Podróż przez życie z licznymi przystankami, w tym również autobusowymi
RSS
czwartek, 11 grudnia 2014

Spotkałam w sklepie sąsiadkę, której małżonek trunkowym był, jest i zapewne umrze w stanie wskazującym. A ona zwykle opłakiwała swoje przepijaczone przez niego życie. Aliści onegdaj z błyskiem w oku i uśmiechem na ustach pakowała do koszyka puszki z piwem. Ponieważ relacje między nami są bardzo uproszczone i nie owijamy spraw w papierek, zapytałam wprost czy to zapasy na święta. A ona na to:

"Pani G- owa kochana, dla mojego biorę, muszę mu jakoś podziękować, BO TAK MI ŁADNIE UMYŁ OKNA."

Podkreślam szczególnie ten zaimek "mi", ponieważ sprowokował moje następne pytanie:

"Przepraszam, to państwo się rozwiedli ???"

Niewiasta popatrzyła na mnie ze świętym oburzeniem:

"Jak to rozwiedli, a broń Boże, jak jest to jest, ale przysięgalimy sobie, to już tak ciągniemy. Co pani do głowy przyszło ???"

I tu wyjaśniłam mojej zbulwersowanej sąsiadce, że powiedziała, iż mąż umył jej okna. A skoro JEJ okna to nie jego, czyli on już nie jest współwłaścicielem  albo razem nie mieszkają. Ona zaś wyjaśniła mi, że mąż nigdy ale to nigdy w domu NIE POMAGAŁ, że to pierwszy raz i ona musi mu za to podziękować.

Nie mogę wyjść ze zdumienia. Może jestem niewdzięczna, ale ja mężowi dziękuję, gdy zrobi coś dla mnie: zarejestruje mnie do lekarza stojąc od 3 w nocy w kolejce, zaniesie moje książki do biblioteki, moją kurtkę do czyszczenia,  coś mi sprezentuje, przyjdzie po mnie na przystanek, żebym nie szła sama wieczorem itp.Oczywiście dziękujemy sobie wzajemnie za drobne uprzejmości, wspólne posiłki.

Natomiast wszelkie czynności okołodomowe są naszym obowiązkiem i każde robi co do niego należy nie czekając na podziękowania. Mąż np. zawsze myje okna, sprząta mieszkanie na tzw. błysk, wiesza, zdejmuje i segreguje pranie, zmienia pościel, robi większe i cięższe zakupy,naciąga z synem i nosi pościel i obrusy do magla, wiesza firanki i zasłony, wykonuje nieskomplikowane naprawy.

Nie umie gotować ani piec, przypali nawet wodę na herbatę, ma lewe ręce do wszelkiej elektroniki, potrafi  prasować, ale woli, gdy ja mu wyprasuję koszule, nie rozróżnia chwastów i roślin pożytecznych ale kosi i podlewa działkę...

Nie zawsze tak było. Mąż pochodzi z domu, gdzie jego Matka a moja Teściowa robiła w domu wszystko, a Ojciec i Teść był panem i bogiem, miał tylko zarobić i nie wtrącać się do tzw. babskiej roboty. I tak też Teściowa wychowywała dzieci. Dziewczynki (siostry męża) były angażowane do wszystkiego, a chłopczyk (mój mąż) nie robił praktycznie nic, nawet plecak mu siostry nosiły do szkoły, bo był słabiutkim wcześniakiem (mąż, nie plecak). Na tym wcześniactwie było oparte całe jego wychowanie i chyba myślał, że na tym przejedzie do stanu małżeńskiego.

A tu trafiła się baba czyli ja, wychowana w domu, gdzie Rodzice robili wszystko wspólnie. Ojczym sprzątał, rewelacyjnie gotował (Tato - gołąbki cudo!!! robisz je tam, na górze ?). Mama, gdy trzeba było, naprawiła kran i spłuczkę, Ojczym ręcznie potrafił wszyć jej zamek do spódnicy itp.

I biedny wcześniaczek (tak Teściowa nazywała mojego męża nawet gdy już mieliśmy dzieci) musiał się nauczyć obsługiwać odkurzacz, pastować podłogi, froterować, wykonywać wiele czynności, które w jego rodzinnym domu uchodziły za babskie. Teściowa była oburzona : to co ona robi ??? Ona czyli ja...

A ja gotuję, bo lubię, piekę, bo uwielbiam, piorę i prasuję (lubię), rządzę w kuchni (lubię), uprawiam działkę ( też uwielbiam), robię codzienne drobniejsze zakupy (lubię), rozmrażam lodówkę i zamrażarkę ( nie lubię, ale mam taki stary typ, więc trzeba), zajmuję się sprzętem AGD (umiem wykonać drobne naprawy), elektroniką domową (rtv, komputer, telefony). Pomagałam też dzieciom w nauce, dopóki chodziły do szkoły. I do głowy by mi nie przyszło, żebyśmy sobie za to dziękowali. To przecież NASZ dom, NASZ bałagan, NASZE życie a nie pomaganie.

A moja sąsiadka zamiast pogonić męża - pijaka do prac domowych, jeszcze mu piwo w podzięce kupuje, bo łaskawie pierwszy raz w życiu coś zrobił....

 

Tagi: ludzie
14:56, atojaxxl
Link Komentarze (6) »
środa, 10 grudnia 2014

Właściwie nie powinnam się wypowiadać, to już nie moja broszka: nie pracuję w szkole, pani ministra nie jest moją ministrą, jej list do rodziców mnie nie dotyczy. Ale...

Spędziłam w szkole ponad 30 lat, w tym sporo na stanowisku kierowniczym. Przeżyłam i przetrwałam kilka reform oświaty, dwudziestu trzech ministrów tegoż resortu, pogróżki laską ministra Stelmachowskiego, mundurki ministra Giertycha i właściwie nic mnie już nie jest w stanie zdziwić.

Jako dziecko uczęszczałam do szkół, które w tamtych latach miały sześciogodzinny tydzień pracy i w soboty były normalne lekcje, przerwa świąteczna zaczynała się... we wigilię, dzień wcześniej byliśmy jeszcze w szkole !!! Nikomu nie przychodziło do głowy nawet, że mogłoby być inaczej.

O pracy w szkole marzyłam od zawsze. Uczyłam swoje lalki, zwierzaki domowe (koty były mało podatne na alfabet, psy wyróżniały się w matematyce). Nie poszłam do szkoły dlatego,że byłam nieudacznikiem i nic nie umiałam innego jak obijać się po pokoju nauczycielskim, pić kawę i siedzieć na nieustających wakacjach (to najczęstsza obecnie opinia o nauczycielach). Bez fałszywej skromności powiem: byłam nauczycielką z powołania. Liczne dowody szacunku ze strony byłych uczniów do dziś mnie w tym utwierdzają.

I dlatego tak bardzo boli mnie wywołana przez panią ministrę afera z przypomnieniem, że przerwa świąteczna jest dla uczniów a nie dla nauczycieli. Nie wiem, kiedy pani ministra była ostatnio w szkole, ale - przynajmniej tam, gdzie ja pracowałam - ta zasada obowiązywała zawsze. Tylko, że ... w szkole byli nauczyciele a dzieci nie przychodziły, nawet te zgłoszone wcześniej przez rodziców.

Pierwsza informacja na temat funkcjonowania szkoły podczas przerw świątecznych szła zawsze we wrześniu przy prezentacji kalendarza szkolnego - rodzice podpisywali potwierdzenie, że zostali z tą wiadomością zapoznani. Kolejny raz informacja była przekazywana na początku grudnia, podczas zebrań z rodzicami na temat postępów w nauce - ponownie rodzice potwierdzali ten fakt swoim podpisem. Dzieci otrzymywały informację, z jakich form zajęć będą mogły skorzystać.  I że trzeba sobie przynieść coś do jedzenia - szkoła zapewni herbatę. I jak wyglądało to w praktyce?

Zgłaszano kilkunastu najmłodszych a przychodziło kilkoro (2- 4 w porywach) dzieci z klas I-III oraz kilku chętnych, żeby "zagrać na komputerach". Od 7 rano do 9 nie było żadnego dziecka, a te, które wreszcie dotarły, odbierane były koło 12 - 13.00. A przecież rodzice teoretycznie pracowali. Nie pomagały zachęty do wzięcia udziału w zajęciach sportowych, plastycznych, muzycznych. A mieliśmy doskonałą kadrę, liczne wyróżnienia, o przyjęcie do naszej szkoły rodzice spoza rejonu walczyli jak lwy.

Wtedy i obecnie nauczyciele mówią, że woleliby w te dni mieć normalne lekcje, zajęcia pozalekcyjne i kółka. Sytuacja bowiem jest taka, że zawsze pojawiały się konflikty wewnętrzne w gronie pedagogicznym i rozdźwięki między poszczególnymi etapami edukacji:

- nauczycielki mające dzieci składały wnioski o opiekę nad dzieckiem zdrowym (2 dni) i ją otrzymywały,

- młode bezdzietne osoby składały podania o kilka dni urlopu bezpłatnego, bo miały jakieś plany wyjazdowe,i urlop bezpłatny otrzymywały.

- księża, katechetki - zakonnice i katechetki świeckie wychodzili z założenia, że problem ich nie dotyczy, przynosili jakiś papierek od proboszcza, że w okresie przed i po Bożym Narodzeniu są niezbędni do pracy w parafii (jasełka, chóry, kolęda, posiłki dla bezdomnych itp). I szef się na to zgadzał  nie mając szansy rozliczenia pracy tych osób.

- w gimnazjach, liceach , technikach itd nie było nad kim tej opieki sprawować, ergo: "profesorowie" do szkół nie przychodzili.

Ba, MOPS nie dofinansowywał w tym czasie obiadów swoim podopiecznym, brano tam bowiem pod uwagę ogłoszony przez ministra edukacji kalendarz roku szkolnego i przekazywano środki na posiłki tylko za dni nauki !!!

Podania o urlopy składały też pracownice kuchni, woźni, sprzątaczki. I mieli rację, bo powinni wykorzystać urlopy, gdy nie ma zajęć lekcyjnych.

W rezultacie obowiązek opieki nad ewentualnymi chętnymi dziećmi spadał na pozostałych: bezdzietnych, starszych nauczycieli, na wychowawczynie świetlicy i na niedobitków w-fistów.

Przychodzą więc do szkoły Jaś i Małgosia i ... Nie chcą śpiewać, nie chcą rysować, nie chcą robić ozdób choinkowych czy karnawałowych, nie chcą gier i zabaw na sali gimnastycznej, nie chcą wyjść na siłownię szkolną ani poćwiczyć na ściance wspinaczkowej, ba, oni nie chcą tańczyć ani bawić się w karaoke. Jaś i Małgosia chcą oglądać telewizję albo dorwać się do pracowni komputerowej i komentować na fejsie :)

Pani ministra ma może i dobre intencje. Ale ja oczami wyobraźni widzę te tłumy gimnazjalistów , licealistów, uczniów techników i zawodówek udających się 22, 23, 24, 29, 30 i 31 grudnia pod opiekę swoich nauczycieli. Hahahahahaha .. koń by się uśmiał.

No i ciekawe, czy pani ministra też będzie wtedy w pracy, zwłaszcza w wigilię, do 17.00 przynajmniej. A dlaczego tak ? Powinna, solidarnie.  Bo moja znajoma zapowiedziała, że we środę wygoni dzieci do szkoły, żeby się jej pod nogami nie plątały a odbierze je mąż ok. 16.00 i już będzie wigilia."A niech france nieroby siedzą i mi dzieci pilnują".

Jak się zapewne domyślacie, te france nieroby to nauczyciele jej dzieci...

Tagi: ludzie
14:42, atojaxxl
Link Komentarze (5) »
poniedziałek, 01 grudnia 2014

Ciężko być babcią. Człowiek stara się pomóc swoim dzieciom  i zupełnie niechcący staje się mimowolnym uczestnikiem tragedii.

Nie piszę o sobie, na szczęście nigdy podczas opieki nad wnuczką nie zdarzyło się mi coś bardzo niebezpiecznego. Raz tylko serce mi zamarło, gdy Mała Zu, która właśnie opanowała trudną sztukę chodzenia, podeszła do mnie a ja akurat zdejmowałam pokrywkę z dużego garnka z rosołem i z pokrywki spadły gorące krople tuż obok dziecka. Nie przewidziałam takiej sytuacji, a powinnam.

Babcia, o której piszę, opiekowała się trójką wnucząt w nocy z soboty na niedzielę. Jeszcze o 3 nad ranem sprawdzała, czy się nie poodkrywały, i ponownie położyła się  spać. Rano okazało się, że nie ma w domu najmłodszego , dwuletniego chłopca. W piżamce i skarpetkach wyszedł z domu i po 620 metrach stracił przytomność z wychłodzenia. Teraz on i lekarze w Prokocimiu walczą o jego życie.

A babcia ? Babcia trafiła w głębokim szoku do szpitala psychiatrycznego. Policja wcześniej sprawdziła, że była trzeźwa. Na szczęście była. Ale... Babcia nie zamykała drzwi wejściowych do domu na klucz - taki miała zwyczaj. Dziecko obudziło się i prawdopodobnie wyruszyło na poszukiwanie rodziców. Pytanie - jak dosięgnęło do klamki ??? Dwulatek nie jest na tyle wysoki.

Stało się to co się stało. Ale internet wie swoje. Na nieszczęsną kobietę i matkę dziecka wylewają się wiadra pomyj: "Głupi babsztyl", "Głupia stara c..a", " Do gnoju babkę", "Głupia babka spała i dziecko w nosie miała", "Zero odpowiedzialności", "Jak można spać, gdy w domu jest małe dziecko, idiotka stara". Życzenia śmierci, zgnicia w więzieniu, cierpień piekielnych itp...

Nie wiem, co robią inni dziadkowie i rodzice, gdy dzieci śpią. Ja po prostu też idę spać. W nocy zaglądam do wnuczki, czy nie rozkopała kołderki, sprawdzam temperaturę w pokoju i z powrotem kładę się spać. Nie siedzę i nie waruję pod jej drzwiami. 

Teraz, po tych wszystkich zdarzeniach towarzyszących tragedii dziecka i babci , zastanawiam się, czy brać na siebie odpowiedzialność i opiekować się wnuczką, gdy jej rodzice o to poproszą. Dziecko może się przecież zachłysnąć, zakrztusić, uderzyć o kant stołu, wpaść do wanny, pośliznąć na posadzce, wbić sobie klocek tu i tam, walnąć głową o futrynę, przegryźć język*, skaleczyć widelcem... Bożesz ty mój, ile jest takich możliwości, na które najlepszy opiekun nie ma wpływu.

Trzymam kciuki za malucha i jego babcię i tym razem wierzę w cud medycyny .

* Gdy rok temu wnuczka była w szpitalu, w sąsiedniej sali leżała dziewczynka lat dwa i pół, która podczas zabawy odgryzła sobie język. 1/3 języka wisiała dosłownie na jednym strzępku.  W pokoju była mama, siostra mamy i babcia. Dziecko nieszczęśliwie się potknęło o zabawkę. Kto zawinił ? Język udało się zszyć i uratować :)

Tagi: ludzie
15:56, atojaxxl
Link Komentarze (6) »