Podróż przez życie z licznymi przystankami, w tym również autobusowymi
RSS
poniedziałek, 29 kwietnia 2013

Dziś Światowy Dzień Solidarności Międzypokoleniowej, w moim najgłębszym przekonaniu równie pusty gest jak Dzień bez Papierosa (nie znam nikogo, kto z tej okazji wypalił mniej), Dzień Bez Samochodu (potok pojazdów nigdy nie był wtedy mniejszy) czy Dzień Mózgu (heheheheh...).

W założeniu Ministerstwa Pracy i Polityki Socjalnej powinien to być dzień spotkań, zwłaszcza w szkołach, gdzie seniorzy dzieliliby się swoim życiowym doświadczeniem z dziećmi i młodzieżą. Na miły Bóg, przecież to chyba nie o to chodzi.

Od kilku lat obserwuję życie jako nie całkiem jeszcze stetryczała seniorka. I widzę, ile arogancji, bezczelności, złośliwości, lekceważenia, agresji jest po obydwu stronach: i wśród młodych wobec starszych i wśród starszych wobec młodych.

Do popularnej i dość taniej kawiarni w dobrym punkcie wchodzi grupka panienek gimnazjalnych z zamiarem spokojnego spędzenia wagarów. Po wejściu głośno i "bez krępacji" komentują "Eeee, same stare baby, chodźmy gdzie indziej". Przez telefon informują o tym fakcie swoich znajomych, bo przecież ze staruchami w jednej kawiarni siedzieć to obciach. Te stare baby to ja i moje koleżanki na comiesięcznym spotkaniu przy szarlotce... Słyszymy, widzimy, czujemy.

W piątek tegoroczni maturzyści kończyli naukę w szkole. Z tej okazji jeden z nich zaprosił znajomych na działkę swojego dziadka w naszym rodzinnym ogrodzie działkowym. Dziadek, w ramach solidarności międzypokoleniowej, dał klucze i dużo dobrych rad. W efekcie na działce do późnej nocy bawiło się stado człekokształtnych w liczbie 40 osobników różnej płci. Bawiło się w sposób szczególny: zdemolowali dwie sąsiednie altany (wyrwali drzwi i rozrzucili wszystko co pod łapy wpadło), przenosili ławki i inne przedmioty z jednego końca ogrodu w drugi i wrzucali je do szklarni i tunelów, odkręcili kilkanaście kranów zalewając aleje i działki.

W sobotę od rana dziadek-właściciel działki i ojciec maturzysty biegali po ogrodzie próbując załagodzić rozwścieczonych działkowców, bo przecież trzeba zrozumieć młodzież, która jest taka zestresowana, każdy kiedyś był młody i robił głupstwa, nie można dziecka (!!!) narażać na stres kontaktu z policją i prawem.

Niestety, działkowcy nie wykazali solidarności międzypokoleniowej i policja miała pełne ręce roboty.

Scena z dzisiejszego przedpołudnia: pod gabinetem zabiegowym kilka osób czeka na pobranie krwi, wśród nich rodzice z 8-miesięcznym maluszkiem. Na drzwiach gabinetu jest informacja, że niemowlęta i dzieci do 4 r przyjmowane są poza kolejnością, pielęgniarka zaprasza młodych, ale opór stawia największy starszy pan, stały już prawie rezydent przychodni. On był pierwszy i on nikogo nie przepuści !!! Ot, taka forma "solidarności międzypokoleniowej", wszedł za młodą rodziną i pyskował, grożąc pielęgniarkom skargami i interwencjami.

W autobusie chłopak w ramach solidarności międzypokoleniowej ustępuje miejsca pani 70+.
U nas takie osoby jeżdżą za darmo. Jejmość nie tylko nie podziękowała, ale na sąsiednim siedzeniu ustawiła swoje pokaźne torby. Na następnym przystanku wsiadła młoda kobieta z 3-letnim synkiem. Ponieważ innych wolnych miejsc nie było, poprosiła o zabranie pakunków, bo chciałaby usiąść z dzieckiem na kolanach.

No to się dowiedziała, że jest bezczelna i daje dziecku zły przykład. Interweniował kierowca, który też się dowiedział, że jest chamem. Spór rozstrzygnął typowy "kark", który złapał torby, ostro polecił, by niewiasta się przesunęła pod okno, postawił jej torby na kolanach. W autobusie zapadła cisza i w tej ciszy dojechaliśmy wszyscy do swojego miejsca przeznaczenia: "kark", siedemdziesiątka , młoda mama i ja wysiedliśmy 7 przystanków dalej. Pani z torbami ruszyła biegiem jakby się obawiała, że "kark" zechce jej pomóc.  Oczywiście jako wyraz solidarności międzypokoleniowej :)

18:43, atojaxxl
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 23 kwietnia 2013

 

Z książki płynie odwaga,

książka w życiu pomaga,

Chcemy książek jak słońce

i piosenek jak wiatr (K.I.Gałczyński)

Dziś książka ma swoje święto i to o zasięgu światowym. Zastanawiam się, kim byłabym, gdybym kiedyś, kiedyś nie pokochała książek.

Moi Dziadkowie lubili czytać, więc co roku, po jesiennych pracach polowych Dziadek szedł z plecakiem do wiejskiej szkoły i przynosił stamtąd zapas książek do czytania w zimie. Była to głównie klasyka polska i światowa. Wieczorami Dziadek czytał na głos, Babcia zawsze miała ręce zajęte jakąś robótką, wujek też wykonywał drobne naprawy a ja siedziałam cicho z kotem na ławie i słuchałam.

Zimowe wieczory wykorzystywał Dziadek również do uzupełniania swoje buchalterii domowej, w zeszycie pełnym rubryk wpisywał każdy nawet najmniejszy wydatek. Szuflada Dziadka kryła skarby: ołówki, kalkę, papiery, więc i ja nudziłam, że chcę pisać. Dla świętego spokoju dawał mi więc kawałek papieru, ołówek, a Babcia pisała litery, które ja z wysuniętym językiem pracowicie odtwarzałam. Potem zaczęło się pokazywanie liter w gazecie, najpierw w tytułach, potem w tekście. 

W wieku 5 lat płynnie czytałam, więc mogłam samodzielnie wyczytywać w "Gromadzie Rolniku Polskim" porady rolnicze, wiadomości o obradach różnych egzekutyw tudzież o zagrożeniach płynących ze zgniłego zachodniego kapitalizmu. Dziadek wykorzystywał moje umiejętności i gdy sam zajmował się jakąś pracą stolarską, usadzał mnie na pniaku obok i polecał czytać głośno gazetę. Sam komentował usłyszane rewelacje, najczęściej niezbyt przychylnie.

Wraz z upływem lat ukształtował się mój niezmienny kanon lektur, bez których nie wyobrażam sobie życia. Należą do niego (w kolejności dowolnej):

Lucyny Krzemienieckiej " W rodzinnej wiosce" (dziełko typowo socrealistyczne, ale dla dziecka w tamtych latach bezcenne źródło wiedzy o świecie większym niż wieś)

Astrid Lindgren "Dzieci z Bullerbyn" (chyba nie muszę tłumaczyć, dlaczego)

"Księga Psalmów" w tłumaczeniu Jana Kochanowskiego tzw. Psałterz Dawidów (od 40 lat czytam codziennie wieczorem jeden psalm)

Haliny Lilpop-Rodzińskiej "Nasze wspólne życie" (polecam wszystkim żonom narzekającym na trudy małżeńskich obowiązków)

Wisławy Szymborskiej cała poezja bez wyjątku (mam prawie wszystkie tomiki),

Krzysztofa Kamila Baczyńskiego wszystko, co zdążył napisać

Stanisława Wyspiańskiego wszystkie dramaty

Agathy Christie wszystkie jej cudowne , staroświeckie już dziś kryminały

Reymonta "Chłopi" (czytam co jakiś czas i stale odkrywam coś nowego, np urocze wpadki pisarz, który zakończył jakiś wątek a potem jakby nigdy nic wyciąga postać jak królika z kapelusza)

............... i wiele wiele innych.

Książko, składam Ci tym wpisem skromny hołd w dniu Twojego święta. Choć od dawna ogłaszana jest Twoja przypuszczalna śmierć w formie papierowej, to ja głęboko wierzę, że Ty przetrwasz wszystko. Najlepszym dowodem jest moja wnuczka, która dzień zaczyna i kończy "citaniem" i bez książki nie ruszy się nigdzie, a podczas spacerów bezbłędnie trafia do księgarni :)

Na zdjęciu poniżej Zuzia porwała mi ze stolika reportaże Tochmana :)

 

Tagi: książki
18:52, atojaxxl
Link Komentarze (2) »
piątek, 19 kwietnia 2013

Wczoraj cały dzień byliśmy na działce; wiśnie wypuściły pąki, dzień - dwa i okryją się białą pianą kwiatów, żonkile zakwitły właściwie wszystkie naraz, tulipany - choć ogryzione przez sarny - ale będą lada dzień kwitły. Wracałam bardzo zmęczona i z ulgą przysiadłam na ławeczce przystankowej czekając na przesiadkę. Miałam 15 minut do odjazdu, gdybym była mniej zmęczona to w ciągu 10 minut byłabym w domu piechotą.

Siedzę więc i mimo woli słyszę rozmowy współoczekujących. Od dziecka mam niesprawne prawe ucho, a mówiąc szczerze, z prawej strony jestem głucha jak pień. Lewe ucho przejęło więc wszystkie funkcje słuchowe.

Grupka dziewcząt, wystrojonych jakby zeszły prosto ze stron faszynfromraszyn głośno debatuje ku mojemu zdziwieniu nie o ciuchach i chłopakach, ale o... bohaterach "Kamieni na szaniec", w kontekście doniesień o homoseksualnych rzekomo relacjach między "Zośką" i "Rudym". O naukowcach promujących tę tezę wypowiedziały się jednoznacznie: "Pogięło facetkę, odbija babie, a nawet jakby byli homo, to co, ich walka miałaby mniejsze znaczenie?" Dziewczyny przypominały wydarzenia z lektury i wycieczkę na jakąś wystawę. Wsiadły do busa i odjechały.

Obok mnie siedziała kobieta z chłopcem, na oko 8-9 lat. W pewnym momencie chłopiec zerwał się i zaczął krzyczeć machając rękami "Mamo, mamo, patrz tata jedzie, tata". Samochód przejechał, kierowca chyba nie zauważył chłopca. Matka skomentowała "A jedzie pewnie po tą swoją..."

Chłopiec jednak nie dał za wygraną . Dopytywał, pewnie kolejny raz, dlaczego tata odszedł, kiedy go odwiedzi, a matka rzucała przez zęby: "Odszedł, odszedł, bo byłeś niegrzeczny, jak byś był grzeczny, to by se nie szukał innych dzieci". Odwiedziny "Nie przyjdzie i niech nie przychodzi, wcale go nie chcę widzieć. A poza tym on i tak nie chce cię widzieć, boś jest niegrzeczny". Chłopiec siedział jakby był przyzwyczajony do takiego tłumaczenia, wsiedli w "14" i odjechali...

Matko Boska, odebrało mi po prostu oddech. Jak można obarczać dziecko odpowiedzialnością za rozpad małżeństwa, za swoje zapewne błędy. Do dziś o tym myślę, bo takie odzywki matki, to wyraz psychicznego okrucieństwa. Zastanawiam się, co z tego chłopca wyrośnie.

A na Zdjęciach niektóre moje żonkile - te pierwsze to odmiana Einstein

14:40, atojaxxl
Link Dodaj komentarz »
środa, 10 kwietnia 2013

Dziś wreszcie mogłam wyjść bez czapki. Prawdziwy wiosenny dzień, chociaż w zacienionych miejscach jeszcze leża pryzmy szaro-burego śniegu. Najpierw wpadłam do fryzjerki, która nieco skróciła moje pozimowe pióra, potem kilka ciekawych spotkań i rozmów, wreszcie wizyta u koleżanki, która prowadzi sklep kawowo-herbaciany, jest w tej branży niekwestionowanym autorytetem. Nie szłam jednak na plotki, tylko z listą zakupów.

Przede mną kupowała osoba niezwykle gadatliwa, chwaląca się swoimi siostrzenicami, więc przysiadłam na krzesełku dla klientów. W tym czasie do sklepu wpadł , bo jego pojawienie się trudno nazwać wejściem, młody jeszcze mężczyzna w eleganckim płaszczu, garniturze, ze skórzaną teczką. Od razu zażądał herbaty w określonym gatunku, tak, jakby w sklepie nikogo przed nim nie było. Sprzedawczyni grzecznie wyjaśniła, że ma zajętą kasę a poza tym waży kilka gatunków herbaty i poprosiła o cierpliwość.

Skrzywił się, potem chodził nerwowo po małym w końcu sklepiku. Gdy niewiasta zakończyła zakupy, koleżanka zwróciła się do mnie, na co nerwowy klient zaczął krzyczeć, że przecież on już raz powiedział, że chce kupić 10 deko czerwonej herbaty... Gdyby zachowywał się taktownie, może bym ustąpiła kolejki, ale koleżanka powiedziała "jeśli pani się zgodzi..." i elegancki cham wybuchnął.

Jego syczący głos był kwintesencją nienawiści: "Ja nie będę żadnej baby prosił o zgodę, siedzi, to niech siedzi, skoro ma czas. Ja się śpieszę, ja pracuję i łaski mi tu nikt nie robi, że mi sprzeda herbatę, od tego pani tu jest. Tak to jest, baby się wypuściło z domów, to teraz ich wszędzie pełno. Zamiast obiad gotować, gary myć, to siedzi w sklepie i ja mam prosić !!! A w życiu !!! Daje pani tę herbatę czy mam skargę złożyć?"

Jestem na ogół spokojnym człowiekiem, ale ciśnienie mi od razu podskoczyło, nie wiem co za licho mnie podkusiło i wypaliłam: " A panu co, żona nie dała, kochanka nie wpuściła  czy mały nie stanął ?" Koleżanka też mnie wsparła wyjaśniając, że skargę to najlepiej od razu i do niej, odpowie w przewidzianym prawem czasie. Klient, choć w garniturze i pod krawatem, wcale nie był mniej awanturujący się (nieco starsi czytelnicy bloga wiedzą, o co chodzi ).

Zdarzenie to potwierdziło, "jak dobrze się trzyma w naszym stuleciu nienawiść"(1). Jak łatwo wybucha, jak wybiera sobie obiekty napastliwości, jak kieruje swoje ostrze przeciw słabszym. Sama moja obecność wywołała w tym człowieku wybuch agresji, jego lekceważące "baby" było pełne pogardy dla każdej przedstawicielki naszej płci.

I tak jakoś zbiegło się dzisiejsze zdarzenie z ostatnimi moimi lekturami: "Czerwonym Kapturkiem" Unni Lindell i "Mężczyźni, którzy nienawidzą kobiet" Larssona. W obydwu książkach motorem napędowym bohaterów jest nienawiść do kobiet, chęć zniszczenia ich psychicznie i fizycznie w najbrutalniejszy sposób. Życie pokazuje, że "motyw schludnego oprawcy nad splugawioną ofiarą"(2) wcale nie pozostaje tylko na kartach książek...

(1) (2) Wisława Szymborska "Nienawiść" z tomu "Koniec i początek" 1993

Tagi: ludzie
18:54, atojaxxl
Link Komentarze (2) »
czwartek, 04 kwietnia 2013

Niedawno (27 marca) obchodzono Międzynarodowy Dzień Teatru. A jak teatr to dramat, jeden z trzech rodzajów literackich. A jak dramat to wiadomo: podstawowy podział na komedię i tragedię. Podział powiedzmy sobie szczerze umowny i od czasów Tespisa baaardzo już nieaktualny.

Jak wiele innych słów i te związane z teatrem zmieniły swoje podstawowe znaczenie. Dramat dziś zupełnie oderwał się od literackich konotacji, dziś dramat to zdarzenie, najczęściej w życiu celebrytów, które koniecznie musi być skomentowane w mediach.

Posłanka Agnieszka Pomaska przeżyła dramat - zgubiła czapkę. I już gazety analizują sytuację, nawet została wyznaczona nagroda. Wcześniej ta sama posłanka robiła sobie niestosowne żarty, nazywając dramatem rzekome zaginięcie męża i dzieci, na basenie.

Posłanka Grodzka dramatem nazywa brak chętnych...na randkę. Tyle wysiłku na nic. No dramat po prostu. A jeszcze dramatyczniej brzmi wyznanie, że posłanka Grodzka nie może nabyć sukienek w jej nowym/starym rozmiarze , jak sama mówi, musi zaopatrywać się w gettach i to jest dramat !!! Rozumiecie, w gettach !!! A cóż to za getta ? Sklepy dla noszących rozmiary XXL i wyżej.

W ogóle posłanki mają skłonność do dramatyzowania zwykłych zdarzeń - dla posłanki E. Witek dramatem jest niemożność podróżowania w przedziale sypialnym przeznaczonym tylko dla niej.

Posłanka Kochan jako dramat określiła konieczność...nocowania w Warszawie, ponieważ nie zdążyła na wieczorny samolot. Chciałabym mieć takie problemy...

A jakie dramaty przeżywała ministra Mucha zanim została ministrą ? Jak donosiły tabloidy, jej uroda w dramatyczny sposób odgrodziła ją od innych posłanek i skazała na samotność lub towarzystwo mało urodziwych posłów. Brak możliwości plotkowania z innymi posłankami to rzeczywiście dramat.

Inny dramat spotkał inną Muchę -  Anna M. zgubiła puchową kurtkę, co wałkowano przez dni kilka, współczując aktorce niezwykłej traumy.

Dramatem Katarzyny Figury jest niemożność sprzedania domu. A wcześnie wydawało się, że aktorka ma inne, poważniejsze problemy. Również Julia Kamińska podzieliła się z mediami swoim dramatem - nie może sprzedać swojego mercedesa, nie ma chętnych na ten cymes motoryzacyjny.

Katarzyna Skrzynecka przeżywa inny dramat, nie pojeździ na nartach. Przechodzi rehabilitację nogi i chyba inne powinny tu być kryteria wartości zastosowane, a nie problem nart.

Dramatem Honoraty Skarbek okazały się zabiegi na włosach, chciała przedłużyć, a wyszło jak wyszło,włosy też wyszły, częściowo. Oczywiście temat dla prasy i okazja do sesji foto.

Wydawałoby się,  że Iwona Węgrowska ma prawdziwe powody do rozpaczy po informacjach o jej udziale w seksbiznesie. Ta osóbka ma szczególny dar do szastania słowem dramat: zmarł ojciec - dramat (współczujemy), skradziono jej zegarek - dramat (jakoś nie współczujemy),  wcześniej zaginął jej piesek - oczywiście dramat (też nam żal, mieliśmy pieska), podejrzewała też, że zawistni ludzie chcą zniszczyć jej związek - dramat (nie potrafimy współczuć, robiła wszystko, by ludzie gadali), wypiła jakiś podejrzany napój i "spaliła" struny głosowe przed show jej życia - dramat. Zresztą wystarczy wrzucić w google dramat+węgrowska i wyskoczą 253 000 haseł. Takie życie to naprawdę dramat...

Nie będę się już znęcać dłużej. Wszystkie przykłady wzięłam z mediów. Mogę tylko ubolewać nad zdeprecjonowaniem ważnego i pięknego słowa. Co w kontekście tych "dramatów" mogą powiedzieć ludzie tracący dobytek w powodzi, w pożarze, czekający w kolejkach do onkologów, szukający ratunku dla swoich dzieci ?

Dawno dawno temu pewien znany polityk marzył o Polsce - drugiej Japonii, kraju Kwitnącej Wiśni. Z marzeń polityka wyszło jak Gierkowi czyli nie wyszło. Ale ja na przykład mam co roku namiastkę Japonii - zakwitają moje wiśnie

Drzewa posadziła jeszcze moja śp Mama, rozrosły się nad miarę, ale sąsiedzi zapewniają, że im to nie przeszkadza, wprost przeciwnie: mają cień tam gdzie rozkładają się z grillem :)

Gdy więc dziś patrzę za okno na zwały śniegu, na sople lodu wiszące ze świerków, na zamarzniętego w gnieździe pisklaka sierpówki (ptaki zatraciły chyba instynkt zachowawczy i wysiedziały jajko), to cały czas wierzę, że za kilka tygodni, z opóźnieniem zobaczę takie widoki:

To zdjęcie wykonałam 2 lata temu, w Wielką Sobotę 23 kwietnia 2011 :)  Pozostałe rok później, na początku kwietnia 2012. Dedykuję wszystkim zmęczonym zimowymi wybrykami natury.

15:25, atojaxxl
Link Dodaj komentarz »