Podróż przez życie z licznymi przystankami, w tym również autobusowymi
RSS
niedziela, 29 kwietnia 2012

Ten przystanek usytuowany jest przy ul.Koszyckiej na wprost supermarketu o dawnej nazwie "Nad Białą" a obecnie "Leader" bez price :) Tu zatrzymują się autobusy podmiejskie i moja 33. 

W kącie wiaty na ławce leżał stosik tanich książek popularnej serii romansów, gdzie on bogaty i piękny, ona piękna ale biedna i w dodatku chora, ale wszystko kończy się dobrze i żyją długo i szczęśliwie mimo intryg rodzinnych. Siedząca obok mnie kobieta zabrała część do torby, reszta czekała na amatorów.

Jestem wielką zwolenniczką book crossingu, zdobyłam dzięki tej formie  kilka cennych dla mnie tytułów. W bibliotece miejskiej ktoś zostawił na półce "bc" zbiorek wierszy Jana Zycha. Poplamione, siermiężne wydanie "Zielonych skrzypiec" (Wydawnictwo Literackie, Kraków 1955). Dziś jest to bibliofilski i antykwaryczny rarytas. Zaprawdę, nieznany ofiarodawco, nie wiedziałeś, co czynisz, albowiem nie znałeś wartości tego tomiku.

Jan Zych był przez jakiś czas sąsiadem Wisławy Szymborskiej w Domu Literatów, jego pokój był wypełniony książkami. Znał perfekcyjnie wiele języków, tłumaczył literaturę od bułgarskiej zaczynając na meksykańskiej kończąc. Tłumaczył m.in. Aragona, Pope'a, Albertiego, Guillona, Nerudę, Eluarda, Dymitrowa, Marqueza i innych.  Z polskich poetów tłumaczył  na hiszpański Miłosza  i Szymborską. Wydał sześć własnych tomików wierszy. Część życia spędził w Meksyku, gdzie się ożenił i założył rodzinę.

"Zielone skrzypce" to przede wszystkim hołd złożony rodzinnej ziemi krośnieńskiej, ale też rozważania nad naturą ludzką, która pozwala zdradzić bliźniego:

Temu, który zdradził człowieka

To było

w czterdziestym drugim.

Widziałeś - potokiem szedł.

Czarnych włosów plama

wśród konarów zielonych plam.

Poprzez gałęzie patrzył.

Sam.

Uciekał. Pędziłeś.

Złapałeś za ręce.

Było rozporządzenie...

Mały. Zalękniony.

Ale nie płakał.

Tylko oczy

miał boleśnie otwarte.

I usta miał otwarte.

Ze świstem łykał powietrze.

Byłby dziś rówieśnikiem

moich lat.

Przymilnie się uśmiechałeś,

gdy esesman spisywał protokół.

Poczęstował nawet papierosem

z cienką złotą obwódką.

Chyba ten mały Żyd

więcej był wart?

To było

w czterdziestym drugim.

Lecz ja do dziś omijam

twój dom

gdzie muzyka wesoło huczała

i nocą

świeciły lampki wina.

Do dziś twój dom omijam.

Bo tam na stole stała

krew przemieniona w wino.

Inny wiersz, chyba mój ulubiony wiersz Zycha, przypomina mi wiersze Wisławy Szymborskiej, zarówno formą jak i celnością pointy:

RZECZY CODZIENNE

Chciałbym coś w życiu wynaleźć,

żeby na co dzień zostało:

nie armatę i nie organy,

ale jakąś drobnostkę małą,

powszednich rzeczy garstkę.

Chciałbym być jak ten zakochany złotnik,

który wynalazł naparstek.

 

Jeśli ktoś chciałby dowiedzieć się czegoś więcej o Janie Zychu, to zapraszam na stronę www.janzych.cba.pl



Na ulicy Bolesława Chrobrego jest przystanek linii 33 - słupek oznaczający przystanek, ogołocony z rozkładu jazdy, więc nie wiem jaki ma numer.

Ciekawe, że na tzw. zamożnych osiedlach, gdzie ludzie mają szerszy dostęp do różnych dóbr , często giną rzeczy znajdujące się w przestrzeni publicznej - świeżo nasadzone krzewy, kosze na śmieci, ławki, rozkłady jazdy.

Mam w pamięci obraz pięknych świerków posadzonych między naszymi blokami. Dziś to są już duże drzewa sięgające trzeciego pietra. Ale kilkanaście lat temu, gdy zostały posadzone, było ich dużo więcej. Późnym wieczorem lub nad ranem przyjeżdżały dobrej marki samochody, kilka ruchów łopatą i świerczek lądował w bagażniku. Zadałam sobie trud i przeszłam się po pobliskim osiedlu, gdzie większość mieszkańców to lekarze, prawnicy i tzw. powracający z zagranicy. I odnalazłam świerczek skradziony sprzed moich okien, poznałam go po zielonej nitce zawiązanej wokół pieńka. Myślicie, że nowy "właściciel" się chociaż zawstydził ??? Pomijam już arogancję, z jaką ze mną rozmawiał. Ale jego argument był powalający: U mnie będzie rósł, a u was hołota zadepcze, połamie i nic z niego nie bedzie...

Na tym przystanku akurat nikt nigdy nie wsiada, a wysiadają najczęściej dzieci wracające z dość odległej szkoły, gospodynie domowe wracające z zakupów. Pamiętam, że rozkład tam był !!! Komuś się przydał ten kawałek metalu z naklejoną rozpiską ... Może jakiś kolekcjoner . Bardziej skłaniam się ku myśli, że jednak jakiś troskliwy rodzic chciał wiedzieć, której może się spodziewać powrotu pociechy...

wtorek, 24 kwietnia 2012

Na tym przystanku wysiadam jadąc do rodziny naszej córki,  przede wszystkim do malutkiej Zuzi. Obok duża szkoła, nosząca imię Naczelnika spod Racławic. Imię szkoły przeniesiono ze starego budynku na drugim końcu miasta. Tam umieszczono przedszkole, choć szkoła miała piękną i długą tradycję jako przedwojenna szkoła realna męska.

Pierwsze, co rzuca się mi w oczy, to rozrzucone śmieci wokół przystanku, zwłaszcza butelki plastikowe pozbawione zakrętek. Kilkanaście metrów dalej, obok przejścia dla pieszych kolejny wypatroszony kosz i kolejna bateria butelek "odzakrętkowanych". To znak, że Babcie Zakręcone były w akcji. Schodzę obok szkoły w dół i widzę leciwą niewiastę wyposażoną w metalowy chwytak, którym grzebie w pojemniku na plastikowe odpady, zręcznie przyciąga butelkę po piwniczance i zabiera zakrętkę.

Po raz pierwszy z tym procederem spotkałam się ze trzy lata temu. Był upał, wyjęłam więc półlitrową butelkę mineralnej i wypiłam kilka łyków. Zostało ich jeszcze kilka na dnie, gdy siedząca po drugiej stronie przejścia kobieta zapytała, czy mogłabym wypić wodę do końca i dać jej butelkę, bo ona zbiera zakrętki. Pomyślałam, że ludzie mają różne "fijoły" i zbieranie zakrętek nie jest jeszcze tym najgorszym. Nie pytałam o nic więcej, butelkę oddałam.

Potem syn wrócił z WTZ i zapytał, czy możemy dla niego zbierać zakrętki z butelek, bo musi wziąć na warsztat. Ponieważ uczestnicy pod okiem instruktorów robią tam cuda z różnych rzeczy, pomyślałam,że zapewne ma im to posłużyć do jakichś prac plastycznych.

Ale fala zakrętkowa narastała. Starsze panie bladym świtem wyruszały na łowy, kłóciły się o strefy wpływów ("Macie swoje kosze, to niech se pani tam szuka a nie u nas"), chwaliły się zdobyczami ("ja dziś mam 94, wczoraj 68, a jutro syn obiecał z pracy przynieść"). Wtedy dotarło do mnie, że zakrętki zbierane są na jakiś zbożny cel, podobno na zakup wózków inwalidzkich. W sklepach i marketach pojawiły się pudełka na zakrętki  ("Zbieramy dla Kacperka, dla Julki, dla Mikołaja...").

Dochodziło do aktów przemocy - dziecku idącemu do szkoły wyrwano torbę z rodzinnym zbiorem kilkuset zakrętek, ochroniarz w supermarkecie zatrzymał kobietę okradającą z zakrętek wodę niegazowaną, z pojemnika na zakrętki w zaprzyjaźnionym ciucholandzie ktoś buchnął dużą reklamówkę z zakrętkami. Szał ogarnął kraj, a zwłaszcza emerytów, którym wmówiono, że robią dobry uczynek. Nikt nie widział tych wózków dla niepełnosprawnych, choć powstawały fundacje zakrętkowe.

Jedynym prawdziwym beneficjentem tej akcji są firmy recyklingowe. Akcja "Wózek za zakrętki" uwolniła je bowiem od konieczności zatrudniania pracownika, który tym się zajmował : odkręcał butelki, ponieważ zakrętki wykonane są z innego rodzaju plastiku niż sama butelka. Do firmy zakrętki trafiają już osobno i można z nich produkować granulat do dalszej przeróbki.

A teraz liczby: w skupie za tonę zakrętek płacą ok. 700 zł, na wózek inwalidzki potrzeba ok 40 ton zakrętek, czyli ok 16 milionów sztuk !!! Przed chwilą zważyłam na wadze elektronicznej mix 10 zakrętek - 19 gramów , niecałe dwa deko !!! Na kilogram potrzeba więc około 550 sztuk. A zakrętki są przecież różnej wielkości.

Nic dziwnego, że coraz częściej okazuje się, że akcja jest fałszywa, że w pewnym momencie urywa się łańcuch zbieraczy: "ja zbieram i daję takiej pani z klatki obok, ona to zawozi do pracy, tam oddaje swojej kierowniczce, a ona z kolei ma jakiegoś pana, który podobno zbiera dla wnuka swojej szwagierki...." Zakręcona, zakręcona ...

niedziela, 22 kwietnia 2012

Ten przystanek mijam, nigdy na nim nie wysiadałam ani nie wsiadałam, ot, jeden z wielu po drodze do punktu przeznaczenia. Jeżdżąc autobusami mimowolnie wysłuchuję zwierzeń współpasażerów, niekoniecznie szeptanych lub wygłaszanych półgłosem.

Oto dwie panie, w moim wieku, z zapałem dzielą się ze sobą i z otoczeniem szczegółowymi opisami swoich chorób - są to choroby stawów i stóp. Panie opowiadają o ostrogach - jak bolą, jak sobie te nogi moczą, ile razy miały prześwietlane.

Z ostróg przechodzą do koślawych palców i znowu bolesne wywody o młoteczkowatych palcach, o wstawkach korygujących, o wycinaniu odcisków ("mówię ci, że najlepiej wymoczyć w rozgotowanym szarym mydle i zwykłą żyletką zetniesz i masz spokój parę dni").

Po haluksach przyszła kolej na stawy kolanowe - tu płynęła barwna powieść na dwa głosy, nazwy maści, kremów i innych smarów, nazwiska lekarzy-partaczy i znachorów-cudotwórców.  Żałuję,ze gdy panie przeszły do stanu swoich stawów biodrowych, musiałam wysiąść...

W drodze powrotnej przysiadłam na przystanku obok starszego małżeństwa.

Ona wzdychała , kręciła się niespokojnie, wreszcie wypaliła : "A ja sobie kupię ten kosmodysk, Irena nosi i mówi,że dużo lepiej się czuje, tylko ona nosi ten dolny a nie na cały kręgosłup, a ja se kupię na cały i jeszcze odpiszę od podatku".

On ( z irytacją) "I na co ci ten kosmodysk, tak jak i ta pościel z wielbłąda, spałaś chociaż raz pod nią, tylko pieniądze wydałaś, kupujesz głupoty a potem nie używasz"

Ona: "Pościeli nie używam, bo szkoda. a kosmodysk se kupie i będę nosić, tak mnie boli, tak mnie doli, że rety świata..."

On: "A kup se jak masz za co, ja ci nie dam, a od podatku se nie odpiszesz, bo nie ma takiego głupiego lekarza co by ci dał na to g...o receptę"

Wsiadłam do autobusu i nie wiem, jak potoczyła się tamta rozmowa. Za to za mną w najlepsze trwała wymiana zdań o czekającej brunetkę operacji. Szczegółowo wyliczała jakie ma wyniki badań, jakie dolegliwości, co czuje po każdym posiłku, jak się jej odbijało po świątecznym śniadaniu jeszcze na drugi dzień...

Nie zdziwiłam się więc następnego dnia, gdy jechałam na działkę a usiadłam obok dość tęgiego mężczyzny, siedzącego z bardzo szeroko rozstawionymi nogami. zajmował w ten sposób półtora siedzenia. Poprosiłam uprzejmie, by nieco zsunął te nogi, ponieważ zawłaszczył także moje miejsce. Popatrzył na mnie i wypalił: "Muszę tak siedzieć, bo mnie jaja bolą"....

Znowu to samo - nie mam czasu dla tego bloga. Mea culpa, za dużo wzięłam na siebie. Dawno ,dawno temu, żegnając się z uczniami, powiedziałam , że gdyby mieli jakieś problemy z językiem polskim, to zawsze służę im pomocą. I zwykle w okolicy matur uczniowie o tej mojej obietnicy sobie przypominają :) Nie, nie piszę im gotowców, ale sprawdzam prezentacje, wskazuję słabe punkty, pomagam opracować bibliografię (nikt ich tego nie uczy, niestety).

We wtorek powiedziałam basta i wybrałam się do miasta, żeby oddać co cesarskie cesarzowi. Wysiadłam na przystanku nr 6, usytuowanym na początku ulicy Lwowskiej. Moje miasto posiada taką oś, wokół której niegdyś się rozsiadło a potem rozlało na wszystkie strony. To oś wschód- zachód, Lwów - Kraków, dwie galicyjskie stolice :)

W Urzędzie Miasta spokój, w kasie, której numer litościwie przemilczę, pani długo studiowała pismo określające wysokość rocznego podatku od nieruchomości (podatek zapłaciłam przez internet, ale z niewiadomych powodów pieniądze wróciły na moje konto, bank stwierdził,że konto odbiorcy jest nieaktualne). Całe 20,33 zł. Po chwili pani coś wklepała ale tez jej nie wyszło, przybyła z odsieczą koleżanka, po chwili druga, cała trójca uważnie czytała pismo sprzed 4 lat, a nawet ... przepis na ciasto zanotowany przeze mnie na odwrocie.

Wreszcie każda kliknęła raz i drugi i usłyszałam, że płacę 17 groszy karnych odsetek za zwłokę. Nie podejmowałabym dyskusji, gdyby nie fakt, że dowód wpłaty wystawiono na ... mojego męża.  !!! Chłopina tyrał w tym czasie w swojej pracy, ale dla pań urzędniczek był w Urzędzie w mojej osobie. Jak jednak ten patriarchat jest mocno zakodowany - jest mieszkanie, jest podatek, to na pewno mąż jest właścicielem .

Z UM udałam się do świątyni podatkowej - Urzędu Skarbowego nr 1 . W moim mieście są dwa US, mieszkańców przydzielono do nich właśnie kierując się osią podziału miasta. Mieszkam niedaleko Urzędu nr 2, ale sprawy muszę załatwiać w Urzędzie nr 1 czyli na drugim końcu miasta. Z kolei znajoma widzi "jedynkę" ze swoich okien ale musi jechać do "dwójki".

Zaprawdę, powiadam Wam, mieli rację starożytni uważający poborców podatkowych za mało godnych szacunku. W moim urzędzie od lat planowany jest remont schodów dotychczas tam prowadzących. W związku z tym zafundowano podatnikom swoisty labirynt, trzeba się kierować kartkami naklejonymi na murach, lawirować między samochodami na wewnętrznym parkingu i wspinać w mało przyjaznym i ciasnym pomieszczeniu klatki schodowej. Potem korytarzy, skręt i jesteśmy w sali obsługi. Tu już wszystko poszło szybko, jedna kolejka, dwie osoby przede mną. Pani w okienku nie odpowiedziała na moje pozdrowienie, trudno. Klepnęła potwierdzenie i byłam wolna. Korytarz, klatka, parking, kilka zdezorientowanych osób, które skierowałam na właściwą drogę...

Urząd Skarbowy obraca miliardowymi kwotami, ale swoich chlebodawców czyli podatników nie szanuje !!! Warunki obsługi, jakie im się oferuje, są skandaliczne i na pewno odbiegają od europejskich standardów. Za rok rozliczę się przez internet.

poniedziałek, 16 kwietnia 2012

Na tym przystanku wsiadam do 30, gdy wracam z zakupów w sklepie dla uboższej części społeczeństwa jak był łaskaw powiedzieć polityk z czołówki opozycyjnej. Ja tam kupuję i sobie chwalę i wara politykierom od mojego koszyka.

Onegdaj dotarłam na ten przystanek z ciężką torbą i stwierdziłam z żalem,że właśnie mój autobus odjechał przed 3 minutami. Następny miał być o pełnej 14.00. Usiadłam w kąciku na ławce i rozglądam się, na czym tu można oko zawiesić, by potem opowiedzieć na blogu. To bardzo nijakie miejsce, za plecami budynki po dawnej jednostce wojskowej, dziś zagospodarowane przez różne przedsiębiorcze firmy i firemki.

Za skrzyżowaniem  duży i nowoczesny dom zakonnic prowadzących przytulisko dla samotnych matek. Nawet z mojego punktu obserwacyjnego widać tzw. okno życia, kilka lat temu uroczyście poświęcone przez biskupa Skworca. Jak na razie tylko jedna matka oddała tam dziecko, ale po kilku dniach zabrała z powrotem... Ale okno jest i ja popieram jego ideę - tyle rodzin czeka na dziecko, każda szansa na godne życie jest lepsza niż torba z noworodkiem na wysypisku śmieci.

I gdy snuję takie refleksje, podjeżdża mój autobus. Pięć minut przed czasem !!! Sprawdzam dwa razy - to mój autobus. Mój a jednak nie ten, na który czekałam !!! Jadę bowiem autobusem spóźnionym prawie 15 minut !!! Winne sa oczywiście remonty i korki i wszelkie plagi drogowe...

Następnego dnia dopiero zauważyłam zastrzeżenie ZKM wydrukowane na każdym rozkładzie jazdy, że czas odjazdu może ulec zmianie ze względu na warunki drogowe. Ot taki wentyl bezpieczeństwa, gdyby pasażer był awanturujący się i domagający np odszkodowania za utracone korzyści.  Mam jednak nieodparte wrażenie, że wielu kierowców korzysta z tego wentyla zbyt dowolnie...

 

czwartek, 12 kwietnia 2012

Obydwa przystanki dla jednego autobusu 224, usytuowane w odległości ok 80 m od siebie: pierwszy 709 dla pasażerów odwiedzających cmentarz w Mościcach, przyjeżdżających od strony zajezdni na pętli, położony nad rowem przeciwpowodziowym, wypełnionym śmieciami, butelkami i wypalonymi zniczami. Uciążliwy dla starszych osób, które obawiają się, że przy zachwianiu równowagi mogą wpaść do głębokiej fosy. Żadnego zadaszenia, żadnej ławki, tylko metalowy słupek z rozkładem jazdy. Czekający stoją na prowizorycznym mostku nad rowem, w razie deszczu chronią się pod drzewami. Gorzej, gdy jest burza...

Przystanek 107 usytuowano jako rzekłam wcześniej, przy supermarkecie Dąbrówka. Chyba jedyna taka sytuacja w mieście, by autobus zatrzymywał się ponownie po 80 metrach. Ale dla niezmotoryzowanych klientów Dąbrówki to wygodne rozwiązanie. Długo nie mogłam dopatrzyć sie numeru przystanku, zakleili go bowiem kibice Wisły swoimi wlepkami. Przy pomocy klucza wydrapałam odpowiedni kawałek i stąd wiem, że to 107 :)

Ten supermarket w sąsiedztwie cmentarza to swoiste signum temporis. W weekendy cieszy się ogromnym powodzeniem. Słynie m.in. z tanich zniczy i wkładów do nich. Prawdopodobnie biłby rekordy obrotów we Wszystkich Świętych, Boże Narodzenie i Wielkanoc. Ponieważ to są dni zakazane dla handlu, to zarabiają prywatni sprzedawcy cmentarnych utensyliów dyktując ceny z chmurki zdjęte.

Kilkadziesiąt metrów za sklepem wybudował sobie dom nasz kolega. Nie narzeka na sąsiedztwo, ostatecznie stali mieszkańcy cmentarza tylko raz w roku przyjmują najazd gości... A poza tym są spokojni, cisi, nie piją, nie urządzają awantur i nie rozjeżdżają rabatek.

Ten przystanek usytuowany jest tuż przy bramie największego cmentarza komunalnego w moim mieście a celem mojej wczorajszej podróży był malutki grób naszego syna M. który właśnie 11 kwietnia obchodziłby swoje 18 urodziny.  Trudno mi samej uwierzyć, że to już 18 lat, ponieważ pamiętam tamtą chwilę jakby to było kilka dni temu...

Mały wydzielony plac na groby dziecięce powstał przed 20 laty  i grób M. był tam jednym z pierwszych, obecnie kwatera zapełnia się w przerażającym tempie. Są groby zadbane i zaniedbane, są odwiedzane raz w roku i takie, gdzie matki przychodzą co kilka dni.

Obok M. pochowano Marysię W, cóż to był za pogrzeb !!! Tłum ludzi, księża, histeryzująca matka i rodzina, wielki drewniany krzyż z intrygującą tabliczką "śp Maria W, córka Zofii W. i Stanisława N."

I to był ostatni kontakt rodziny z pochowanym dzieckiem, mogiłka zaczęła się zapadać, krzyż się rozpadł, została tylko rdzewiejąca tabliczka. Jak mogę tak dbam i o ten grobek, zawsze pamiętam o zniczu dla małej i drobnych ozdobach. Woziłam ziemię, ogrodziłam, ale grób stale się zapada tak jak zapadła się w rodzicach pamięć o tym maleństwie. Miała rację Szymborska pisząc "umarłych wieczność dotąd trwa dokąd pamięcią im się płaci".

Posadzone u naszego M. bratki pięknie zakwitły i rozjaśniły ten dzień, jak zwykle pojawił się mały ptak, który przysiada na sąsiednich krzyżach i patrzy i ćwierka. Czy to Ty, synku ? Zdobyłam się na ekstrawagancję i postawiłam między bratkami kolorową osiemnastkę...

Dlaczego gra z cieniami umarłych ? W literaturze religijnej i w poezji często pojawia się zwrot 'cienie umarłych", nawet w Starym Testamencie u Izajasza proroka pojawia się zapowiedź: "Przebudzą się ci, co w prochu spoczywają, i wznosić się będą okrzyki radości. Bo jako rosa na ziołach - będzie rosa Twoja i ziemia wyda cienie umarłych" (Iz.26.19)

Cienie umarłych przebłagiwał ofiarą Odyseusz, cieniem u Norwida odjeżdżał Bem,  cieni umarłych rycerzy przyzywał Baczyński, bohaterowie "Dziewczyny "Leśmiana jeszcze jako cienie zmarłych toczyli walkę z murem. 

Kilka lat trwało pogodzenie się z faktem, że M. nie żyje. Wtedy napisałam ten wiersz, nie spełnia on zapewne wymogów stylistycznych i wersyfikacyjnych, ale wyraża to, co czuje każda matka, której przychodzi odwiedzać dziecko w takim miejscu:

"Maleństwu"

Przez moje życie przechodzisz cieniem

...nie dreptały Twoje nóżki - pewnie były słabe

Patrzysz na mnie okiem sinego bratka

...nie widziałam Twoich oczu - pewnie były jasne

Chwytasz mnie źdźbłami suchej trawy

...nie chwytałeś światła paluszkami - pewnie były miękkie

Śmiejesz się wróblim świergotem

...nie słyszałam Twego śmiechu - pewnie był radosny

Płaczesz w szeleście suchej wstążki

...nie słyszałam Twego płaczu - pewnie cierpiałeś

Idziesz za mną Synku

Garstko Nadziei

Prochu...

środa, 11 kwietnia 2012

Nie, nie będzie skojarzeń z tą liczbą...Męczyłam się z nią jako numerem mieszkania przez kilkanaście lat i z ulgą pożegnałam idąc na swoje :)

Wsiadłam na przystanku  nr 69 usytuowanym obok Maxa, czegoś pośredniego miedzy dawnym domem towarowym a obecną galerią. Pan kierowca 224 nie miał dobrego dnia, więc demonstracyjnie palił podczas jazdy papierosa. Ponadto arogancko wypowiadał się o kierowcy czerwonej fabii, która jechała przed nami - rzekomo za wolno, a wg mnie jak najbardziej zgodnie z przepisami. Burkliwie odpowiadał na pytania pasażera a w końcu zrugał starszego pana, który oparł się o okienko biletowe.

Podróż 224 ma dla mnie swoisty urok: tuż za granicą miasta zaczynają się przystanki administrowane przez Gminę T. Różnią się od miejskich solidnością wykonania ale i przesłaniem, które każdy z nich zawiera.

Otóż w tylnej ścianie każdej wiaty wycięto fragmenty jakiegoś wiersza lub ważnej prozy autorów polskich. I tak w Zbylitowskiej Górze wita odezwa do ludzkości o zachowanie przyrody i szacunek dla środowiska naturalnego. Na przystanku przy Cichociemnych 1 można poczytać słowa JP2 skierowane do młodzieży. A dalej Przerwa Tetmajer i "Mów do mnie jeszcze", Lechoń z "Preludium", Szymborska z "Gawędą o miłości ziemi ojczystej", jest oczywiście i Gałczyński i jeszcze raz JP2 ...

Co ciekawe, te przystanki nie uległy degradacji z rąk Obcych, mnie osobiście taki pomysł na propagowanie poezji bardzo się podoba. Muszę kiedyś wybrać się w przeciwnym kierunku i zobaczyć inne przystanki Gminy. Ciekawe czy nazwiska poetów i wiersze się powtarzają :)

wtorek, 10 kwietnia 2012

Ten przystanek usytuowany jest w bezpośrednim sąsiedztwie plant kolejowych, noszących oficjalnie nazwę Plant im. Józefa Jakubowskiego* . Przystanek ogromny, składa się z kilku wiat , w tym jedna przeznaczona jest dla busów. Panuje tu wieczny ruch, ponieważ wsiadają pasażerowie, którzy przyjechali pociągami .

Jak na wszystkich przystankach w moim mieście i tutaj wisi  plakat promujący kulturę ustępowania miejsca. Urząd Miasta ogłosił był konkurs "Ustąp miejsca, uprzejmość nic nie kosztuje", którego założenia były wielce szlachetne : uczyć wrażliwości na potrzeby słabszych i zachęcać do ustępowania miejsca osobom starszym w miejskich środkach lokomocji.

Zwyciężyła uczennica szkoły plastycznej i teraz plakat jej autorstwa zdobi przystanki: stylizowana postać na stylizowanym wózku inwalidzkim, napis "Ustąp miejsca ZROZUM".

Patrzę na ten plakat i zastanawiam się, jaki to dziwny zbieg okoliczności - konkurs został ogłoszony prawie jednocześnie z likwidacją kilku linii autobusowych, ograniczeniem wielu kursów, zagęszczeniem pasażerów w mało pojemnych autobusach z 13 miejscami do siedzenia.

Patrzę na ten plakat i przypominam sobie tego starca bluzgającego na Bogu ducha winną dziewczynę siedzącą obok niego "Rusz się krowo, ja chce wysiąść", w przekonaniu zapewne , że dziewczyna umie czytać w myślach i wie, że on ma zamiar wysiadać.

Patrze na ten plakat i przypominam sobie moment, kiedy mimo zmęczenia prawie ośmiogodzinnym uganianiem się za wnuczką, ustąpiłam miejsca ciężarnej młodej kobiecie i usłyszałam od starszej zażywnej jejmości " Mnie to nie miał kto ustąpić, ale takiej co umie tylko nogi rozkładać, to pani ustępuje ".

Patrzę na ten plakat i widzę tych czterech mężczyzn w sile wieku, którzy zajęli całą ławkę na przystanku, rozsiedli się, a dłonie zacisnęli na brzegu i siedzieli pochyleni do przodu jakby za chwilę mieli wystartować do biegu swojego życia. I staranowali mnie, gdy nadjechał autobus a moje zakupy rozsypały się na przystanku.

Patrzę na ten plakat i czarno widzę. Nie tylko dlatego, że takie ma tło.

*Józef Jakubowski 1861-1942, prawnik, podróżnik, inicjator i pierwszy dyrektor muzeum  w moim mieście

 
1 , 2