Podróż przez życie z licznymi przystankami, w tym również autobusowymi
RSS
wtorek, 29 kwietnia 2014

          

Do powstania tego wpisu zainspirowała mnie autorka genialnego bloga Trochę Inna Cukiernia (pinkcake.blox.pl) , która zaproponowała sałatkę z młodych liści funkii. Blog TIC w ogóle proponuje rozmaitości jakie można wykonać i zjeść z kwiatów i roślin. Było już risotto z kwiatami funkii, teraz jest sałatka.

Funkie zwane inaczej hostami kocham jak poezję. Ilość odmian może przyprawić o zawrót głowy. Ktoś powie: przecież to tylko liście. Ale jakie liście !!! Ogromne (odmiana Mammoth), duże (np Albopicta) i małe (Platinum Tiara). Zielone, w paski, a nawet niebieskie (Blue Angel, Blue Mammoth)... Kwitnące różowo, liliowo i biało a odmiana Sun and Substance oszałamiająco pachnie.

Był czas, że płaciłam kosmiczne ceny za oryginalne sadzonki. Teraz funkie na tyle się w Polsce rozpowszechniły, że hodowcy spuścili z tonu i wrażenie robi cena 30 zł za Blue Mammotha. Zapraszam więc do obejrzenia części mojej kolekcji

1. Tak wschodzi Frances Wiliams (przy każdej funkii mam tabliczkę z nazwą i rokiem nasadzenia)

        

2. A tak Frances Wiliams wygląda w pełnej krasie

        

3. Kilka odmian w środku lata

        

        

4. Moje dumne Czerwone ogonki i Modlące się Dłonie a w tle jeden z moich baniaków, które wykorzystuje jako wielkie donice

        

5. Błękitny Mamut - dorosłym liściem można przykryć dziecko :)

        

6. Błękitny Anioł - bardzo piękne dekoracyjne liście i ładnie kwitnie

        

7. Odmiana Goldbrook Galeon - o pięknych liściach przypominających w pełnej krasie żagiel

        

8. Funkia Patriot - jedna z odmian w tej nazwie

        

8. I jeszcze raz wschodzące funkie:

        

Podobały się ?

07:49, atojaxxl
Link Komentarze (8) »
poniedziałek, 28 kwietnia 2014

Pierwszy wpis, po kliknięciu publikuj - zjadło mi coś. Ad rem więc ponownie :)

                   

W sobotę straciłam 5 godzin. A mogłam sobie leżeć bykiem, lepić uszka na niedzielny obiad, wycinać dinozaury dla wnuczki. Nic z tych rzeczy. Musiałam iść na zebranie członków naszego ogrodu działkowego. Mąż  nie mógł iść, ponieważ nie ma prawa głosu - nie jest właścicielem działki. A zebranie ważne, bo ma być mowa o skutkach nowej ustawy o działkach.

Zebranie wyznaczono na godzinę 15.00. Na sali same znajome twarze, średnia wieku ok. 75 lat, ja i jeszcze może ze 3 osoby zaniżamy tę liczbę. Skąd znam wiek uczestników ? Wszyscy oni to znajomi i współpracownicy mojej Mamy, a ona miałaby teraz 82 lata. Większość potraktowała akt uczestnictwa w zebraniu bardzo poważnie - więc garnitury, krawaty, garsonki, fryzury prosto od mistrzyń grzebienia.

O 15.00 - jak zawsze - okazało się, że nie ma quorum (połowa z 289 uprawnionych plus 1) i zgodnie z regulaminem trzeba zwołać zebranie na godzinę 15.30. Wyjść się nie da, bo pada deszcz i burza pomrukuje. Siedzimy więc, rośnie temperatura i duchota (okien otworzyć nie pozwalają najstarsze panie, bo zawieje). Czytam przyniesioną przezornie książkę.

O 15.20 prezes złamał regulamin i zaczął zebranie. Oczywiście najpierw, zgodnie z najlepszymi tradycjami - sprawy formalne. Wybór przewodniczącego zebrania - jak zawsze ten sam człowiek prezesa. Nikt się nie sprzeciwia.

Przewodniczący zaczyna z wysokiego tonu "Postaram się tak prowadzić to zebranie, żebyśmy wszyscy mogli jutro obejrzeć podniosłą uroczystość kanonizacji...."

Zmroziło nas "Do jutra ma zamiar nas trzymać ???"

A przewodniczący dalej "Nasz wielki rodak, nasz papież...." - zapowiadało się kazanie ale tu prezes mu przerwał przypominając o sprawach formalnych.

Zaczął się kabaret, trzeba wybrać komisję mandatową i komisję uchwał i wniosków. Ponieważ zarząd jest ten sam praktycznie od 40 lat, to zawsze w tych komisjach są koledzy prezesa, który przynosi gotową listę, my akceptujemy i gra gitara. A tu dziś zonk !!! Jeden z kandydatów do komisji mandatowej nie przyszedł na zebranie.

Teraz prezes pozwala łaskawie, aby lud podał nowe nazwisko kandydata. Lud podaje, ale kolejni wywołani nie wyrażają zgody. Po kwadransie prezes się poddaje i prosi, żeby się ktoś dobrowolnie zgłosił. Podniosłam rękę ja i pan K. Prezes wybrał pana K, czytam dalej.

Za chwile powtórka z rozrywki przy wyborze komisji uchwal i wniosków. Znowu brak kandydata, lud podaje nazwiska, nikt się nie zgadza, znowu prezes prosi o zgłoszenia, podnoszę rękę ja i pan R. Kogo wybrał prezes ? Czytam dalej. W komisjach 3-osobowych wre dyskusja kto ma zostać ich przewodniczącym :)

Jest 16, czytają sprawozdania za ubiegły rok. Jak zawsze to samo: za duże wydatki, za małe wpływy, za dużo śmieci, wody, prądu, za mało prac społecznych bla bla bla.

Wreszcie głos zabiera przedstawiciel zarządu okręgu. Persona, że hoho!!! Wzrok zebranych przyciąga błyszcząca metka - pan przedstawiciel włożył krawat odwrotnie, widać wewnętrzny szew i metkę, ponadto pan zapomina, że wstając należy zapiąć marynarkę. I zaczyna gadać. Jak to dobrze mieć działkę, jakie to szczęście mieć kontakt z przyrodą, jakie zdrowe są własnoręcznie wyhodowane warzywa. A jakie to szczęście mieć takiego prezesa jak my mamy- dusza nie człowiek, pracowity, zapobiegliwy, oddany.

Na razie ani słowa o ustawie. Niektóre osoby wychodzą. Pan przedstawiciel zapala się coraz bardziej: ptaki mamy, kwiaty mamy, sama rozkosz. A jaki nasz ogród ładny, jaki wypielęgnowany. Okazało się, że to była przemyślana strategia: teraz pan mówi,że w czerwcu musimy wziąć udział w zebraniu, na którym zapadnie decyzja o dalszych losach ogrodu, ale on uważa, że nie powinniśmy wychodzić spod skrzydeł Polskiego Związku Działkowców, bo jak wyjdziemy, to nas zjedzą i stracimy ogród.

Z ławki zrywa się bardzo emerytowany pułkownik i przytakuje panu przedstawicielowi: "oczywiście, tylko PZD nas obroni, tylko w jedności z PZD jesteśmy w stanie utrzymać działki."

Pytam grzecznie, czy coś nam grozi, bo o ile wiem, to w planie zagospodarowania miasta  do roku 2040 nie ma żadnych zakusów na nasze tereny, a po 2040 to nas już wszystkich nie będzie:) Panowie nic nie wiedzą, czy coś nam grozi, ale tak na wszelki wypadek snują dramatyczne wizje.

Po każdym zebraniu jestem wściekła, bo zawsze jest to samo bicie piany, o przepraszam, w tym roku nie było mowy o kotach, bo w zimie ktoś koty wytruł a kilka postrzelił śmiertelnie. Niemoje biedaki jakoś się uchowały ale są bardzo nieufne.

Żeby nie było, że ja tylko krytykuję i wyzłośliwiam się , to przytoczę kilka moich propozycji:

- zróbmy wspólnie stronę internetową naszego ogrodu (moi informatycy tym się zajmą) - nieee, a po co, a komu to potrzebne, a nie, nie, nie trzeba

- zorganizujmy jakieś fajne szkolenia ogrodnicze - ano można by, ale, a za co, a nie ma czasu, a po co, my się tu znamy, to sobie pomagamy, a co nas kto może nauczyć, nie, nie trzeba

- zorganizujmy plac zabaw na nieużytku (urządzenia leżą od 20 lat w magazynie) - eeee nie, po co, dzieci będą biegać, wrzeszczeć, a z osiedla będą przychodzić, niee, nie  trzeba

- organizujmy w soboty godzinną zabawę muzyczną dla dzieci w świetlicy ogrodu - nie, o nie, na pewno nie, nieee, nie trzeba

- zorganizujmy sobie mini-bibliotekę, ja się podejmuję prowadzić , zgromadźmy literaturę ogrodniczą, roczniki czasopism, książki beletrystyczne, ludzie lubią czytać - eeeee, kto ma na to czas, a co tak pani na tym zależy, a po co to nam, nie, nie trzeba....

Tych ludzi łączy jedna myśl : ŻADNYCH ZMIAN !!!

Wszystko więc wskazuje, że w czerwcu nic się nie zmieni i dalej będziemy z naszych składek utrzymywać w Warszawie prezesa K. i jego liczną familię zatrudnioną w strukturach PZD.

          

czwartek, 24 kwietnia 2014

               

Miał swoje lata, odchodzi jako ostatni z wielkich. Na pytanie, kto jest poetą odpowiedział wierszem:

Poetą jest ten który wiersze pisze

I ten który wierszy nie pisze

 

Poetą jest ten który zrzuca więzy

I ten który więzy sobie nakłada

 

Poetą jest ten który wierzy

I ten który uwierzyć nie może

 

Poeta jest ten który kłamał

I ten którego okłamano

 

Ten który upadł

I ten który się podnosi

 

Poetą jest ten który odchodzi

I ten który odejść nie może

 

Właśnie odszedł POETA ... pewnie otworzyło się okno i matka zawołała: czas wracać.

Vale !

              

 

 

 

 

 

środa, 23 kwietnia 2014

W herbie mojego miasta jest złota gwiazda i półksiężyc na niebieskim tle ( herb Leliwa). Od kilku dni moje miasto tonie w złotych gwiazdach, które masowo zakwitły na trawnikach, skwerach, poboczach.

Mniszki lekarskie, popularnie choć niewłaściwie nazywane mleczami, kwitną jak oszalałe. Ktoś nie zadbał, aby jeszcze przed świętami przeprowadzić koszenie trawników należących do miasta i teraz grozi nam inwazja dmuchawców, które rozniosą nasiona .

Jako dziecko lubiłam mniszki, może dlatego, że Dziadkowie zaciekle z nimi walczyli. Zrywałam świeże liście i karmiłam nimi króliki :) Na dłoniach pozostawały plamy po mleczku wypływającym z łodyg. Niestety, mniszki rosną również na działce, przez kilka lat moja działka była otoczona przez trzy nieuprawiane, zaniedbane ogrody i nie mogę się pozbyć wielu naniesionych stamtąd chwastów, w tym mniszka.

Wydaje mi się, że łagodna zima w ogóle pomogła wielu roślinom. W położonych niedaleko od naszego mieszkania dwóch parkach wyjątkowo bogato rośnie i kwitnie glistnik jaskółcze ziele, pożyteczne zioło, stosowane w medycynie ludowej do leczenia brodawek (kurzajek)

Niestety, przypisywane mu dawniej zdolności leczenia chorób oczu, stanów zapalnych itp nie potwierdziły się w naszych czasach, a wręcz przeciwnie, glistnik może "wykończyć" wątrobę, więc niech już zostanie specjalistą od kurzajek :)

Tagi: rośliny
07:27, atojaxxl
Link Komentarze (7) »
poniedziałek, 21 kwietnia 2014

Dziś wybraliśmy się spacerkiem do córki na świąteczny obiad. To ok. 3 kilometry, piękna słoneczna pogoda, rozszalała zieleń, łany stokrotek na trawnikach a gdzie indziej złote mlecze. Jest samo południe, spokój, cisza...

W domu córki jak zawsze przywitała nas szczebiotka Mała Zu tak radośnie, jakbyśmy nie widzieli się miesiąc, a przecież wczoraj jedliśmy razem wielkanocne śniadanie. W pewnym momencie córka przypomniała : przecież dziś śmigus dyngus, trzeba dochować tradycji.

Gdy wnuczka z błyskiem w oku polewała nas wszystkich swoją kaczką - śmigusówką, uświadomiłam sobie, czego mi brakowało podczas spaceru: nie spotkaliśmy ani jednego człowieka, który chciałby kogokolwiek polać wodą !!! Również w bloku, gdzie mieszkamy, panował kompletny spokój, żadnych pisków, biegania. Przed kościołem nikt nie czyhał na wychodzących, nikt nie oblewał wodą pasażerów ani pojazdów.

Proszę mnie źle nie zrozumieć, nie tęsknię za chuligańską wersją starej tradycji. Ale jeszcze kilka lat temu wyprawa do córki w Poniedziałek Wielkanocny wiązała się z zagrożeniem, że nie dojdziemy bez szwanku, więc jechaliśmy taksówką. Watahy młodzieńców przetaczały się ulicami z wiadrami, workami i butelkami pełnymi wody. W pobliżu naszego kościoła, za kioskiem chłopcy z Pułaskiego ustawiali starą wannę, wypełniali ją wodą i wrzucali do niej dziewczyny. Policja dość niemrawo interweniowała.

Cóż więc takiego się stało, że w mieście panuje spokój? A sprawdza się stara zasada, że jak ktoś nie rozumie po dobremu, to przekona go kara finansowa. Zapowiadane 500 zł mandatu i szybka ścieżka kary za chuligaństwo ostudziły zamiary młodzieży. Poza tym od kilku lat w Święta Wielkanocne u nas padał albo mocny deszcz albo - jak w ubiegłym roku - śnieg. I w ten sposób tradycja śmigusa sprowadzana została do właściwych wymiarów :)

A ja wracam znowu pamięcią do dzieciństwa. Śmigus - dyngus zaczynał się we wsi moich Dziadków od porannej wizyty śmigurtników - grup chłopców w wysokich czapkach uwitych ze słomy, przyodzianych w workowe szmaty, z maskami na twarzach lub wymazanych sadzą. Już od bladego świtu chodzili od domu do domu, stukali w okna i "jukali", czyli wołali "jichu, juchu, ocho, gospodyni , dajcie jajeczko, dajcie placka "itp, składali życzenia, a w zamian otrzymywali jajka i świąteczne ciasta. Jajka sprzedawali po świętach w punkcie skupu :)

Po śmigurcie szybko się przebierali, myli i biegli na pierwszą tzw. kawalerską mszę do kościoła.

Później ci sami chłopcy przychodzili do Dziadka z prośbą, by mogli w naszym stawie ustawić sikawkę i taplać dziewczyny. Dziadek niby się krzywił, ale pozwalał. No i zaczynał się prawdziwy śmigus-dyngus. Gromada chłopców znosiła wiadra, napełniała je wodą, również  napełniali charakterystyczne polewaczki wykonane z drewnianych rur a do stawu podłączali prymitywną strażacką sikawkę. I czekali ukryci za stodołą.

Wiejskie panny doskonale wiedziały, co je czeka, gdy wracając z kościoła będą przechodziły drogą koło tej stodoły !!! A jednak szły, choć mogły wybrać polną drogę . A niektóre szły tamtędy, choć mieszkały w przeciwnym kierunku.

Gdy dochodziły do tego niebezpiecznego miejsca, najpierw lekko zwalniały a potem biegiem starały się minąć zasadzkę. Jakoś tak jednak uciekały, że trafiały pod strugi wody, a co ładniejsza była zawleczona do stawu. Co ważne, żadna nie miała o to pretensji, a te pominięte były wręcz zrozpaczone, że zostaną bez kawalera...

A ja ? A ja zazdrościłam, bo byłam za mała, żeby chłopcy brali mnie pod uwagę. A jak podrosłam, to już mieszkałam w mieście.

sobota, 19 kwietnia 2014

Dopiero dziś znalazłam chwilę, by wspomnieć zmarłego  przedwczoraj Gabriela Garcię Marqueza. Powtarzanie, że był genialny, wybitny, świetny, obsypany nagrodami, jest w tej chwili truizmem.  Jeden z tych pisarzy południowoamerykańskich, którzy w latach 60 i 70 ubiegłego wieku przebojem weszli na rynki wydawnicze Europy. Jego książki zdobywało się spod lady, pożyczało na noc, czytało pod ławką na wykładach. Zagorzali wielbiciele wymieniają jednym tchem tytuły a na czele jak zawsze "Sto lat samotności"...

Mało kto dziś pamięta, że pierwszą  powieścią Marqueza przetłumaczoną na język polski i wydaną w 1970 r. była "Zła godzina" (La mala hora). Jeszcze mniej osób pamięta tłumacza. A był nim Jan Zych, świetny poeta, poliglota, tłumacz, redaktor Wydawnictwa Literackiego, wykładowca języka hiszpańskiego na Uniwersytecie Jagiellońskim, doktor UNAM ( Narodowego Autonomicznego Uniwersytetu miasta Meksyk). Pochodził z niewielkiej Korczyny kolo Krosna, z wielodzietnej chłopskiej rodziny. Uporem i pasją walczył o swoje marzenia: został studentem polonistyki UJ, uczęszczał na liczne lektoraty języków obcych, ponieważ chciał czytać zagranicznych poetów w oryginale.

Tłumaczył z języka słowackiego, serbochorwackiego, macedońskiego, bułgarskiego, ukraińskiego, włoskiego, francuskiego, angielskiego,  wreszcie ukochanego hiszpańskiego. Wydał 5 własnych tomików poezji. Po wyjeździe na stałe do Meksyku tłumaczył polskich poetów, min. Szymborską, Milosza, Herberta, Białkowskiego, Różewicza.

Niestety, zapomniano o nim w rodzinnym kraju. A szkoda... Bo to on jest autorem m.in. "Gdziekolwiek" czy "Kantaty" śpiewanej przez Marka Grechutę, to on przetarł szlaki w Meksyku dla polskich studentów - kolejnym po nim na UNAM był Edward Stachura, a potem Krystyna Rodowska, tłumaczka literatury hiszpańskojęzycznej.

sobota, 12 kwietnia 2014

Lubie ptaki. I lubię domki dla ptaków. Nie ma większej wiosennej przyjemności na działce jak obserwowanie ptasich zalotów i zabiegów przed zajęciem budki. U mnie zwykle najpierw osiedlają się sikorki a gdy wyprowadzą młode, do tej samej budki wprowadzają się mazurki.

Dlatego w tym roku moje kartki świąteczne mają kształt domku dla ptaszków. Schemat i pomysł znalazłam na stronie www.sineokashome.blogspot.ru/2012/10/blog-post_29.html  Mieszkanka Moskwy Alena tworzy cudeńka i chętnie się nimi dzieli.

Moje kartki nie są tak barokowo bogate, wykorzystuję do nich resztki papieru, kartonów, serwetek a nawet rozmaite reklamy:) Nie korzystam z gotowych wykrojników, wszystkie elementy papierowe wycinam sama zwykłymi nożyczkami. Korzystam też z taśm pasmanteryjnych. Jajeczka to wielkanocne confetti w kształcie pisanek.Myślę, że efekt jest całkiem przyzwoity - chciałam w nich połączyć radosne wiosenne kolory z elementem świątecznym. Napisy są w środku :)

Zapraszam do oglądania

:)

:)

:)

:)

:)

:)

 

piątek, 11 kwietnia 2014

Dziś mija 20 lat od śmierci naszego małego Synka ... Synku, niebo się chmurzy...

Za kilka dni minie 10 lat od śmierci mojej Mamy... W ciemnościach postać mi stoi matczyna niby idąca ku tęczowej bramie...

                                   Poezja umie wszystko nazwać i wyrazić

Tagi: ludzie
20:26, atojaxxl
Link Komentarze (2) »
czwartek, 10 kwietnia 2014

Gdybyśmy zagrali w skojarzenia, to na pytanie jakie słowa kojarzą się z biedą, pewnie odpowiedzieliśmy: ubóstwo, braki, głód, zaniedbanie, poniżenie, bezdomność, zagrożenie, upokorzenie i wiele innych. Dziś spotkałam się twarzą w twarz z biedą, jakiej moja wyobraźnia nie dopuszczała ale i z postawami ludzi, o których też nie miałam pojęcia.

Rano padał deszcz, padał też gdy wychodziłam z galerii i skierowałam się na pętlę autobusową. Pętla usytuowana jest u stóp wzniesienia, na którym stoją wieżowce. Prowadzą do nich dość strome stopnie. I właśnie bezpośrednio na betonie, kilka metrów od schodów leżał człowiek. Z daleka widać było,że to starszy mężczyzna, zaniedbany, przemoczony nie tylko od deszczu. Leżał jak na wygodnym posłaniu, tak jakby celowo ułożył się w tzw. pozycji życia. Woda spływała ze schodów, pryskała na niego spod kół wjeżdżających na pętlę autobusów miejskich.Jakoś nikogo to nie interesowało.

Podeszłyśmy do niego jednocześnie, ja i młoda kobieta z dzieckiem. Chciałam sprawdzić, czy ten człowiek żyje, oddycha, bo to pierwsze, o co pyta dyspozytor ratownictwa. Leżący człowiek był w sztok pijany, kompletnie niekontaktowy. Młoda zadzwoniła do Straży Miejskiej a ja próbowałam podłożyć mu coś pod głowę. Ręce miał popękane, pokryte strupami, twarz w siniakach. Ubranie nieludzko śmierdziało.

Wtedy wokół nas zaczęli przystawać inni. Jeden z mężczyzn ruszył leżącego końcem buta i zapytał, czy się nie boję tego syfu. Drugi zaczął filmować aparatem telefonicznym. Młodzi ludzie dogadywali złośliwie, że to pewnie mój adorator, skoro się nim zajmuję. Dziewczyna zaczęła krzyczeć, że przecież to człowiek. Człowiek !!!

Przyjechała Straż. Podnieśli leżącego, a ja poszłam do autobusu. I tak sobie myślałam: żyjemy w kraju ultrakatolickim, większość wyznaje wiarę w Boże Miłosierdzie, współczuje w Wielkim Tygodniu Jezusowi wystawionemu przez Piłata na pośmiewisko ze słowami "Ecce Homo". I jednocześnie pozwala bezdusznie, by CZŁOWIEK poniewierał się jak śmieć, wyśmiewa się z nędzarza i tych, którzy mu chcą pomóc.

Może ten człowiek wybrał taki tryb życia, ale to nie oznacza, że mamy patrzeć na jego poniewierkę i tłumaczyć sobie i innym, że to przecież tylko pijak, menel, chwast ludzki. To Człowiek, brat Waszego Boga. Wasz brat...

Tagi: ludzie
15:26, atojaxxl
Link Komentarze (3) »
niedziela, 06 kwietnia 2014

Wiosna w całej krasie, na działce ruch, sikorki znowu sprzątają budkę (chociaż myśmy ją przed zimą wyczyścili). Sąsiad wystawił przed altankę swoje plastikowe baranki, a mnie naszło na wspomnienia.

Moi Dziadkowie, jak to już kiedyś pisałam, pochodzili  z gór. Przybyli do miejscowości, której właściciel zmuszony był sprzedać ziemię za długi (coś podobnego jak w "Chłopach Reymonta - tam też dziedzic sprzedawał część majątku ziemskiego). Górale wykupili dużą część posiadłości, podzielili na gospodarstwa, postawili domy i szybko zintegrowali się z miejscową ludnością.

Ale góralskie przyzwyczajenia zostały. Jednym z nich było przyjmowanie owiec na przezimowanie. U moich Dziadków zostawiał kilka owieczek jakiś daleki krewny, po jesiennym redyku. Owieczki były kotne czyli spodziewały się potomstwa i potrzebowały ciepła i dobrych warunków na przetrwanie zimy. Dostawały sianko i inne przysmaki, w cieplejsze dni były wyprowadzane do prowizorycznej zagrody koło ogrodu, żeby zaczerpnęły świeżego powietrza i przewietrzyły futerka :)

W mroźne dni pozostawały w oborze, gdzie miały wydzielone miejsce. Zawsze cieszyłam się, gdy owieczki przychodziły na zimowisko, bo lubiłam się z nimi bawić, głaskać je, przytulać, choć wcale nie były takie czyściutkie jak na zdjęciach i obrazkach.

Wiosną owieczki miały małe jagnięta. Gdy trochę podrosły - przybywał właściciel i zabierał   stare owce i jagnięta. Oczywiście, ta cała procedura nie była darmowa, wypłata następowała w naturze: dziadkowie dostawali skórę, wełnę i mięso jagnięce. Na szczęście ja wtedy o tym nie wiedziałam, bo chyba bym się zapłakała, że takie śliczne beczące maleństwa poszły pod nóż. Nie kojarzyłam też nowego kożuszka i mufki otrzymywanych jesienią z tymi miłymi zwierzętami....

I oto znowu przyszedł czas baranków: cukrowych, czekoladowych, pieczonych. A ja robię baranki karczochowe :) O takie właśnie - dwa jajka, trochę wstążki, szpilek, ozdób i jest baranek

 
1 , 2