Podróż przez życie z licznymi przystankami, w tym również autobusowymi
RSS
niedziela, 29 marca 2015

"Do kraju tego, gdzie  kruszynę chleba

podnoszą z ziemi przez uszanowanie

dla darów Nieba

             Tęskno mi Panie" - pisał Cyprian Kamil Norwid, zawierając w tych kilku wersach nie tylko tęsknotę do ojczyzny, ale również do pięknych tradycji wyrażających się m.in. w szacunku dla chleba.

Z mojego dzieciństwa, o którym tu czasem wspominam, pamiętam ceremoniał pieczenia domowego chleba. Dziadkowie robili to w każdy piątek, tak, aby w sobotę w białej izbie na ławie leżały cztery piękne, pachnące bochenki, wielka lśniąca drożdżowa buchta i kilka kukiełek dla mnie ( bułeczki zaplecione w warkocz).

Najpierw Dziadek przynosił z komory dzieżę, w której na dnie przechowywany był zakwas. Potem Babcia przygotowywała i ogrzewała mąkę, wodę, sól, przyprawy i zaczynały się stare, rodzinne rytuały chlebowe.

Przede wszystkim Dziadkowie musieli się pogodzić, jeżeli byli pokłóceni. A zdarzało się to często, bo obydwoje mieli choleryczne charaktery. Więc następowała wymiana uprzejmości: "Przeproszom cię Janielciu, jak żem zawinił Tobie",  na co Babcia odpowiadała "I jo cie tyż, Stefuś, i jo cie tyż", po czym się "boćkali" w policzki i odmawiali krótką modlitwę, w której zawarte było podziękowanie, że mają ten chleb z czego upiec i prośba o błogosławieństwo Boże dla rodziny.

A potem już było  z górki. Babcia przygotowywała zaczyn, gdy ten ruszył dodawała mąkę i wszystkie pozostałe składniki a Dziadek wyrabiał ciasto długo i starannie. Nakrywali dzieżę ręcznikiem, żeby wyrosło.

Wujek przynosił z drewutni przechowywane tam narzędzia do pieca chlebowego: pociosek, pomietło i łopatę do chleba. Z pieca zdejmowano słomianki do wyrastania chleba a Babcia przystępowała do rozpalania pieca. Dziadek przerabiał ciasto jeszcze raz a potem Babcia zgrabnymi ruchami formowała okrągłe bochenki i wkładała je do słomianek wyłożonych białym płótnem . W glinianej misie wyrastało już ciasto na buchtę.

Gdy piec się odpowiednio nagrzał, wygarniano pocioskiem węgle, wymiatano mokrą miotłą resztki, Babcia robiła znak krzyża i przekładała bochenki ze słomianek na łopatę i wsuwała je do pieca. Gdy chleb się piekł, przekładała drożdżowe pachnące ciasto do formy, pozwalała mi upleść sobie kilka kukiełek. Stan wypieczenia chleba sprawdzała Babcia znanym sposobem - wyjmowała jeden bochenek i pukała w spód, głuchy dźwięk był sygnałem, że chleb jest gotowy.

Po wyjęciu chleba piec był jeszcze na tyle nagrzany, że wystarczyło temperatury na upieczenie buchty i moich kukiełek.

A potem sama radość - pajda chleba z własnym masłem i maślanką, a w niedzielny poranek buchta z masłem i świeże kakao...

Dlaczego się o tym rozpisuję ? Ano dlatego, że w naszym domu do dziś do chleba odnosimy się z szacunkiem. Nie marnujemy go, nie wyrzucamy do śmieci. Chleb kosztuje zbyt wiele pracy zbyt wielu ludzi, żeby ot tak po prostu go marnować.

Tymczasem rozpowszechnia się moda na podawanie żurku, bigosu, gęstych zup grzybowych w małych bochenkach chleba. Po odcięciu "wieczka" i wydłubaniu ośródki  nalewa się do chlebka wspomniane smakowitości i podaje. I następuje to, co budzi mój wewnętrzny sprzeciw: po wyjedzeniu zupy i ewentualnym spożyciu "wieczka" zostaje namoknięty bochenek, który się wyrzuca. Byłam na weselu, po którym do śmietnika na odpady mieszane wynieśli kelnerzy worki z kilkudziesięcioma takimi bochenkami.

Wiem, jestem stara i gderliwa, ale codziennie spotykam ludzi grzebiących w śmietnikach, zbierających resztki warzyw i owoców na placu targowym. Nie dla zwierząt - dla siebie. Chlebek żurkowy kosztuje różnie od 2 do 3 zł. Są to pieniądze dosłownie wyrzucane do śmietnika po osiągnięciu przez gospodarzy przyjęcia efektu "och" i "ach" nad żurem z jajkiem i kiełbasą białą podanymi w chlebku. Norwid by chyba nie chciał do takiego kraju...

17:36, atojaxxl
Link Komentarze (5) »
sobota, 28 marca 2015

Z nordic walkingiem pierwszy raz zetknęłam się pod koniec ubiegłego wieku na plaży w Gdyni. Grupa niemieckich emerytek w nowiuteńkich adidasach, nowiuteńkich dresach, z nowiuteńkimi kijkami usiłowała dotrzymać kroku młodemu przewodnikowi stada, opalonemu mięśniakowi, który głośno odliczał : eins, zwei , eins, zwei ... meine Damen noch einmal: eins, zwei ... Jego Damen z trudem nadążały za poleceniami, niektóre po prostu odpuściły i wlokły kijki za sobą, inne wbijały końcówki zbyt energicznie i wyrywały je ze zbitego piachu. Grupa budziła raczej politowanie plażowiczów : "Narciarki jakieś czy co", "Co to za cyrk" itp....

Powoli popularne kijki zaczęły pojawiać się na turystycznych szlakach, w parkach i na ulicach. Dziś chyba nie pamiętamy, że 20 lat temu ich jeszcze nie było, podobnie jak internetu, komórek i bloga .

Uwielbiam chodzić z kijkami. Tak, dokładnie tak jak napisałam: chodzić z kijkami. Energicznie, równym krokiem, z wykorzystaniem siły ramion. Nie męczę się, nie sapię. Dwa razy dziennie : sama o 7.00 rano i pod wieczór z przyjaciółką. W sumie prawie 3 godziny porządnego marszu bez względu na pogodę - na każdy jej rodzaj mam inne kijki i inne końcówki :) Spotykam podobnych pasjonatów, w różnym wieku, z różnymi umiejętnościami. Niektórzy więcej przystają niż maszerują, ale ważne, że wyszli z domu i próbują się ruszać.

A tymczasem... Czytam ci ja wywiad z trenerką nordic walking, która zwyczajnie wyśmiewa marsz z kijkami, ironizując, że Polacy uprawiają nieznany gdzie indziej sport tzw. chodzenie z kijkami, które w niczym nie przypomina klasycznego nordic walkingu. I młoda ta osóbka robi następnie wykład, jak należy ten sport uprawiać, w jakiej odzieży ( z markową opaską na głowie włącznie), ileż to dodatkowego wyposażenia należy ze sobą nosić itd itp.

Mało tego: pannica owa opowiada, jak to dawniej zwracała ludziom na ulicy lub w parku uwagę, że źle chodzą, mają złą postawę, niewłaściwe kijki, buty itp. Teraz już uwagi nikomu nie zwraca, ponieważ doszła do podobnego wniosku jak ja: ważne , że ludzie podnieśli się z kanapy i próbują zrobić coś dla swojego zdrowia. Inna rzecz, że pewnie ktoś ją spuścił w kanał z jej uwagami...

A potem następuje rekapitulacja wywiadu: jeśli chcesz uprawiać nordic walking, musisz koniecznie zatrudnić osobistego trenera, który nauczy cię prawidłowej postawy, oceni twoje kijki, bo nie daj Bóg masz akurat kijki do trekkingu, pomoże ci zgrać właściwą rękę z właściwą nogą...

Czyli stara jak świat zasada : jak nie wiesz o co chodzi, to na pewno chodzi o pieniądze. Już widzę, jak państwo D. których codziennie spotykam w parku, zatrudniają trenera z tych swoich marnych emerytur. Jak chodzą tak chodzą, ale chodzą. Już widzę moją koleżankę, która po całym dniu uganiania się za wnukami, biegnie na zajęcia z osobistym trenerem, zamiast spokojnie wyjść na wały i maszerować przed siebie w stronę zachodzącego słońca.

W moim mieście otwarto niedawno tzw. park biegowy, świetne miejsce dla wszystkich, którzy biegają, jeżdżą na rolkach, nartorolkach, rowerach i chodzą z kijkami. Nie przeszkadzamy sobie wzajemnie, nikt nie poucza, jest miło i gratis piękne widoki. A kto się zmęczy, może dla odmiany zagrać w boule. I tak jakoś bez trenerów, markowego wyposażenia, opasek na głowach chodzimy sobie wymieniając pozdrowienia i uśmiechy. Czego i Wam życzę

20:17, atojaxxl
Link Komentarze (1) »
piątek, 13 marca 2015

No i jest, piątek, trzynastego...

Miesiąc temu też był piątek trzynastego...

I jakoś nic się wtedy nie stało.

Będzie jeszcze w listopadzie piątek trzynastego - i w ten sposób pula pechowych dni na ten rok zostanie wyczerpana.

Dziś od rana jest dołująco, mokro, zimno i ciemno.

Zapomniałam, że będzie kontrola instalacji gazowej i panowie wkroczyli w sam środek kuchennego rozgardiaszu. Miny mieli nietęgie, bo moje sąsiadki na pewno wylizały kuchnie na błysk i nie ośmieliły się zostawić brudnych naczyń w zlewie. A tu trzeba było wyłączać gaz pod garnkami, usuwać z piekarnika przechowywane tam blachy do pieczenia... a jeszcze na szafkach zawartość szuflad wywalona, bo wzięło mnie od rana na porządki.I ja w dresie i nieuczesana taka.

Taki pech, no...

A przecież drzewiej było inaczej. Najtrudniejszy egzamin na studiach zdałam 13, w piątek, o godzinie 13.00, w sali numer 13, w budynku UJ przy ul. Gołębiej 13 . I byłam 13 na liście. I to były moje imieniny, co gorsza na wstępie profesor M. od razu zaznaczył, że jego córka też Bożena, więc on przypuszcza, że spodziewam się jakichś okolicznościowych forów . Zdałam na solidną czwórkę, ale wyszłam zmaglowana jak koń po westernie.

Również 13 urodziłam córkę :) Wprawdzie nie był to piątek, tylko czwartek ale zawszeć data pechowa. A tu taka fajna córeczka mi się trafiła :)

Umowę o pierwszą pracę na czas nieokreślony podpisałam też 13, w dodatku to była sobota, bo wtedy nie było jeszcze wolnych sobót .

Również 13 otrzymałam formalnie przydział na mieszkanie.

Z przesądami to jest tak, że w zasadzie w nie wierzę w ich skutki. Ale, ale... Wiem, że gdy śnią mi się wypadające zęby, to nie ma uproś, dowiem się o czyjejś śmierci.

U mojej koleżanki byłam z kawową wizytą. Na stoliku pod oknem stał przepiękny, pusty wazon, ze szkła artystycznego. Kosztował majątek, bo wykonywany przez artystę tylko w jednym egzemplarzu. Obchodziła się w tym wazonem jak z jajkiem. Więc sobie stał i był podziwiany.

Siedzimy spokojnie, pijemy kawę, nikt nie wstaje, nic ciężkiego nie jedzie ulicą, nie ma więc jakichś wstrząsów. Świeci piękne słońce i światło jeszcze podnosi walory estetyczne wazonu. I nagle brzęk - na naszych oczach wazon rozpada się na trzy części. Koleżanka od razu powiedziała "Matko Boska, ktoś umrze". Nie pomogły nasze tłumaczenia, zaczęła wpadać w histerię. Niestety, ale to ona miała rację -w tym dniu zmarł jej ojciec, po kilku tygodniach matka, a po nich brat. Trzy części wazonu...

Ponieważ dzisiejszy dzień zaczął się jednak pechowo, to na zakupy wygonię męża :) Chociaż w domu też może się coś przydarzyć...

A wszystkim moim współimienniczkom, Bożenom i Krystynom, życzę pogodnych dni i wolności od pecha :)

09:50, atojaxxl
Link Komentarze (4) »
poniedziałek, 09 marca 2015

Jeszcze garść wspominków ze wspólnej z Małą Zu wycieczki po muzeach :) W naszym mieście jest najstarsze w Europie (dłuuuugo jedyne w Europie) muzeum cygańskie, no niech już będzie poprawnie: muzeum romskie. Starannie zaplanowana wystawa pokazuje codzienne, koczownicze życie dawnych Romów, ich historię (choć to naród ahistoryczny), czas zagłady, zwyczaje, niektóre obrzędy

Już przy wejściu na ekspozycję można zajrzeć do typowego namiotu, pilnowanego przez starego romskiego kowala, który na kowadle przygotowuje podkowy. Takie namioty widziałam w dzieciństwie, ponieważ przez moją wieś przeciągały cygańskie tabory zanim władza zabroniła Cyganom ich tradycyjnego wędrowania

             Muzeum

Mimo licznych ostrzeżeń rodziców i dziadków my dzieciaki biegaliśmy w pobliże polany, gdzie rozbijali obóz Cyganie. Nikt nas nie miał chyba zamiaru ukraść, wprost przeciwnie - pilnujący obozu przeganiali nas stamtąd. Gdy Cyganie odjeżdżali, to my znowu pędziliśmy na polanę, czasem znajdowaliśmy tam dziwne splątane nici, patyczki powiązane włosami, ułamane gałązki - dopiero po latach, podczas podyplomowych studiów romologicznych dowiedziałam się, że to nie były przypadkowe "śmieci" tylko znaki pozostawione dla innych taborów i swego rodzaju "czary".

Inna postacią charakterystyczną dla taborów była cygańska wróżbitka:

              Muzeum

Po przybyciu taboru starsze Cyganki chodziły po wsi i proponowały swoje wróżbiarskie usługi. Wróżyły z kart, z dłoni, z rozsypanych kostek. Zapłatę brały w naturze: kura, jajka, słonina. Może nasza wieś miała szczęście, ale nigdy nie było skarg na kradzieże. Moja Babcia kupiła u Cyganów patelnię i służy ona jeszcze u mnie, nic do niej nie przywiera.

Dla Małej Zu muzeum miało dodatkowa atrakcję, jest to mieszkająca w muzeum etnograficznym piękna, czarna kocica zwana Heterką. Kotka ma charakter, rządzi w biurach, do sal ekspozycyjnych nie wchodzi, ale lubi pokazać paniom tam pracującym, że to ona "trzyma władzę".

               Muzeum

W dniu, w którym odwiedziłyśmy muzeum, Heterka została zaszczepiona przez weterynarza, więc w związku z tym obraziła się na cały świat. Łaskawie pozwoliła się jednak wziąć na ręce jednej z pań i pozowała z cygańskimi rekwizytami w tle. A Mała Zu była przeszczęśliwa, bo wreszcie mogła pogłaskać PRAWDZIWEGO KOTA !!!

A niebawem idziemy zwiedzać wystawę "Świat toruńskiego piernika" i "Pożegnanie z Afryką". Natomiast bez wnuczki wybiorę się na właśnie otwartą wystawę "Beksiński inaczej". Ona jest jeszcze za mała, by zrozumieć twórczość starszego z panów B.

14:19, atojaxxl
Link Komentarze (4) »
czwartek, 05 marca 2015

Szczerze ? nie lubię wszelkich Dni... Kobiet, Matki, Leśnika i Drzewiarza, Kolejarza, Drogowca, Bibliotekarza, Wojska Polskiego i innych. Ludzi - jak Ojczyznę - trzeba kochać i szanować, a nie czcić demonstracyjnie w jednym dniu, a w drugim opluwać.

Od czasu, gdy wieki temu rozpoczęłam pracę, organicznie wręcz nienawidzę Dnia Kobiet. Pracowałam  wtedy w środowisku z przewagą mężczyzn, którzy Dzień Kobiet ochoczo obchodzili. Dostawałyśmy rajstopy i przydziałowy goździk albo tulipan z opadającym łebkiem, podpisywałyśmy listę i ... jakoś tak się przyjęło, że to panowie zasiadali przy złączonych biurkach, a panna Krysia, ta panna Krysia jako główna organizatorka zaganiała nas do robienia kawy-plujki, krojenia ciast, robienia kanapeczek. Nie wiadomo skąd pojawiały się butelki z wysokoprocentową oranżadą.

Towarzystwo ochoczo opowiadało sobie pieprzne dowcipy, a panna Krysia, ta panna Krysia miała coraz bardziej zaczerwienione policzki. Ja dorobiłam się miana cnotki, bo pan prawie kierownik dostał ode mnie w papę, gdy próbował posadzić mnie sobie na kolanach. Nie mógł się mścić, bo moja Mama była jego szefową w innym dziale... Mimo, że był to zakład o profilu zbrojeniowym, wartownicy w bramie udawali, że nie widzą tych wszystkich podpitych a niektórych wręcz pijanych czcicieli kobiet, gdy opuszczali firmę na dźwięk syreny i zataczali się, by trafić do domów, gdzie ich własne kobiety kończyły gotować obiad, zaganiały dzieci do odrabiania lekcji i nastawiały pranie w pralce marki "Frania"...

Myślałam, że będzie lepiej, gdy przeniosłam się do szkoły. Ale gdzież tam. Trzeba było przygotowywać akademie ku czci kobiet wszelakich, imprezy klasowe ku czci rodzicielek dzieci, ich babć itp, oczywiście był przydziałowy goździk od pana dyrektora i jakiś dodatek np. ręcznik . I tzw. spotkanie towarzyskie po lekcjach. Acha, i oczywiście kwiaty i czekoladki od uczniów mimo moich próśb, by składek żadnych nie robili. Rodzice wiedzieli lepiej "Wasza pani tak tylko mówi, ale my i tak jej kupimy i wręczycie"...

Mąż otrzymał stanowczy zakaz czczenia mojej kobiecości w tym dniu, z czego zresztą gorliwie skorzystał ku mojej radości.

A dziś okazuje się, że jest Dzień Teściowej. Portale internetowe o tym przypominają, i telewizja też. Artykuły ilustrowane są najczęściej okropnymi zdjęciami okropnych babsztyli, wykrzywionych, niezadowolonych. Sypią się dowcipy o teściowej na 102  Mój zięć wie, że nie powinien mi składać z tej okazji życzeń :)

Zresztą, według dawnej nomenklatury, jestem dla niego świekrą. A na szczęście jeszcze nikt nie wymyślił Dnia Świekry.

Moją śp. Teściowa była prostą ale dostojną wiejską gospodynią. Jej życie kręciło się wokół męża, dzieci, kuchni i  plebanii. Nie lubiłyśmy się za bardzo, ale Ją szanowałam. Piekła genialne ciasta i na resztę życia zaopatrzyła nas w szaliki.

Moja śp. Mama nie była dobrą świekrą dla mojego męża, miała pretensje, że nie ma wyższego wykształcenia, nie ma ambicji dorabiania się, kłócili się też na tle politycznym. Doceniła go dopiero przed śmiercią, gdy leżała u nas prawie rok po wylewie i mąż pomagał mi w opiece nad Nią.

Moja córka ma dobrych teściów, kiedy trzeba - pomagają, ale nie próbują ustawiać młodym życia.

A ja ? Ustaliłam sobie własny dekalog teściowej/świekry i konsekwentnie staram się go przestrzegać:

1. nie wtrącać się

2. nie doradzać bez pytania

3. nie dzwonić bez wyraźnej potrzeby,

4. nie obciążać swoimi problemami ( z wyjątkiem komputera)

5. nie krytykować zakupów, wydatków, planów

6. nie przeglądać szafek i szuflad w ich mieszkaniu

7. nie grzebać w ich koszu z brudną bielizną

8. nie oczekiwać sprawozdania z ich każdego kroku

9. pomagać przy wychowaniu wnuczki :)

10. kochać, kochać, kochać całą trójkę z całym dobrodziejstwem inwentarza

I tyle wystarczy.

 

18:51, atojaxxl
Link Komentarze (4) »
wtorek, 03 marca 2015

W piątek była u nas piękna pogoda i Mała Zu miała u nas ostatni dzień pobytu w czasie swojej rekonwalescencji. Postanowiłam więc, że zabiorę ja do naszych muzeów. Przede wszystkim chciałyśmy zobaczyć wystawę toruńskich pierników, ale ona będzie dopiero otwierana w marcu, pan kustosz natomiast namówił nas na wystawę bursztynów.

Matko kochana, jakie tam były cuda, ot na przykład taki sobie kawał bursztynu jak poniżej.

                Muzeum

Mała Zu od razu jednak wypatrzyła coś dla siebie czyli stanowisko z mikroskopami. Szybciutko opanowała sztukę posługiwania się tymi urządzeniami, podświetlała, obracała itp i podziwiała zatopione w bursztynach mrówki, komary i inne stworzonka, które miały pecha i wlazły tysiące lat temu na świeżą żywicę

               Muzeum

               Muzeum

I jeszcze coś dla pań - kamizelka z bursztynów

               Muzeum

Wnuczka jest bardzo ciekawa świata, o wszystko odważnie pyta i wysnuwa swoje wnioski. Na przykład w muzeum w ratuszu podziwiałyśmy meble, zbroje, porcelanę, portrety sarmackie (zdjęć nie wolno robić). Mała zapytała , czy tu mieszkali król i królowa. Ja na to, że nie, że tu mieszkał burmistrz, tu były ważne zebrania. Zu popatrzyła jednak na wspaniałe rzeźbione krzesła i dalej swoje: jak są tu trony to musiał być król i królowa. Pani pilnująca sali włączyła się do rozmowy i mówi"Nie, słoneczko, tu nie było króla i królowej". A wnuczka rozejrzała się jeszcze raz i poważnie powiedziała: "Ale gwarancji nie mamy..."

 

14:31, atojaxxl
Link Komentarze (2) »
poniedziałek, 02 marca 2015

Jak chyba większość ludzi, nie lubię być do czegoś przymuszana, z czegoś rozliczana, oceniana na podstawie czyjegoś "ja wiem/widzę/słucham/czytam/oglądam więcej".

Onegdaj jedna z uczestniczek pewnego literackiego spotkania, obnosząca się jak kura z jajkiem ze swoimi artystyczno-muzyczno-plastyczno-literackimi doznaniami wypaliła do innej uczestniczki dyskursu, zupełnie bez związku z tematem "A "Księgi Jakubowe" Olgi Tokarczuk pani czytała ?" Zapadła cisza... "No to o czym my rozmawiamy. Są ferie, ma pani dużo czasu..."  W tych trzech zdaniach i swojej mimice zawarła całą pogardę dla wszystkich, którzy jeszcze nie przeczytali tego opasłego tomiszcza.

Pani owa ma zwyczaj tak właśnie, ni z gruszki ni z pietruszki, przepytywać rozmówców z ich uczestnictwa w życiu kulturalnym: "A widział pan wystawę w MOCAKu ?" "A była pani w nowej Cricotece", "A kto był na koncercie tego czy owego".

"Ksiąg Jakubowych" nie czytałam i czytać nie będę. Historię życia Jakuba Franka i jego wyznawców poznałam wiele lat temu i nawet pisałam na jego temat pracę semestralną na studiach podyplomowych, gdy pani Tokarczuk się jeszcze o Franku nie śniło.

Teatr Kantora i samego Mistrza miałam przyjemność i zaszczyt poznać od podszewki podczas studiów, ponieważ jedną z moich specjalizacji jest teatrologia i upowszechnianie kultury.

W moim mieście jest wystarczająco wiele ciekawych wystaw i wydarzeń artystycznych, żebym nie musiała jeździć do Krakowa.

Chwalę się ? Nie. Po prostu zwyczajnie nie znoszę snobizmu, pogardliwego odnoszenia się do przeciętnych szarych ludzi, których nie stać na kosztowne bilety, na dojazdy do miejsc nobilitujących pod względem doznań kulturalnych.

Ale miało być o książkach. Otrzymałam na pocztę kilka zaproszeń do udziału w dziwnych akcjach czytelniczych: albo mam przeczytać 52 książki rocznie (jedną na tydzień) albo tyle książek ile mam wzrostu w centymetrach (wychodzi, że 167), albo czytać książki, do których linki przyślą mi autorzy bloga i potem zamieszczać komentarz pod ich recenzją...

Rzeczywiście , czytam kilka blogów książkowych, bardzo sobie cenię "Samotnię miejsce pełne książek" - autor nie sili się na wydumane rozprawy teoretyczno-literackie, pokazuje książkę, mówi o swoich wrażeniach, skorzystałam z zaproponowanych tytułów kilkanaście razy i nigdy się nie zawiodłam. A poza tym - autor bloga kocha Agathę Christie :) Ja też :)

Tak więc w żadnej akcji udziału nie wezmę, choćby z tego względu, że czytam więcej niż mi w tych akcjach zaproponowano. Tylko w 2014 przeczytałam 241 książek, oczywiście wśród nich sporą część stanowiły tomiki poezji i zbiory opowiadań. Przede wszystkim jednak czytałam książki biograficzne (Gałczyński, Pendereccy, Dymna, Broniewski, Stachura, Milczewski-Bruno, Czyżewska) oraz kryminały skandynawskie. Do tego dorzucić należy lekturę obowiązkową czyli książki zaproponowane przez Dyskusyjny Klub Książki.

Czytanie jest jednym z moich nałogów tak jak chodzenie z kijkami. Nie piję, nie palę, nie gram w karty, nie biegam na plotki - czytam. Śpię 4-6 godzin na dobę i to mi wystarczy. Próbowałam przerzucić się na elektroniczne wspomagacze ale to nie to. Książka dla mnie musi mieć kartki, zapach, objętość.

Zawsze marzyłam, by zostać bibliotekarką albo... żeby mi ktoś zapisał w spadku swój księgozbiór. Uwielbiam grzebać w antykwariatach, na targach staroci w wystawionych kartonach z książkami. Przeglądam półki bookcrossingowe i znalazłam kilka białych kruków.

Chciałabym umrzeć z książką w ręku...

09:56, atojaxxl
Link Komentarze (9) »