Podróż przez życie z licznymi przystankami, w tym również autobusowymi
RSS
wtorek, 13 grudnia 2016

Wielu blogerów dzieli się dziś wspomnieniami i refleksjami dotyczącymi rocznicy stanu wojennego. To ja też. W dniu 13 grudnia 1981 roku byłam szczęśliwą mężatką, miałam 21 miesięcznego synka i córeczkę, która w tym dniu skończyła właśnie 3 miesiące. I w tym dniu kończył mi się urlop macierzyński i miałam wrócić następnego dnia do pracy. Obydwoje z mężem pracowaliśmy w zakładzie, który ze względu na specyfikę wyrobów podlegał całkowitej militaryzacji zgodnie z dekretem o wprowadzeniu stanu wojennego. 

Mąż zebrał moje dokumenty, zawiózł do firmy i zamiast w pracy wylądowałam na urlopie wychowawczym. Jak się potem okazało i tak nie miałabym co robić, ponieważ moje miejsce pracy zostało zapieczętowane, wcześniej tzw. służby wywiozły zawartość naszych biurek i szaf, szefa internowano a pozostali koledzy zostali poddani przesłuchaniom i oceniono negatywnie ich dalszą przydatność w naszym zawodzie. Mnie zostawiono w spokoju, odpowiednie organa wzięły prawdopodobnie pod uwagę, że jako matka malutkich dzieci nie będę podskakiwać (widziałam później swoje "papiery" i adnotację "karmi piersią dwoje dzieci" hahaha). 

W domu panowała napięta atmosfera, obawialiśmy się, że mąż - podobnie jak wcześniej szwagier - zostanie wzięty w kamasze. Uzgodniliśmy więc naiwnie, że gdyby ONI przyszli z nakazem stawienia się do wojska, to ja otwieram drzwi i z płaczem informuję, że mąż właśnie mnie porzucił z dwojgiem małych dzieci i mieszka na Zamkowej i żeby go tam szukali albo w pracy. 

Życie napisało inny scenariusz. Był wieczór, właśnie wykąpaliśmy dzieci, ja dokarmiałam jeszcze córkę, gdy ktoś zapukał. Zgodnie z naszą naiwną umową, otwarłam drzwi a tam stał nasz przemiły, młody sąsiad z klatki obok. "Dobry wieczór, pani Bożenko. Ja tylko na chwilkę, jest mąż?" No to ja uśmiech sąsiedzki nr 5 i zaprosiłam do mieszkania. Mąż tarzał się z synkiem na kocu. Sąsiad wszedł i wypalił: "Obywatel Jan G.? Mam tu dla obywatela wezwanie do stawienia się...."

Szczęka mi opadła, mąż zbladł, moi Rodzice stanęli jak wryci. Już widziałam męża w mundurze szlifującego nocami ulice... Sąsiad jak się okazało pracował w wojsku. Dzięki temu udzielił mężowi porady - należało wziąć z zakładu pracy zaświadczenie, że jest niezbędny w zakładzie zmilitaryzowanym i ma odpowiedzialną pracę, coś tam coś tam, już nie pamiętam dokładnie. Zakład z produkcją zbrojeniową, mąż w kontroli technicznej. Pomogło, nie został umundurowany:)

PS Dziś po 35 latach spełniło się tylko jedno, mąż nie mieszka z nami i nie możemy razem wspominać tamtego okropnego czasu. 

21:20, atojaxxl
Link Komentarze (3) »
niedziela, 04 grudnia 2016

Szczerze mówiąc nie jestem najlepszą klientką. Do sklepu idę z listą zakupów, rzadko ulegam sile promocji, nie lubię bezcelowo kręcić się i obmacywać towar, którego nie mam zamiaru kupować. Ale zaobserwowałam już dawno zjawisko snuja pospolitego, bardzo mnie osobiście irytujące. 

Snuja przychodzi do supermarketu, bierze wózek albo koszyk i zaczyna.... a nie, nie, nie zaczyna go wypełniać zakupami. Zaczyna od włączenia telefonu i wybrania numeru. Idąc wolno między półkami, patrzy niewidzącymi oczami i nawija: a to o swoich problemach uczuciowych, a to o niepasującym do niczego płaszczu, a to o tej podłej Kaśce, która znowu przystawia się do snujowego partnera itp itd. Czasem coś weźmie do ręki, ale zaraz odkłada, bo nawet nie pamięta, co wzięła. Czasem zmęczona chodzeniem przystanie z wózkiem w poprzek alejki sklepowej, ale nawijać nie przestaje. 

Wczoraj miałam pecha. Snuja co chwilę stawała na mojej drodze i bardzo się irytowała, gdy prosiłam o przesunięcie wózka. "Nawet porozmawiać spokojnie nie dadzą, co za ludzie". 

Nie skończyła rozmowy nawet przy kasie. Wyłożyła na taśmę kilka niezbędnych do przeżycia drobiazgów, po czym wróciła do działu nabiałowego. Kolejka czekała, ponieważ kasjer zdążył skasować te drobiazgi. Snuja nieśpiesznie wzięła kostkę masła i nadał gadając do telefonu raczyła podać kasjerowi. Ten skasował i grzecznie poprosił o końcówkę drobnych. Spiorunowała go wzrokiem, przerwała na chwilę i wypaliła: "Nie widzisz (tak, tak !!!), że rozmawiam? Nie mam drobnych, ty masz mieć ". Kasjer młody chłopak, poczerwieniał i jakoś tam sobie poradził. 

Zastanawiam się, gdzie się takie coś wychowało a raczej uchowało.

Jakie wzory wyniosło z domu.

Czy w słowniku tej osoby jest w ogóle szacunek dla innych?  

Tagi: ludzie
09:27, atojaxxl
Link Komentarze (3) »
piątek, 02 grudnia 2016

Opadła mi szczęka, stuknęła w klawiaturę i leży... Pisząc wczoraj o negatywnej stronie kampanii świeżakowej (patrz wpis niżej) nie przypuszczałam jak szybko zostanie nasz problem rozwiązany. U krzepkiego i zaradnego emeryta(tak sądzę, nie znam człowieka osobiście) na popularnym portalu handlowym zamówiłam i zapłaciłam z góry za wymarzoną przez Dziewczynkę Truskawkę Tosię.

Pan otrzymał moją wpłatę po minucie.

Działo się to o godzinie 14.29. Wieczorem dopadły mnie sceptycyzm i obawa: a może to tylko jakiś nieuczciwy wyłudzacz kasy? Miał mało komentarzy, oferował tylko te świeżaki. Z drugiej strony chętnych był tłum.

Dziś o godzinie 12.10 kurier przyniósł przesyłkę. Starannie zapakowana przybyła Truskawka Tosia. Między otrzymaniem wpłaty przez sprzedawcę a moim podpisem odbioru upłynęło dokładnie 21 godzin 41 minut.

To się nazywa operatywność i umiejętność wypełnienia niszy. Jest zapotrzebowanie - jest towar.

Zbieram szczękę. I już się cieszę na błysk w oku Dziewczynki.

czwartek, 01 grudnia 2016

Gdy kilka lat temu budowano w tym właśnie miejscu kolejny w naszym mieście market z owadem w kropki, wróżono mu szybki upadek. Bo sami pomyślcie: na granicy tzw. lepszej dzielnicy (lekarze, adwokaci, menedżerowie różnej maści) i blokowiska. Lepsza dzielnica nawet protestowała, ale dość szybko zaczęła zaglądać pod skrzydła owada w kropki, gdy okazało się, że kupowanie tam nie jest już passe'. Ostatnio nawet lepsza dzielnica zaczęła się z pracownikami owada spoufalać. Ja ( z blokowiska) kupuję tam od początku i bardzo sobie chwalę.

Tyle tytułem wstępu.

A teraz ad rem. Jest Dziewczynka, ma 6 lat, wesołą buzię, kochającą rodzinę, komplet dziadków i babć, dużo koleżanek i kolegów. Jest ciekawa świata, łatwo się uczy, ma bardzo bogatą wyobraźnię, często uczestniczy w interesujących zajęciach w różnych instytucjach kultury, rodzice bardzo dbają o jej rozwój, ale do niczego jej nie zmuszają. 

Od pewnego czasu Dziewczynka posmutniała. Powód wyszedł na jaw przypadkowo "Bo tylko ja nie mam świeżaka, wszystkie dzieci mają, moje koleżanki przynoszą i się nimi bawią a ja nie mam". Ponieważ sama doświadczyłam w dzieciństwie odrzucenia przez grupę rówieśniczą z powodu pochodzenia (w wieku 10 lat przeniesiono mnie ze wsi do miasta), postanowiłam temat podrążyć.

Otóż Dziewczynka należy do dzieci, które niczego się nie domagają, nie krzyczy "ja chcę", "daj", "kup" itp.

Ma dużo zabawek, gier, a nade wszystko kocha książki.

I konie.

I koty.

I wszystko do malowania i rysowania.

Nigdy nie wyrażała chęci posiadania świeżaka - ot, kolejna maskotka, trochę szmatek, jakiś wypełniacz w środku, wielkie oczy, majtające kończyny. I nagle okazuje się, że posiadanie świeżaka może decydować o usytuowaniu dziecka w przedszkolnej drabince towarzyskiej. Masz świeżaki - to jesteś z nami, nie masz - to baw się sama.

Rany boskie, szlag mnie trafił. Gdybym wcześniej wiedziała, to nie ma siły, albo bym toto kupiła za pełną odpłatnością, albo uzbierała te cholerne punkty w sklepie z owadem. Dziś już po herbacie. Sklepy przyjmują zapisy zawiedzionych posiadaczy punktów - sama byłam świadkiem zapisu na STYCZEŃ!!! 

Ogłosiłam alert wśród znajomych - nikt nie odsprzeda. Szukałam w sklepach internetowych - ceny szaleją, a co zabawniejsze: ludzie sprzedają setki albumów z punktami, pojedyncze punkty z rolki, i oczywiście masowo świeżaki, oferują po kilkadziesiąt sztuk każdego rodzaju, zastrzegając przy tym, że przesyłka pójdzie z ... Tajlandii albo z Chin.

W licytacjach przebicia sięgają takich kwot, o jakich owadowi się nawet nie śniło.

Jakby mało tego było, owad postanowił pójść za ciosem i teraz dzieci mogą zbierać naklejki i karty ze świeżakami. A wszystko pod przykrywką działań edukacyjnych takich jak zachęcanie do spożywania owoców i warzyw, profilaktyka chorób cywilizacyjnych, dobra zabawa. 

Dlatego lepsza dzielnica spoufala się z pracownikami owada i szuka protekcji w zdobyciu świeżaków. Przypuszczam, że i o naklejki będzie walka, to protekcja się przyda.

A ja świeżaka już opłaciłam i czekam na kuriera. Jakiś emeryt postanowił sobie dorobić i sprzedaje albo komplet albo pojedyncze egzemplarze. 

I album na naklejki też mam. Uruchomiłam grono znajomych, będą zbierać. Dziewczynka nie wie jeszcze o moich działaniach, a to własnie jej uśmiech jest dla mnie najważniejszy.

19:28, atojaxxl
Link Komentarze (2) »