Podróż przez życie z licznymi przystankami, w tym również autobusowymi
RSS
sobota, 23 listopada 2013

Mała Zu jest w domu. Jeszcze kilka dni musi zapomnieć o używaniu nóg :) Jest zadziwiająco grzeczna i cierpliwa, wie, że nie wolno jej chodzić, więc ładnie prosi o przeniesienia z miejsca na miejsce. Jak na takie małe dziecko (3 latka) perfekcyjnie i szybko układa puzzle, maluje, rysuje, lepi cuda z ciastoliny. A babcia Be (czyli ja) może bez stresu oddać się wieczorami swojej pasji.

Dziś pokazuję moje karczochowe rybki, była ich cała kolorowa ławica, ale część popłynęła w świat

Ot, taki sobie rybi profil

I en face :)

I jeszcze ławica :)

Teraz pracuję nad karczochową rybką MiniMini. Efekty pokażę wkrótce :)

niedziela, 17 listopada 2013

Mała Zu leży w szpitalu. Jeszcze we środę była po przedszkolu na rytmice, jeszcze we czwartek zachęcała mnie "Skaczemy , babciu", a w piątek dostała się w tryby przepisów NFZ.

Małą Zu bolała nóżka w stawie biodrowym. Moja wyobraźnia podsuwała mi najgorsze obrazy chociażby z reklam społecznych i z własnego doświadczenia. Lekarka postawiła diagnozę i dała skierowanie do poradni chirurgicznej na cito.

Ojciec Małej Zu natychmiast ( a był to już wieczór) pojechał do poradni, gdzie dowiedział się, że najbliższy termin to dopiero za trzy tygodnie a cito nie zrobiło na nikim wrażenia.

Do dziś nie wiemy, jakich argumentów użył ojciec Małej Zu, ale nagle znalazł się termin na rano następnego dnia.

Dla Małej Zu to było ważne wydarzenie, ona zupełnie nie boi się lekarzy i badań, nie płacze przy pobieraniu krwi, interesuje ją tylko, czy dostanie naklejkę.

Około 10.00 rano w piątek zapadła decyzja, że Mała Zu zostanie w szpitalu, po prześwietleniach, usg i badaniach będzie wiadomo, czy potrzebny będzie gips i wyciąg. Szczęśliwie obyło się bez tych narzędzi tortur, ale przy łóżku szpitalnym stanął wózek inwalidzki.

Mała Zu jest pogodną i cierpliwą pacjentką. Lubi jeździć na wózku, bawić się w bawialni, oglądać kolorowe obrazki na ścianach. Do szpitala zjechały lalki, książeczki, kot, rybka Minimini, kredki i wszystko, czym można zająć dziecko, któremu nie wolno chodzić.

Mała Zu mogłaby leżeć w domu. W końcu lekarstwo, które jej podają w szpitalu, stoi w domowej apteczce, bo to popularny lek przeciwzapalny i przeciwbólowy dla dzieci. Założony na łapkę wenflon niczemu nie służy.  Ale o losie Małej Zu i całej rodziny nie decydują lekarze i  wyniki itp, tylko przepisy NFZ.

Mała Zu mogłaby być zabrana do domu już w piątek w południe. Musi jednak "odleżeć" w szpitalu 3 (trzy) doby, żeby szpital otrzymał zwrot kosztów z NFZ, a na te koszty składają się m.in. badania rentgenowskie,usg, kilkakrotne badania krwi i pozostałe składowe.

Dlatego Mała Zu leży w szpitalu, w pustej na szczęście sali. Towarzyszy jej zawsze ktoś z rodziców zamienianych przez babcie i ciocie. Noce w szpitalu spędza ojciec. Rodzice podają leki, myją, karmią, noszą, wysadzają, wstają do niej w nocy, gdy trzeba.

Personel nie narzuca się ze swoją obecnością. Byłam u Małej Zu kilka godzin, pielęgniarkę widziałam 2 razy: gdy wpuszczała mnie na oddział i gdy mierzyła MZ temperaturę.

Mała Zu ma 3 lata. Nie jest świadoma absurdalnych przepisów, które na 3 dni oderwały ją od domu i ukochanego pokoiku. Ale my dorośli jesteśmy świadomi i dlatego pytamy: gdzie te oszczędności ?

Szpital musi dziecko utrzymać, dać mu jeść i pić , zapewnić środki higieniczne, wodę do mycia i kąpania, lekarstwa, czystą pościel, teoretycznie obsługę pielęgniarską i sanitarną, energię elektryczną do świetlenia, do pracy urządzeń monitorujących, do ładowarek.

To wszystko kosztuje w sumie więcej niż te nieszczęsne badania. To wszystko miałoby dziecko w domu, ale widać NFZ skąpiący na zwrocie kosztów za badania ma szeroki gest w wydawaniu pieniędzy, które mógłby przeznaczyć ...na zwrot kosztów za badania.

Mała Zu wraca jutro do domu. Trzecia doba minie o 10.00.

czwartek, 14 listopada 2013

U koleżanek na blogach robótkowych praca wre, bombki, kartki, ozdoby, rozmaitość technik może przyprawić o zawrót głowy. Ja już przeszłam chorobę wszechstronności, skupiam się raczej na tym, co umiem najlepiej i co najbardziej lubię robić. Dziś moje ukochane iris folding - technika, do której można wykorzystać różne papiery, kartoniki, klej, i ciekawe szablony, których zatrzęsienie na wszelkich googlach, picasach, pinterestach itp

Istotą zabawy z iris folding jest fakt, że prace wykonuje się na lewej stronie i końcowy efekt widać dopiero po odwróceniu kartki na właściwą stronę :) Zdarzają się niespodzianki :)

Ja papiery kupuję najczęściej w wielkiej hali, zimnej jak Syberia, gdzie zorganizowano polską wersję Flohmarku - właściciel przywozi wielkimi scaniami towar wykupiony na wyprzedażach i wystawkach w Niemczech. Czasami trafiają się rarytasy - np wspólnie z koleżanką wykupiłyśmy chyba pół dostawy papieru jedwabnego do pakowania prezentów, idealnego do iris foldingu.

Trafiły się nam też doskonałe papeterie z kartonami do wykonywania kartek, z wzorami świątecznymi.  Oprócz tego zdobyłyśmy dosłownie za grosze (50 groszy za sztukę !!!) pudło dziurkaczy z gwiazdkami, choinkami, bałwankami, śnieżynkami itp. Mamy też zapas kolorowych pianek tzw. moosgummi, z których można zrobić cuda, ale one przeznaczone są dla warsztatu mojego syna.

A teraz zapraszam do obejrzenia moich kartek, brakuje na nich napisów, czekam na natchnienie, ostatnio ręka mi drży, gdy coś chcę artystycznie napisać

1. Bombki - bibuła marszczona metalizowana, karton brokatowy,

.

2. Złota gwiazda - papier marszony metalizowany zloty, iris (oczko) z papieru ryżowego nakrapianego złotymi lub srebrnymi 'diamentami"

3. Wzór mojego pomysłu - bombki z papieru metalizowanego marszczonego, tło z ostrokrzewami ze sztywnego papieru listowego z wyprzedaży :)

4. Bałwanek według szablonu z neta, wykonanie moje

5. Bombki inne - materiały jak wyżej

6. Mój ulubiony wzór z głową Mikołaja - podobny (a może i ten sam) prezentowałam w ubiegłym roku

6. Matka Boska z Dzieciątkiem, materiał - niebieski papier jedwabny

niedziela, 10 listopada 2013
czwartek, 07 listopada 2013

Już pisałam, że jestem chora, gdy mam iść załatwić coś w jakimś urzędzie. To chyba specyfika naszego miasta (prezydent nadal w areszcie !!!), że w  wielu instytucjach z nazwy mających pomagać i służyć ludziom w potrzebie, powstały mateczniki przeszłości z przyzwyczajeniami i manierami rodem z "Misia".

Poszliśmy z G. załatwić pewną sprawę w biurze obsługi mieszkańców. Wąski korytarzyk , mnóstwo ludzi, samo południe. O tej właśnie godzinie rozpoczyna się 3-godzinny seans przyjmowania wniosków o dodatki mieszkaniowe (o czym nie wiedziałam).

My z inną sprawą, ale swoje musimy odsiedzieć. Drzwi oklejone mnóstwem informacji, wiele z nich przeterminowanych ale wiszą. Z pokoju co chwilę wybiegają zaaferowane urzędniczki. Wracając ciągnę za sobą smugę tytoniowego zapachu. Niektóre niosą zakupy z małego sklepu usytuowanego tuż przy wejściu do ośrodka. Powtarzam: jest dwunasta !!!

Czekający jak to ludzie: próbują różnych sztuczek,żeby obejść kolejkę:

- Ja tylko się zapytam...

- Ja tylko po druki...

- Ja tylko pokażę, czy dobrze wypełniłem..

- Ja tam parasol zostawiłam...

- Ja muszę bez kolejki, bo mam lekarza za godzinę...

I wreszcie nowy patent: młodzieniec stanął przed drzwiami do biura, przyłożył telefon do ucha i zapytał głośno: No to ja, jesteś już w środku ? to wchodzę ... I wszedł

Wszedł a my za nim, bo to nasza kolej już była. Młodzian z nikim się nie spotkał, rozsiadł się przy biurku i położył swoje papiery...

W pokoju sytuacja wygląda następująco: dwie panie nabożnie coś spożywały nad rozłożonymi dokumentami, przy kolejnej siedział młodzian, my podeszliśmy do następnej wolnej. Pani dość ponura szybko sprowadziła mnie na ziemię, że "przecież tu pisze, że ja tylko dodatek mieszkaniowy przyjmuję". Na pytanie, kto wobec tego nami się zajmie, pani popatrzyła na następne biurko, na szczęście zaraz podeszła urzędniczka  szukająca czegoś w szafie.

Przyjęła nas bardzo profesjonalnie, uprzejmie, wyczerpująco udzieliła informacji, przyjęła dokumenty, pocieszyła i zapewniła o pozytywnym załatwieniu sprawy. Z G. rozmawiała rzeczowo, widać, że ma doświadczenie w takich rozmowach. To był jasny punkt tej naszej wizyty.

Natomiast urzędniczka, do której wcześniej się zwróciliśmy, przyjmująca tylko wnioski na dodatki, cały ten czas przesiedziała zamiast poprosić/wezwać następną osobę. A tłum gęstniał..

A mnie intryguje: dlaczego tyle urzędniczek siedzi w jednym niewielkim pomieszczeniu ?

Dlaczego nie zapewnia się  klientom odrobiny intymności ? Czy bieda musi oznaczać konieczność wywnętrzania się przy innych ?

Czy wnioski na dodatek muszą być przyjmowane tylko przez 3 godziny, skoro urząd pracuje osiem?

Czy druki mogłyby być dostępne w informacji przy wejściu ? My sobie wszystko pobraliśmy przez internet, ale nie wszyscy mają dostęp.

Eeee, chyba za dużo chcę wiedzieć, zamiast myśleć z wdzięcznością o tej szlachetnej instytucji, to ja dzielę włos na czworo :)

 

18:31, atojaxxl
Link Komentarze (2) »
wtorek, 05 listopada 2013

Na wielu blogach pojawiają się już wpisy z propozycjami ozdób świątecznych. Więc i ja wrzucam garść moich ulubionych "karczochów", których technikę wykonywania poznałam dużo wcześniej niż w Polsce zaczęła się moda na ten typ ozdób.

"Karczochy" mają swoje wymagania - odpowiedniej jakości styropian, dobre szpilki, dobre wstążki. Oszczędzanie na materiale mści się potem na estetyce wykonania: szpilki nie mogą być widoczne, styropian nie może przebijać spomiędzy wstążek. No i zestawienia kolorów, powinny być dopasowane do charakteru święta lub uroczystości, którą mają zdobić.  I najważniejsza rzecz - cierpliwość, bez niej nic się nie uda.

Zapraszam do oglądania, naśladownictwo wskazane :)

1. Oto mój warsztat: kształtki styropianowe od sprawdzonego dostawcy, 3 długości szpilek ( 13, 18, 25 mm), wstążki najczęściej szerokości 2,5 cm, miseczka porcelanowa lub szklana do pracy z kulami, magnes do zbierania szpilek z podłogi, organizer z licznymi przegródkami na pocięte wstążki, nożyczki, ozdoby

2. Pokazuję zdjęcia prac z ostatnich lat, nowe w robocie dopiero :) Tu seria bombek nazwana przeze mnie "Noc Bożego Narodzenia"

3. a tu gwiazdki z recyklingu, dostałam brzydkie chińskie gwiazdki obsypane sztucznym śniegiem i nadałam im drugie życie

4. A tu moje ulubione karczochy kręciołki - tą techniką można robić wszystko : kule, dzwonki, szyszki, wieńce, choinki

5. A tutaj szklana szopka w bombce - trzeba wyciąć ćwierć kuli, zrobić rodzaj wnęki, wyłożyć wstążką i wkleić szopkę, oczywiście wcześniej należy upiąć wstążki . I gotowe

CDN CDN CDN

sobota, 02 listopada 2013

Dziś Zaduszki, te wielkie świąteczne i moje prywatne. To taki dzień, kiedy odwiedzam najmniejsze groby i kolejny raz wspominam, jak to się stało, że powstały, że wywołują łzy i rozważania, co by było, gdyby...

Jest taki wiersz Szymborskiej "Bagaż powrotny" poświęcony refleksji nad doświadczeniem życiowym, jakie zdołały zebrać dzieci zanim odeszły z tego świata. Piękny wiersz..

Kwatera małych grobów na cmentarzu,

My długożyjący mijamy ją chyłkiem,

jak mijają bogacze dzielnicę nędzarzy

Tu leżą (....)

przedwcześnie odebrani słońcu, księżycowi,

obrotom roku, chmurom

Niewiele uciułali w bagażu powrotnym,

strzępki widoków

w liczbie nie bardzo mnogiej,

garstkę powietrza z przelatującym motylem,

łyżeczkę gorzkiej wiedzy o smaku lekarstwa (...)

Pawełek - urodził się, by po kilku miesiącach życia w nieustannym bólu umrzeć. Przyszedł na świat z nieuleczalną chorobą nowotworową. Ostatnie jego tygodnie rodzina spędziła na kolanach błagając, by wreszcie przyszła dobra śmierć...

Sebastian - lat 6, okaz zdrowia, zapalony piłkarz i wędkarz, nagle zaczął pokazywać rodzicom liczne siniaki. Szybka i bezlitosna diagnoza - uogólniona postać nerwiaka zarodkowego, można tylko ulżyć w cierpieniu, które trwało 2 miesiące.

Mateusz - rok, w Wigilię miał urodziny, w pierwszy dzień Bożego Narodzenia już nie żył, agresywna postać sepsy nie dała dziecku żadnych szans.

Kubuś - kilka miesięcy, jak Mateusz - ścięty przez sepsę w ciągu kilkunastu godzin.

Maria W. - noworodek, matka w zemście nad ojcem wypisała na tabliczce nagrobnej jego imię i nazwisko, był znanym w naszym mieście i poza nim politykiem. Pogrzeb potężny, wieńce, kwiaty, księża - choć zwykle na takie pogrzeby nie przychodzą. Od dnia pogrzebu, a mija niebawem 20 lat, nikt nie zainteresował się zapadającą się w ziemię mogiłą. Dbam o nią jak mogę, ale nie stać mnie by opłacić na kolejne 20 lat. Pewnie zostanie zlikwidowana...

Tomek - 16 lat, po kłótni z ojcem odebrał sobie życie. Był najweselszym, najpogodniejszym uczniem, jakiego miałam, skłonnym do figlów i psot, potrafił zawsze przeprosić i rozbroić nauczyciela swoim uśmiechem... Matka jest codziennie przy grobie.

Konrad - 13 lat, przerażony perspektywą odebrania od babci i umieszczenia w domu dziecka lub rodzinie zastępczej, odebrał sobie życie. W tej ostatniej godzinie towarzyszył mu pies. Najsmutniejsza, najbardziej głupia i niepotrzebna śmierć. Przychodził do mojej grupy na zajęcia wyrównawcze, nie był orłem, ale starał się ze wszystkich sił. O grobie pamiętają tylko siostry

Gienia  - lat 5, moja nigdy niepoznana Ciocia, zmarła w 1923 roku, po przedstawieniu w szkole wiejskiej dla dzieci zapadła na ciężką gorączkę, udusiła się nie mogąc odkaszlnąć...

N.N. - noworodek płci żeńskiej pochowany na koszt gminy, a wcześniej znaleziony w krzakach.

Marianek - mój, nasz Synek :) Urodził się martwy. Nie byliśmy na to zupełnie przygotowani. Imię mieliśmy wybrać już po porodzie. Mąż był tak skołowany, że decyzję podjęła za  niego życzliwa urzędniczka w USC, nadając Synkowi drugie imię męża... Marianek sąsiaduje z Pawełkiem, Marią W. , N.N., Mateuszkiem, niedaleko od nich spoczywa Tomek w grobie rodzinnym...

Jaki bagaż powrotny zabrali ? Cierpienie ?

Co dopiero powiedzieć o jednym dniu życia ,

o minucie, sekundzie:

ciemność i błysk żarówki i znów ciemność ?

KOSMOS MAKROS

CHRONOS PARADOKSOS

Tylko kamienna greka ma na to wyrazy

                             (Wisława Szymborska)