Podróż przez życie z licznymi przystankami, w tym również autobusowymi
RSS
niedziela, 30 listopada 2014

Adwenty mojego dzieciństwa to przede wszystkim dłuuugie, grudniowe wieczory przy lampie naftowej ustawionej na środku wielkiego dębowego stołu, Dziadek czytający na głos książkę, Babcia dziergająca rękawice i skarpety, Wujek dłubiący kozikiem w kawałku drewna, z którego wyczarowywał figurki zwierząt dla mnie. Nie było adwentowych wieńców, kalendarzy z okienkami, za to ściśle przestrzegaliśmy postu (tak, nie pomyliłam się, jedliśmy normalnie i w miarę obficie ale bez mięsa), który obejmował także słodycze i ciasta.

Okazywało się, że post cukrowy najbardziej dawał się we znaki Dziadkowi, który przecież każdy dzień rozpoczynał od łyżki cukru :) Ja pracowicie jak wiewiórka zbierałam wszystkie cukierki, batoniki (marasca - ktoś pamięta???) itp i cieszyłam się, że w wieczór wigilijny sięgnę do moich zapasów. Nie wiem dlaczego, ale Dziadkom moim Adwent kojarzył się z powagą, więc wszelkie inne śpiewy niż adwentowe były też zakazane :)

Post od słodyczy stosowały też moje dzieci, choć nikt ich do tego nie zmuszał. Zbierały słodycze "od Mikołaja" i pilnowały w swoich szafkach jak oka w głowie. Ot, taka dziecięca próba charakteru, z której wychodziły zwycięsko. Pamiętam taką wigilię, gdy córka idąc na pasterkę, wzięła do kieszeni czekoladę z orzechami i po zakończeniu mszy, na ulicy schrupała ją dzieląc się z koleżanką. Podobno nigdy czekolada jej tak nie smakowała, jak ta przechowana cały miesiąc w szafce :)

A dziś ? W większości domów wieniec adwentowy na stole, dziś zapalaliśmy w nim pierwszą świecę. Wiele dzieci dostaje kalendarz adwentowy z okienkami, w którym ukryte są małe czekoladki.

A ja kalendarz dla wnuczki robię sama. W ubiegłym roku była to choinka z kieszonkami, a w tym roku zrobiłam jej domek-kalendarz adwentowy.

                      

Wykorzystałam najprostsze materiały: pudełko po butach, rurki po papierze toaletowym, płatki kosmetyczne i pamiętającą PRL samoprzylepną niemiecką okleinę meblową (zachowała swoje właściwości - rok produkcji 1978), oczywiście klej, papier kolorowy.

Najpierw okleiłam pudełko drewnopodobną folią samoprzylepną. Następnie wykonałam daszek pokryty płatkami kosmetycznymi imitującymi śnieg ? białe dachówki ? Wstawiłam komin (rurka z papieru toaletowego).

                      

Wewnątrz domku wkleiłam 24 rurki po papierze toaletowym, w których zamknęłam rozmaite łakocie, po kilka kawałków puzzli i karteczki - przypominacze. Wnuczka codziennie oderwie jednego aniołka, będzie mogła przez cały Adwent dokładać puzzle do poprzednich, a we Wigilię musi poszukać ( w kominie) ostatnich kilku kawałków i zobaczy obrazek w całej krasie. Na karteczkach ważne przypomnienia o kartkach świątecznych, życzeniach, porządkach, czytaniu Pisma Św. jałmużnie, uprzejmości wzajemnej itp Przypomnienia bardziej skierowane do rodziców Małej Zu, ale i ona z nich skorzysta :)

                       

Przepraszam za jakość zdjęć, ale dopiero uczę się korzystać z dobrodziejstwa tabletu i nie wszystko mi się udaje.

                                         Błogosławionego Adwentu !!!

PS żeby nie było zarzutu o plagiat, aniołki na zamknięciu rurek wydrukowałam z internetu :), pomysł wykorzystania rurek znalazłam na stronie stylowi.pl. Cała reszta moja.

Tagi: święta
20:23, atojaxxl
Link Komentarze (3) »
piątek, 21 listopada 2014

Skończyły się "wina Tuska". Onże sam zaszył się gdzieś i szlifuje inglisz tudzież przygotowuje przeprowadzkę. Skoro "wina Tuska" już przeterminowane i skwaśniałe, to trzeba było znaleźć inne. Długo nie trzeba było czekać. Prezes-nie-mam-dokumentów ogłosił, że to wszystko "wina Kopacz" i już już oczekuje dymisji nowej premier.

Kilka tygodni temu, gdy marszałek (marszałkini) Sejmu obejmowała urząd premiera, w przewidywaniu takiej sytuacji, zaczęłam układać hasła i nawet podzieliłam się nimi na jednym z najchętniej czytanych przeze mnie blogów .

A ponieważ mam dobre serce, to puszczam je w świat tutaj:

"Brakło wódki wyborowej ! Czyja wina ? Kopaczowej! "

"Idzie zima. Popatrz, popatrz, znowu zawiniła Kopacz"

"Gdzieś stłuczka samochodowa - zawiniła Kopaczowa"

"Spadła chłopu z dachu rynna - pewnie premier Kopacz winna"

"Będą mrozy, będą śniegi - winna Kopacz i jej piegi""

"Właśnie PiS wygrał wybory - winna Kopacz od tej pory"

"Gdy prezesa kot choruje - winna Kopacz, pewnie truje"

"Pospadały już z drzew liście. Kopacz wina. Wiedzieliście ?"

"W służbie zdrowia bieda skrzeczy - winna Kopacz, bo nie leczy"

"Rozrabiał Hofman w Madrycie - Kopacz mu zatruła życie"

Ktoś dołączy do mnie, domowego wierszoklety ? Gdzie są jeszcze "wina Kopacz" ?

Tagi: humor
17:39, atojaxxl
Link Komentarze (6) »
środa, 19 listopada 2014

Czekałam, czekałam i mam. Wczoraj odebrałam na poczcie moją nagrodę za wygraną w Jesiennym Konkursie Blogerów: tablet Krueger & Matz i "Listy" Marka Hłaski.

                

Nie wiem, z czego bardziej się cieszę. O "Listach" Hłaski marzyłam, o tablecie też... No to się cieszę podwójnie :)

                

Muszę Wam jednak powiedzieć, że mina mi zrzedła, gdy "panienka z okienka" podała mi przesyłkę. Te dwa dość cenne w końcu przedmioty zostały włożone do dużej, białej koperty bąbelkowej, gdzie luźno się przemieszczały każdy w swoją stronę. Książka ma dość ostre rogi i chyba one przebiły opakowanie tak, że zawartość była widoczna dla każdego.              

                 

 

Koperta była straszliwie sponiewierana, zmięta,  miałam  obawy, czy tablet dotarł w całości. Na poczcie odmówiono mi sporządzenia protokołu zawartości, nie wiem, czy ja miałam rację domagając się tego, czy panie w okienkach - odmawiając. Więc sama rozpakowałam. Na szczęście wszystko było w porządku poza załamanym rogiem książki. Teraz się uczę* obsługi nowej zabawki :) Bloxie, dziękuję :)

*Dziś odwiedziła nas nasza wnuczka 4-letnia Mała Zu z rodzicami i zadeklarowała od progu: "Babciu, ja cię wszystkiego nauczę. To łatwe, wiesz?"

18:46, atojaxxl
Link Komentarze (3) »
poniedziałek, 17 listopada 2014

Nie, nie jestem przerażona ani zaskoczona wynikiem (wstępnym) wyborów samorządowych.

Ci, co teraz nadejdą i zasiądą przy samorządowych korytkach, będą po 4 latach jak "dźwięk pusty".

Przeraziło mnie coś innego.

Rok temu aresztowano naszego prezydenta pod zarzutem korupcji i łapownictwa. W areszcie siedział pół roku. Przy tej okazji wyszły inne sprawki korupcyjne i areszt na Montelupich stał się tymczasowym domem dla kilku jego kolesiów. Po wyjściu na tymczasową wolność, nasz prezydent otrzymał zakaz sprawowania urzędu. Pojawiał się tu i ówdzie, pisał listy do mieszkańców, ale na ogół nie sprawiał kłopotów. Czeka na rozpoczęcie procesu, którego żaden sąd nie chce prowadzić.

Najpierw planował startować ponownie w wyborach na prezydenta miasta. Wolno mu, na razie jest traktowany jak niewinny. Potem ktoś mu wybił ten pomysł z głowy.

Zmienił plany i wystartował w wyborach na radnego Rady Miejskiej. Wolno mu, jest traktowany itd. I wiecie co ? On te wybory wygrał i będzie radnym !!!

I nie jemu się dziwię, bo ciężko się chłopinie oderwać od korytka. Dziwię się jego wyborcom w liczbie 899, że tak łatwo uwierzyli w bajeczki o niewinności faceta, który pogrążył nasze miasto i walnie się przyczynił do nazwy "stolica polskiej korupcji".

Zaiste, dziwne i kręte są drogi demokracji. Tfu !!!

21:07, atojaxxl
Link Komentarze (6) »
niedziela, 09 listopada 2014

Nasz pełniący obowiązki prezydenta zaapelował do ludności miasta, aby wywiesiła flagi państwowe z okazji święta 11 listopada i żebyśmy obchodzili to święto radośnie i wspólnie. Flagę mam w gotowości, zatem rzuciłam się sprawdzać, cóż radosnego mamy w programach obchodów.

Na początek wesoło, że hej - "Requiem" Gabriela Faure, koncert w hołdzie poległym. naprawdę, musiało tam być wesoło, tym bardziej, że koncert odbył się w Bazylice .

Potem "Gala muzyki klasycznej" - koncert dla wybranych i dla wielbicieli. Ja akurat uwielbiam muzykę klasyczną, ale inni - niekoniecznie.

I wreszcie Dzień Niepodległości - oczywiście msza święta w intencji ojczyzny, w Bazylice. Będzie zapewne radośnie, już się cieszę.

Po mszy przemarsz uczestników w okolice Grobu Nieznanego Żołnierza , po drodze przy pomniku Władysława Łokietka oficjele otrzymają zapalone znicze, z którymi pomaszerują a lud prosty musi sobie sam znicze kupić i zapalić, ale pomaszerować może. Taki patriotyczny marsz to czasem bywa radosny aż się gorąco robi.

Kolejny punkt radosnych obchodów to złożenie powyższych zniczy u stóp Grobu Nieznanego Żołnierza. To taka nasza lokalna tradycja, u nas nie składa się wieńców (może i dobrze, taniej wychodzi) a zapala się tzw. Światła Pamięci. Składaniu zniczy towarzyszą poczty sztandarowe, warta honorowa, klasy wojskowe w szyku uroczystym, oczywiście hymn. Jest więc wesoło i radośnie, z przytupem.

I ostatnia okazja do okazania radości - wspólne śpiewanie pieśni patriotycznych na schodach Teatru Miejskiego. Tak, tu jest zwykle wesoło, tu panuje wspólnota serc i myśli i nut. Tylko, że tu już nie przychodzą oficjele, jakoś nie czują potrzeby dzielić tej wspólnej radości wyrażonej pieśnią.

Chociaż.... za tydzień są wybory samorządowe, to może, a raczej na pewno niektórzy się tam pojawią.

Jak widzicie, u nas będzie się działo, będzie zabawa, będzie radośnie... a u Was ?

Acha, jeszcze jedna uroczystość z prywatnej inicjatywy posła : sadzenie drzewek Niepodległości :) Zostanie realna korzyść dla osiedla.

09:17, atojaxxl
Link Komentarze (9) »
sobota, 08 listopada 2014

Życie jest piękne. Świat jest piękny. Za oknem chmury, ponuro, deszcz wisi w powietrzu a ja sobie śpiewam:

I see trees and green,

Red roses too,

I see them bloom

For me and you

And I think to myself

What a wonderful world !

Doczekałam chwili, gdy nad trzema torreadorami PiSu zawisła realna groźba pożegnania się z partią. Nic mnie bardziej nie ucieszy, jak świadomość, że przestanę patrzeć na gębę Hofmana, na ułożone w wieżyczkę łapki Kamińskiego, na Rogackiego. Wszyscy mieli parcie na szkło, wszyscy mieli nieograniczone możliwości. PiSu to nie osłabi, ale zatelepie niejednym...

A w ogóle to tłumaczenia  ich postępku przez kolegów przypomina mi jak w latach szkolnych tłumaczyliśmy się z dwój: no tak, dostałam dwoję z matmy, ale połowa klasy też dostała, nie tylko jaaaa :( Czyli: koledzy nasi popili, ale wszyscy piją, koledzy zakombinowali z kasą, ale inni też kombinują. No tak, nasi koledzy podpadli ale my się ich pozbędziemy a PO to swoich nie wyrzuca ... itp itd.

Tagi: ludzie
12:46, atojaxxl
Link Komentarze (1) »
piątek, 07 listopada 2014

Chyba zacznę pisać scenariusz serialu z motywem medycznym pt "Lekarz, ten trzeci i ja" . No cóż, należę do nieco starszego pokolenia, uczyłam się liczyć na wielkim liczydle, posługiwałam się liczmanami, pisałam najpierw ołówkiem kopiowym mojego dziadka a potem stalówką umocowaną w drewnianej obsadce , maczaną w kałamarzu. Idąc zaś do lekarza przyzwyczajona byłam, że gdy wchodzę i się przedstawiam, to lekarz sięga po świętość nad świętościami, biblię mojego stanu zdrowia - kartotekę medyczną. A pan dr M. podawał rękę :)Tak było jeszcze niedawno...

Od pewnego czasu lekarze (NFZ) prawie nie reagują na powitanie, nie nawiązują kontaktu wzrokowego z pacjentką, tylko gapią się w tego trzeciego. To on stał się encyklopedią mojego ciała i duszy, a lekarze mają czyste, uporządkowane biurko. Skomputeryzowanie służby zdrowia odczłowieczyło - moim osobistym zdaniem - relacje lekarz-pacjent. Ważniejszy stał się on - komputer.

Przykłady ? Proszę bardzo. Moją przychodnię pierwszego kontaktu przeniesiono do nowoczesnego budynku, szkło, bajery i komputery, monitory informacyjne przed każdym gabinetem. Od zgłoszenia swojego przyjścia w recepcji staję się numerem a moje dane zredukowane do inicjałów wyświetlają się na monitorze wraz z godziną wejścia do gabinetu (to jest akurat fajna rzecz, skończyły się spory o kolejność ).

Zanim jednak wszechwiedzący komputer nada mi ten numer, to najpierw muszę w tejże recepcji oddać do zeskanowania przyniesioną dokumentację, np. kartę szpitalną (to akurat nie jest fajne, w recepcji pracuje moja sąsiadka). W drzwiach gabinetów nie ma klamek od strony korytarza :) Nie ma tak, że ktoś wychodzi i mija się w drzwiach z następnym. Drzwi trzeba zamknąć, lekarz uzupełnia zapisy i czyta historię choroby następnego pacjenta. Gdy wchodzę do gabinetu, to moja pani doktor już wie, że ja to ja i czyta sobie w komputerze, co też tam ja przyniosłam, zadaje jakieś dodatkowe pytania, bada ciśnienie, po czym drukuje receptę ... i dziękuję :)

Następny przykład. Po blisko 6 miesiącach czekania dostałam się przed oblicze doskonałego chirurga naczyniowego. Pan doktor miał przed sobą tylko biurko a na nim komputer. Gdzieś tam na ekranie mignęło mi moje nazwisko. Pan doktor powiedział jeno: "Proszę pokazać nogę, dziękuję" . Gdy chciałam coś powiedzieć, pielęgniarka upomniała mnie, żebym nie przeszkadzała klikającemu panu doktorowi.

Tenże zaś oświadczył, że teraz właśnie wysłał wewnętrzną siecią skierowanie na badania usg i mam się udać tam po skończonej wizycie a tu ma pani recepty, które należy zrealizować w aptece (tu adres). Dziękuję pani, pan doktor kliknął ostatecznie. Nie, nie może mi dać skierowania na usg do ręki, bo muszę je wykonać w tejże przychodni i wyniki wewnętrzną siecią wrócą do pana doktora. Ameryka, naprawdę. Nie , proszę pani, sumienie i praktyka mi nie pozwala zapisać  pani czegoś refundowanego, bo jest nieskuteczne. Do widzenia. Wizyta trwała może 4-5 minut.

Przykład z dzisiejszego dnia. Nasz G. musi korzystać z opieki specjalisty (bierze stałe leki), do którego też ciężko się dostać - takie czasy, ludzie przestali wstydzić się wizyt u psychiatry i na termin czeka się nawet do 5 miesięcy. G. miał termin pod koniec października ale rejestracja odwołała wizytę nie proponując żadnego terminu w zamian. Cudem prawie udało się wkręcić syna na dziś, bo ktoś zrezygnował. Najpierw czekaliśmy na panią doktor, która wyszła na obiad (dziś przyjmuje od 8.00 do 16.00, no ma prawo zjeść, nie mam pretensji).

Pierwsza pacjentka po tym obiedzie była w gabinecie z 5 minut najwyżej, następna tak samo. Ale my szliśmy do tej pani pierwszy raz. Uporządkowana dokumentacja w garści, trochę lęku jak będzie. A tu niespodzianka:

- Dzień dobry (to my)

- Pan G. ? (rzekła pani doktor patrząc w monitor i klikając)

- Tak.

- Śpi pan dobrze?

- Tak.

- Nie ma pan koszmarów?

- Nie.

- Apetyt ?

- Mam..

- Głowa nie boli?

- Nie.

- Proszę, tu jest recepta, widzimy się za 3-4 miesiące - (pierwszy kontakt wzrokowy)

Ośmieliłam się poprosić o zaświadczenie dla rodzinnego, pani doktor bez słowa wydrukowała gotowca z komputera. Nie patrzyłam na zegarek, ale ileż to mogło trwać ?

Dwa tygodnie temu spotkałam wkurzoną sąsiadkę - wracała ze swojej przychodni, wysiadła sieć komputerowa, wizyty odwołano, kazano dzwonić w celu ustalenia innego terminu... Bo cóż z tego, że lekarz przyjmie pacjenta, jak jego dane są przeniesione do komputera a tenże komputer drukuje też recepty i skierowania.

Chyba się zarejestruję do systemu ZIP - przynajmniej się dowiem, co komputery o mnie wiedzą :)

Tagi: ludzie
20:32, atojaxxl
Link Komentarze (2) »
czwartek, 06 listopada 2014

Niniejszym wpis zainspirowany został przez notkę babcibezmohera :)

      Zaczęło się. Z każdego płotu, baneru, bilbordu patrzą na nas z nadzieją oczy kandydatów do władz samorządowych, które to władze (rady miejskie, sejmiki itp tudzież prezydenci i burmistrzowie ) będziemy wybierać 16 listopada. Ze skrzynki wyjmuję codziennie kilkanaście ulotek moich przyszłych dobroczyńców. Niektóre nazwiska powtarzają się od lat, niektóre rodziny kandydują rozdzielone po różnych okręgach wyborczych (mąż tu, żona tam, dwaj synowie jeszcze gdzie indziej)

     W moim mieście robi się coraz bardziej śmiesznie. Dotychczasowy prezydent miasta, od ponad roku tylko tytularny, czeka na rozpoczęcie sprawy sądowej z podejrzenia o korupcję. Jest teraz na wolności i za wszelką cenę chce przekonać mieszkańców, że jest niewinny jak niemowlę, i prawo a zwłaszcza sprawiedliwość muszą być po jego stronie. Więc zamiast elegancko usunąć się w cień, postanowił najpierw kandydować ponownie na prezydenta ( na razie ma tylko sądowy zakaz sprawowania funkcji i pojawiania się w urzędzie miasta). Ktoś rozsądny wybił mu tę myśl z głowy,  ale pan prezydent kandyduje na radnego i to z pierwszego miejsca na liście. Jak znam życie - przejdzie... ma grono wyznawców. A jeśli będzie wyrok skazujący ??? To się zrobi wybory uzupełniające - podatnik zapłaci.

      Na prezydenta kandyduje odwieczny nasz bojownik, naukowiec , politolog. Mój Boże, jak długo pamiętam, zawsze gdzieś kandydował - zaliczył nawet walkę o prezydenturę państwa. Swego czasu proponował mi miejsce na swojej liście. Liczył na to, że mam liczne kontakty z rodzicami uczniów, dostęp do danych osobowych. W żartach (nie miałam ochoty na współpracę z nim) powiedziałam, że się zgodzę, ale pod warunkiem, że dostanę pierwsze miejsce na liście. Pan oświadczył, że mam ....wygórowane ambicje i przestał mi się kłaniać.

     Inni kandydaci budzą politowanie. Pani, która nigdy nie pracowała legalnie, pół roku przebywa za granicą, gdzie pracuje w ogrodnictwie, potem baluje w Ciechocinku, teraz kandyduje na radną, odwiedza domy, opowiada bajki o tym, co też to ona w radzie miasta załatwi.

     Pan stacz kolejkowy, rozsławiony przez telewizję człowiek mikrego wzrostu, kandyduje na radnego z buńczucznymi zapowiedziami obrony praw niepełnosprawnych, starych, chorych itp. Z całym szacunkiem - poza doświadczeniem stacza kolejkowego ten pan nie posiada żadnej wiedzy na temat funkcjonowania miasta, planowania budżetu. Zmiana zasad rejestracji do lekarzy specjalistów pozbawiła go zarobku (stał w kolejkach za pieniądze), więc próbuje wykorzystać swoją gasnącą popularność i dostać się do rady. Żeby nie było niedomówień : nie drwię z biednego, chorego człowieka, ale każdy kandydat wystawia się na surową ocenę i każdy jej podlega bez względu na wzrost i choroby.

     Z plakatów w pobliżu mojej dawnej szkoły patrzą na mnie oczy byłego ucznia. Pamięć mam dobrą, losy moich absolwentów też znam - wyleciał z technikum za notoryczną nieobecność na zajęciach, potem zaczepiał się tu i tam ale nigdzie nie zagrzał miejsca. Brał udział w rozmaitych rozróbach kibiców - narodowców. Przygarnęli go prawi i sprawiedliwi i jest dumnym kandydatem, który chce uczyć patriotyzmu (mieszkańcy o niczym innym przecież nie marzą)

      I jeszcze pani w wieku pobalzakowskim, samotna, bezdzietna - będzie walczyć o rodzinę, warunki do podniesienia dzietności itp. Kocham po prostu takie kandydatki, jej komitet wyborczy związany z partią opozycyjną chyba też je kocha, bo ma ich kilka na liście.

      Moim skromnym zdaniem do władz samorządowych powinny kandydować osoby wykształcone, z ustabilizowaną sytuacją materialną, niezależne finansowo, z mocną pozycją zawodową, odporne na pokusy, znające prawo, zasady organizacji i funkcjonowania organów miasta i rzeczywiste potrzeby mieszkańców. 

     Mam nadzieję, że takich wybierzemy, bo i tacy też patrzą z plakatów.

06:40, atojaxxl
Link Komentarze (4) »
wtorek, 04 listopada 2014

Lubię  odwiedzać cmentarze, choćby tak, przez internet :)

Dziś oglądam największy cmentarz Ameryki Łacińskiej - Cementario de Nueva Esperanza in Villa Maria del Triunfo  (Peru). Niesamowity, położony na wzgórzach, jest tak ogromny, że ludzie poruszają się po nim specjalnymi małymi taksówkami (o ile ich na to stać).

Zmarłych chowa się w kamienistym gruncie, grób przykrywa kamieniami, które zamożniejsi malują na niebiesko. Jeszcze bardziej zamożni obmurowują grób a u wezgłowia stawiają coś w rodzaju budki z daszkiem. Wśród grobów wyrastają też ubogie kolumbaria dla kilku urn.Na grobach przesiadują odwiedzające rodziny, jedzą, śpiewają. Widziałam zdjęcie grobu zastawionego butelkami coca-coli - ktoś przedsiębiorczy korzystał z okazji drobnego zarobku.

Cmentarz robi wrażenie zarówno obszarem jak skromnością, by nie powiedzieć - ubóstwem. Jakże różni się od naszej cmentarnej pychy i wystawności.

Obejrzyjcie tu www.panoramio.com/user/6798085/tags/Cementerio?photo_page=5

sobota, 01 listopada 2014

Dziś na wszystkie sposoby odmieniane i wykorzystywane są słowa "zaduma i refleksja". Przynajmniej tak to wygląda w oczach dziennikarzy relacjonujących przebieg święta Wszystkich Świętych na licznych cmentarzach.

A ja myślę o tych wszystkich, którzy nie znają miejsca wiecznego spoczynku swoich bliskich. Nie wiedzą gdzie ich groby i czy w ogóle takie są.  Myślę o wszystkich czekających na jakiś znak, na potwierdzenie, że znalezione właśnie kości , to szczątki bliskiej im osoby. I jak zawsze przychodzi mi z pomocą poezja.

Wisława Szymborska podczas wojny miała ukochanego chłopca, żołnierza podziemnej armii, który wysłany został z misją do Wilna. Z misji nie wrócił, nikt nie wie, co się z nim stało. Po wojnie, po próżnych poszukiwaniach napisała poemat "Janko Muzykant" *, jego ostatnia część wyraża ból wszystkich, którzy nie wiedzą, gdzie spoczywają ich bliscy:

         Na grób, który może być wszędzie,

          pęki nie ściętych kwiatów.

          Nie wolno deptać ziemi.

          Grzech.

 

          Już tylko smutkiem szukam,

          z dawna znajomym światu:

          - gdzie ?

*"Janko Muzykant" pierwodruk w Jednodniówce literacko - społecznej "Inaczej", Kraków, wrzesień 1945, s.8. Później już nigdy tego poematu nie publikowała. Przypomniano o nim dopiero w ostatnio wydanym tomiku "Czarna Piosenka"...

Ja cytuję za: Wisława Szymborska: "Czarna Piosenka", Kraków 2014, s.35

18:41, atojaxxl
Link Komentarze (2) »