Podróż przez życie z licznymi przystankami, w tym również autobusowymi
RSS
poniedziałek, 26 stycznia 2015

Czasem wpadają mi do ucha mimochodem fajne dziecięce dialogi.

Scenka 1: Obok naszego bloku jest sklep pewnej sieci, w tymże sklepie otworzył bistro młody właściciel, jednakże mimo licznych zachęt i promocji nie ma zbyt wielu klientów. Młody oszczędza więc na czym się da, m.in. wyłączając wieczorem oświetlenie !!! Powierzchnia ze stolikami oświetlana jest pośrednio przez światła sklepu i znad baru. Kilka dni temu, koło 19.00 na kolację przyszło trzech 11-latków (znam te dzieci) wracających z treningu: R1, R2, S. Chłopcy zamówili gorące kanapki, frytki i napoje. Zabrali tace i rozsiedli się przy stoliku. W pewnym momencie R2. zwrócił się do właściciela:

- Proszę pana, może pan zapalić światło ? Tu jest ciemno, nie widać co jest w tych kanapkach...

- A po co wam światło, przecież tak jest romantyczniej

- Ale my nie przyszliśmy na randkę, tylko coś zjeść po treningu. Widział pan kiedy randkę we trzech ???

Scenka 2 : Do autobusu miejskiego wsiada babcia z wnuczką odebraną z pobliskiego przedszkola. Gdy dziewczynka się usadowiła, mówi do babci:

- Babciu, czy możesz mi dać moją bułkę ?

- Bułkę ? Teraz ? W domu sobie zjesz.

- Ale babciu, to jest bułka do zjedzenia na podwieczorek. A podwieczorek w przedszkolu już był. To ta bułka będzie nieszczęśliwa, że nikt jej nie je

- Co ty opowiadasz, bułka będzie nieszczęśliwa ?

- Proszę cię babciu, daj mi tę bułkę.Wolę ją zjeść teraz i już nie będę myśleć, że ona jest nieszczęśliwa

Babcia ustąpiła, a dziewczynka najpierw przyjrzała się bułce-drożdżówce a potem starannie ją zjadła...

Scenka 3 Rozegrała się już dość dawno, gdy Mała Zu zaczynała wyraźnie mówić a ja się nią zajmowałam. Zamknęłyśmy drzwi za mamą, która szła do pracy i udałyśmy się do kuchni na śniadanie

-Babciusiu, a czemu mama i tata idą do pracy?

- Wiesz Zu, oni muszą zarabiać pieniążki, żeby potem mogli kupować jedzonko

- Dla mnie?

-Dla ciebie i dla mamusi i dla tatusia

- Mleczko ?

- Tak Zu, mleczko, chlebek, serek, masełko...

Wyliczam tak te zakupy, Mała Zu powtarza nazwy i w pewnym momencie mówi:

- Mleczko, serek, chlebek... Piwa nie, piwa nie !!!

Scenka 4 Też z udziałem już starszej Małej Zu. Przyjechały z mamą obejrzeć domek z piernika, który dla nich zrobiłam. U drzwi domku stoją dwie figurki, które Mała Zu rozszyfrowała jako Jasia i Małgosię. Ogląda wszystkie postacie, zwierzęta, zagląda przez okienko do domku i w pewnym momencie mówi:

- Babciu, jest Jaś i  Małgosia a nie ma tu Baby Jagi ?

- Nie ma, Zu, bo Jaś i Małgosia ją wygnali w świat.

- Babciu, wygnali ???? Na święta ???

Scenka 5 Podczas ostatniej naszej wizyty w przedszkolu, już po występie, dzieci miały wręczyć babciom i dziadkom upominki. Niestety układ stołu był taki, że nie można było się dostać do osób siedzących pod oknami. Mój mąż podjął się funkcji "bagażowego", podnosił dzieciaki i przekazywał w ręce babć i dziadków nad stołem. Dzieci były uradowane. W pewnym momencie jeden z chłopców nie mogąc się doczekać na swoją kolej, szczupakiem rzucił się pod moje krzesełko, i przeczołgał pod stołem. Gdy babcia go strofowała, że się wybrudził na łokciach i kolanach, mały wypalił:

-No przecież ja mam być komandosem jak dorosnę, to muszę sobie teraz jakoś radzić w życiu.

Tagi: ludzie
14:37, atojaxxl
Link Komentarze (6) »
niedziela, 25 stycznia 2015

No i jesteśmy po obchodach Dni Dziadostwa, to jest połączonych w jedno Dni Babci i Dziadka. Pogoda była obrzydliwa, niezachęcająca do wyściubienia nosa z domu. Ale co tam, pojechaliśmy, przez całe miasto, na szczęście autobus praktycznie spod domu dojeżdża w pobliże przedszkola.

Mieliśmy kolejny raz okazję obserwować zachowania niektórych współuczestników imprezy, które mogą odstręczyć od udziału w przyszłości. Na początek prośba pani dyrektor o pozostawienie wierzchniej odzieży, parasoli i obuwia w szatni. To nie powinno być zaskoczenie i powód do obrazy. Wszędzie są miękkie wykładziny, dzieci na nich spędzają większość czasu, informacja o konieczności zdjęcia obuwia wisi tam od lat. W szatni kosze-ociekacze na parasole. Ale gdzież tam, połowa osób weszła na salę w butach mokrych, w kurtkach i z ociekającymi parasolami, które usiłowano rozłożyć na środku. Pani woźna jakoś zdołała przekonać właścicielki, żeby powierzyły jej te skarby...

W sali problem z krzesełkami, dla niektórych pań w kostiumach przeszkoda wielka, bo krzesełka typowo przedszkolne czyli malutkie. Bieganie za dyrektorką, czy ma jakieś wyższe krzesła, obraza, bo nie ma i przedszkole się nie przygotowało... No niech pani powie, jak ja mam tu usiąść, pani dobrze, pani ma spodnie

Oprócz dziadków przyszli też rodzice, co jest zrozumiałe, gdy dziadkowie są nieobecni i dzieciom byłoby przykro, że występują dla obcych. Ale niektórzy rodzice przyszli z kolejnymi dziećmi, które bardziej niż występem brata lub siostry zainteresowane były tym co na stole.

A na stołach przygotowany poczęstunek: ciasta, ciasteczka, soki, termosy z kawą i herbatą. Skoro stoi wszystko to trzeba brać, bo potem przecież braknie - oto rozumowanie niektórych gości. Sok w kartoniku do torebki...

Tymczasem przychodzi pani dyrektor, wita gości, składa życzenia i zaprasza PO WYSTĘPIE na poczęstunek. Zaznacza przy tym grzecznie, że soczki w kartonikach, na bocznym stoliku przeznaczone są dla małych aktorów. A niektóre soczki już zdążyły zmienić właścicieli.

Wreszcie wchodzą dzieci, pięknie ubrane, w ładnym układzie. Ale co tam stroje i układ, najważniejsze dać dziecku znać, że oto babcia tu jest i utrwala:

"Krystian, Krystian, tu jestem, tuuuuuuu, Krystian, patrz się na mnie, Krystian. No jaki głuchy, nie słyszy ? Krystian, tuuuuu, Krystian" - jejmość nie ustaje w chęci zwrócenia uwagi na siebie.

"Oliwka, jesteśmy z dziadziem tu, Oliwka... Nie ta Oliwka - nasza Oliwka G., no odwróć się, Oliwka, uśmiech, uśmiech, dziadziu cię kameruje "

"Kacper idzie... Kacpeeeeer, hej, Kacpeeeer" - babcia Kacpra krzyczy mi do ucha

"Bartuś, jaki słodki, róbże mu zdjęcie, no wyjdź na środek. A co nie wolno, wyjdź mówię ci."

Panie usiłują zapanować nad gromadką dzieci, które nie wiedzą, kogo słuchać i gdzie patrzeć.

Wreszcie udaje się "zewrzeć szeregi", dzieci po kolei występują z mikrofonem - nie jest to typowe przedstawienie z wierszykami o babciach i dziadkach, ale przepięknie zrealizowane jasełka.

Misternie uszyte stroje, wypracowane sceny, piękny śpiew.I tu też pole do popisu dla utrwalaczy: kamer, aparatów, smartfonów i tabletów. Babcia w czarnym golfie wychodzi na środek i zasłania widok, najważniejsze, że ona robi zdjęcia. Że zasłania ? A to już nie jej sprawa. Babcia Krystiana wytrwale macha do wnuka i wzywa: "Krystian pomachaj do nas" No to Krystian macha mówiąc jednocześnie do mikrofonu. "Sprawdź jak wyszło" - sceniczny szept babci przebija występ innego dziecka.

Nasza Mała Zu nie miała okazji uczestniczyć w próbach, wszystkiego nauczyła się w domu (cały grudzień chorowała na zapalenie płuc) i nie odstawała od dzieci. Pięknie recytowała, śpiewała i uczestniczyła bezbłędnie w układach scenicznych. Byliśmy z niej dumni. Od początku mojej opieki nad nią rozmawiałam z nią normalnym głosem, nie zmiękczałam, nie ciućkałam. Uprosiłam też zięcia, żeby nie mówił do niej "ciólećka moja, ziabećka" tylko córunia, córeczka, żabka. Mała Zu słucha pięknej polszczyzny, ponieważ rodzice czytają jej CODZIENNIE najpiękniejsze polskie baśnie, bajki i wiersze. Półki w pokoju ma wypełnione klasyką dziecięcą. I teraz są efekty :)

Ja naprawdę nie jestem wredną babą, której wszystko się nie podoba. Też robiłam zdjęcia, ale z miejsca gdzie siedziałam. Nie wrzeszczałam, nie przywoływałam wnuczki. Cały czas mam gdzieś tam z tyłu głowy cytat z Seneki: "verba docent, exempla trahunt" (słowa uczą, przykłady pociągają). Czasem jednak "exempla sunt odiosa"... *

*Jestem z pokolenia, które w liceum obowiązkowo uczyło się łaciny a potem utrwaliło ten język na studiach. Kocham łacinę :)

 

środa, 21 stycznia 2015

                 

Z okazji swojego dzisiejszego święta zadbałam sama o siebie i zrobiłam się na bóstwo u mojej kochanej pani Małgosi.

                             

Jutro albowiem udaję się z mężem mym, dziadkiem naszej Małej Zu, do jej przedszkola, w celu odebrania należnych nam hołdów babciowo-dziadowskich. Nasza wnuczka wprawdzie rehabilituje się po kolejnej chorobie, ale w uroczystości weźmie udział recytując stosowne dzieło.

Szczerze ? Nie lubię tych uroczystości przedszkolnych. Doceniam trud wychowawczyń, jednakowoż wolałabym, aby Dzień Babci i Dzień Dziadka tudzież Dzień Matki i Dzień Ojca były obchodzone na gruncie rodzinnym.

                              

To doskonała okazja, by w dzisiejszym rozpędzonym świecie wyhamować na kilka kwadransów, wypić z "dziadostwem" kawę lub herbatę, zjeść kawałek ciasta, pogadać, złożyć z dzieckiem życzenia - uczyć je, że warto starszym ludziom poświęcić nieco czasu, skoro oni poświęcają go na ogół w nadmiarze.

A do przedszkola trzeba dojechać, czasem z odległych miejscowości. Bywa, że brak babci lub dziadka na imprezie odbierany jest (szczególnie przez synowe) jako dowód braku uczuć do wnuka.

Ostatnio czytałam na jednym z forów dyskusję, jak ukarać dziadków, którzy z powodów zawodowych lub zdrowotnych nie chcą/nie mogą przyjechać do przedszkola. Wśród różnych pomysłów powtarzał się jeden: ograniczyć kontakty wnuka z dziadkami, nie odwiedzać, nie zgadzać się na odwiedziny ze strony dziadków... I jeszcze przewidywania przyszłości: wnuk nie poda dziadkom szklanki wody, bo trauma spowodowana ich brakiem na uroczystościach zostanie mu na całe życie. A niech się dziadkowie nauczą, że powinni wszystko rzucić i stawić się w przedszkolu po odbiór laurki i wysłuchać tych uroczych wierszyków i piosenek.

Wszystkim Babciom i Dziadkom życzę dobrych kontaktów z wnuczętami, pogody ducha i optymizmu.

I jeszcze kilka obiecanych kartek :)

                             

 

                               

 

                               

 

                               

                               

niedziela, 18 stycznia 2015

Nigdy nie ukrywałam swojego uwielbienia dla poezji Wisławy Szymborskiej. Mam prawie wszystkie jej tomiki (jeden mi ukradziono). Od razu robię zastrzeżenie: jeżeli ktoś tu wytknie poetce wiersz o Stalinie i całą wczesną twórczość socrealistyczną, to informuję, że ja tę twórczość znam doskonale i wiem, że tkwiła ona w życiu poetki jak zadra.

Niedawno jedna z moich ulubionych blogerek zamieściła u siebie znany wiersz Szymborskiej "Kot w pustym mieszkaniu'. Napisany po śmierci Kornela Filipowicza, długoletniego nieformalnego towarzysza życia poetki. To właśnie Kornel miał kotkę Kizię. Tego wiersza nigdy Szymborska nie czytała na spotkaniach autorskich. Pod jego pozorną prostotą kryje się dramat osierocenia nie tylko zwierzęcia - moim skromnym zdaniem to taka współczesna wersja "Pełno nas a jakoby nikogo nie było".

Pani Wisława miała ciekawe hobby - nie wysyłała swoim przyjaciołom standardowych widokówek, ale robiła je sama. Wycinała z gazet, starych katalogów interesujące ją ilustracje i tytuły i następnie na niewielkim kartoniku łączyła w zaskakującą całość. Po latach powstała ogromna kolekcja udostępniana przez szczęśliwych posiadaczy w formie wystawy.

Kilka dni temu w naszym Dyskusyjnym Klubie Książki omawialiśmy "Biografię" Wisławy Szymborskiej autorstwa Anny Bikont i Joanny Szczęsnej.

Z tej okazji postanowiłam przygotować wyklejanki a la Szymborska. Materiały zbierałam od dawna w teczce pod hasłem "Kolekcjoner tytułów przeróżnych" - to też zresztą tytuł wycięty z gazety. I powstała seria życzeń noworocznych, które uczestnicy spotkania sobie losowali a następnie zaśmiewali się z ich treści, co bardzo mnie ucieszyło. Powstało też kilka kartek z kotami, które niniejszym dedykuję Hanuli

                              

 

                              

 

                               

I jeszcze wszystkie tomiki :

                               

I jeszcze inny kot:

                               

 

I dwie z kartek noworocznych:

                               

                               

Hanulo, dziękuję, że mogę czytać Twój blog !!!

czwartek, 15 stycznia 2015

Właśnie skończyłam czytać książkę Annabel Pitcher  "Moja siostra mieszka na kominku". Zainteresowałam się nią, ponieważ na okładce jest piękna urna. Jak łatwo się domyślić, w tej urnie są prochy siostry bohatera i narratora książki. Dziewczynka zginęła w wyniku zamachu terrorystów muzułmańskich podczas rodzinnego spaceru na Trafalgar Square. Znaleziono tylko 10 fragmentów kości. Rodzice podzielili szczątki między siebie; matka swój przydział pochowała na cmentarzu, ojciec skremował i  przechowuje w pozłacanej urnie na kominku.

Tragedia zamiast zbliżyć rodziców do siebie, doprowadziła do rozstania. Ojciec popadł w alkoholizm a matka odeszła z psychoterapeutą, który miał jej pomóc podnieść się z nieszczęścia. Obok nich żyje dwoje pozostałych dzieci: 15-letnia Jas bliźniacza siostra zabitej, i 10-letni James - narrator opowieści.

Ich dramat pogłębia fakt, że rodzice oczekują od nich stałego opłakiwania zmarłej tragicznie siostry, szantażują ich ( Nie kochasz Ros, nie oczekuj od nas tego czy tamtego), składają obok urny ofiary np w postaci najlepszych kąsków z urodzinowej uczty, kupują prezenty od Ros, wieszają dla niej skarpety z prezentami na Bożę Narodzenie.

Gdy rodzice wreszcie rozstają, ojciec z dziećmi i urną oraz pamiątkami po Ros wyprowadza się z Londynu. W nowym miejscu nic się zmienia poza silniejszym alkoholizmem ojca. Mały James zaprzyjaźnia się w szkole z muzułmańską dziewczynka w hidżabie. Nie przyznaje się, że Ros nie żyje, mówi tylko, że ma dwie siostry bliźniaczki.

Jego dramat dodatkowo pogłębia nienawiść ojca do muzułmanów ... Reszty nie opowiem, może ktoś się zainteresuje i przeczyta.

Gdy czytałam tę książkę, przypomniała mi się historia jednej z moich uczennic. Jej brat zginął w wypadku motocyklowym, którego zresztą był sprawcą. Już za życia był faworyzowany przez matkę, ale po jego śmierci jej postępowanie graniczyło z poważnymi psychicznymi odchyleniami. Przestała zupełnie interesować się córką, to ojciec biegał na wywiadówki i kupował pierwsze podpaski. Matka porzuciła pracę, większość dnia spędzała na cmentarzu, wydawała mnóstwo pieniędzy na upiększanie drogiego nagrobka. Od bliższej i dalszej rodziny tudzież znajomych wymagała częstych odwiedzin grobu. Gdy ojciec wykupił wczasy dla rodziny, potrafiła z dworca wrócić do domu, bo kto to widział jechać na wczasy, gdy X od kilku lat w grobie.

A dziewczynka w tym czasie kończyła szkołę podstawową, potem liceum. W kobiecych sprawach pomagała jej siostra ojca. Bal maturalny okupiła kłamstwem, bo matka nie zgadzała się, by córka "balowała", skoro brat nie żyje i nie miał swojej studniówki. Wreszcie dziewczyna dostała się na studia.

  Ten ostatni fakt zbiegł się z otrzymaniem przez ojca wysokiej nagrody pieniężnej za jakiś wynalazek. Przeznaczył je na studia córki, jednak matka miała inne plany - bez porozumienia z ojcem wydała je na nowy nagrobek dla syna, bo sąsiadka postawiła ładniejszy swojemu mężowi. To był już trzeci nagrobek, poprzednie postawiła za odszkodowanie i swoje oszczędności.

Dziewczynka skończyła studia w innym mieście i nie wracała do domu. Znalazła pracę, dobrego chłopaka, postanowili się pobrać. Ślub miał się odbyć w jej rodzinnej miejscowości na usilne prośby ojca. Po uroczystości w kościele matka zażądała, by wszyscy pojechali na cmentarz do syna i by panna młoda zostawiła tam wszystkie kwiaty. Wtedy po raz pierwszy dziewczyna się zbuntowała i nie zgodziła, by weselna kawalkada jechała na cmentarz. Obrażona matka nie poszła wobec tego na wesele.

Rodzice mojej uczennicy rozwiedli się po jej ślubie. Sprzedali dom, podzielili pieniądze.  Ojciec przeprowadził się do córki i pomaga przy wnukach, matka została pilnować grobu. Nie dojada, oszczędza, bo teraz takie nowe piękne wzory nagrobków są...

Jak widać, życie też tworzy scenariusze, o jakich pisarzom się nie śniło...

wtorek, 13 stycznia 2015

"Satyra prawdę mówi,

względów się wyrzeka,

wielbi urząd, czci króla,

lecz sądzi człowieka"

Nigdy bym nie przypuszczała, że ja - zwolenniczka i praktyk nauczania o tolerancji, admiratorka wolności słowa i wolności wyznania i oczywiście prawa do wolności niewyznawania czegokolwiek, była niezależna dziennikarka - staję dziś po stronie tych, którzy mają odwagę powiedzieć "Nie jestem Charlie".

I żeby od razu było jasne: potępiam to, co stało się w Paryżu, potępiam terroryzm w każdej postaci i w każdym miejscu bez względu na pobudki, jakimi kierowali się terroryści i kimkolwiek oni byli. Potępiam tych, którzy rozstrzelali redakcję "Charlie Hebdo" i tych, którzy w Nigerii wysłali na śmierć dwie dziewczynki ubrane w pasy szahida.

Współczuję rodzinom ofiar, najczęściej niewinnych, przypadkowych ludzi.

Jestem religijną sceptyczką. Mam wiele pytań i wątpliwości, których nikt nie potrafi mi wyjaśnić zastępując wszystko dobrą radą "módl się, to zrozumiesz". Szanuję jednak ludzi religijnych bez względu na obiektu ich kultu. Mam nawet wśród znajomych zwolennika (?) Latającego Potwora Spaghetti i z szacunkiem spoglądam na durszlak wiszący u niego na honorowym miejscu.

Jestem jednak przeciwniczką form satyry, jaką uprawia tygodnik "ChH". Jestem przeciwniczką wulgarności, atakowania wartości ważnych dla wielu ludzi. Jeśli - jak pisał nasz wielki biskup-satyryk Ignacy Krasicki - "satyra sądzi człowieka", to jak należy rozumieć rysunki uwłaczające symbolom religijnym, przywódcom religijnym, ośmieszające obiekty kultu ?

Jak mam rozumieć rysunek przedstawiający analny seks Trójcy świętej ??? Jak mam rozumieć rysunek przedstawiający Mahometa z Koranem i napisem "Koran to g..no bo nawet nie zatrzymuje kul" ? Jak mam rozumieć żałosny rysunek przedstawiający papieża Franciszka w stroju tancerki samby ? A papież Benedykt unoszący podczas Podniesienia nierozwiniętą prezerwatywę - co tu jest satyrycznie osądzone ?

Oglądałam kilkadziesiąt różnych, podobno satyrycznych rysunków tego tygodnika i żaden, dosłownie żaden nie wywołał u mnie cienia uśmiechu. Wulgarność, prymitywizm, nachalna propaganda "wszystko-nam-wolno" bo mamy wolność słowa.

Szkoda, że redaktorzy "ChH" nie stosowali w praktyce przesłania swojego wielkiego rodaka, który w XIX w pisał: "Wolność człowieka kończy się tam, gdzie zaczyna się wolność drugiego człowieka". Zapłacili straszliwą cenę...

PS Poglądy tu przedstawione są moje i tylko moje, i ja się z nimi zgadzam :)

sobota, 10 stycznia 2015

Tak, wiem. Dawno nie pisałam.

Tak, miałam liczne pomysły, nawet niegłupie, ale nie miałam czasu.

Tak, święta minęły, i sylwester, i Nowy Rok, i Trzej Królowie-Magowie-Mędrcy ze Wschodu przejechali bryczką zaprzężoną w dwa narowiste konie...

Kochani, czasem tak jest, że ogarnie człowieka niemoc i żadna siła go nie zmusi do złożenia kilku słów w kilka zdań.

A tu jeszcze tyle wokół niedobrych wiadomości i strat: Krzysztof Krauze (kocham Go za "Nikifora" i "Papuszę"), Stanisław Barańczak (bardziej Go cenię za przekłady Szekspira niż za poezję), Tadeusz Konwicki (mój Boże, znowu wypełzły karły i kąsają).

Dziś czytam, że zmarła Krystyna Nepomucka !!! Miała wprawdzie 94 lata, ale była do końca aktywna. Rzesze wiernych czytelniczek stale wracają do jej serii o niedoskonałej miłości, samotności, kochanku, rozwodzie itd.

A ja z Panią Nepomucką zetknęłam się w 1969 roku, w liceum. Otrzymałam wtedy nagrodę za wyniki w nauce i zachowaniu i była to "Samotność niedoskonała". Mój wychowawca chyba nie przeglądał książek, które nabył dla swoich prymusów, bo moja zaczynała się słowami "Pożar w burdelu to cicha msza żałobna w porównaniu z tym, co się tu dzieje - darł się lekarz, przekrzykując nieludzki wrzask, który nagle usłyszałam w sobie" - i dalej nastąpił opis wyszarpywania dziecka z łona matki i grzebania w jej wnętrznościach w poszukiwaniu łożyska :) A wszystko przy akompaniamencie bomb i strzałów, bo właśnie wyzwalano Warszawę.

Moja Mama ucieszona, że córka tak dobrze sobie radzi w szkole, po przeczytaniu tego pierwszego zdania nagrodę mi ... skonfiskowała. Dopiero interwencja Ojczyma zmusiła Mamę do oddania mi mojej zdobyczy.

Potem czytałam wszystkie książki Krystyny Nepomuckiej. Każda zaczynała się dość oryginalnie: "Cnotę straciłam o piątej rano (Małżeństwo niedoskonałe)" albo "Mordy macie białe jak dupy aniołów(Miłość niedoskonała)" albo "Ustawia się jak kura do szczania" itp.Humor, pogoda ducha, liczne zwroty akcji, bogaty język, staranność stylistyczna to zalety książek Nepomuckiej.

Właśnie zamknął się ostatni rozdział Jej długiego, owocnego życia. RIP [*]