Podróż przez życie z licznymi przystankami, w tym również autobusowymi
RSS
czwartek, 30 stycznia 2014

Gdy mieszkałam u moich Dziadków, obecność krów gospodarstwie była czymś naturalnym. Dzięki tym poczciwym stworzeniom mieliśmy zawsze mleko, masło, ser, a nadwyżkę sprzedawała Babcia na targu a latem letnikom odpoczywającym w naszej wiosce.

W oborze moich Dziadków zawsze stały trzy krowy rasy czerwonej polskiej o niewyszukanych imionach: Kalina, Malwa, Wiśnia, Malina. Krowy oczywiście się zmieniały, ale imiona pozostawały zwykle te same.

Rasa czerwona polska została w latach 60. ubiegłego wieku wyparta z Polski przez bydło holsztyńsko-fryzyjskie, w czarno-białe łaty. Był to efekt polityki ówczesnych władz szukających sposobu na zwiększenie produkcji mleka i jego przetworów.

U Dziadków nigdy jednak żadna łaciata czarno-biała krowa nie zagościła. Dziadek był konserwatywnym do bólu tradycjonalistą.

Z lat dzieciństwa pozostał mi ogromny sentyment do krów, sentyment, który przełożył się na hobby a ono z kolei na pasję kolekcjonerską. Otóż ja zbieram krowy :)

Krowy porcelanowe, mosiężne, szklane, z cukru, z mydła, z drewna, kamienia, na kubkach, na znaczkach pocztowych, na kartach telefonicznych, na pocztówkach, widokówkach, starych rycinach.

Dziś pokazuję zaledwie drobną część mojej kolekcji (na tle książeczek dziecięcych mojej wnuczki)

Krowy mieszkają w dwóch segmentach :) czarnym i białym:

Ponadto zajmują część kuchni, ściany w przedpokoju i moim królestwie, część spakowana jest w pudła.

Wśród moich zbiorów są np krowy-solniczki:

Krowy- skarbonki

Krowy- mleczniki i jajeczniki:

I oczywiście setki figurek przedstawiających po prostu krowy, krówki i króweczki, na przykład takie miniaturki jak na poniższym zdjęciu ilustrującym prawie wszystkie materiały, z jakich krowy mogą być wykonywane:

A to zbiór miniaturek, które postawione razem zajmują powierzchnię nie większą od zeszytu

W naszym domu pijemy z kubków ozdobionych wizerunkiem krowy:

Mam też ogromny zbiór...krów maskotek, nie miałam zamiaru ich gromadzić, ale znajomi, przyjaciele, uczniowie znając mojego fioła ofiarowywali mi krowie maskotki. Przechowuję je w wielkich pudłach, żeby się nie kurzyły.

Na koniec dzisiejszego wpisu pochwalę się krówką wykonaną przeze mnie na warsztatach ceramicznych: ulepiona z gliny szamotowej, wypalona w prawdziwym piecu ceramicznym, straciła w transporcie jeden róg :)

Podobało się ?

 

18:20, atojaxxl
Link Komentarze (2) »
sobota, 25 stycznia 2014

Nasz G. - jak to już kilka razy wspominałam - jest duuuużym dzieckiem, choć wysokim i przystojnym mężczyzną. Uszkodzenie okołoporodowe zostawiło ślad na całe życie w postaci upośledzenia umysłowego.

G. uczęszcza na Warsztat Terapii Zajęciowej, gdzie nie tylko spędza czas, ale uczy się wielu pożytecznych rzeczy: maluje, układa mozaiki, wykleja, gra w teatrzyku, bierze udział w zawodach, gotuje, pomaga w zakupach, sprząta itp. Ponadto pomaga mniej sprawnym uczestnikom, ponieważ jest od nich dużo bardziej samodzielny (powyżej i poniżej na zdjęciach podczas wystawy prac WTZ, obok swojego obrazu)

Jak co roku o tej porze G. przyniósł karteczkę informującą, że 6 lutego odbędzie się tradycyjny bal w rocznicę powstania WTZ. I przy okazji prośba od kierownictwa o pomoc w przygotowaniu strony kulinarnej.

Taki bal to ogromne przedsięwzięcie. Odbywa się w lokalu należącym do dobrej marki hotelu. Uczestników obsługują kelnerzy tak, jakby mieli do czynienia z VIPami najwyższej klasy. Stoły nakryte dla ośmiu osób, ze wszystkimi bajerami. Kolację (gorącą, kilkudaniową) sponsoruje hotel - to ważne, w balu oprócz naszych dzieci biorą udział inne zaproszone warsztaty, więc nasz warsztat nie udźwignąłby kosztów takiego poczęstunku.

Natomiast pozostałą część kulinarną sponsorujemy my - rodzice. Pieczemy ciasta i torty, przekazujemy domowe przetwory na sałatki, jest też sponsor wędlin i napojów.

Ja na kilka dni przeistaczam się w ciasteczkowego potwora, albowiem moim zadaniem jest upieczenie drobnych ciasteczek. Wprawdzie kuchnia wygląda wtedy jak jama Mącznego Smoka, całe mieszkanie zastawione tacami z gotowymi wyrobami, ale przyznaję uczciwie: uwielbiam to robić (chyba w jakimś wcześniejszym wcieleniu byłam Czeszką).

Uczestników balu jest zwykle ok. 150, więc i ciastek musi być przynajmniej 2 razy tyle. Najczęciej piekę:

okolicznościowe ciasteczka z napisem (tu ubiegłoroczne z 14 LAT WTZ)

przed upieczeniem

po upieczeniu:

A to kilka innych moich wypieków:

składane kwiatuszki z domowym powidłem

Czekoladowo-waniliowe spiralki, na brzegu otoczone czekoladą i orzechami

Migdałowo-czekoladowe szachownice, też otoczone czekoladą i mieszanką zmielonych migdałów i orzechów

Tzw. pękające ciasteczka czekoladowe (ciasto uformowane w kulkę wielkości małego orzecha otacza się w cukrze pudrze PRZED pieczeniem)

Kruche choinki przekładane czekoladami: biała i deserową

Oprócz tego piekę jeszcze rurki z kremem, wyśmienitki, orzeszki i grzybki nadziewane, półksiężyce tureckie

czwartek, 23 stycznia 2014

Ostatnie dni były poświęcone seniorom, babciom i dziadkom, więc dziś dla odmiany coś dla wnuczki. Mała Zu uwielbia telewizyjną stację MiniMini. Ma tam swoje ulubione programy: przygody ciekawskiego George'a, Dinopociąg, świnkę Peppę (uważni oglądacze zapewne zauważyli, że świnka już świnką nie jest - to znaczy nie używa się nazwy "świnka", kogoś to znowu urażało i były jakieś protesty).

Mała Zu lubi też symbol stacji MiniMini, którym jest pomarańczowa rybka. Dlatego jednym z moich ostatnich wytworów jest właśnie rybka MiniMini. Małej Zu się bardzo podobała i powiesiła ją na choince

Profil rybki...

.... i jej oblicze:)

Rybkę wykonałam na kuli o średnicy 10 cm, ze wstążki o szer. 25 mm. Ogon, płetwy i "usta" z pianki EVA. Piankę EVA polecam do prac rękodzielniczych, świetnie się poddaje wszelkim działaniom jak wycinanie, wyginanie, klejenie.

Tu adres bloga, którego autor robi cuda z tej pianki, mnie urzekła najbardziej szopka :) artrusticpl.blogspot.com.es z tagiem Boże Narodzenie

środa, 22 stycznia 2014

Pisałam poprzednio o moich Babciach, dziś moi Dziadkowie. Dziadek Stefan, mąż Babci Anieli, miał bardzo ciekawe choć trudne życie. Urodził się w ostatniej dekadzie XIX w, w 1914 wstąpił do Legionów Piłsudskiego. Jego ojciec a mój pradziadek Jan nie wyraził na to zgody i odchodzącemu ze wsi synowi życzył...by go pierwsza kula nie minęła. Zemsty dopełnił w testamencie nie zostawiając nieposłusznemu Stefkowi ani piędzi ziemi.

Kule się Dziadka Stefana nie imały, przeszedł z II Brygadą Legionów cały jej szlak bojowy.

Potem był jeszcze czas wojny polsko-bolszewickiej, po której wrócił do swojej narzeczonej, wzięli ślub i zaczęli gospodarowanie na kawałku ziemi i w chałupinie zbudowanej przez pradziadka Onufrego.

Idolem mojego Dziadka Stefana całe życie był Marszałek Józef Piłsudski, dziadek był nawet do niego łudząco podobny. Marszałek dbał o swoich żołnierzy, niektórym z nich nadawał ziemie, a dziadek otrzymał dobra pracę w mieście i możliwość zamieszkania tam na stałe.

Rodziły się dzieci, babcia nie chciała przenosić się do miasta, więc Dziadek pojawiał się na wsi tylko na niedziele. Pracował jako urzędnik podatkowy, w środowisku kupców żydowskich. Był przez nich bardzo szanowany i sam opowiadał mi o nich po latach również z wielkim szacunkiem.

Gdy wybuchła II wojna światowa, ewakuowano urząd podatkowy wraz z dokumentami na wschód. Przypuszczano bowiem, że dla Niemców dokumenty podatkowe Żydów byłyby podstawą do aresztowań, nikt się nie spodziewał, że i ze strony wschodniej padnie cios. Urzędnicy błąkali się z dokumentami, niektórym udało się przedrzeć do Rumunii. Dziadek wrócił do swojej wsi w listopadzie, w butach-łapciach, w cudzym ubraniu, chory i wychudzony.

Jego pierwszą czynnością było ukrycie swoich dokumentów i pamiątek legionowych pod stertą węgla w komórce.

Dziadek Stefan był szanowany przez sąsiadów, umiał poradzić w sprawach urzędowych, pisał ludziom pisma, rozstrzygał liczne spory o ziemię, miał bowiem pieczę nad c. i k. dokumentem dotyczącym podziału gruntów po sprzedaży wsi przez dziedzica. Ten dokument teraz przechowuję ja :)

Dla mnie był bardzo serdeczny i po ludzku dobry. Nauczył mnie czytać i pisać, gdy miałam 5 lat. Na swoim warsztacie stolarskim odziedziczonym po pradziadku Onufrym robił dla mnie drewniane zabawki: klocki, mebelki, koniki, ławeczki. Zimą pomagał chłopakom ze wsi budować szopki. Siedząc przy warsztacie opowiadał mi o swoich przeżyciach wojennych, nauczył mnie śpiewać wszystkie pieśni legionowe.

Gdy okazało się, że jestem bardzo zdolnym dzieckiem, wymógł na mojej Mamie, żeby wreszcie zabrała mnie do siebie, bo w wiejskiej szkole nie widział dla mnie szans rozwoju. Do końca życia będę pamiętać Dziadka stojącego na przystanku, z którego odjeżdżałam - po twarzy leciały mu łzy jak grochy...

Tak jak drugiej babci, nie znam też drugiego biologicznego dziadka.

Natomiast przybrany Dziadek Stanisław, ojciec mojego Ojczyma, był z zawodu malarzem pokojowym i tego zawodu wyuczył wszystkich swoich synów. W niedużej domowej graciarni miał wałki malarskie do odbijania wzorów i szablony. Mieszał farby, a mnie fascynowała sztuka malowania tym wzorkowym wałkiem. Nigdy jednak nie okazał mi jakiejś serdeczności, nie byłam jego rodzoną wnuczką, a liczne wnuki starsze ode mnie sprawiały wystarczająco dużo kłopotów. Zmarł nieoczekiwanie w szpitalu, upadł w łazience i leżał tam długo. Rodzice posłali mnie z obiadem i wtedy dowiedziałam się,że właśnie znaleziono go martwego. Ojczym polecił mi powiadomić rodzinę. Pojawiałam się jak jakiś posłaniec śmierci, ponieważ w latach 60. mało kto miał telefon.

Mój mąż jest Dziadkiem naszej jedynej wnuczki. Latem chodził z nią na spacery i na plac zabaw, zabieraliśmy ją na działkę. Dziś byliśmy w przedszkolu na obchodach Dnia Babci i Dziadka. Mała Zu trochę wystraszyła się zgromadzonego tłumu, ale jakoś pomału się rozkręciła. Dziadek dostał laurkę w kształcie krawata, ja w kształcie tulipana :)

13:45, atojaxxl
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 21 stycznia 2014

Wychowała mnie Babcia Aniela. W niedużej podgórskiej wiosce, do której jej przodkowie przybyli z gór szukając ziemi i miejsca do zamieszkania. Dziedzic akurat sprzedawał swój majątek i górale nabyli część wsi.

Babcia Aniela była prostą wiejską gospodynią. Umiała pisać i czytać, choć z tej pierwszej umiejętności rzadko korzystała. Wstawała wcześnie rano, myła się, zaplatała warkocz i upinała go w kok z tyłu głowy. Rozpalała piec, nastawiała wodę i mleko na śniadanie. Przy tych czynnościach odmawiała modlitwy.

Gdy Dziadek przynosił mleko z porannego udoju, przecedzała je przez czystą gazę, odlewała porcje do kubka dla mnie i napełniała też miskę kota.

Po oporządzeniu zwierząt mężczyźni przychodzili na śniadanie, proste ale pożywne: mocno osłodzona kawa z mlekiem, kluski na mleku, chleb z masłem i serem, jajecznica, czasem ale rzadko wędlina. Po posiłku Dziadek sprawdzał,czy Babcia ma zapas wody i drewna, żeby nie musiała dźwigać.

Po ich wyjściu Babcia zmywała naczynia, nastawiała obiad, robiła pranie (ręcznie, na tarze), w porze prac polowych wychodziła w pole albo do ogrodu, gdzie ciężko pracowała. Od wiosny do późnej jesieni chodziła boso, a buty wkładała tylko idąc do kościoła lub w odwiedziny.

Urodziła siedmioro dzieci, przeżyła śmierć czworga z nich: najmłodsze ze zmarłych miało 5 lat, pozostali zmarli między 30 a 49 rokiem życia.  Do wybuchu II wojny światowej Babcia praktycznie sama prowadziła całe gospodarstwo i borykała się z dziećmi, Dziadek bowiem dostał prace w urzędzie podatkowym w mieście i przyjeżdżał do domu tylko na niedzielę.

Rzadko pozwalała sobie na chwile odpoczynku, czytała wtedy swoją ulubioną "Przyjaciółkę", "Gromadę Rolnika Polskiego" i "WTK". Piekła cudowne ciasta drożdżowe, serniki, makowce, robiła doskonałe przetwory.

Jej miłość do mnie była szorstka ale prawdziwa, wyrażała się w pogłaskaniu po głowie, w cukierku przechowywanym tylko dla mnie, w opowiadanej wieczorem bajce...

Tylko raz Babcia Aniela sprawiła mi lanie, ale miała rację, nie mam o to do niej żalu. No, powiem prawdę, teraz nie ma żalu, ale wtedy !!!!

W domu panował chaos, dziadek z sąsiadami przekładali dach na stodole, babcia piekła chleb i gotowała obiad dla robotników, a ja lepiłam figurki z gliny. Babcia kazała mi przynieść zielonej cebulki z pola za domem. Pobiegłam po cebulki a wychodząc z kuchni brudnym, oblepionym gliną palcem zrobiłam ...dziurki w bochenkach chleba przygotowanych do pieczenia !!! Uciekłam do sadu a Babcia za mną. Nie dopadłaby mnie, gdybym się nie potknęła. Była tak na mnie zła,że nie zwróciła uwagi na przedmiot trzymany w ręce. A był to nóż... I tym nożem, płaską klingą wytrzaskała mnie po tyłku.

Tyłek bolał, siedziałam w kukurydzy i pęczniał we mnie grzybek zemsty. Pobiegłam jeszcze raz na cebulkowe pole i wydarłam wszystkie cebule, działałam jak w transie. Cebula była zakontraktowana.... Chwyciłam wielką wiązkę cebul i rzuciłam Babci na stół między przygotowane do obiadu talerze...

Mojej drugiej Babci, matki mojego biologicznego ojca nie znam, nie wiem nawet jak miała na imię.

Przybrana Babcia Maria, matka mojego ojczyma miała wystarczająco dużo swoich wnuków, żeby jeszcze mną się przejmować. Też miała ciężkie życie. Urodziła ośmioro dzieci, w latach powojennych była zdana tylko na siebie, ponieważ jej mąż został aresztowany za przynależność do AK. Dzieci pozabierała rodzina, mój Ojczym np. mieszkał u swojego dalekiego wujka w Rzeszowie, spał w kuchni na materacu.

Babcia Maria pracowała na dworcu kolejowym jako kasjerka, straciła pracę, gdy podstawiony rzekomy pasażer poprosił o bilet do Katowic i Babcia sprzedała mu bilet do Stalinogrodu zamiast powiedzieć, że Katowice nie istnieją i zmusić pasażera do podania "właściwej "nazwy. Po odwilży październikowej Dziadek wrócił chory na gruźlicę a Babcię przyjęto z powrotem do pracy (Stalinogród na powrót stał się Katowicami).

Ja też jestem babcią, nasza wnuczka Mała Zu ma komplet: dwie babcie i dwóch dziadków i jest jedna na nas czworo (pozostałe wnuki drugich dziadków są za wielką wodą). Nie wiem jak kiedyś mnie oceni. Wiem,że mnie lubi, opiekowałam się nią od 7 miesiąca życia. Przy mnie stawiała pierwsze kroki i wypowiedziała swoje pierwsze słowo "Koteeeeeek !!!" Lubi moje pierożki, umie oczarować :"Babciu, a masz czekoladkę dla mnie", kocha toruńskie pierniki w czekoladzie, uwielbia książeczki i Lalaloopsy :)

Więc sobie i wszystkim babciom świata życzę dziś  zdrowia, aby nasze wnuki mogły się nami cieszyć jak najdłużej i byśmy mogły je jak najdłużej rozpieszczać

14:37, atojaxxl
Link Komentarze (2) »
sobota, 18 stycznia 2014

Od czasu do czasu słyszę w mediach wypowiedzi osób dziękujących, przepraszających, wyrażających wdzięczność, pochwałę, tłumaczących się, zapraszających itp. Szczególnie wiele okazji ku takim wystąpieniom stwarzają wszelkiego rodzaju gale np. mistrzów sportu, gale plebiscytowe, konkursowe - jest tego trochę.

Niestety, 95 % zabierających głos zaczyna swoją wypowiedź tak:

Szanowni państwo, chciałbym podziękować za to zaszczytne wyróżnienie

Chciałabym podziękować mojemu menedżerowi, trenerowi...

Chcielibyśmy wyrazić wdzięczność za liczne głosy poparcia...

Bardzo chciałbym przeprosić w imieniu organizatorów za opóźnienie...

Mam wtedy ochotę wrzasnąć: człowieku, dlaczego tylko chciałbyś/chciałabyś ? Co stoi na przeszkodzie, żebyś podziękował/a, przeprosił/a, wyjaśnił/a, wyraził/a ?

Szanowni państwo, dziękuję serdecznie za to zaszczytne wyróżnienie....

Dziękuję mojemu trenerowi...

Jesteśmy wdzięczni za liczne głosy poparcia...

Przepraszam w imieniu organizatorów za opóźnienie...

To nie tylko inaczej brzmi, ma również inne znaczenie. Forma trybu przypuszczającego np."chciał/a/bym" wyraża wolę, zamiar, chęć działań, które z nieznanych nam powodów nie mogą być zrealizowane. Ponadto jest to forma dłużej artykułowana, więc nie powinni się mówcy dziwić, że za plecami brzęczy im budzik :)

PS 1. Dwoje moich uczniów ostro się pokłóciło, padały oskarżenia i pomówienia. Po interwencji rodziców i mojej chłopiec zdecydował się przeprosić koleżankę i zaczął: Aśka, chciałbym cię przeprosić... i tu zawiesił głos, dając do zrozumienia, że to już koniec przemowy.

Na to Asia: No to mnie przeproś, a nie zapowiadaj, że to zrobisz.

PS 2. Gdy znany polityk mówi "Chciałbym obiecać...", to już wiem z góry, że nie tylko nie chce ale i niczego nie obiecuje :)

piątek, 17 stycznia 2014

Dziś 10 rocznica śmierci Czesława Niemena. Idola mojej młodości. Idola mojego życia.

Kochałam Go zawsze :) Przypisywałam Jego piosenkom i Jemu samemu magiczne właściwości. Wierzyłam, że gdy przypadkowo usłyszę piosenkę Niemena, to nic złego mnie nie spotka i wszystko ułoży się po mojej myśli. Odtwarzanie piosenek z płyt na gramofonie (adapterze) nie liczyło się, to musiała być piosenka np w radio.

Rodzice ze stoickim spokojem podchodzili do moich poszukiwań interesujących mnie artykułów i zdjęć w gazetach. Ojczym składając mi życzenia świąteczne albo imieninowe dodawał "I żebyś często miała okazję słyszeć swojego wyjca" :) Mama przywoziła mi płyty ale zawsze dodawała "tylko słuchaj jak nas nie ma w domu".

Większość piosenek znałam (i znam) na pamięć. O magicznej właściwości tychże przekonałam się, gdy przyszła matura. Egzaminu z j.polskiego i historii nie bałam się, to były moje pewniaki. Za to matematyka... Matko Boska, moja pięta achillesowa, moja udręka, moje 99 czystych niedostatecznych w ciągu 4 lat nauki w LO !!! To były czasy, gdy rok szkolny dzielił się na 4 okresy po 2,5 miesiąca, a więc od wywiadówki do wywiadówki mijała krótka chwila. Profesor Z. był surowy, wymagający i szafujący dwójami na prawo i lewo za byle co. Tak, tak, wtedy dwója albo łabądek to była ocena niedostateczna.

Do matury jednak przygotowywałam się solidnie, w czym pomagał mi kolega z klasy. Nie całkiem bezinteresownie - w zamian nagrywałam mu na magnetofon streszczenia lektur, charakterystyki bohaterów itp.

Przed maturą nie słyszałam Niemena, jakoś nie trafiłam na taki moment, by radio coś nadawało z Jego nagrań. Z ciężkim sercem wstawałam w dzień pisemnej matury z matematyki. Miałam ochotę na spacer, ale jednak wsiadłam do autobusu. I nagle z głośnika obok kierowcy popłynęły słowa i melodia "Sukcesu"!!! Wiedziałam, że nie ma innej możliwości: matura z matematyki będzie moim sukcesem.

I tak się stało . Napisałam samodzielnie, choć koledzy czuwali :) Oddałam 4 zadania, za piąte się nie brałam, bo wiedziałam, że to jest zadanie tylko dla orłów.

Miałam okazję zamienić z Czesławem Niemenem kilka zdań podczas Jego jubileuszowego koncertu w Filharmonii Krakowskiej w 40-lecie pracy twórczej. Podpisywał wtedy swoją płytę "spodchmurykapelusza". Był rozbawiony moją maturalną historią :)

Panie Czesławie, dziękuję !!!

A dziś w Gazecie Wyborczej, w rubryce "Nekrologi" ktoś zamieścił następujące wspomnienie:

"17 stycznia 2004 roku-10 lat temu odszedł do innego (może już nie dziwnego świata)

ŚP Czesław Niemen - Wydrzycki

a ja nadal czekam na "Dzieła Wszystkie"

I ja też czekam. I na ławeczkę Czesława Niemena, która miała stanąć w moim mieście nieopodal ławeczki poetów :)

A tej piosence w tym roku stuknie 50 lat :)

"Do dni dzieciństwa wraca moja myśl,

w marzeniach moich żyje rzeka ta.

Tak bardzo chciałbym być nad brzegiem jej,

więc niech wspomnienie dalej trwa.

Tam każdy dzień to skarb...

Dziś... mój jedyny skarb..."

                (Czas jak rzeka, słowa i muzyka Czesław Niemen, EP 1964)

15:01, atojaxxl
Link Komentarze (3) »
czwartek, 09 stycznia 2014

Byłam dziś na działce. Zabrałam termos kawy, kanapki, trochę jedzenia dla niemoich kotów. Na ścieżkach mnóstwo stokrotek, od południowej strony pod altanką kępka fiołków.

Narcyzy wypuściły pędy, tak na 2-3 cm. Ptactwo rozgrzebało liście usypane nad krzaczkami róż. Najgorsze, że liście wypuściły też zimowity, gdy ściśnie mróz, to szlag je trafi i cebulki zanikną. Nie zaglądałam pod osłonki nad nowymi klombami z cebulowcami, posadziłam tam jesienią ponad 150 tulipanów, mnóstwo żonkili i szafirków. Mam nadzieję,że jeszcze nie zaczęły wschodzić.

Siedziałam na ławce, zdjęłam kurtkę i grzałam się w słońcu :) Piłam kawę, a niemoje koty jadły przyniesione smakołyki - wątróbkę, kawałki kury rosołowej. Niemoje koty towarzyszyły mi już od bramy. Nażarte, leniwie rozłożyły się koło mojej ławki i wylizywały futerka. Jak na zdziczałe działkowe koty, wyglądały sobie całkiem dobrze.

Zgodnie z zaleceniem mojego ulubionego Wajraka rozsypałam po działce rozmaite ziarna dla ptaków. Na razie chyba nie cierpią głodu, bo jest mnóstwo nasion pozostawionych jesienią, jarzębina, aronia, owoce dzikiej róży.

Pod jabłonką sąsiada jak co roku stosy skorupek po orzechach - to gawrony urządziły sobie na tym drzewie punkt, gdzie utykają orzechy w pękniętej korze, rozbijają je swoimi mocnymi dziobami, wyjadają zawartość a pustą skorupką wyrzucają. Zostawiłam dla nich pojemnik z orzechami, których nie zabraliśmy jesienią do domu, więc sterta skorupek urośnie :)

.... i tak minęło kilka godzin, w spokoju i ciszy, z dala od zgiełku miasta, genderu, alkomatów, zegarków Nowaka, pomysłów Camerona i mrozu skuwającego Niagarę. Lubię taką zimę

Tagi: działka
15:33, atojaxxl
Link Komentarze (2) »
poniedziałek, 06 stycznia 2014

Zastanawiałam się, czy o tym napisać. Ale po wydarzeniach ostatnich dni a nawet godzin (tragedie w Kamieniu Pomorskim i w Łodzi spowodowane przez pijanych kierujących pojazdami) zwolniłam moje zasady ze smyczy.Zwykle bowiem nie piszę o znajomych.

Kilka ładnych lat temu moja przyjaciółka wróciła z jednego z bogatych krajów zachodnich. Wyjeżdżając tam była wdową, nie miała dzieci. Wróciła wniebowzięta, zaręczona i dumna. Zaprosiła mnie do siebie, abym poznała narzeczonego i uprzedziła,że będą mnie prosić na świadka,

Na dzień odwiedzin zaproponowała sobotnie popołudnie. Mieszkała w dość odległym miejscu, dokąd i skąd bardzo rzadko kursowały miejskie autobusy. Dostać się do niej - jeszcze jakoś poszło, ale jak ja wrócę ? Nie mam samochodu a na taksówki nie bardzo było mnie stać. Jakby uprzedzając moje obiekcje zapowiedziała, że Staś mnie odwiezie... Dzięki Bogu, pomyślałam z wdzięcznością o nieznanym mi jeszcze Stasiu

Po przybyciu na miejsce zobaczyłam potężnego mężczyznę, bardzo hałaśliwego i pewnego siebie. Obok kawy i ciasta na stoliku pojawiły się puszki z piwem, a sądząc po oddechu i stopniu hałaśliwości nie były to dla Stasia pierwsze piwa tego dnia.

Ja nie piłam, przyjaciółka sączyła powolutku (wiem przecież, że nigdy piwa nie lubiła, więc tylko dla towarzystwa się poświęciła) a Staś nie dopuszczając nas do głosu opowiadał o różnych swoich sukcesach i otwierał kolejne puszki. Opowieści przeplatał pieprznymi dowcipami, a mnie coraz bardziej doskwierała pewność, że do domu muszę wrócić taksówką (40 zł w plecy).

Zeszło wreszcie na rozmowę o ślubie, dostałam zaproszenie i rzeczywiście poprosili mnie, żebym była świadkiem. Zgodziłam się i zaczęłam zbierać do powrotu. Narzeczeni postanowili mnie odwieźć razem, bo później mieli jeszcze w planie odwiedziny u innej osoby. Wiedziałam, że przyjaciółka nie ma prawa jazdy, więc zapytałam, kto będzie prowadził.

Ona:No jak to kto ??? Staś !!!

Ja:Ale przecież Staś przy mnie wypił 3 puszki piwa i czwartą napoczął ?

Staś:I co z tego, nic mi nie jest, prowadziłem po wódce, nikomu nic się nie stało. A w ogóle to nieładnie tak liczyć komuś ile pije...

Ja: Wybaczcie oboje, ale nie róbcie sobie kłopotu, zamówię sobie taksówkę.

Staś: A co, może jestem pijany ? No, powiedz, pijany jestem ? Tak?  paniusia się wystraszyła? No, pijany jestem ?

Ona: Nie rób problemów, on tego piwa nawet nie poczuł, no chodź, jedziemy.

Ja: Wiesz, ja mam dla kogo żyć, nie mogę ryzykować. Przepraszam, ale zamówię sobie taksówkę, trzymajcie się, zdzwonimy się...

Uciekłam. Stanęłam kilka metrów od domu i zadzwoniłam po taksówkę, po kilku minutach moi znajomi wsiedli do samochodu, przystanęli obok mnie i zachęcali oboje, żebym wsiadła. Gdy odmówiłam, Staś pokazał mi elegancko fucka i pojechali.

Następnego dnia, w niedzielę przyjaciółka zadzwoniła do mnie i anulowała zaproszenie na ślub i do świadkowania. Wg niej, a szczególnie wg Stasia zachowałam się skandalicznie. Objechali bez problemów, u koleżanki wypili jeszcze wino, spokojnie wrócili do domu, a ja musiałam histeryzować. Staś nie może sobie pozwolić, żeby na jego własnym weselu, ktoś (czyli ja) liczył mu każdy kieliszek...

No cóż, niczego już nie tłumaczyłam, nie przepraszałam, życzyłam powodzenia.

Moja była przyjaciółka wyszła za Stasia, wyjechali razem z powrotem do bogatego zachodniego kraju. Nie wiem, jak im się żyje. Ale dziś patrząc na zamazane zdjęcie pijanego motorniczego z Łodzi, przypomniałam sobie pewnego siebie Stasia. On też pewnie nawet by nie zauważył, gdyby kogoś potrącił...

Tagi: ludzie
16:53, atojaxxl
Link Komentarze (6) »
środa, 01 stycznia 2014

Nadejście Nowego Roku przespałam. Nie słyszałam kanonady za oknami, nie obudził mnie huk korka od szampana. I dobrze. Cały pierwszy dzień Nowego Roku minął we mgle, która napłynęła na naszą dzielnicę jeszcze przed północą i trzymała się cały dzień..

Wyciągnęłam więc swoje nabyte wczoraj w Lidlu kapcie i z pewnym zainteresowaniem przeczytałam metkę.

Na pięknym błyszczącym kartonie, z kwiatowymi ozdóbkami, metka informowała mnie po węgiersku i po niemiecku, że oto trzymam w rękach obuwie domowe (hazipapucs, Hausschuhe), po angielsku, słowacku i słoweńsku - że to po prostu kapcie lub papucie, natomiast informacja czeska i polska różniły się diametralnie.

Otóż wg informacji czeskiej jest to "damska domaci obuv" czyli damskie obuwie domowe. Po polsku zaś czytam : Kapcie męskie !!!

I tak ogólnonarodowa dyskusja genderowa przybrała nieoczekiwany obrót: w moich pantoflach moglibyśmy chodzić wszyscy. I na pewno byśmy się nie kłócili, tylko, że pasują wyłącznie na moje stopy :)

Lepszego Nowego Roku życzę wszystkim, a pasterzom Kościoła Rzymsko-katolickiego w Polsce życzę łaski oświecenia, bo chyba ostatnio jej światełko przygasło...

 

20:49, atojaxxl
Link Komentarze (2) »