Podróż przez życie z licznymi przystankami, w tym również autobusowymi
RSS
sobota, 29 marca 2014

Przeczytałam niezwykły wywiad ze zmarłą kilka dni temu Katarzyną Markiewicz, którą zobaczyłam - jak wielu innych telewidzów - w programie The Voice of Poland*. Katarzyna występowała tam ze świadomością, że zostało jej niewiele życia.

Ze wstydem przyznaję, że powiedziałam głośno "Kolejna, która bierze na litość, do tej pory były albo niewidome, albo niedowidzące, to teraz organizatorzy uderzają w mocniejsze tony". Powiedziałam tak, gdyż niejednokrotnie uczestnicy próbowali epatować widzów swoimi niesprawnościami, trudnym dzieciństwem, pochodzeniem itp itp..

Katarzyna Markiewicz we wspomnianym wyżej wywiadzie opowiada, że jest gotowa na śmierć, że nie zgodziła się na kontynuację chemioterapii, że chce odejść zanim stanie się ciężarem, że spełnia swoje drobne marzenia, że po prostu już nic nie musi i o dziwo, jej znajomi i przyjaciele też taką postawę akceptują.

Nie ukrywam, jest to postawa bardzo zbieżna z moimi poglądami.

Nie chcę, by na siłę przedłużano mi życie, jeżeli leczenie nie da nadziei na poprawę.

    Nie chcę umierać oplątana kablami i podglądana przez monitory.

        Nie chcę, by noszono po mnie żałobę.

            Nie chcę, by chowano mnie w trumnie jako karmę dla wszelakiego robactwa.

                Nie chcę, by przynoszono mi wieńce, wiązanki i kwiaty.

                    Nie chcę sztandarów, delegacji szkolnych i przemówień

                        Nie chcę, by bezmyślnie zawodzono przy mnie śpiewy i różańce.

Chcę, by mnie spopielono

          by prochy wsypano do zielonej urny

            by pochowano mnie w grobie naszego syna

              by na pogrzebie odtworzono mi moje ulubione piosenki "Nightwish"

                by czasem na grobie ktoś położył mi pomarańczę

Ze śmiercią jestem za pan brat od dawna. W dzieciństwie towarzyszyłam Babci w czuwaniu przy zmarłych, widziałam jak powstaje trumna, jakie obrzędy i ceremonie odbywają się w domu i w kościele. Interesuję się od dawna tematyką funeralną. Jestem zdania, że najbardziej ciekawe i pouczające spacery można odbywać po starych cmentarzach.

Dwadzieścia lat temu przeszłam śmierć kliniczną. Od tego czasu nie boję się tej ostatecznej.

A to lampka, która świeci wieczorami w moim pokoju. Ot takie prywatne Memento mori..

*Oglądam ten program ze względu na Marka Piekarczyka. Starzy heavy metalowcy mnie zrozumieją :)

 

           

19:17, atojaxxl
Link Komentarze (4) »
wtorek, 25 marca 2014

Nie, nie, to nie błąd, tak miałam zamiar napisać "gra niepełnosprawnymi".

Od momentu, gdy w Sejmie zaczął się protest* strajk* bunt* (niepotrzebne skreślić) rodziców dzieci niepełnosprawnych, znajomi zadają mi pytanie, co ja o tym sądzę . Widać posiadanie niepełnosprawnego dziecka daje mi legitymację do wypowiadania się w kwestii wyżej wymienionej.

Matka niepełnosprawnego syna jestem od 34 lat. W chwilach desperacji mówię o sobie, że jestem jego zakładniczką. Nie mogę na dłużej opuścić domu, wyjechać, odpocząć, ponieważ jego samopoczucie zależy od mojej obecności. Owszem, jest mąż a jego ojciec, ale to jest zupełnie inna relacja.

Mama to jest mama i każdy wkładany przeze mnie but wywołuje pytanie "A gdzie idziesz? do sklepu ? Na pewno tylko do sklepu? Ale wrócisz, mamo, tak, powiedz, mamo, wrócisz ? Do sklepu idziesz tylko?"

Państwo polskie poprzez swoje władze i instytucje wspomagające rodzinę nigdy nie wypełniało swoich zadań należycie wobec mojego dziecka i mnie. O każde przysługujące mu prawa musiałam walczyć, upominać się, krzyczeć. Nikt mnie nie pytał o zgodę, gdy syna przenoszono do szkoły specjalnej - decyzje administracyjne były niepodważalne i nasz protest został odrzucony.

Nauczanie indywidualne przyznano synowi na pół roku, z czego zrealizowano może 30 %. Nauczycielki ze szkoły specjalnej w drodze do naszego domu robiły zakupy a lekcje skracały do 30 minut. Gdy interweniowałam w szkole, pani dyrektor oświadczyła, że nauczycielki mówią coś innego. Na kolejny okres już podobno nie starczyło środków...

Na jednym z orzeczeń poradni pedagogiczno-psychologicznej napisano" Chłopiec czyni wyraźne postępy WYŁĄCZNIE dzięki usilnej pracy matki, która sama jest nauczycielką". Tak, ukończyłam nawet odpowiednie studia podyplomowe, aby pomóc synowi. Nikt mi nie dał na nie grosza, niewiele osób zresztą o tym wie.

O przyjęcie syna do specjalnej szkoły zawodowej stoczyłam wojnę na szczeblu wojewódzkim, jeszcze dziś po blisko 20 latach ręce mi się trzęsą i łzy same lecą, gdy przypomnę sobie, jakie upokorzenia zgotowała nam dyrekcja szkoły specjalnej.

Lekarz opiekujący się synem znał tylko jeden sposób na okiełznanie jego natręctw i nadpobudliwości: silne leki uspokajające, po których tylko spał. Dentysta nie radził sobie z leczeniem zębów syna, co doprowadziło do stanu na granicy zagrożenia życia. Prywatnie dentysta sobie poradził...

Komisja przyznająca stopień niepełnosprawności przeszła samą siebie: uznano, że syn ma bardzo niski stopień samodzielności, ale jednocześnie odmówiono mu sławetnego punktu siódmego !!!

O stronie finansowej nawet nie ma co mówić. Tylko rodzinie, moim Rodzicom, mojej najlepszej na świecie Córce i znajomym zawdzięczam, że mogłam pracować i wypracowałam sobie emeryturę. Koleżanka układająca podział godzin szła mi na rękę, by moja nieobecność w domu pokrywała się z czasem lekcji syna w szkole specjalnej. Sekretarka szkoły, pani Danusia, była moim mózgiem, pamięcią i twardym dyskiem, pilnując terminów i dokumentów.

Dyrektor przymykał oczy, gdy wchodził do mojego gabinetu, a ja drzemałam zamiast pracować nad koncepcją rozwoju szkoły.

Sytuacja nieco się zmieniła, gdy syn osiągnął pełnoletność. Ma swoją rentę socjalną (całe 619,50 zł - ostatnia waloryzacja to 9, 17 netto !!!) i zasiłek pielęgnacyjny 153 zł. Łącznie 772,50 - za to teoretycznie powinien się utrzymać, opłacić mieszkanie, media i lekarstwa !!! Opiekuńcze państwo zabrało bowiem bezpłatne leki osobom z taką niepełnosprawnością jak nasz syn.

Z góry więc założono, że wszystkie troski związane z zapewnieniem godnego i niegłodnego życia bierze na siebie najbliższa rodzina.

Gdy jednak ktoś mnie pyta, co ja sądzę o rodzicach protestujących* strajkujących* buntujących się* (niepotrzebne skreślić) w Sejmie to odpowiadam tak: NIE NARAZIŁABYM SPOKOJU DZIECKA I JEGO KOMFORTU PSYCHICZNEGO ZA ŻADNE PIENIĄDZE !!!

Dzieci na wózkach, oklejone plakatami, nie mające świadomości co się z nimi dzieje...

Kamery,światła, krzyki, ruch bez przerwy, obce otoczenie, obcy ludzie

Matki rozjuszone, wściekłe i wyposażone w argumenty agresji i arogancji...

Politycy podpuszczający rodziców na rząd i zacierający ręce, bo mają oglądalność...

Gdzie tu miejsce na relaks dziecka, na jego rehabilitację, o której matki tak krzyczą ?

Nie, to nie mój styl. Ja też musiałam walczyć, upominać się, krzyczeć czasami. Ale nigdy nikogo nie obraziłam, nie opluwałam, nie wieszałam się na politykach.

Tam wszyscy grają niepełnosprawnymi. Rodzice - bo chcą dostać pieniądze za opiekę nad własnymi dziećmi, politycy opozycji - bo chcą dokopać rządowi, rząd - bo chce poprawić swój wizerunek władzy opiekuńczej.

I na taki styl ja się nie zgadzam.

I nie zgadzam się, by między innymi z moich podatków utrzymywano w gmachu Sejmu tę rozjuszoną i arogancką gromadę zasłaniającą się - klasycznie - dobrem dziecka !!!

 

Tagi: ludzie
21:10, atojaxxl
Link Komentarze (4) »
piątek, 21 marca 2014

Wyszłam z domu.

Piękne, czyste niebo, tylko liczne  krzyżujące się ślady samolotów.

Słońce świeci aż oczy bolą.

Dwa motyle cytrynki.

Dywan fiołków.

Wybuchły forsycje - a jeszcze wczoraj tylko się zapowiadały.

Wierzba lekko się zazieleniła.

Ptaki jak oszalałe śpiewają.

Cukrówka zajęła swoje stare gniazdo.

Robotnicy zmieniają piasek w piaskownicy.

Z balkonów zwisają festony pościeli, prania, dywanów...

A mnie jest źle, smutno i ciężko.

Nie wiem dlaczego.

Nieprawda, wiem.

Tylko nie potrafię tego zmienić.

14:22, atojaxxl
Link Komentarze (2) »
wtorek, 18 marca 2014

Po blisko 30 latach wyremontowano bloki naszego osiedla. Ocieplono elewacje, odmalowano, zmieniono poszycie dachowe, rynny, wybudowano wiatrołapy. W blokach jest cieplej i osiedle wygląda teraz naprawdę estetycznie, tym bardziej, że sami nasadziliśmy dziesiątki drzew i teraz podziwiamy wielkie świerki, delikatne brzozy, dęby i jesiony odgradzające nas od ruchu ulicznego. Sielanka ?

Niestety. W lecie na sąsiednim bloku pojawił się wielki czarny napis "JASKÓŁKI". Blok wymalowany ciepłymi odcieniami żółci, więc napis widać z daleka. Jaskółki to oczywiście jedna  z naszych drużyn o umownej nazwie Unia Tarnów (nazwa zmienia się w zależności od sponsora, ale jaskółka jest niezmiennie symbolem klubu, np. na plastronach naszych żużlowców).

Czytelne więc jest, że napis wykonał jakiś wielbiciel Unii. Ludzie psioczyli, pomstowali, ale jak zwykle nikt nic nie widział i nie wiedział.

Tydzień temu nocną pora ktoś dopisał obok "KUKUŁKI MALOWANE DZIECI"... znowu wielkie czarne, metrowej wysokości litery. Tym razem autorem napisu musiał być zwolennik innego klubu, zapewne Tarnovii, od zarania istnienia skłóconego z Unią. Nazwanie jaskółek kukułkami jest jedną z większych obelg ... Znowu nikt nic nie wie, napis straszy z daleka.

Wczoraj weszłam między bloki po drugiej stronie ulicy i oniemiałam: na elewacji wielkimi czarnymi literami, tym samym charakterem pisma i tym samym sprayem jakiś debil ogłosił, że "WISŁA TO STARA KU...A", a na drugim bloku "JE..Ć WISŁĘ STARĄ KU..Ę". Między tymi napisami wiedzie najkrótsza droga do przedszkola i szkoły... Tydzień temu jeszcze ich nie było....

Poszłam dalej, a tam już podlegające pod konkretny paragraf KK wezwanie "JE..Ć UNIĘ MACZETAMI"

Jak wiadomo w naszym mieście, Unia trzyma zgodę z Wisłą, więc te napisy wykonał zapewne autor napisu z kukułkami...

Na każdym odnowionym bloku napisy tego typu pojawiły się w ostatnim czasie. Nasz się oparł, ale tylko dlatego, że znajduje się w zasięgu kamer trzech sklepów, kościoła i firmy ubezpieczeniowej.

Nie mam pojęcia, czy ktoś to zgłosił gdzie trzeba, nie wiem, czy trwa jakieś dochodzenie, ustalanie sprawców. Wiem na pewno jedno: wszyscy za to płacimy, koszty generalnego remontu naszych bloków wszyscy będziemy spłacać jeszcze przez 12 lat. Zamalowanie tych napisów to koszt kilku tysięcy złotych, na każdy blok potrzebna jest inna farba do pokrycia elewacji bocznej do wysokości pierwszego piętra !!!

Jak walczyć z tą plagą ??? Jak ???

Tagi: wydarzenia
19:17, atojaxxl
Link Komentarze (1) »

Wczoraj przekonałam się, że są jeszcze ludzie uczciwi. Pod wieczór poszłam do bankomatu a potem po drobne zakupy do sklepu mięsnego. Mały, prywatny sklep, doskonałe wędliny, świeże mięso i przemiłe ekspedientki. Znają swoich klientów i pamiętają, co kto najchętniej kupuje. Moje zakupy były rzeczywiście drobne, zapłaciłam 9 zł z groszami. Podałam 50 zł, pani B. wydała mi resztę.

Mam taki mało kobiecy zwyczaj - noszę wszystko w kieszeniach kurtki. W jednej karty, w innej dokumenty, drobne w małej kieszonce, banknoty w lewej. Kilkanaście lat temu w lutową środę popielcową zostałam napadnięta na ulicy, młody człowiek usiłował wyrwać mi torebkę, a raczej pakowną nauczycielską torbę, w której niosłam zeszyty mojej klasy do poprawy w domu.

Młody człowiek w ciemnozielonej kurtce miał pecha. Chwycił za uchwyt torebki, ale drugi wymsknął mu się z ręki, a ja po kursie samoobrony po prostu natychmiast torebkę skręciłam i jego ręka znalazła się w potrzasku. Na dodatek pośliznął się na śniegu i upadł. Dostał ode mnie z buta pod brodę, a buty miałam wygodne, na grubych traperach, na dokładkę w bok, usłyszał parę skur....ów , pozbierał się i uciekł.

Znajomy policjant, któremu zgłosiłam sprawę, nakrzyczał na mnie, że dla głupiej torebki naraziłam swoje zdrowie i życie, a w dodatku mogłam złodziejowi złamać szczękę albo uszkodzić mu krtań tym kopem.

Dla mnie torebka nie była tylko głupim przedmiotem, były tam zeszyty uczniów, mój 200-kartkowy "kapownik" z blisko 15-letnimi notatkami, brulion z rozkładami lekcji, a na samym spodzie koperta z trzynastą pensją mojej chorej koleżanki, do której zmierzałam... Mam w d...e szczękę i krtań młodego bandziora, obroniłam się, nie na darmo wydałam pieniądze na kurs samoobrony.

Wróćmy do sklepu mięsnego. Tradycyjnie na pożegnanie opowiadam moim miłym paniom jakiś dowcip. Tak było i tym razem, po czym wyszłam i wstąpiłam jeszcze do sklepu spożywczego. Tam okazało się, że w lewej kieszeni nie mam wydanych mi w mięsnym banknotów. Są drobne, jest paragon, nie ma banknotów. Byłam pewna, że wypadły mi, gdy wyjmowałam telefon...

Bez większej nadziei wróciłam tuż przed 18.00 do mięsnego a tam panie powitały mnie "zapomniała pani reszty, czeka na panią". Faktycznie, dwa 20-złotowe banknoty, włożone do koperty, opisane "reszta pani , co opowiada kawały", koperta w kasie.

Aż się popłakałam z wdzięczności. 40 złotych nie majątek, ale podbudowało moją nadwątloną ostatnio wiarę w ludzi. Dziewczyny nie chciały nawet słyszeć o jakimkolwiek dowodzie wdzięczności...

Jest takie przekonanie, że dobro wraca do człowieka. Zawsze oddaję to, co znalazłam: dwa telefony, portfel wyniuchany w trawie przez mojego psa, z wszystkimi dokumentami i sporą gotówką, torbę z lekarstwami zostawioną na przystanku. Nie uznaję głupiej zasady "Znalezione - nie kradzione". Cieszę się, że spotkałam ludzi myślących tak samo :)

 

Tagi: ludzie
13:43, atojaxxl
Link Komentarze (2) »
piątek, 14 marca 2014

Dziś Światowy Dzień Liczby Π (Pi), związany z amerykańskim systemem zapisu daty 3.14 :) Przypominają mi się od razu moje matematyczne boje, z których bardzo często wychodziłam poturbowana emocjonalnie.

Liczba Π zwana też ludolfiną jest jedną z najważniejszych stałych matematycznych, przy tym liczbą niewymierną, co m.in oznacza, że rozwinięcie tej liczby nie jest pełne i zakończone. Oto przykładowe rozwinięcie do 200 miejsca po przecinku:

π≈3,141592653589793238462643383279502884197169399375105820974944592307816406286

2089986280348253421170679821480865132823066470938446095505822317253594081284811

1745028410270193852110555964462294895493038196...

 Niewielu jest w stanie zapamiętać to rozwinięcie, choć jest japoński rekordzista (podobno pamięta 100 tysięcy cyfr) a komputery w wielu instytutach matematycznych na świecie pracują tylko nad rozwinięciem tej liczby już do wielu milionów miejsc po przecinku :)

W szkole, w liceum mieliśmy bardzo bardzo surowego i wymagającego matematyka. Mimo, że egzamin wstępny zdałam bardzo dobrze, dopiero "Zenek" uświadomił mi jakie mam straszliwe braki w dotychczasowym matematycznym wykształceniu. I niestety miał rację.

Idąc do szkoły podstawowej w małej podgórskiej miejscowości (gdzie jak pisałam wcześniej - wrony zawracają, a lekcje odrabiałam przy lampie naftowej) umiałam już czytać, pisać i liczyć w zakresie 4 działań do 100.

Pierwsze lata nauki szkolnej upłynęły mi więc na dość przyjemnym spędzaniu czasu. Ponadto od wiosny do wakacji często pracowaliśmy w ogrodzie kierowniczki szkoły i na jej prywatnym polu. Po wakacjach również często byliśmy w to pole wyprowadzani, by zbierać warzywa, ziemniaki itp. Nikt z rodziców nie protestował, no bo kierowniczka szkoły, lekarz i proboszcz to była najważniejsza triada na wsi. Z kolei zimy były w tamtych latach prawdziwymi zimami i bywało, że od połowy grudnia do końca lutego uczyliśmy się w domach, bo śniegi odcinały nasz przysiółek od świata.

Z kolei po przeniesieniu do miasta trafiłam do żeńskiej szkoły z matematyczką jako wychowawczynią. Pani owa była świątobliwą osobą stanu wolnego w wieku emerytalnym, zainteresowaną głównie utrzymaniem swojego statusu w szkole. Ja z kolei zaczęłam chorować i co roku kilka miesięcy spędzałam w szpitalu a potem w domu. Uczyłam się więc sama z pomocą koleżanek. Do dziś nie wiem, jakim cudem zdałam ten wstępny egzamin na piątkę.

I zaczął się mój matematyczny koszmar. Dwóje (wtedy najniższa ocena) sypały się jedna za drugą z pisemnym komentarzem "Uczennica nie opanowała podstawowych wiadomości z zakresu"... i tu tylko zmieniał się ten zakres. Albo "Uczennica nadal nie rozumie "... i tu zapis czego nie rozumiałam.

Rodzice w szoku, bo przecież tak dobrze się wcześniej uczyłam. I przyszedł dzień przełamania - profesor wprowadził nam liczbę Π, jej historię, znaczenie, czyli zupełnie inaczej niż w szkole podstawowej. Pokazał nam też, jak przy pomocy tekstu można zapamiętać kolejność cyfr przykładowo do 20 po przecinku. Służyły do tego teksty, w których każdy kolejny wyraz zawierał tyle liter ile wynosiła wartość kolejnej cyfry np. kot = 3, w = 1, domu = 4

Do zeszytów polecił nam zapisać takie słowa "źle w mgle i snach bolejącym do wiedzy progu iść" (3,141592653...) i mieliśmy to wkuć na pamięć. Na zadanie domowe, oprócz kilku stron do rozwiązania, mieliśmy samodzielnie ułożyć sensowny tekst służący do zapamiętania liczby Π do 20 miejsc po przecinku.

Ułożyłam tekst do 50 miejsc. Mało tego, wkułam go na pamięć i wyrecytowałam przy tablicy jednocześnie zapisując kredą liczbę. Profesor oniemiał a potem w moim zeszycie pierwszy raz pojawiła się wielka piątka z uwagą profesora 'Uczennica pilnie i starannie wykonała zadanie".

Potem było jeszcze wiele dwój (funkcje to do dziś dla mnie wielka czarna matematyczna dziura), ale ta jedna piątka za ludolfinę świeciła w dzienniku jak lampka nadziei w ciemnym tunelu.

Ludolfino, szacunek !!!

środa, 12 marca 2014

Obiecywałam sobie, ze w moich notkach nie będę poruszała tematów politycznych. Po pierwsze dlatego, że o polityce piszą prawie wszyscy, po drugie: na polityce znają się prawie wszyscy, po trzecie: niemal wszyscy zapominają, że bieżąca polityka ma najczęściej podłoże historyczne i jest wynikiem rozmaitych zaszłości.

Ostatnio jednak polityka wchodzi do domu drzwiami i oknami a nie tylko przez media. Na problemie Ukrainy znają się prawie wszyscy i prawie wszyscy mają jakieś recepty na jego rozwiązanie.

Nigdzie natomiast nie znalazłam refleksji nad historycznymi uwarunkowaniami towarzyszącymi powstaniu wolnej Ukrainy i Autonomicznej Republiki Krymu.

Nie miejsce i nie pora na wykłady, ale przy tej awanturze o przyszłość Ukrainy zapomina się, że tak naprawdę jest to bardzo młode państwo, bez tradycji demokratycznych, zajmujące tereny zawsze podległe, podbijane, dzielone między innych.

To przecież i Ruś Kijowska,Wielkie Księstwo Włodzimierskie,  Księstwo Kijowskie, i Ruś Czerwona, i Grody Czerwieńskie - nazwy znane przynajmniej mojemu pokoleniu z lekcji historii. To podbicie przez Złotą Ordę, to podział między Rzeczpospolitą i Wielkie Księstwo Litewskie. To Chanat Krymski - stąd, z obszaru dzisiejszego Krymu szły przez Dzikie Pola zagony tatarskie. To Kozaczyzna i Sicz Zaporoska. To wreszcie czasy zaborów, kiedy Rosja carska wchłonęła lwią część dzisiejszej Ukrainy.

A wolna Ukraina ? Ten dziwny twór, który powstał po 1917 jako Ukraińska Republika Ludowa ? Czy to był wolny i niezależny kraj ? A Ukraińska Socjalistyczna Republika Radziecka z pozorami autonomii (bo miała prawo głosu w ONZ) ? Tak naprawdę jako niezależny kraj Ukraina powstała w 1991 roku i z tej szansy nie skorzystała wchodząc w polityczne i gospodarcze alianse z Rosją. Już wtedy toczyły się dyskusje o przyszłość Krymu, gdzie stacjonowała Flota Czarnomorska RF. Już wtedy uważni analitycy polityczni przewidywali trudności z utrzymaniem statusu Autonomii Krymu.

Wolności trzeba się nauczyć, tak jak rachunków czy handlu. Z wolności trzeba umieć korzystać. Ukraina tego nie potrafiła. Nikt nie podjął próby zintegrowania wschodu i zachodu Ukrainy. Kto był bogaty, bogacił się jeszcze bardziej. Przepustką do władzy stały się pieniądze i obietnice bez szans realizacji.

I jest to co jest...

Wojna wisi w powietrzu, poderwano armie pod pozorem ćwiczeń, nasi politycy potrząsają szabelkami. Wszyscy straszą co to niby zrobią Putinowi i na straszeniu się pewnie skończy.

Ja też nie mam recepty, ale jestem zdania, że gdy nie ma szans na wspólne życie, to trzeba się rozstać i zacząć wszystko od nowa. Chce Krym do Rosji - a niech idzie. Chce wschodnia Ukraina oderwania się od zachodniej ? A niech się odrywa. Kiedyś do siebie zatęsknią...

A my jak zwykle oberwiemy od wszystkich stron sporu i nikt nie zagłosuje na naszych w konkursie Eurowizji :)

12:32, atojaxxl
Link Komentarze (1) »
wtorek, 04 marca 2014

Imię Kazimierz jak rzadko które jest imieniem negatywnie znaczącym - Kazimir (staropolska wersja)  bowiem znaczy tyle, co "kazi mir" czyli niszczy, niweczy pokój. Tak się składa, że znałam kilku Kazimierzy i mieli kilka wspólnych cech:duże zdolności i inteligencja a przy tym lekkoduchowatość, skłonność do beztroskiego trybu życia, łatwość w nawiązywaniu kontaktów i jeszcze większa łatwość w ich zrywaniu i zacieraniu śladów.

Żeby nie być gołosłowną, parę przykładów z rodziny.

Kazimierz B., kuzyn mojej Babci - rolnik, stolarz, cieśla, zdolny, niegłupi. Miał jednak w sobie coś z niespokojnego ducha. Ni z tego ni z owego opuszczał rodzinę, gospodarstwo zostawiał na głowie żony i ruszał w świat. Wracał po jakimś czasie spłukany, czasem chory, jakby nigdy nic zaczynał prace polowe by po kilku miesiącach znów zniknąć.

Kazimierz L. - szwagier mojej Babci, żołnierz I wojny, piłsudczyk, rolnik, opiekun kapliczek przydrożnych. Tak się nimi opiekował,że zapominał o żniwach, wykopkach, dzieciach. Wracał, gdy najważniejsze roboty były już wykonane siłami dalszej rodziny i sąsiadów. Przywoził żonie kolejny różaniec i opowieści o kolejnej odnowionej kapliczce.

Kazimierz G. - syn moich Dziadków, a mój wujek. Niezwykle utalentowany plastycznie, rzeźbiarz, rysownik. Co ważne samouk. W niejednym domu stoją cenne meble przez niego intarsjowane lub odnawiane. W kilku kościołach są rzeźby świętych spod jego ręki. Przy tym lekkoduch, zupełnie pozbawiony poczucia odpowiedzialności za rodzinę. Blisko 40 lat życia spędził na ucieczkach od obowiązków. Zarobione pieniądze szybko tracił. Nawet nie wiemy, gdzie jest pochowany.

Kazimierz W. - mój Ojczym. Tak zwana złota rączka, elektryk, mechanik. Miał swój udział w elektryfikacji wielu polskich wsi. Może ten wędrowny tryb życia ówczesnych elektryków spowodował, że nie potrafił usiedzieć na miejscu. Zmieniał pracę kilkanaście razy. Łatwo ulegał wpływom kolegów, lekceważył swoje zdrowie wychodząc z założenia "samo weszło, samo wyjdzie". Łatwo też niestety rzucał obietnice, o których natychmiast zapominał.

Kazimierz G junior - mój kuzyn. Uzdolniony muzyk z dyplomem Akademii Muzycznej. Trochę podobny do Wojaczka. Z nikim nie wytrwał dłużej. Wyjechał, podobno muzykował na ulicach amerykańskich miast. Podobno zmarł w jakiejś noclegowni.

Kazimiera X,Y,Z, - kilka kobiet w rodzinie dalszej i wśród znajomych, żadna nie posługuje się swoim urzędowym imieniem, są Kaśki, Kaja i Jola :)

I paru innych Kazimierzy

Kazimierz Ratoń - doskonały poeta zaliczany do pokolenia wyklętych, wyrzut sumienia polskiej kultury i literatury. Autor najokrutniejszych wierszy, w których nie znajdziemy nawet cienia optymizmu. Od dziecka cierpiący na gruźlicę kości i mózgu. Włóczęga i menel, ceniony przez Czesława Miłosza, laureat nagrody PEN-Clubu. Zmarł w warszawskim mieszkaniu przy ul. Emilii Plater 4 zamienionym w norę, znaleziony dopiero po siedmiu dniach od śmierci...

Kazimierz Przerwa-Tetmajer - wybitny poeta, pisarz, taternik. Miłośnik gór i pięknych góralek. Niespokojny duch. Autor cudownych gawęd "Na skalnym Podhalu". Nie potrafił ułożyć sobie stabilnego życia ani utrzymał stałego związku. Jego miłosne przygody przyczyniły się do utraty zdrowia, wzroku i do choroby psychicznej.

Kazimierz Wierzyński - poeta, pisarz, emigrant. Typ depresyjny, szukający miejsca w trudnym czasie wojny i później. Zakazany w PRL-u, zapomniany i dziś, a jest choćby autorem znanej frazy "Zielono mam w głowie i fiołki w niej kwitną". Zdobywca zlotego medalu olimpijskiego w konkursie literackim olimpiady w Amsterdamie za wiersz "Laur Olimpijski".

Niezapomniany Każmirz Pawlak z Samych Swoich - sympatyczny rolnik i ojciec rodziny, ale też kłótnik i intrygant.

Mój dobór przykładów jest oczywiście tendencyjny i subiektywny. Na pewno jest wielu porządnych, spokojnych Kazimierzy :) Wszystkim życzę dziś wiele dobrego :)

Tagi: ludzie
11:38, atojaxxl
Link Komentarze (3) »
niedziela, 02 marca 2014

Gdy wybuchł tzw. kryzys kubański, miałam 9 lat. Mieszkałam tam, gdzie wrony zawracają, chodziłam do biednej wiejskiej szkoły (3 roczniki w jednej izbie), pasłam  krowy, pomagałam w gospodarstwie i tyle wiedziałam o świecie, co wyczytaliśmy w pełnych propagandowej papki gazetach. Z tych informacji najbardziej fascynowała mnie nazwa "bomba wodorowa"...

Wiadomość o kryzysie została poprzedzona - jak to u nas bywało - brakami towaru w sklepach. Wtedy i jakiś czas później brakowało cukru. Polska nie tylko produkowała cukier, ale także importowała kubański trzcinowy. Nasz eksportowany był do innych państw.

Po zażegnaniu kryzysu Fidel Castro obraził się na Chruszczowa i na jakiś czas zawiesił polityczne i gospodarcze relacje ze Związkiem Radzieckim a co za tym idzie, z krajami satelickimi. W Polsce kończył się sezon buraczany, cukrownie dopiero skupywały transporty buraków, więc w sklepach cukru brakowało.Ludzie wykupywali każdą dostawę.

Dziadek miał bratanicę pracującą w sklepie typu "ryż, mydło i powidło". Spotkała ona moją babcię na różańcu i powiedziała "Wujno, mom lo wos 3 kilo cukru, to niechta które przydzie do sklepu".

Mężczyźni byli zajęci w gospodarstwie, babcia nie bardzo mogła chodzić, padło na mnie. Do sklepu było ok. 6 km, żadnego dojazdu, po prostu per pedes w większości drogą przez las. Po powrocie ze szkoły (miałam już w nogach ok.5 km) poszłam po ten cholerny cukier. Trochę podbiegałam, bo powrót szykował mi się już o zmroku. Od ciotki Grażyny dostałam garść cukierków i krachlę* na drogę i ruszyłam do domu bogatsza o 3 kg cukru.

Przypominam: miałam 9 lat. Pomało szarzało, więc znowu podbiegałam, to płakałam, to śpiewałam dla dodania sobie odwagi. Jakieś 2 km przed celem zobaczyłam wysoką sylwetkę. To dziadek wyszedł mi naprzeciw. Wziął mnie na barana, torbę w rękę i wróciliśmy już w pełnej ciemności. Wojna nie wybuchła...

Gdy miałam 15 lat, wybuchł kryzys czechosłowacki. Właśnie wróciłam z wakacji u dziadków i cieszyłam się zakupami do nowej szkoły, zdałam bowiem chwalebnie do LO. W nocy obudził mnie dziwny dźwięk , pod naszymi oknami toczyły się czołgi w kierunku dworca. Tam załadowano je na pociągi i pojechały na południe. Po dwóch dniach wojska Układu Warszawskiego weszły z "bratnią " pomocą do Czechosłowacji. A ja zamiast cieszyć się przygotowaniami do szkoły, stałam w kolejkach po cukier, chleb, konserwy. Płakałam z bezsilnej wściekłości, gdy dla mnie brakło i musiałam stać od nowa. Wojna nie wybuchła...

Gdy miałam 28 lat, byłam w drugiej ciąży i z małym, niespełna rocznym synkiem. Wybuchł tzw. kryzys bydgoski, milicja brutalnie pobiła Jana Rulewskiego i innych działaczy "S", rozpoczęły się lokalne i nabierające krajowego charakteru strajki. Na koniec marca zapowiedziano strajk generalny. Kraj stanął w przededniu wojny domowej, wszystko na to wskazywało. Mąż jechał do pracy na 2 zmianę, zabrał z domu chleb i bułki, trochę konserw, ponieważ zapowiadał się strajk okupacyjny.  Po jego wyjściu okazało się, że nie ma szans, żeby kupić chleb dla nas i rodziców. Piekarnie były zamknięte, sklepy puste. Mama dostawała białej gorączki nad nieodpowiedzialnym jej zdaniem zachowaniem mojego męża.

Swego czasu mój teść powiedział, że jakby co, to zawsze mogę przenieść się do nich na wieś. Nie mogłam się na to zdecydować, ale postanowiłam pojechać i kupić tam chleb, mieli znajomych w piekarni. Rzeczywiście, teść przyniósł z piekarni 3 wielkie bochenki, cudnie pachnące. Teściowa dołożyła jajka, jakieś inne produkty, zrobił się z tego wszystkiego wielki tobół a ja w ciąży. Na dodatek okazało się, że autobusy PKS już strajkują. Matko Boska, ja tu, rodzice z dzieckiem tam, mąż za murem zakładu. A przede mną 18 km drogi, rzadko ktoś miał samochód, a jak miał to oszczędzał paliwo.

Teść postanowił odwieźć mnie...motorem. Miał takiego starego przedwojennego niemieckiego trupa, do tego dwa kaski jak garnki, widok iście kabaretowy: kobieta w ciąży, tobół z jedzeniem, teść w "garnku", motor bez rejestracji... Turlaliśmy się ponad godzinę do granic miasta, tam jeszcze funkcjonowała komunikacja, więc przesiadłam się na autobus miejski i dojechałam do domu. Wszyscy w autobusie zachwycali się zapachem chleba.

Gdy szłam od przystanku, z otwartych okien słyszałam informację, że władza dogadała się z "S" i strajku nie będzie. Szłam i płakałam jak 19 lat wcześniej, byłam śmiertelnie zmęczona, a wtedy zobaczyłam sylwetkę ojczyma, który 'olał" strajk i szedł mi na pomoc. Tym chlebem podzieliłam się z sąsiadami, nie zmarnowaliśmy ani okruszka. Wojny nie było...

Mam 60 lat. Jest kryzys ukraińsko-rosyjski. Od nas do granicy z Ukrainą jest bliżej niż z Warszawy, Brukseli czy Berlina. To do nas przyjdzie fala uchodźców. To my jesteśmy w zasięgu orków Putina rwących się do walki. Nie stoję w kolejkach, nie gromadzę skrzętnie zapasów, to co mam w domu na jakiś czas wystarczy. Mam nadzieję dopisać tu za jakiś czas, że wojny jednak nie było... coraz mniejszą nadzieję.