Podróż przez życie z licznymi przystankami, w tym również autobusowymi
RSS
niedziela, 04 grudnia 2016

Szczerze mówiąc nie jestem najlepszą klientką. Do sklepu idę z listą zakupów, rzadko ulegam sile promocji, nie lubię bezcelowo kręcić się i obmacywać towar, którego nie mam zamiaru kupować. Ale zaobserwowałam już dawno zjawisko snuja pospolitego, bardzo mnie osobiście irytujące. 

Snuja przychodzi do supermarketu, bierze wózek albo koszyk i zaczyna.... a nie, nie, nie zaczyna go wypełniać zakupami. Zaczyna od włączenia telefonu i wybrania numeru. Idąc wolno między półkami, patrzy niewidzącymi oczami i nawija: a to o swoich problemach uczuciowych, a to o niepasującym do niczego płaszczu, a to o tej podłej Kaśce, która znowu przystawia się do snujowego partnera itp itd. Czasem coś weźmie do ręki, ale zaraz odkłada, bo nawet nie pamięta, co wzięła. Czasem zmęczona chodzeniem przystanie z wózkiem w poprzek alejki sklepowej, ale nawijać nie przestaje. 

Wczoraj miałam pecha. Snuja co chwilę stawała na mojej drodze i bardzo się irytowała, gdy prosiłam o przesunięcie wózka. "Nawet porozmawiać spokojnie nie dadzą, co za ludzie". 

Nie skończyła rozmowy nawet przy kasie. Wyłożyła na taśmę kilka niezbędnych do przeżycia drobiazgów, po czym wróciła do działu nabiałowego. Kolejka czekała, ponieważ kasjer zdążył skasować te drobiazgi. Snuja nieśpiesznie wzięła kostkę masła i nadał gadając do telefonu raczyła podać kasjerowi. Ten skasował i grzecznie poprosił o końcówkę drobnych. Spiorunowała go wzrokiem, przerwała na chwilę i wypaliła: "Nie widzisz (tak, tak !!!), że rozmawiam? Nie mam drobnych, ty masz mieć ". Kasjer młody chłopak, poczerwieniał i jakoś tam sobie poradził. 

Zastanawiam się, gdzie się takie coś wychowało a raczej uchowało.

Jakie wzory wyniosło z domu.

Czy w słowniku tej osoby jest w ogóle szacunek dla innych?  

Tagi: ludzie
09:27, atojaxxl
Link Komentarze (2) »
piątek, 02 grudnia 2016

Opadła mi szczęka, stuknęła w klawiaturę i leży... Pisząc wczoraj o negatywnej stronie kampanii świeżakowej (patrz wpis niżej) nie przypuszczałam jak szybko zostanie nasz problem rozwiązany. U krzepkiego i zaradnego emeryta(tak sądzę, nie znam człowieka osobiście) na popularnym portalu handlowym zamówiłam i zapłaciłam z góry za wymarzoną przez Dziewczynkę Truskawkę Tosię.

Pan otrzymał moją wpłatę po minucie.

Działo się to o godzinie 14.29. Wieczorem dopadły mnie sceptycyzm i obawa: a może to tylko jakiś nieuczciwy wyłudzacz kasy? Miał mało komentarzy, oferował tylko te świeżaki. Z drugiej strony chętnych był tłum.

Dziś o godzinie 12.10 kurier przyniósł przesyłkę. Starannie zapakowana przybyła Truskawka Tosia. Między otrzymaniem wpłaty przez sprzedawcę a moim podpisem odbioru upłynęło dokładnie 21 godzin 41 minut.

To się nazywa operatywność i umiejętność wypełnienia niszy. Jest zapotrzebowanie - jest towar.

Zbieram szczękę. I już się cieszę na błysk w oku Dziewczynki.

czwartek, 01 grudnia 2016

Gdy kilka lat temu budowano w tym właśnie miejscu kolejny w naszym mieście market z owadem w kropki, wróżono mu szybki upadek. Bo sami pomyślcie: na granicy tzw. lepszej dzielnicy (lekarze, adwokaci, menedżerowie różnej maści) i blokowiska. Lepsza dzielnica nawet protestowała, ale dość szybko zaczęła zaglądać pod skrzydła owada w kropki, gdy okazało się, że kupowanie tam nie jest już passe'. Ostatnio nawet lepsza dzielnica zaczęła się z pracownikami owada spoufalać. Ja ( z blokowiska) kupuję tam od początku i bardzo sobie chwalę.

Tyle tytułem wstępu.

A teraz ad rem. Jest Dziewczynka, ma 6 lat, wesołą buzię, kochającą rodzinę, komplet dziadków i babć, dużo koleżanek i kolegów. Jest ciekawa świata, łatwo się uczy, ma bardzo bogatą wyobraźnię, często uczestniczy w interesujących zajęciach w różnych instytucjach kultury, rodzice bardzo dbają o jej rozwój, ale do niczego jej nie zmuszają. 

Od pewnego czasu Dziewczynka posmutniała. Powód wyszedł na jaw przypadkowo "Bo tylko ja nie mam świeżaka, wszystkie dzieci mają, moje koleżanki przynoszą i się nimi bawią a ja nie mam". Ponieważ sama doświadczyłam w dzieciństwie odrzucenia przez grupę rówieśniczą z powodu pochodzenia (w wieku 10 lat przeniesiono mnie ze wsi do miasta), postanowiłam temat podrążyć.

Otóż Dziewczynka należy do dzieci, które niczego się nie domagają, nie krzyczy "ja chcę", "daj", "kup" itp.

Ma dużo zabawek, gier, a nade wszystko kocha książki.

I konie.

I koty.

I wszystko do malowania i rysowania.

Nigdy nie wyrażała chęci posiadania świeżaka - ot, kolejna maskotka, trochę szmatek, jakiś wypełniacz w środku, wielkie oczy, majtające kończyny. I nagle okazuje się, że posiadanie świeżaka może decydować o usytuowaniu dziecka w przedszkolnej drabince towarzyskiej. Masz świeżaki - to jesteś z nami, nie masz - to baw się sama.

Rany boskie, szlag mnie trafił. Gdybym wcześniej wiedziała, to nie ma siły, albo bym toto kupiła za pełną odpłatnością, albo uzbierała te cholerne punkty w sklepie z owadem. Dziś już po herbacie. Sklepy przyjmują zapisy zawiedzionych posiadaczy punktów - sama byłam świadkiem zapisu na STYCZEŃ!!! 

Ogłosiłam alert wśród znajomych - nikt nie odsprzeda. Szukałam w sklepach internetowych - ceny szaleją, a co zabawniejsze: ludzie sprzedają setki albumów z punktami, pojedyncze punkty z rolki, i oczywiście masowo świeżaki, oferują po kilkadziesiąt sztuk każdego rodzaju, zastrzegając przy tym, że przesyłka pójdzie z ... Tajlandii albo z Chin.

W licytacjach przebicia sięgają takich kwot, o jakich owadowi się nawet nie śniło.

Jakby mało tego było, owad postanowił pójść za ciosem i teraz dzieci mogą zbierać naklejki i karty ze świeżakami. A wszystko pod przykrywką działań edukacyjnych takich jak zachęcanie do spożywania owoców i warzyw, profilaktyka chorób cywilizacyjnych, dobra zabawa. 

Dlatego lepsza dzielnica spoufala się z pracownikami owada i szuka protekcji w zdobyciu świeżaków. Przypuszczam, że i o naklejki będzie walka, to protekcja się przyda.

A ja świeżaka już opłaciłam i czekam na kuriera. Jakiś emeryt postanowił sobie dorobić i sprzedaje albo komplet albo pojedyncze egzemplarze. 

I album na naklejki też mam. Uruchomiłam grono znajomych, będą zbierać. Dziewczynka nie wie jeszcze o moich działaniach, a to własnie jej uśmiech jest dla mnie najważniejszy.

19:28, atojaxxl
Link Komentarze (2) »
wtorek, 04 października 2016

Dziś święto zwierząt i ich opiekunów, dzień św. Franciszka. Moje ostatnie zwierzątko pożegnałam siedem lat temu i nie zdecydowałam się na wzięcie kolejnego. Gdybym się jednak zdecydowała, to na pewno nie wzięłabym zwierzęcia od jakiejkolwiek fundacji. 

koty

Fundacji opiekujących się kotami lub psami lub obydwoma gatunkami jednocześnie powstało mnóstwo. Powstają, działają krócej lub dłużej i znikają. Mają najczęściej milusie nazwy, oczywiście konto bankowe i hasło mantrę "pomóż nam pomagać". 

Jedna z takich fundacji wspieram ile mogę, bo znam człowieka, który za nią stoi. Działa już ponad 10 lat, jest niezwykle skuteczny w pozyskiwaniu pomocy, nie przebiera w słowach, gdy trzeba napiętnować jakieś patologiczne zachowania wobec zwierząt, przeznaczył część własnego domu na azyl i koci szpitalik. W azylu wszelka kocia bieda: bez łapek, niedowidząca, z nowotworami, ale i zdrowe koty, których nikt nie chciał. W szpitaliku leczy się skutecznie kilkanaście kotów. Byłam, widziałam, popieram. Dodatkowo fundacja dokarmia ponad 300 kotów bezdomnych w mieście, sterylizuje bezdomne kocice, nawiązuje kontakt i wspiera tzw. karmicielki na osiedlach.

Z pewnych względów jednak na kota w domu nie mogę się zdecydować, więc dokarmiam sierściuchy na działce.

O co mi więc chodzi z tymi fundacjami? Otóż prawie każda z nich ma opracowaną procedurę adopcyjną dla swoich podopiecznych. Nie możesz ot tak przyjść i poprosić o zwierzaka. Najpierw musisz wypełnić i przesłać ankietę przedadopcyjną. Ankiety mają różną objętość: od 6 do nawet 14 stron. Zawierają pytania o wszelkie aspekty Twojego życia i Twoje relacje z przyszłym pupilem. Oczywistością wydają się pytania o dane osobowe, o świadomość konieczności karmienia, opieki weterynaryjnej, bezpieczeństwa itp. Ale jest też grupa pytań, która budzi mój opór. Przykłady:? A proszę bardzo:

"Czy pies/kot będzie miał dostęp do wszystkich pomieszczeń w domu/mieszkaniu" - odpowiedź "nie" dyskwalifikuje ochotnika, bo "zwierzę to członek rodziny i ma prawo przebywać wszędzie"

"Czy zabezpieczysz okna i balkon siatkami" - odpowiedź "nie, ponieważ musiałabym mieć zgodę spółdzielni i innych lokatorów" również mnie zdyskwalifikowała, gdyż "bezpieczeństwo zwierzęcia jest wyższą wartością niż względy estetyczne". Hm... miałam psa 16 lat i jakoś nigdy nie miał ochoty popełniać samobójstwa skokiem z balkonu. Znam w moim i sąsiednim bloku 9 osób, które mają koty i też żaden siebie nie defenestrował.

"Co stało się z Twoim poprzednim zwierzęciem?" - odpowiedź " zeszło ze starości" jest niewystarczająca, trzeba dokładnie opisać okoliczności zejścia, podać nazwisko lekarza weterynarii, który zajmował się zwierzakiem, a wszystko w celu sprawdzenia prawdomówności. 

"Określ typ własności domu/mieszkania - lokatorskie, wynajmowane, własnościowe" - preferowane są mieszkania i domy własnościowe, są fundacje, które żądają kopii aktu notarialnego, co jest już dla mnie szczytem ingerencji w moją prywatność.

"Czy jesteś gotów/gotować zwrócić fundacji poniesione koszty utrzymania zwierzęcia, leczenia i sterylizacji" - niestety, nie mam ot tak od ręki półtora tysiąca, mogę wesprzeć, ale bez przymusu... dyskwalifikacja:(

"Czy zgodzisz się na przedadopcyjną wizytę przedstawiciela fundacji" - wizyta ma na celu rozeznać warunki, w jakich zwierzę będzie żyło. No dobrze, zgodzę się, nie mam nic do ukrycia.

Itd, itp - na 4 wysłane przeze mnie ankiety do fundacji zajmujących się psami, z trzech miejsc otrzymałam odmowę, na jedną ankietę brak reakcji, zresztą fundacja już nie działa.

Ponadto zauważyłam, że wiele z tych fundacji jest ze sobą skłóconych, obrażają się wzajemnie, oskarżają o chęć dorobienia na cierpiących zwierzętach. A przecież powinny się wzajemnie wspierać.

Dlatego, jeżeli już zdecyduję się na pieska, to sama znajdę. Moje poprzednie psy żyły 17 i 16 lat. Źle u nas nie miały.

W Światowym Dniu Zwierząt życzę wszystkim kudłatym i łaciatym, pręgowanym i skrzydlatym, tym co skaczą i fruwają, niech szczęśliwe życie mają, ciepłe domy, pełne miski, głaski, mizie i uściski:)

14:14, atojaxxl
Link Komentarze (5) »
poniedziałek, 03 października 2016

Wała wam wszystkie Kuźmiuki, Terlikowscy, Cejrowscy, Klawitery, Waszczykowscy,  wszyscy faceci w czerni, wszystkie nawiedzone nawrócone z wynicowanymi macicami.

Wała wam!!!

Przyjdzie i na was czarna godzina.

Aż się wam czarno w oczach zrobi i czarne myśli po pustych czerepach będą się tłukły.

I będziecie szukać pomocy na czarno.

Wała wam!!!

To mówię do was ja, matka niepełnosprawnego syna i matka dziecka zmarłego przy porodzie.

Urodziłam, bo chciałam.

Bo, ku... wasza mać MIAŁAM WYBÓR!!!

I tego prawa do wyboru domagam się dla mojej córki, mojej wnuczki, moich młodych sąsiadek.

Tylko tyle.

 

 

14:10, atojaxxl
Link Komentarze (5) »
niedziela, 02 października 2016

Należę do pokolenia 60+, które jak widać z licznych wypowiedzi i zdjęć, ma najwięcej do powiedzenia w kwestii cudzej płodności.

Kiedyś tam urodziłyśmy dzieci, z pomocą żłobków, przedszkoli, babć i dziadków odchowałyśmy je pracując jednocześnie bez obawy, że po macierzyńskim wyleją nas na bruk. Antykoncepcja sprowadzała się do gry w rosyjską ruletkę, najczęściej był to problem kobiety, męska filozofia antykoncepcji sprowadzała się do "nie będę lizał cukierka przez papierek", stosunek przerywany czasami zawodził. Skrobanki więc się zdarzały, lekarze nie mieli większych skrupułów a niektórzy wręcz pytali "rodzimy czy skrobiemy". Kościół wprawdzie potępiał, ale bez jakichś akcji z wychodzeniem na ulice, publicznym piętnowaniem czy modłami na skrzyżowaniach ulic.

I teraz to pokolenie stanęło okoniem wobec swoich córek i wnuczek. Niektóre z tych zacietrzewionych bab mają macice jak durszlaki, a swoje grzechy młodości chcą odkupić krzykiem, wymachiwaniem krzyżami, różańcami, nachodzeniem klinik patologii ciąży itp. Mając poparcie takiego elektoratu rząd poprzez swoich przedstawicieli w organizacjach prolife próbuje eskalować napięcie poprzez propozycję całkowitego zakazu antykoncepcji: kto produkuje, importuje, wprowadza do handlu, przekazuje bezpłatnie pigułki antykoncepcyjne może być ukarany więzieniem do lat dwóch. Karierę robi słowo: antynidacyjny

No to ja bym poszła jeszcze dalej. 

Na pierwszy ogień oczywiście prezerwatywy. Kto to w ogóle widział takie bezeceństwo. Leży toto przy każdej kasie, dzieci na to patrzą. Niektórzy użytkownicy po wykorzystaniu tegoż wyrzucają przez okno... Jeszcze na dodatek w niektórych szkołach uczą, jak to zakładać, na bananie... Sodoma i Gomora, panie, sodoma...

Zakazać. Kto produkuje, importuje, sprzedaje, przekazuje bezpłatnie - dowalić mu 2 lata bez zawiasów. A te, które już są na rynku i w magazynach - wywalić na wielki stos, podpalić, w świetle pochodni odśpiewać pieśni bogoojczyźniane i fertig.

Na drugi ogień - testy ciążowe. Tu wprowadziłabym obowiązkową spersonalizowaną rejestrację zakupu. Kupujesz test - na dowód osobisty, podajesz dla kogo. Użytkowniczka w terminie 48 godzin po użyciu dostarcza test do apteki wraz z wynikiem badania potwierdzającego, że to swoim moczem to badanie wykonała. Oczywiście, aptekarze nie będą mieć na to czasu, więc ustanowi się nowy urząd: Ogólnopolski Specjalista Od Badań Antyaborcyjnych (w skrócie OSOBA). Instytucja ta będzie działać poprzez przedstawicieli wojewódzkich, powiatowych, parafialnych itp. Każda apteka zatrudni OSOBA'ę. Wiecie, ile miejsc pracy powstanie? Tysiące!!!

A co, gdy któraś nie dostarczy? Wiadomo, dwa lata paki bez zawiasów. Ileż to więzień będzie można zbudować, ilu ludzi w nich zatrudnić. Rynek pracy nam nagle opustoszeje, bezrobocie zniknie... Kiedyś te puste miejsca zajmą nowi obywatele. I zrobią swoim babkom jesień średniowiecza.

PS. Dla mnie szczytem chamstwa i absurdu jest wypowiedź niejakiego K., że domaganie się przez kobiety prawa do decydowania o własnej płodności... obniży w przyszłości nasze szanse na paraolimpiadach!!! Jak czytam, że ten facet jest doktorem nauk ekonomicznych, byłym posłem i marszałkiem województwa, aktualnym deputowanym do Parlamentu Europejskiego, to szlag mnie trafia. A nie mnie trafić powinien... 

12:41, atojaxxl
Link Komentarze (2) »
sobota, 01 października 2016

Ależ się wczoraj wkurzyłam. Pojechałyśmy z córką do ogromnego supermarketu (polska marka z tradycjami, a jakże!) po znicze. Jest ich tam zatrzęsienie, do wyboru, do koloru, w sklepie jeszcze spokój, klientów niewielu. Za tydzień - dwa zacznie się szaleństwo zakupów zniczy i dekoracji nagrobnych. I ceny się zmienią, w górę.

Wybrałyśmy wszystko, co nas interesowało, plus trochę zakupów spożywczych, i do kasy. A tam niespodzianka: jedne z moich zniczy "nie wchodzą", akurat te, które mi najbardziej się spodobały. Na kasie wyświetlała się uparcie cena ... 188,00 zł za sztukę. Porażka, w dodatku kasjerka zaproponowała mi zmianę, ponieważ "czerwone wchodzą, a te nie". Zwykle jestem uprzejma i spolegliwa, ale tym razem skończyło się tylko na uprzejmej odmowie. 

Kasjerka wreszcie znalazła odpowiedni kod, skasowała te niebotyczne kwoty, podliczyła - wyszło ponad 200 zł. Zapłaciłam kartą, ale coś nie dawało mi spokoju. Sprawdzam paragon a tam jak byk: 43 znicze "anioł" po 3,29 - w rzeczywistości wzięłam tylko 3. No to maraton zaczął się od nowa. Już dwie panie usiłowały mi wmówić, że przecież ta pomyłka już została wycofana, że wszystko jest w porządku. No to ja pytam: gdzie niby mam te 43 znicze w wózku, ponieważ na paragonie owszem jest odnotowane dwukrotne wycofanie ceny 188,00 natomiast żadnych operacji wokół 43 zniczy typu "anioł" nie wykonano poza pobraniem pieniędzy z karty. 

Panie myślały, uznały moją reklamację, zwróciły mi ponad 122 zł. Jeszcze tylko dwa moje podpisy na paragonie i protokole reklamacji i mogłyśmy kontynuować wyprawę.

W kolejnym sklepie kupowałam stożki styropianowe do wyrobu moich choinek karczochowych. Myślałam, że już dziś nic mnie nie zaskoczy, a jednak:) Stożki nie miały kodów, kasjer musiał przypisać cenę do ich wysokości. I mierzył wysokość stożka po boku!!! Dwa razy tłumaczyłam młodemu człowiekowi, jak mierzy się wysokość stożka o podstawie koła a młodzieniec nadal patrzył na mnie wzrokiem łani trafionej drobnym śrutem. Wreszcie podeszła sprzedawczyni, dwa razy kliknęła w klawiaturę, dane stożka się wyświetliły razem z ceną, dodała ją do reszty zakupów i było "po ptokach".

O pomyłce sprzedawczyni w sklepie mięsnym już nawet nie warto się rozpisywać: to była pomyłka na jej niekorzyść, a pani nie chciała uznać mojej uwagi. Więc wzięłam zakupy a wtedy panią coś oświeciło i z krzykiem za mną, że za mało zapłaciłam. Żadnego dziękuję, żadnego przepraszam...

Nie wiem, skąd w sklepach teraz biorą się tacy specjaliści od handlu. Z łapanki? Z przymusu? Moja Matula pracowała dość długo w sklepie. Najpierw ukończyła szkołę handlową, potem pracowała na zapleczu i przy rozpakowywaniu towaru tudzież sprzątaniu sklepu. Dzień, w którym dopuszczono ją do bezpośredniego kontaktu z kupującymi był świętem. A teraz?

PS w  supermarkecie kupiłam też pakiet tzw. zniczy patriotycznych. Małe, zgrabne, po 2 zł. Producent wyszedł naprzeciw oczekiwaniom pewnych grup czy co? 

Tagi: ludzie
10:33, atojaxxl
Link Komentarze (2) »
czwartek, 29 września 2016

Wieki temu, w czasach, kiedy bramy Krakowa zamykano na drewniane skoble, uczyłam się z zapałem łaciny klasycznej i liznęłam nieco greki. Z rozmaitych zachwytów starożytnymi filozofiami i innymi mądrościami pozostała mi jako życiowa dewiza horacjańska myśl nil admirari - niczemu się nie dziwić. I tak staram się żyć, albowiem jest to jedyna rzecz, która może uszczęśliwić człowieka, jak pisze Horacy do Numicjusza.

Aliści ostatnie lata wprawiają mnie jednak coraz częściej w zadziwienie, któremu towarzyszy opad szczęki. Ot na przykład takie kwiatki prawne. Jestem matką niepełnosprawnego umysłowo syna, w tej chwili jedyną jego opiekunką... A właśnie, że nie, wróć... nie jestem opiekunką. Jestem NIKIM, a właściwie - jak mi uświadomiono - jestem "tylko matką". W czym problem?

Syn musi mieć przeprowadzony trudny zabieg w pełnym uśpieniu. Jesteśmy po konsultacji i kwalifikacji do zabiegu, mamy nawet wyznaczony termin, ale nie mamy najważniejszego: zgody syna na zabieg. To znaczy on się zgadza i chętnie by podpisał, ale przepisy ustawy o prawach pacjenta wymagają, żeby takiej zgody udzielił prawny opiekun upośledzonego umysłowo w przypadku, gdy ten ostatni jest ubezwłasnowolniony. W innym razie takiej zgody musi udzielić sąd rejonowy właściwy dla miejsca zamieszkania.

No i mamy problem. Całe lata dążyłam do osiągnięcia przez syna samodzielności, i mam wrażenie, że cel osiągnęłam. Przypuszczam nawet, że gdybym wystąpiła o jego ubezwłasnowolnienie, to żaden sąd by się na to nie zgodził. Więc teraz o jego zabiegu musi decydować jakiś sędzia, który sytuację pozna na podstawie papierów.

I tu pierwszy paradoks - przynajmniej dla mnie. Syn ma pełnię praw obywatelskich, może głosować, ba! na upartego mógłby nawet w wyborach startować ( u nas nikt przecież kandydatów na funkcje wybierane nie poddaje badaniom psychiatrycznym), mógł założyć konto w banku i z niego korzystać, mógł przyjąć spadek po dziadkach z całym dobrodziejstwem inwentarza, mógł przekazać część spadku swojej siostrze (notarialnie, a jakże), mógł podpisać umowy z gazownią, elektrownią i wodociągami. Mógł zostać chrzestnym itp, itd. Nie może jednak wypowiedzieć się w sprawie swojego zdrowia!!!

I paradoks kolejny - rola matki. Nie mam już władzy rodzicielskiej - syn jest od lat pełnoletni. Nie jestem opiekunem prawnym - syn nie jest ubezwłasnowolniony. Nie jestem opiekunem faktycznym - tę rolę nasze prawo przewiduje wyłącznie dla osób niespokrewnionych. Nie mam żadnego prawa, żeby wypowiadać się w sprawie zdrowia syna. Jestem zgodnie z literą prawa osobą postronną - "tylko matką"

Ale gdybym tak zaniedbała opiekę nad synem, głodziła go, pozbawiła środków do życia, wyrzuciła z mieszkania - oooooooooooooo!!! to wtedy staję się KIMŚ - osobą spokrewnioną zobowiązaną do opieki. Wtedy prawo wyciąga po mnie ręce i stawia mnie przed sądem jako wyrodną matkę, która zaniechała obowiązków wynikających z pokrewieństwa. Więc dlaczego nie mogę wypowiedzieć się w sprawie zdrowia mojego dziecka??? Ba! Dlaczego wszyscy lekarze żądają, abym wchodziła z synem do gabinetów i była obecna przy badaniach, skoro nie mam tego prawa??? Ot, takie sobie paradoksy.

Na razie czekamy na odzew z sądu. Jak wiadomo wolno mielą młyny Boże a jeszcze wolniej sądowe. Więc na wszelki wypadek poprosiłam o termin dodatkowy zabiegu.

19:49, atojaxxl
Link Komentarze (5) »
czwartek, 11 sierpnia 2016

Jest coś takiego w charakterze wielu naszych rodaków, żeby na wszelki wypadek nie podporządkowywać się nakazom, zakazom, ostrzeżeniom, przepisom. "Wiem ile mogę", "Sam o siebie umiem zadbać", "Dorosły jestem", "Przecież widzę".

Miałam chyba pecha, ponieważ prawie wszyscy mężczyźni w rodzinie mieli taki cholerny zwyczaj pokazywania, gdzie można sobie wetknąć wszelkie  na przykład zakazy kąpieli, przechodzenia w niedozwolonym miejscu, palenia ognisk itp.

Ojczym był elektrykiem, wobec czego uważał, że jemu prąd nic nie zrobi i miał zwyczaj powtarzać "elektryka prąd nie tyka", gdy trzeba było coś w domu naprawić, a on nie wyłączał zasilania. Mama dostawała białej gorączki, gdy grzebał w żelazku lub gniazdku bez wyłączenia prądu. No i raz w pracy prąd pokazał elektrykowi, co potrafi zrobić, gdy się go lekceważy. Ojczym cudem przeżył, lekarze mówili, że to po prostu niewiarygodne, po takiej dawce napięcia, jakie przez niego przepłynęło.

Prąd nauczył go rozumu, ale w innych sprawach pozostał niezmienny. Pojechaliśmy nad morze do Łeby, dla mnie pierwszy w życiu wyjazd nad Bałtyk. Ojczym z nowiuteńką kartą pływacką zdaną w wodzie stojącej (Jezioro Rożnowskie), pływał stylem tzw. rozpaczliwym ale pływał. Ja coś tam umiałam, ale nie na tyle, żeby samodzielnie wypuszczać się dalej od brzegu, lubiłam mieć pewność, że grunt blisko:) Mama pływać nie umiała, podobnie jak reszta towarzystwa składającego się z jej znajomych z pracy.

Na plaży w Łebie byli ratownicy, woda - po niedawnym sztormie - niezbyt sprzyjała kąpielom, więc chlapałam się na materacu tuż przy brzegu. Ojczym, wbrew woli mamy, odciągnął mnie z materacem trochę dalej, sam wrócił na brzeg. Najpierw mi się swobodne bujanie spodobało, ale w końcu też chciałam wrócić na brzeg. "Wiosłowałam" rękami, ale fale mnie odbijały od brzegu. Zeskoczyłam więc z materaca przekonana, że pod spodem jest grunt. I zawiodłam się okrutnie - pod moimi nogami był dół wybity przez sztorm. Materac mi odpłynął, ja się zanurzyłam i poszłam na dół. Jakoś mi się udało dotrzeć na powierzchnię, przez głowę przelatywały mi pouczenia z nauki pływania. Ale cóż, te same fale, które zabrały mi materac, miotały mną i odpychały od brzegu. Ręce mi mdlały, widziałam tylko, że wszyscy się ze mnie śmieją siedząc na kocach. Byli kilkanaście metrów ode mnie!!!

Tylko nieznajomy młody człowiek zorientował się, że ja po prostu za chwilę pójdę ostatni raz na dno. Coś wrzasnął do ratownika i obydwaj do mnie dopłynęli. Praktycznie wywlekli mnie półprzytomną na brzeg. Wtedy ratownik opieprzył ojczyma, a ten drugi pomagał mi zwrócił słoną wodę. Dzięki niemu żyję.

Po 10 latach pojechałam do Łeby jako wychowawczyni na kolonię. W dniu naszego przyjazdu na sąsiedniej kolonii ze Śląska utonęło dziecko - po sztormie nikt nie sprawdził stanu oznakowanego bojkami kąpieliska. Chłopczyk - podobnie jak ja wcześniej - wpadł w dół..

Dziś w Ustce znaleziono ciało 7-letniej dziewczynki, którą ojciec stracił z oczu po wejściu do wody przy czerwonej fladze... Kilka dni wcześniej w Łebie morze oddało ciało 11-letniej dziewczynki, która też wraz z bratem wziął ojciec do wody przy czerwonej fladze... W tych dzieciach zobaczyłam siebie sprzed 50. lat. I mojego ojczyma zapewniającego, że nic mi się nie stanie, bo w razie czego on ma kartę pływacką. I wszystkich lekkomyślnych ojców przekonanych, że są ponad nakazy i zakazy.

Tagi: ludzie
17:49, atojaxxl
Link Komentarze (6) »
czwartek, 04 sierpnia 2016

Przez rozmaite fora i media przetacza się co jakiś czas dyskusja o tzw. mamuśkach, zapatrzonych w swoje dzieci ludzkich samicach, które po wydaniu na świat jednej czy drugiej pociechy oczekują królewskich hołdów i wszelkich przywilejów tudzież zachwytów nad swoim potomstwem i poświęceniem dla niego. Ostatnio wrócił na łamy temat publicznego karmienia piersią i zachowania dzieci w restauracjach. Nie będę Wam zawracała głowy moją opinią na ten temat. 

Zajmuję się wakacyjnie moją wnuczką Małą Zu. Staram się jej zapewnić nie tylko posiłki i opiekę, ale również rozmaite pożyteczne zajęcia. Co tydzień bierzemy udział w festiwalu sztuk ulicznych, który oprócz wrażeń artystycznych dostarcza mi osobiście wielu ciekawych obserwacji.

Siedzę na ławce, otaczającej kwadratem drzewo i klombik. Do ławki podjeżdża kombajnem wieloczynnościowym (czytaj - wózkiem) młoda mama z trójką dzieci. W kombajnie wypełnionym torbami z zakupami, gdzieś tam na samym jego dnie leży kilkumiesięczne niemowlę, a obok wózka 3-latka i 5-latek. Matka spogląda na ławkę i woła:

"Nie siadej tu, jedziemy dalej, ta ławka jest brudna jak ..uj."

Na to 5-latek radośnie:

"Jak taty ..uj, mama, jak taty, mama powiedz".

Mama przeciągle i z uśmiechem:

"Noooooo...."

Jednakowoż usiedli na tej brudnej ławce i czekają na występ klaunów. Z wózka słychać postękiwanie i popłakiwanie malucha, co matka skwitowała :"No ..uj z nim, znowu się pewnie pos..ł". Klaunów nadal nie było, matka posłała w przestrzeń kolejną porcję przekleństw i wreszcie odjechali.

Scenka z dziś: park, samo południe, mnóstwo dzieci w ogrodzie jordanowskim, upał. Pod rozłożystym dębem zajęła ławkę kolejna mama z dwoma maluchami. Bezmyślnie pozwoliła im zdjąć buty i puściła samopas. Chłopczyk mający może z półtora roku pobiegł za starszym bratem i wszedł bosymi nóżkami na czarną, rozgrzaną matę bezpieczeństwa pod zjeżdżalniami. Powiem szczerze, nawet przez obuwie czuć tam było gorąco po stopami.

Dzieciak po prostu poparzył sobie stópki. Wył jak obdzierany ze skóry, próbował wspinać się na paluszki, przewrócił się i upadł policzkiem na podłoże. Myślicie, że mamuśka się śpieszyła ? Najbliżej stojący dorosły rzucił się i wziął na ręce dziecko wierzgające i wyjące, ktoś inny podbiegł z wodą i lodem.

I trzeba przyznać, że mamuśce się dostało od ludzi jak chyba nigdy. I jak myślicie, kto był winien? "Co za ciul wymyślił takie dziadostwo, żeby se dzieci nogi parzyły? Co za ciul?". O tym, że w takim miejscu, gdzie mogą być nawet odłamki szkła, dzieci nie powinny biegać boso, mamuśka nawet nie pomyślała. Po owinięciu przez obcą osobę nóżek dziecka zimnym okładem mamuśka zapakowała potomstwo do wózka i przeklinając, dostojnie odjechała.

A reakcja mojej młodej sąsiadki, matki dzieciom, w ich zresztą obecności, na moje ubolewanie, że kuna zniszczyła lęgi w kilku gniazdach drozdów? "No i dobrze im zrobiła tym ptokom. Bo ino lotajo, srajo i sie dro" 

Mnie osobiście matka karmiąca dziecko piersią w miejscu publicznym nie przeszkadza. Dzieci w restauracji? No cóż, miałam tylko raz niedobre doświadczenie, może za mało bywam w takich miejscach. Ale matka bezmyślna, wulgarna, przeklinająca w obecności dzieci i niemająca sobie nic do zarzucenia przeszkadzać mi będzie zawsze. I zawsze będę zwracać im uwagę nawet za cenę nazwania mnie starą głupią ci.ą.

Tagi: ludzie
17:41, atojaxxl
Link Komentarze (5) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 30