im. J.Słowackiego. Nieduży budynek, ofiarowany x lat temu bibliotece przez PSS Społem mieści pod swym dachem zarówno tradycyjny księgozbiór jak i zbiór "książek mówionych" dla osób niewidzących i słabo widzących. Podłużne pudła kryją w sobie kasety z nagraniami dokonywanymi często przez wybitnych aktorów.

Gdy patrzę na osoby pożyczające te książki, to myślę sobie, jak los jest dla nich niesprawiedliwy. Nie dość, że nie widzą, to jeszcze muszą dźwigać torby tych pudełek i martwić się,żeby odtwarzacz kaset się nie zepsuł.

A wokół 21.wiek, i-pody, mp3, mp4, smartfony, tablety, i-fony, odtwarzacze płyt, pendrivy i inne wynalazki ułatwiające komunikację, życie po prostu. Dlaczego więc nasi niewidomi nie mogą z tych dóbr skorzystać ? Pieniądze, a raczej ich brak...

Ale pieniędzy brak tez na zwykłe książki. Nie warto pytać o nowości - takowych biblioteka nie kupuje, a nie kupuje, ponieważ tzw. miasto (czytaj: Urząd Miejski) znowu nie przyznało wystarczającej kwoty, żeby kupić choćby najbardziej poszukiwane tytuły...

W dodatku tzw. miasto zamyka kolejne filie biblioteki. Ciemne chmury gromadzą się i nad tym niepozornym budynkiem. Komuś spodobało się zapewne miejsce i podobno tzw.miasto chce się tego budynku pozbyć. Już się nie pamięta, ile pieniędzy zainwestowano w modernizację budynku, ile unijnych środków wpompowano w powstanie e-centrum, z którego korzysta dziennie wiele osób.

Wierzyć się nie chce, że na stanowisku wiceprezydenta pracuje polonistka i odpowiada m.in. za edukację, że drugim wiceprezydentem jest inna nauczycielka i odpowiada  m.in. za kulturę.

Weszłam dziś do mojej biblioteki (tak, do mojej, ponieważ jak wielu czytelników utożsamiam się z tym miejscem), by złożyć dziewczynom - bibliotekarkom życzenia w dniu ich święta. Dobrych książek, dobrych czytelników i dobrej, myślącej władzy !!!

 

 
1 , 2