Podróż przez życie z licznymi przystankami, w tym również autobusowymi
RSS
czwartek, 27 lutego 2014

Z żalem zawiadamiam, że dziś, po dwudziestu latach wiernej służby odszedł do Krainy Recyclingu mój wierny wałek firmy Tupperware. Kupiłam go na pokazie zorganizowanym w domu mojej przyjaciółki. Do towarzystwa dobrałam mu plastikową zwijaną stolnicę, tzw. cudowną miskę i parę innych przydasiów. Przydasie rozeszły się po ludziach, stolnica pracuje u córki, w misce posadziłam cebulki i szczypiorek, a wałek trwał i zawsze był pod ręką.

Miał tę fantastyczną cechę, że można było do niego nalać wody - ciepłej do wałkowania ciast drożdżowych, zimnej a wręcz lodowatej do kruchych. To co stanowiło jego zaletę, przyczyniło się do jego zguby. Dziś, podczas wybijania i wałkowania ciasta na faworki mój wierny wałek spadł na podłogę. Spadł i pękł na całej długości a dwa litry wody zalały mi podłogę (tak, jakbym miała mało roboty - pączki rosły, donuty dochodziły w rondlu a hiszpańskie pączki na gwałt domagały się lukrowania).

A tyle mieliśmy wspomnień, ja i mój wałek: tysiące pierniczków i drobnych ciastek na Grześkowe imprezy, cotygodniowe drożdżówki z rozmaitościami, ciasta na pierogi i uszka, kilogramy przewałkowanego i pokrojonego domowego makaronu, łazanek i lasagni.I świadomość, że zawsze mogę go użyć w celach obronnych :)

Dziś jeszcze zdążył rozwałkować ciasto na pączki i donuty, a poległ przy faworkach... i nic mi go nie zastąpi :(

Tyle lat leżał sobie pod oknem, nie buntował się, nie narzekał na wyzysk, na turlanie we wszystkie strony...

                               Żegnaj wałku, niech ci zgniatacz lekkim będzie :)

Tagi: kuchnia
15:26, atojaxxl
Link Komentarze (4) »
środa, 26 lutego 2014

Byłam dziś na pogrzebie koleżanki. Uczyła tego samego przedmiotu. Była trochę starsza ode mnie i na emeryturę przeszła też dużo wcześniej. Nie miała lekkiego życia, a i koniec nie był łatwy- 3 kolejne ciężkie wylewy, zaburzenia mowy, pamięci, ruchu, bezradność. Więc tak naprawdę śmierć była dla niej wybawieniem.

Dzień był piękny, słoneczny. Na pogrzeb jednak nie przyszły tłumy, a takich można się było spodziewać: uczyła blisko 40 lat, wychowała wiele pokoleń uczniów, całe życie spędziła w pobliżu szkoły, bo niedaleko mieszkała. Była dobrym, wyrozumiałym człowiekiem. Na emeryturze udzielała jeszcze korepetycji. A jednak byłych uczniów zabrakło..

Nie znalazł też czasu dla niej dyrektor szkoły, a za poczet sztandarowy pracował...konserwator ( w kapturze na głowie i z drzewcem w rękach wyglądał jak wysłannik samej Śmierci). Poczet się nie stawił :( Wieniec od grona pedagogicznego dźwigał wicedyrektor.

Licznie jednak stawili się emerytowani nauczyciele, w przeważającej liczbie kobiety. Średnia wieku uczestników pogrzebu wahała się powyżej 65 lat i więcej. Witali się radośnie, jakby z zadowoleniem, że to jeszcze nie oni są głównym uczestnikiem zgromadzenia, a tematem przedpogrzebowych pogawędek były choroby, wnuki i jadowicie czerwone włosy pani J.

Ksiądz szybko (za szybko moim zdaniem) spełniał swoją powinność a potem kondukt szybkim krokiem ruszył w kierunku miejsca wiecznego spoczynku. Na tyle szybkim, że niektóre uczestniczki dotarły w pobliże grobu w momencie, gdy ksiądz odmawiał już modlitwę za tego z nas, kogo Pan Bóg powoła w najbliższej przyszłości...

Grabarze szybko uwinęli się z pochówkiem, machali łopatami jak w transie. Po kilku minutach oklepali mogiłę, wbili krzyż, jeszcze kilka wieńców, parę zniczy i 75-letnie życie zostało zamknięte. Chwilę stał tylko samotny syn, bezradny wobec perspektywy życia bez matki.

Ksiądz , kościelny i śpiewaczka biegli na parking, by zdążyć na następny pogrzeb na innym cmentarzu. Ludzie rozmawiali o pogodzie, chorobach, wnukach i oczywiście o włosach pani J.

Szymborska napisała :

Umarłych wieczność dotąd trwa,

dokąd pamięcią im się płaci.

Chwiejna waluta. Nie ma dnia,

by ktoś wieczności swej nie stracił.

O zmarłej i przed chwilą pochowanej A. nie rozmawiał już nikt. Została tam pod płomykiem zniczy i w szeleście szarf, ze swoją głęboką wiarą w życie wieczne. I wypełnienia tej obietnicy wiecznej radości w niebie życzę mojej koleżance.

PS Pogrzeb był o 12.00, mieszkam 4 km od cmentarza, w domu byłam o 12.45. To najlepiej świadczy o tempie, w jakim oddano ostatnią posługę

wtorek, 25 lutego 2014

Od grudnia 2012 miłośnicy fauny mają możliwość oglądania w internecie białowieskich żubrów na specjalnie przygotowanej polanie. Kamera działająca również w nocy dzięki promieniom podczerwieni pozwala śledzić te wspaniałe zwierzęta, przychodzące majestatycznym krokiem z głębi puszczy i zajadające wyłożone dla nich siano. Przychodzą też łanie, dziki, czasem przemknie lis, borsuk, a nawet pojawiły się wilki.

Z dnia na dzień rośnie też liczba "lubisiów", lajkujących na fejsie (ach jak to brzmi !!!) stronę Lasów Państwowych, na których realizowana jest transmisja z polany. Od samego początku ukonstytuowała się grupa wielbicieli żubrów, przede wszystkim studentów uczących się do sesji egzaminacyjnej. Poprzednia zima była dość ostra dla mieszkańców puszczy i dokarmianie trwało prawie do świeżej trawy.

W tym roku zima jaka jest - każdy widzi i czuje. Więc i forma dokarmiania się musiała zmienić. Czytając komentarze niektórych oglądaczy, dochodzę do wniosku, że Polacy tradycyjnie najlepiej znają się na leczeniu i na ...żubrach. Najpierw były pretensje, że żubrów na polanie jest dwa razy więcej niż w ubiegłym roku. Faktycznie, przychodzi ich 18 - 20, w tym 2 matki z młodymi. Dla mnie - atrakcja, dla znawczyń - niekoniecznie. "Bo zjedzą karmę naszym !!! NASZYM - czyli tym z ubiegłego roku. Ręce opadają....

Potem pojawiło się zatrzęsienie dzików ryjących jak każdy porządny dzik. Przyciągała je tutaj kukurydza i inne ziarna wysypywane obficie wśród siana. Wśród dzików jeden albinos - jasny z ciemnymi plamami, coś jak skrzyżowanie świnki domowej z dzikiem. Dla mnie - atrakcja, dla znawczyń - niekoniecznie. Za dużo tych dzików, wyjadają NASZYM - czyli żubrom. Opadła mi szczęka...

Najlepsze jednak przed nami.  Żubr - jak każde zwierzę - je, żuje, trawi, a resztki wydala. Robi to tam, gdzie akurat stoi, nie szuka ustronnego miejsca. Więc na polanie przybywało żubrów i żubrowych kup. No i zaczęła się jazda - dlaczego nikt tego nie sprząta ??? Jak to wygląda, żeby żubry, łanie i dziki dokarmiane były bez uprzedniego usunięcia kup ??? To nieestetyczne, to brzydkie, to może nawet epidemią grozić. Kupa - żadna atrakcja, ale na miłość Boską, mamy do czynienia z dzikimi zwierzętami. Jak to sobie estetki wyobrażały ? Że pan Bogdan przyjdzie z łopatą i grabkami, kupki ładnie zbierze i wywiezie i panie będą mogły bez obrzydzenia wpatrywać się w ekran pijąc kawkę i przegryzając serniczkiem ??? Opadła mi lewa pierś ...

Zima z dnia na dzień łagodnieje, w puszczy jest dość pokarmu, którym zawsze żywiły się żubry: zeschnięta trawa, liście, krzewy jeżyny, porosty, mchy, kora niektórych drzew. Dokarmianie w tej sytuacji prowadzi do zaniku samodzielności w zdobywaniu pożywienia. Więc i na polanie zaprzestano przywozić nowe bele siana. Miłośniczki żubrów zaczęły popadać w stan dziwnej gorączki:

Gdzie kiszonka ???

Nie ma kiszonki !!!

Głodne żubry z nadzieją w oczach przychodzę na polanę a tu nie ma kiszonki !!!

Złóżmy się na kiszonkę !!!

Kupmy kiszonkę !!!

Żubry ofiarami nowych przepisów o Lasach Państwowych !!!

Brak kiszonki świadczy przed całym internetowym światem, jak lekceważony jest u nas gatunek zagrożony wyginięciem !!!

Wszystko mi opadło...

Zapowiadało się, że na naszych oczach żubry padną bez kiszonki. Głosy rozsądku (w tym i mój) były w najlepszym razie lekceważone. A tymczasem żubry przychodzą na polanę - w chwili, gdy piszę te słowa, jest ich 11, towarzyszą im dwa dziki i cale towarzystwo wygląda na zadowolone. Siana jest dość, a gdy zima jednak zdecyduje się wrócić, leśnicy dowiozą nowe porcje.Nawet stosowne oświadczenie ludzi lasu nie zadowoliło zwolenniczek kiszonki

I na koniec już całkiem złośliwie: te zatroskane o los polskiego żubra osoby piszą o tym królewskim zwierzęciu: ale słodziak, kochane żuberki, słodkie żuberki, słodkie maleństwo (o podrostku kroczącym jeszcze za matką ale już samodzielnym). Przypuszczam, że tak samo mówią do kota leżącego im na kolanach a  spotkania oko w oko ze słodkim żubrzym maleństwem wolałyby uniknąć...

I tyle. Popatrzmy teraz jak żubr idzie za żubrem :) Bo dobrze posiedzieć przy żubrze, nawet gdy dzieli nas od niego ekran :)

czwartek, 20 lutego 2014

Jestem już w tym wieku, kiedy mogę śmiało mówić "Za moich czasów...", "Pamiętam, że...", "Z mojego wieloletniego doświadczenia..." itp.

W zawodzie nauczycielskim spędziłam ponad 30 lat, jako uczennica i nauczycielka przeżyłam trzydziestu ministrów, wiele zmian nazwy samego ministerstwa odpowiedzialnego za edukację, wiele reform systemu edukacji mniej lub bardziej udanych.

Byłam zarówno pilną uczennicą, studentką (chwalę się, a co !!!), jak i dobrą, stale dokształcającą się nauczycielką. Z życiowych sukcesów i porażek wyniosłam kilka cennych nauk, z których najważniejsza jest ta:

 Quidquid agis prudenter agas et respice finem - cokolwiek czynisz, czyń rozsądnie i patrz końca (przewiduj skutki)

Od kilku tygodni trwa ofensywa ministerstwa edukacji promująca darmowy podręcznik do szkoły podstawowej. Najpierw mają to cudo dostać pierwszoklasiści, następnie drugo- i trzecioklasiści. Ten sam podręcznik  w całym kraju. Uczniowie klas IV - VI też dostaną darmowe podręczniki - nauczyciele danej szkoły MUSZĄ się porozumieć z tej sprawie i wybrać ten sam podręcznik dla wszystkich klas. Rodzice kupią tylko ćwiczenia i podręcznik do nauki języka obcego.

Pod koniec roku szkolnego uczniowie będą oddawać podręczniki, aby służyły następnym. Żywot takiego podręcznika przewidziano na 3 lata, czyli trzech kolejnych uczniów będzie mogło z niego korzystać. Ha !!!

Na miłość Boską, przecież to już przerabialiśmy !!! Jeszcze jakieś 20 lat temu podręczniki były bezpłatnie wydawane w szkole. W każdym egzemplarzu, na końcu była wydrukowana tabelka, w której uczeń wpisywał rok szkolny, swoje imię i nazwisko, klasę, a w ostatniej rubryce wychowawca oceniał stan podręcznika wg szkolnej skali ocen (mam w swoich zbiorach kilka egzemplarzy z różnych lat)

Jako nauczycielka i wychowawczyni miałam wiele okazji do stresowania się, ale tego, co działo się przy oddawaniu i przekazywaniu podręczników nie da się porównać z niczym. Potwierdzała się bowiem stara zasada, że ludzie nie szanują tego, co dostają za darmo.

Książki wracały, podarte, pokreślone, często z resztkami jedzenia, z oberwanym okładkami, z wyrwanymi stronami.  Przynajmniej 30 % z nich nie nadawało się do ponownego użytkowania, nie mówiąc już o wydaniu ich kolejnej klasie. Niektóre nie wracały wcale, a wyegzekwowanie należności graniczyło z cudem. Więc protokoły braków trzeba było pisać i uzasadniać (komplety były wydawane na nazwisko nauczyciela-wychowawcy i on odpowiadał za ich zwrot)

A potem koszmar wydawania podręczników na początku nowego roku szkolnego: część książek była nowiuteńka, świeżo kupiona, część z odzysku. Komu dać nowy komplet, komu używany ? Dzieci już nie pamiętały, że w czerwcu oddały podręczniki zmasakrowane, domagały się nowych, czyściutkich i pachnących farbą.

Matki-wojowniczki od rana wystawały pod szkołą, by zaatakować na wejściu: "Dlaczego mój Jaś nie dostał nowych książek, tylko stare ? A Kowalskiemu to pani dała nowy komplet, a co , mój to gorszy ? " Mniej więcej do połowy września były awantury o książki.Moja córka była zawsze poszkodowana, nie mogła dostać nowego kompletu, żeby nikt nie powiedział, że ma fory jako nauczycielskie dziecko. Więc sama kupowałam jej co rok nowe podręczniki, bo zawsze o książki dbała.

Gdy uczeń przenosił się do innej szkoły, musiał podręczniki oddać . Zdarzało się, że w nowej szkole już nie mieli dla niego książek, więc rodzice uderzali w prośby o wypożyczenie w starej szkole albo jednak musieli kupić nowy komplet, co też nie było łatwe.

A przymus wybierania tego samego programu i tego samego podręcznika dla całej szkoły ? Tu dopiero można spodziewać się awantur. Do tej pory to nauczyciel decydował, wg jakiego programu będzie uczył i z jakich podręczników korzystał. W szkole, w której pracowałam, mojego przedmiotu uczyliśmy wg trzech programów i trzech rodzajów podręczników. Ale np nauczyciele klas 1-3 chcieli się dogadać i uczyć wg Wesołej Szkoły, wszyscy. Nie udało się, jedna z koleżanek uparcie wybierała inny program i inne podręczniki, nie dlatego, że lepsze, ale dla samej zasady: nikt mnie nie zmusi, nikt mi nie będzie dyktował !!!

Wyobrażam sobie, jakie teraz będą dyskusje w pokojach nauczycielskich, jakie podejrzliwe oceny wyborów, jakie podchody wydawnictw. Bo w sumie na tej reformie podręcznikowej najbardziej po tyłku dostaną wydawnictwa.

Myślę, że rząd nie przewidział skutków. Oby po kilku latach nie obudzono się z ręką w nocniku. Przewiduję krótki żywot tego pomysłu, krótszy niż żywot podręcznika.

niedziela, 09 lutego 2014

Olimpiady kocham miłością bezwarunkową, po prostu. Dla mnie jest to (powinno być przynajmniej) święto sportu, przyjaźni, pokoju. I święto dzielności, wytrwałości, umiejętności pogodzenia się z porażką.

Nasz rozdęty do granic wytrzymałości balon medalowy powoli zaczyna wiotczeć. A to Kowalczyk z kontuzjowaną nogą zajmuje 6 miejsce, a to Pałka nie trafia tam, gdzie powinna, a to Bachleda-Curuś przekracza linię i zostaje zdyskwalifikowana. Ulubieniec (?) kibiców Żyła - jak sam pisze- leży na górze pozbawiony startu i piwa, i nie wie, czy strzelić sobie w "łep" czy olać "poraszkę".

Ale najbardziej spieniłam się czytając o naszym zjazdowcu Bydlińskim, który przyjechał do Soczi, posprzątał sobie pokój, spróbował zjechać super-trudną trasą ( w opinii samego Bode Milllera) i leży teraz biedny, bo mu kurz zaszkodził i roztocza a w ogóle to jest przeziębiony i alergiczny. No jasny gwint, droga ta jego choroba. A skoro jest alergikiem, to chyba powinien wiedzieć, jakie należy zachować procedury. Przy tym sam nie może się zdecydować czy jest zaziębiony czy ma atak alergii.

Czasem mam wrażenie, że zdrowi sportowcy powinni składać takie samo przyrzeczenie jak uczestnicy olimpiad specjalnych. Oni nie składają przysięgi, ale przyrzekają tak:

"Pragnę zwyciężyć, lecz jeśli nie będę mógł zwyciężyć, niech będę dzielny w swym wysiłku"

Wg mnie, Bydlińskiemu nie zaszkodziła alergia, ale brak dzielności, zobaczył trasę, spróbował przejechać (jak sam mówi- jechał tak, żeby sobie krzywdy nie zrobić) i uciekł w chorobę.

I żeby nie było, że nie mam pojęcia jaka to wredna choroba... Mam pojęcie, sama jestem uczulona na białko a nasz syn jest alergikiem - pyłkowcem. Więc wiem, jak to jest, gdy z nosa cieknie, oczy puchną , łzy lecą bez powodu. Ale żadne z nas nie kładzie się do łóżka. Syn wstaje codziennie o 5.30, sprząta sobie pokój, bierze leki, je śniadanie i wędruje bez względu na pogodę na przystanek, skąd jedzie na WTZ. Nigdy nie powiedział, że jest słaby, że pyłki, że może sobie poleży.

Idę oglądać olimpijskie zmagania. Northug dostał baty...

16:22, atojaxxl
Link Komentarze (2) »
środa, 05 lutego 2014

W moich szkolnych latach czyli dawno, dawno temu przywiązywano wielką wagę do oszczędzania. Hasła typu "Oszczędzają bogaci - nam się też opłaci" czy "Dziś oszczędzam w SKO - jutro w PKO" albo "Oszczędnością i pracą ludzie się bogacą" towarzyszyły nam wszędzie. Wiedzieliśmy, że trzeba gasić zbędne światło, starannie zakręcać krany, dbać o podręczniki aby odstąpić je młodszym kolegom.

Nawyk oszczędzania pozostał mi do dziś, wprawdzie nie dotyczy to walorów finansowych, ale nadal gaszę zbędne żarówki, walczę z marnotrawieniem wody, nie pozbywam się przedmiotów tylko dlatego, że niemodne. Nadal używam żeliwnej maszynki do mięsa, ręcznego miksera do drobnych prac cukierniczych, radzieckiego młynka do kawy. Wydawało mi się, że tak jest dobrze.

Otóż nie! Oszczędzanie wody obróciło się przeciwko mnie!!!  Żeby było jasne: nie ograniczam domownikom i sobie mycia, kąpieli, korzystania z  toalety . Co rok o tej porze otrzymujemy rozliczenie kosztów wody i centralnego ogrzewania. To dobry moment, bo zwykle dowiadujemy się, że mamy nadpłatę i np nie musimy płacić kolejnego czynszu. Podobnie było w tym roku. Mam nadpłatę, ale już wiem, że nie mogę starać się o dopłatę do mieszkania, ponieważ uzyskałam dochód w rozumieniu MOPSu.

Nic się nie zmieniło, nie podniesiono mi emerytury, synowi renty, mąż nadal jest bez pracy, wszystko podrożało, ale ta nieszczęsna nadpłata będąca wynikiem mojego oszczędzania podnosi mi średnią upoważniającą do otrzymania dodatku. Gdy brałam zaświadczenie ze spółdzielni mieszkaniowej, usłyszałam od pracującej tam znajomej, że lepiej mieć zaległości na czynszu niż nadpłaty, bo dla MOPSu to są dochody.

I kolejny absurd oszczędnościowy: mój syn uczestniczy w warsztacie terapii zajęciowej. Co miesiąc, jak każdy uczestnik otrzymuje niewielką kwotę na tzw. trening ekonomiczny. Ma sobie zaplanować jakieś zakupy, zrealizować je i rozliczyć się na warsztacie. Kilka lat temu było to 100  zł miesięcznie, potem w ramach oszczędności narzuconych przez PFRON kwotę pomniejszono o połowę. Nasz G. kupował sobie za to kosmetyki do golenia, do mycia, drobną bieliznę, czasem coś z pościeli, ręczniki, plecak itp.

Od stycznia, w ramach oszczędności, pozbawiono uczestników WTZ i tej drobnej kwoty. Uzasadnienie: warsztat musi oszczędzać na zakup busa do przewozu uczestników z pobliskich wsi. Bus kosztuje 185 tysięcy  złotych plus VAT (ok 40 tys.).

Miesięczny koszt treningu ekonomicznego to ok. 1600 zł (40 uczestników x średnio 40 zł), roczny koszt to ok.19 000.  Łatwo obliczyć, ile lat będą oszczędzać na ten bus, nawet biorąc pod uwagę dofinansowanie PFRON.

Niewymierne są straty psychiczne z tytułu tej oszczędności - uczestnicy mieli poczucie, że te pieniądze są ich i tylko ich, to oni sami decydują o ich przeznaczeniu. Renta - wiadomo, to idzie do wspólnego koszyka w domu, ale tzw. kasa z treningu była ich dumą . Kto nie ma osoby niepełnosprawnej intelektualnie w domu,  ten nie zrozumie problemu, no bo co to jest 40 - 50 zł?

I ja zadaję sobie naiwne pytanie: dlaczego oszczędności poszukuje się w kieszeniach najsłabszych ogniw społecznych: rencistów, emerytów, niepełnosprawnych?

20:57, atojaxxl
Link Komentarze (3) »