Podróż przez życie z licznymi przystankami, w tym również autobusowymi
RSS
środa, 11 stycznia 2017

Kilka miesięcy temu rozpoczęłam batalię w sprawie leczenia zębów syna i opisywałam, jakie musimy spełnić warunki, m.in. uzyskać zgodę sądu na leczenie w znieczuleniu ogólnym. Sąd był uprzejmy podjąć decyzję dopiero w dniu, na który mieliśmy wyznaczony termin zabiegu a treść decyzji dostarczono nam dwa dni później. Oczywiście, termin nam przepadł a następny wyznaczono nam dopiero za dwa miesiące.

Jakoś przetrwaliśmy po to tylko, żeby otrzymać telefon z informacją, że jednak zabieg został przesunięty o następny tydzień, bez podania jakiejkolwiek przyczyny. Po tygodniu historia się powtórzyła i panie z rejestracji z wyraźnym zażenowaniem mnie o tym poinformowały. Koniec końców pierwszy zabieg w pełnym znieczuleniu syn miał tuż przed świętami Bożego Narodzenia. A ja miałam portki pełne strachu, co zrobię, gdy podczas świąt wystąpią jakieś komplikacje...

Termin drugiego zabiegu wyznaczono nam na dziś. Wyposażeni w odpowiednie badania, zaświadczenia i na czczo stawiliśmy się karnie o godz. 6.45 pod odpowiednimi drzwiami. Zgodnie ze staropolską tradycją medyków nikt nie miał zamiaru zacząć pracy punktualnie. Korytarz wypełniał się kolejnymi niepełnosprawnymi pacjentami z obstawą rodziny, a lekarzy nadal nie było. 

W pewnym momencie na końcu korytarza, przy windach powstał jakiś ruch, brzęk, mocne męskie kroki i oczom zgromadzonych ukazała się scena jak z finału filmu kryminalnego: trzech mocno zbudowanych funkcjonariuszy Służby Więziennej w pełnym bojowym rynsztunku, z bronią, pałkami (paralizatorami?), w kamizelkach kuloodpornych przyprowadziło więźnia skutego łańcuchami na rękach i nogach. Obok dreptała dziewczyna z dokumentacją stomatologiczną delikwenta, który zasiadł dokładnie naprzeciw mnie i syna.

Pomyślałam sobie, że będzie kolejna obsuwa czasowa, bo wiem, że tacy pacjenci mają pierwszeństwo. Ale i ten musiał czekać, przecież nie było lekarzy. W dodatku jak się okazało, nawet nie został zarejestrowany. Dopiero dziewczyna z dokumentacją musiała zjechać do rejestracji i załatwić formalności.  Więzień siedział otoczony funkcjonariuszami i bawił się swoimi łańcuchami. Pacjenci obserwowali rozwój sytuacji...

Wreszcie na horyzoncie pojawił się szef i machina ruszyła. Więzień został przyjęty w zwykłym gabinecie, oczywiście w pełnej obstawie, a syn poddał się procedurom usypiania, leczenia i wybudzania. I wszystko dobrze.

I tylko ja się tak zastanawiam, czy to tak powinno wyglądać. Nie kwestionuję absolutnie prawa więźnia do specjalistycznego leczenia, jest człowiekiem. Ale czy powinien siedzieć w korytarzu pełnym pacjentów, dodajmy: niepełnosprawnych umysłowo, z różnymi deficytami neuro- i psychiatrycznymi, z lękami, fobiami. Czy konieczna jest ta demonstracja siły, broni i innych rekwizytów władzy więziennej. A gdyby mimo wszystko coś temu człowiekowi strzeliło do głowy? Co zrobiliby funkcjonariusze SW? Strzelaliby? Użyli gazu lub paralizatora? Nie znam się, może wymyślam sobie scenariusze nierealne, ale gdyby tak... to co?

PS Nie mam najmniejszych zastrzeżeń do samego procesu leczenia syna. Pełny profesjonalizm, wyczucie, delikatność i szacunek dla niepełnosprawnego pacjenta. Jedynie ta punktualność, a raczej jej brak...

21:22, atojaxxl
Link Komentarze (3) »
wtorek, 10 stycznia 2017

Było, minęło, kolejne święta, Nowy Rok i Trzej Królowie/Mędrcy/Magowie - przeszło wszystko do historii. Stoi jeszcze choinka, tradycyjnie do kolędy, stoi jeszcze szopka.

W tym roku spełniło się moje małe marzenie. Kilka lat temu u pewnej mistrzyni pierników z Czech zobaczyłam piernikowe bombki. Chciałam mieć podobne. Niestety, wtedy nie można było w Polsce kupić odpowiednich foremek. Ale od czego głowa? Kupiłam cztery identyczne aluminiowe chochelki, niewierny odciął uchwyty, zeszlifował i... wszystko nie tak

               Bombki piernikowe

Nie udało się, nie wiedziałam jak się te półkule piecze - na zewnątrz foremki? Wewnątrz? Wyszły nieforemne gnioty, w żaden sposób nie pasujące do siebie.

W październiku 2016 trafiłam na polską firmę importującą i sprzedającą czeskie foremki firmy Smolik. I kupiłam wymarzone foremki do piernikowych bombek. I udało się. Do foremek dołączona była instrukcja po polsku i po czesku, jak należy te pierniczki wykonać. Okazało się, że jednak się piecze na zewnątrz foremki a nie w środku jak robiłam na chochelkach:)

Na początek upiekłam i ozdobiłam 15 sztuk. Większość poszła między ludzi, chociaż nie były doskonałe. Ale będę ćwiczyć i nabędę wprawy. Zresztą oceńcie sami:

              Bombki piernikowe

 

              Bombki piernikowe

 

               Bombki piernikowe

 

               Bombki piernikowe

               Bombki piernikowe

               Bombki piernikowe

I na koniec: tak wygląda goła bombka, dwie półkule sklejone lukrem królewskim:)

               Bombki piernikowe 

I choć już późno, ale życzę wszystkim dobrego roku, spokoju i pogody w sercu.

07:52, atojaxxl
Link Komentarze (9) »