Podróż przez życie z licznymi przystankami, w tym również autobusowymi
RSS
środa, 28 marca 2012

Znowu wracam z działki. Posadziłam nowe agresty, trochę ogarnęłam altankę. Nakarmiłam bezpańskie koty, choć ich nie lubię. Ale czy to ich wina, że nie mają domu i zdane są tylko na to, co same upolują lub co im przyniosą działkowcy. Ciężarne kocice wloką swoje wielkie brzuchy - znak, że niebawem stado się znowu powiększy. Wśród pokaźnej już gromadki dominują dachowce, ale są też przepiękne angory, parka żyje na działkach już trzeci rok. Ktoś kiedyś je wyrzucił. Trzymają się na dystans od pozostałych, jedzą spokojnie, nie rzucają się na miskę. Podobno są wysterylizowane.

Na przystanku poruszenie: rano do barierki przy pobliskim sklepiku ktoś przywiązał pięknego, dużego psa, rasy husky. Ktoś pożałował smyczy i przypiął psa bezpośrednio za obrożę tak, że nie mógł nawet  głowy schylić. Czekał cierpliwie cały dzień, machał ogonem na widok każdego klienta. Piękne niebieskie oczy jakby pytały "Dlaczego?"

Odpiął go starszy, skromnie odziany mężczyzna. Pies znakomicie wyszkolony, reagował na komendy "siad!", "leżeć!", "noga", podawał łapę, pozwalał się głaskać. Miałam drożdżówkę, pochłonął ją jednym kłapnięciem. Wieść o nim rozeszła się po osiedlu, podjechały dwie kobiety, nakarmiły go i zabrały na noc do siebie. Wsiadł do samochodu. Rano pojadą z nim do schroniska. Pewnie już tam jest, patrzy niebieskimi oczami zza siatki i czeka.

Zastanawiam się, jak trzeba zatracić w sobie poczucie odpowiedzialności, jak trzeba być podłym człowiekiem (???), żeby porzucić na pastwę losu swojego zwierzaka. Osoba, która przywiązała psa w tym miejscu miała doskonałe rozeznanie - obok mieszkają ludzie, którzy przygarniali porzucone psy od dawna, ale były to małe psiaki.

Napisałam na wstępie, ze nie lubię kotów - w dzieciństwie kot mnie pogryzł, do dziś mam ślady na ręce. Ale nigdy nie skrzywdziłam żadnego z nich, żal mi każdego rudzielca i buraska. I broniłabym, gdyby ktoś chciał im dokuczać. Do ostatnich chwil walczyliśmy z mężem o życie naszego psa, bo to był nasz przyjaciel, nasz domownik, nie oglądaliśmy się na koszty.

Cierpienie porzuconych zwierząt jest moim cierpieniem.

21:28, atojaxxl
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 26 marca 2012

Wybrałam się po różne drobiazgi i krzewy do dużego centrum ogrodniczego.  Autobus punktualny,nowy, wygodny, cichy, doskonała informacja zarówno ta wizualna na wyświetlaczu jak i słuchowa.

Wysiadłam na 337 obok parku. Zza ogrodzenia od razu widok na staw i pomnik-mauzoleum Bema. Samotny łabędź na stawie, mimo ładnej pogody (przyznaję, wiatr dość silny ale słońce piękne) - w parku i w ogrodzie jordanowskim pustki. Nie ma spacerujących emerytek, wymyślne przyrządy dla dzieciaków  czekają na użytkowników.  Tu i tam przekwitają kępy krokusów a gołębie tradycyjnie obs...ą pomnik i czekają na babcie-karmicielki. Gdzie ludzie ? Gdzie matki z dziećmi ? Nie pada, nie ma mrozu, suche powietrze, a dzieci zamknięte w domach.

W centrum obsługa zajęta rozwiązywaniem problemów z mailami i doradztwem w sprawach noży ogrodniczych nie zwracała na mnie uwagi. Przykre, ale od pewnego czasu czuję się przezroczysta, widzę zdziwienie w oczach obsługi, gdy proszę o pomoc w znalezieniu jakiegoś przedmiotu.

"O przepraszam, nie zauważyłem pani". Trzech dorodnych młodych mężczyzn dziwnym zbiegiem okoliczności 'nie zauważyło" solidnie zbudowanej niewiasty w czerwonym płaszczu. Gdyby jeszcze był tam tłok, ale byłam tylko ja i dostawca czegoś tam. Znalazłam wszystko, czego potrzebowałam i poszłam po krzewy agrestu. Ogromy plac, mnóstwo roślin, sadzonek, krzewów. I na to wszystko jedna osoba obsługi. Nietrudno zgadnąć, że to kobieta.

Zajęta przesadzaniem, od razu mnie dostrzegła, zapytała , doradziła, pozwoliła wybrać krzewy, wykopała je, obejrzała czy nie są martwe, pięknie zapakowała, zainteresowała się czy wiem jak posadzić... Gdy opuszczałam plac, ona z powrotem zabrała się do przesadzania.

piątek, 23 marca 2012

Byłam już spakowana na działkę, wiązałam buty, gdy zadzwonił telefon, rzadko już u nas używany stacjonarny. Cichym , nieco drżącym głosem Ciocia poinformowała mnie, że za godzinę w Zakopanem odbędzie się pogrzeb Bogdana, mojego kuzyna, którego nie zdążyłam odwiedzić.

I nagle jakby czas się zatrzymał na chwilę. Nieważne stały się sprawy do niedawna najważniejsze: zakupy, sprzątanie, czytanie książek, uprawa działki. Uświadomiłam sobie, że oto śmierć coraz odważniej sięga po moje pokolenie.

Boguś był młodszy ode mnie - jak łatwo przychodzi mówić o Nim w czasie przeszłym. Po ojcu odziedziczył artystyczną duszę i trudny charakter. Pochował młodą żonę, potem związał się z inną kobietą, która jednak nie przetrwała z nim próby śmiertelnej choroby. Więc wrócił do matki, bardzo już leciwej ale nadal dzielnej kobiety, która jeszcze niedawno zapewniała mnie, że miała szczęśliwe życie.

Ostatnie miesiące życia spędził pod jej dachem i opieką, w straszliwym cierpieniu. W jedynej telefonicznej rozmowie zapewnił mnie,że poczeka do wiosny, żeby mi było łatwiej przyjechać. Zmarł 20 marca, w pierwszy dzień wiosny...Dzień po urodzinach swojego 14-letniego syna.

Ciocia prosiła o modlitwę w Jego intencji, wyjaśniając, że celowo wcześniej nie dzwoniła, żeby nie robić kłopotu, bo przypuszczała - i słusznie- że wybrałabym się na pogrzeb.

Bogdan, pamiętasz ? Byliśmy tacy mali, biegaliśmy po domu naszych dziadków. Pamiętasz, jak wpadłeś do obory ? Pamiętasz, jak jedliśmy niedojrzałe porzeczki w Waszym zakopiańskim ogródku ?

"Anielski orszak niech Twą duszę przyjmie..."

czwartek, 22 marca 2012

Tym numerem oznaczony jest przystanek na pętli, gdzie wysiadamy w drodze go największej w naszym mieście galerii i gdzie wsiadamy wracając. To co napisałam w poprzednim zdaniu (pluralis maiestatis), jest lekkim nadużyciem, albowiem od początku istnienia tej galerii byłam w niej..drugi raz.

Nie lubię galerii, żadnej. Męczą mnie te długie przejścia, wielkie przestrzenie sklepów, znudzone sprzedawczynie, muzyka, hałasujące i niedopilnowane dzieci, tłumy wagarowiczów zalegających ławki . Ale czego się nie robi dla wnuczki.

W najnowszej ofercie wielkanocnej zobaczyłam cudne foremki w kształcie kota, do wykrawania ciasteczek. Najpierw wykrawa się ciasteczko a potem odwraca foremkę i na ciasteczku wyciska drobne szczegóły: oczka, uszka , wąsy, zarys łapek i ogona.

A moja wnuczka miłośniczką kotów zaprzysięgłą jest i basta!!! Pierwsze jej słowo to koteeek, ukochana zabawka to oczywiście kot, a półka pełna książeczek o kotach. No to nie zrobię jej ciasteczek w kształcie kota ???

Pojechałam, zstąpiłam do piekielnych kręgów galerii, znalazłam foremki - a tu cena dużo wyższa niż w katalogu. Zwróciłam więc uwagę obsłudze i mam foremki po cenie katalogowej :) Oczywiście natychmiast wypatrzyłam kubek z kotami i kolejną książeczkę .

Poobserwowałam też ludzi: starsze małżeństwo zajadające wystawione do degustacji ciasto ("Jedz jedz Józiu, po to dali, żeby jeść, jakby kawa było do spróbowania, to byśmy w domu już nie pili, ale dziś nie ma kawy..."); znudzonych mężów siłą chyba przywleczonych na zakupy i zgadzających się na wszystko, byle szybciej wyjść; matkę z dwójką dzieci usiłującą zapanować nad ich temperamentem i zachciankami...

Wyszłam po godzinie. Nieprędko tam wrócę. Chyba, że znowu pojawi się w katalogu kot...

21:01, atojaxxl
Link Dodaj komentarz »
środa, 21 marca 2012

Na tym przystanku wysiadam, gdy wracam z działki .

Zawsze tu sporo ludzi, zwłaszcza młodzieży - w pobliżu jest kilka popularnych szkół średnich. Dziś dominującym odczuciem był przede wszystkim dziwny ból  głowy, nie miałam więc ochoty na obserwacje i snucie refleksji z wyższej półki. A wszystkiemu winien wiatr.

Mimo optymistycznych prognoz, dzień nie był zbyt łaskawy dla takich jak ja kretów ogrodowych. Niemiłosierny wiatr, hulający po działce porywał wszystko co udało się złożyć lub zgrabić; zeszłoroczne liście, resztki zeschniętej trawy, jakieś reklamówki nadlatywały nie wiadomo skąd, w końcu czarne płaty spalonego "czegoś". To mnie już wkurzyło: co za idiota pali ognisko przy takiej pogodzie i przy takim zagęszczeniu drewnianych altan ???

Wybrałam się poszukać sprawcy, a jakże, był !!! Starutki mężczyzna, znany z tego , że pali i już !!! Przynosi z domu śmieci, gazety, zbiera po działkach patyczki, gałązki, chwasty i pali, dym snuje się nisko nad ziemią i truje otoczenie, a gdy szaleje wiatr, wtedy odrywają się płonące płaty papieru i lecą sobie w dal... I byłby to może romantyczny widok, gdyby nie groźba pożaru.

Jednak na "dziadka" nie ma sposobu, nie pomagają interwencje prezesa, skargi sąsiadów, straszenie wezwaniem straży. On sobie z tego nic nie robi, pali jak palił.

Mój spacer miał tylko taki skutek, ze wiatr hulał w moim mózgu. Przypomniałam sobie, jak często był inspiracją dla pisarzy i artystów : "Przeminęło z wiatrem", "Cień wiatru" , "Wiatr od morza", "Wichrowe wzgórza", "Dwa wiatry", "Wiatr i pył", o wietrze pisał wiersze Staff,  Baczyński i Herbert. Znalazłam też taki fragment autorstwa Augusta Kleinzahlera ( z wiersza "Wiatr w marcu"):

"a porywisty wiatr marcowy wycina w trawie

długą bruzdę, rozrzuca

papiery, chwieje stara palmą, kiedy turyści

zakupowicze i bezdomni podnoszą kołnierze,

uginają się pod wiatrem, stają na chwilę,

jakby chcieli sprawdzić swój środek ciężkości zanim pójdą dalej.."

 

Wszystko się zgadza...Oprócz palmy :) A kto pamięta tę piosenkę ? King Crimson "I talk to the wind" ? A Kubiaka "Wiatr, wiosenny gitarzysta "?

wtorek, 20 marca 2012

Przyszła o 6.14. Ta astronomiczna. I jest, i zostanie.

Gdyby żył nasz Dino, to pewnie powitalibyśmy ją razem na pierwszym porannym spacerze. W takie  dni najbardziej żałuję, że go nie ma z nami. Czekałby cierpliwie koło szafki ze smyczą, potem prowadziłby mnie sobie znanym szlakiem: koło kiosku, obok straży pożarnej, potem przystanąłby przed przejściem dla pieszych a za nim zwolniłby i zaczął właściwy spacer połączony z niuchaniem, grzebaniem i radosnym poszczekiwaniem :)

Zaczepiałby wszystkie psy pilnujące domów prywatnych, a potem  zaglądałby ciekawie do bazy pojazdów policyjnych. Tam stróżował wielki owczarek niemiecki, który zza siatki towarzyszył nam do końca tej części spaceru. Podziwiałam tego psa, jego ułożenie i wyszkolenie - mimo często otwartej bramy nigdy nie przekroczył niewidzialnej granicy, czekał na nas i potem szedł wzdłuż siatki. Odchodziliśmy a on długo patrzył za nami, potem wracał pod bramę.

Dino był z nami 15 wiosen. Tegoroczną witają tulipany i żonkile posadzone w miejscu, gdzie odpoczywa po swoim chyba dobrym i pogodnym życiu. To już trzecia wiosna bez niego...

niedziela, 18 marca 2012

Kilka dni temu jadąc do domu, wysiadłam przystanek wcześniej. Postanowiłam bowiem zaopatrzyć domową i działkową apteczkę w podstawowe opatrunki, plastry, lekarstwa pierwszej potrzeby. Moja ulubiona apteka ma 3 stanowiska obsługi, szybki i co ważne dokładny personel.

Ustawiłam się w kolejce za starszą panią, uściślijmy rzecz: za bardzo starszą panią, która właśnie wyłożyła na blat plik recept. Patrząc na wykładane przez aptekarkę pudełka zorientowałam się, że są to leki krążeniowe, kardiologiczne i związane z ciśnieniem. Dużo tego było, pani wypytywała o każde pudełko, kolejka za mną rosła.

Po zapłaceniu (289,66 zł) starsza pani wyjęła drugi plik recept, to było leki przeciwcukrzycowe, paski do glukometru, jakieś ampułki. Historia się powtórzyła - znowu wypytywanie o każdy lek i zastanawianie się, dlaczego lekarz zmienił, bo zawsze zapisywał coś innego. Przyszedł wyczekiwany przez wszystkich moment zapłaty - 274,82 zł.

Radość kolejki szybko zgasła , niektórzy przenieśli się do innych stanowisk - pani wyjęła następny plik, tym razem wszystko na żylaki i inne choroby naczyniowe, rósł stos pudełek, maści, opatrunków żelowych, płynów. Przed panią stały już trzy torby lekarstw, a końca nie było widać. Zaczęło sie utyskiwanie klientki, że wycofano ze sprzedaży detralex, który brała od 20 lat, że te wszystkie diosminexy i diohespamy są diabła warte. Zorientowałam się, że już tylko ja cierpliwie stoję do tego stanowiska. Kasa skończyła liczenie i drukowanie paragonu - 301, 28 zł.*

Kiedy już wszystko zostało opisane, spakowane i przedyskutowane, kiedy aptekarka uprzejmie podziękowała, podałam moją karteczkę, na której spisałam wszystko, czego potrzebuję.

Jednak moja poprzedniczka nie poddawała się. O, nieee! Nie pozwoliła mi stanąć przy ladzie mimo grzecznej prośby o przesuniecie się, skoro skończyła zakupy. Otóż nie, pani nie skończyła !!! Najpierw zażądała faktur (bo sobie przypomniała). Faktury się drukowały, a farmaceutka gromadziła moje zamówienie. W tym momencie starsza pani oświadczyła, że ona jeszcze chce kupić środki przeciwbólowe, coś na trawienie lepsze, plastry na odciski.

Matko kochana, pęcherz zaczął mi się odzywać, więc ponownie grzecznie proszę, żeby mi już pozwoliła skończyć moje zakupy, pójdę sobie, a pani będzie kupować ile i jak długo zechce. Ależ skąd !!!! Mowy nie ma, ona ma prawo, ona jest stara, ona sobie przypomniała i ma już natychmiast dostać wszystko !!! Na moje szczęście aptekarka już wklepała w kasę część moich zakupów i siłą rzeczy pani musiała czekać , ale utyskiwała cały czas.

Po kilku godzinach wróciłam do tej apteki wykupić lekarstwa dla syna, farmaceutka mnie poznała i mówi, że musi mi jakoś wynagrodzić to długie stanie, a ja zapytałam czy te leki starowina kupowała dla całego domu. Nie !!! To wszystko było dla niej !!! W sumie zostawiła w aptece blisko 1000 zł . A ja dostałam dwa długopisy. I gazetkę :)

I tak sobie myślę, że naprawdę starość się Stwórcy nie udała. Co to za życie, skoro leki wypełniają każdą godzinę, zastępują pewnie kanapkę i filiżankę dobrej kawy, bo już nie wolno, bo zaszkodzi... Smutno mi się zrobiło, bo i do mnie starość już puka...

*Mam doskonałą pamięć do liczb, dlatego pamiętam wartość tych zakupów

czwartek, 15 marca 2012

Przypadkowo znalazłam się dziś na przystanku nr 10.

Usytuowany w pobliżu kościoła, niedaleko dworce PKP i do niedawna PKS (nawet nie mam pojęcia, kto tam teraz rządzi). Obok przystanku fontanna w formie Układu Słonecznego, obecnie nieczynna ze względu na porę roku, jak chyba wszystkie fontanny.

I gdy tak patrzyłam na poszczególne planety, przypomniałam sobie mało znany wiersz Marka Grechuty, napisany blisko 30 lat temu podczas pobytu w naszym mieście. Opisał w nim to samo miejsce, ale z inną fontanną. Od tego czasu zmieniła ona chyba dwukrotnie swój wygląd, by ostatecznie przybrać obecny kształt.

A Marek Grechuta zobaczył ją tak:

 

Rzeźbiarz wymyślił tu fontannę w kształcie koła

stawiając po okręgu klocki betonowe

klocki - kamienne zęby - trawa wody woła

otwierając szeroko usta pomysłowe

 

Strużki wody w powietrzu tworzą parabole

i spadają co chwilę o pół metra dalej

ale to już wystarczy żeby ujrzeć w dole

cichy obraz pragnienia w czerwcowym upale

 

W tle fontanny na mocno rozgrzanym asfalcie

pędzą auta w upale uchylając szyby

teraz słyszę jak mocno szczerzy w każdym aucie

małe kółko zębate metalowe tryby

 

Tamto warczy i zgrzyta kiedy to przede mną

cicho szepce coś nuci i szumi i śpiewa

zatrzymajcie na chwilę pogoń nadaremną

i popatrzcie jak ziemia śmieje się do nieba*

Dziś też dowiedziałam się, że fontanna Układu Słonecznego uzyskała wyróżnienie w ogólnopolskim konkursie "Turystyczne Odkrycia 2012". Szkoda, że nie ma już Marka Grechuty, pewnie umiałby opisać i tę nową fontannę ...

*Wiersz pochodzi ze zbioru wierszy Marka Grechuty "Będziesz się uśmiechać" z 1985 r.

 

18:53, atojaxxl
Link Dodaj komentarz »
środa, 14 marca 2012

Wybrałam się do przyjaciółki , nie widziałyśmy się ponad pól roku. W tym czasie jej zapomniane przez Boga i ludzi osiedle uzyskało bardzo dogodne połączenie z resztą miasta. Wprawdzie jeździ tam malutki "city bus" z 13 miejscami ale zawsze to lepsze wyjście, niż drałowanie od poprzedniego połączenia.

Dawne osiedle parterowych drewnianych domków-baraków zbudowanych przed wojną dla pracowników zatrudnionych w pobliskim zakładzie, dziś zmienia swoje oblicze. Znikają baraki, znikają urokliwe ogródeczki, komórki na węgiel. W jednym z nich mieszkała siostra mojego ojca, po jej śmierci kolejni mieszkańcy opuszczali stary dom i wreszcie został rozebrany na opał. Ostał się jeno duży krzew bukszpanu, z którego - będąc dzieckiem - otrzymywałam od cioci wielki bukiet gałązek do dekoracji koszyczka ze święconką i wielkanocnego stołu.

Pogadałyśmy z przyjaciółką: wróciła z kilkumiesięcznego pobytu u córki w Anglii, gdzie zajmowała się wnuczką. Ponarzekałyśmy na zdrowie, na drożyznę, na mężów i poszłam na przystanek 224. Życie toczyło się wokół jakby w zwolnionym tempie: dwie panie z pieskami, starszy pan na rowerze, ludzie raczej starsi, nigdzie już niespieszący się.

Obok mnie usiadł na przystanku zażywny jegomość z gatunku takich najmądrzejszych i wszystkowiedzących. Po chwili autorytatywnie stwierdził, że autobus się spóźnia. Nie podjęłam rozmowy, bo i tak nie miał racji. Autobus po chwili przyjechał, kierowca wyłączył silnik, a na ostatnim siedzeniu spał i smrodził kompletnie zalany menel.

Jegomość po chwili oświadczył głośno,że już pora jechać a kierowca pewnie śpi albo nie ma zegarka. O jak się kierowca spienił !!! Do odjazdu zostało jeszcze 5 minut, a panowie dogryzali sobie ile wlezie. W końcu kierowca podniesionym głosem powiedział, że emeryci to najgorsza kategoria pasażerów, bo nie płacą za przejazdy a mają najwięcej pretensji. I w tym momencie mnie ruszyło !!! Pytam kierowcę, dlaczego uogólnia, mam bilet ? mam ! Wybąkał jakieś przeprosiny i ruszył ... Ale zepsuł mi nastrój na resztę dnia

wtorek, 13 marca 2012

Na tym przystanku wysiadam wracając do domu.

Zawsze tu pełno młodzieży, która obsiadła schody prowadzące do kościoła. Albowiem przystanek usytuowany jest tuz przy kościele, choć i tak jego lokalizacja została przeniesiona o kilkanaście metrów. Dawniej stał na wprost głównego wejścia, z widokiem na Najświętszy Sakrament. Takie sąsiedztwo nie służyło obydwu stronom - pasażerowie wysiadający w tym miejscu czasem "zanurzali się" w tłumie opuszczającym świątynię, a z kolei czekający na autobus nie zawsze umieli uszanować miejsce kultu, zdarzały się scysje o palenie papierosów, niecenzuralne słowa w głośnych rozmowach a nawet były przypadki załatwiania potrzeb fizjologicznych w zejściach do kaplicy podziemnej.. Ot, katolicki kraj, barbarzyńskie obyczaje....

Po przesunięciu przystanku niewiele się zmieniło w zachowaniu oczekujących, ale przynajmniej uczestnicy obrzędów nie są narażeni na ich zakłócanie.

Dziś przystanek i schody obsiedli uczestnicy rekolekcji wielkopostnych dla gimnazjów i szkół średnich w tutejszej parafii. Jakoś nie przejawiali większego zainteresowania naukami głoszonymi w świątyni. Wysyłali smsy, pili napoje energetyzujące, popychali się. Puszki i butelki wrzucali na pobliski skwerek pracowicie porządkowany przez ogrodnika-społecznika.

Kiedyś zapytałam znajomego chłopca, syna sąsiadów, jak to jest z tymi rekolekcjami, dlaczego przychodzą pod kościół, skoro nie mają zamiaru wejść do środka. Odpowiedział bez skrepowania: wychowawczyni i katechetka sprawdzają obecność przed i po nauce, to nie opłaca się nigdzie dalej odchodzić. A notatkę z rekolekcji zrobi koleżanka i wszyscy od niej odpiszą... Ot, katolicki kraj...

 
1 , 2