Podróż przez życie z licznymi przystankami, w tym również autobusowymi
RSS
niedziela, 19 lutego 2017

Staram się nie wypowiadać w sprawach polityki, trochę się na tym znam i mogłabym uderzyć w ton przemądrzalski a tego nie chcę. Od pewnego czasu jednak towarzyszy mi natrętna myśl, że niektórzy ludzie władzy, boleśnie dotknięci przez los, za wszelką cenę szukają winnego swojego stanu i niesprawiedliwie traktują nawet bliskie osoby, a co dopiero mówić o podwładnych.

Blisko 30 lat temu miałam szefową, wyjątkowo wredną i podstępną osobę. Szpiegowała nas, ceniła donosy, oceniała nieuczciwie naszą pracę, jej racja była najważniejsza, nie było sensu podejmować dyskusji, ponieważ ona wiedziała lepiej i automatycznie stawało się w ten sposób po stronie jej wrogów.

Prowadziła gruby czarny notes, w którym spisywała wszystko, czego mogła użyć przeciw pracownikom. Nie cofała się przed podsłuchiwaniem, judzeniem ludzi wzajemnie na siebie, biegała również na skargi do instancji nadrzędnych. Potrafiła zostać na noc w swoim gabinecie, zamknąć się od środka, spać na fotelu a wszystko po to, żeby rano podsłuchiwać, co się o niej mówi w sekretariacie.

Jeżeli zorientowała się, że ktoś planuje rodzinną uroczystość, robiła wszystko, by te dni przed faktem zepsuć tej osobie, doprowadzić ją do łez. Krytykowała naszą odzież, fryzury, nasze dzieci i rodziny. Nie było na nią sposobu, miała swoje chody we władzach. Jeżeli się uśmiechała, to tylko gdy udało się jej komuś dopiec.

Przyszedł jednak taki moment, że szefowa pękła psychicznie i to w mojej obecności. Skończyłam swoją pracę i chciałam iść do domu, ona jednak wyszukiwała powody, żeby mnie w pracy zatrzymać. Pomyślałam sobie - raz kozie śmierć - i wypaliłam, że może ona nie lubi swojego domu i rodziny ale ja bardzo i naprawdę nie widzę powodu, żebym miała się pozbawiać przyjemnego wieczoru w domu dla jej kaprysów. I wtedy się usłyszałam:

"A do czego ja się mam spieszyć, co mnie tam niby ma ciągnąć" i dalej wyrzucała z sibie:

- straciła pierwszego męża z powodu choroby nowotworowej,

- tak dominowała nad córką, że ta w końcu wyjechała za granicę i ograniczyła kontakty,

- syn nie spełnia jej oczekiwań - nie jest dzieckiem genialnym ani idealnym, jest za to chorowity i zamknięty w sobie,

- jest chora i nie ma postępów w leczeniu,

- nienawidzi ludzi zadowolonych, uśmiechniętych ("wszystkie macie takie głupie,zadowolone miny"), nie znosi naszych uczniów ("te bachory mi tylko na nerwy działają"), obwinia cały świat o swoje problemy ("każdy tylko czeka na moje potknięcie"), nie widzi swoich wad ("jestem tu najlepsza i to was boli"), wszędzie widzi wrogów ("nikomu z was nie wierzę"), wszędzie wietrzy podstęp ("tylko planujecie jak mnie wygryźć")")...

"A teraz niech pani idzie w cholerę i napawa się tą rodzinną atmosferą. Jeszcze ta rodzinka pani bokiem wyjdzie" - tak zakończyła swój monolog

Przypomniałam sobie tę szefową i tę dramatyczną rozmowę, patrząc wczoraj na zawziętą twarz prezesa pewnej partii politycznej. Stracił wszystkich bliskich, otoczył się pochlebcami, wszędzie widzi wrogów i wietrzy spiski, upokarza i obraża inaczej myślących, prawie nigdy się nie uśmiecha, wieść gminna niesie, że podobno jest chory...

 

 

 

Tagi: ludzie
20:10, atojaxxl
Link Komentarze (3) »
poniedziałek, 13 lutego 2017

No wkurzyłam się dziś jak rzadko kiedy. Czytam, że ludzie w necie hejtują polską szachistkę, która gra na szachowych mistrzostwach świata w Teheranie. To, że gra, to jeszcze nic, ale gra w chuście na głowie, ponieważ taki wymóg postawili organizatorzy mistrzostw.

No i polało się na głowę biednej polskiej szachistki wredne polskie bagno. Jak śmiała ustąpić i w chuście wystąpić, to popieranie dyskryminacji kobiet, to sprzedanie się za garść srebrników itp itd.

A ja sobie przypominam wizytę naszej obecnie potłuczonej pani premierki w Watykanie. Ona i towarzyszące jej damy(?) dworu(?) wystąpiły w czarnych żałobnych garsonkach i głowy miały dokładnie zakutane w czarne chusty. Wyglądały jak żony bliskowschodnich królów ropy naftowej. Ale podobno takie są wymogi watykańskiego protokołu dyplomatycznego, chociaż z papieżem witała się też np. Angela Merkel i niczego na głowie poza własnymi włosami nie miała...

A nasz miłościwie panujący pan prezydent podczas wizyty w Izraelu paradował w jarmułce na głowie, zresztą nie pierwszy raz. Bo tego wymaga tamtejszy zwyczaj. I wszyscy mężczyźni mu się podporządkowują.

Odwiedzający meczet muszą zdjąć obuwie bez względu na wyznanie. Bo tego wymaga kultura - szanować zwyczaje gospodarza.

I jakoś nikt ich nie hejtował. A tu - fala nienawiści do dziewczyny, która musi mieć dobrze poukładane w głowie, skoro gra o mistrzostwo świata w królewskiej grze. Chyba tylko Polacy potrafią źle życzyć swoim rodakom. Ot, piekiełko narodowe.

Tagi: ludzie
09:08, atojaxxl
Link Komentarze (7) »
środa, 11 stycznia 2017

Kilka miesięcy temu rozpoczęłam batalię w sprawie leczenia zębów syna i opisywałam, jakie musimy spełnić warunki, m.in. uzyskać zgodę sądu na leczenie w znieczuleniu ogólnym. Sąd był uprzejmy podjąć decyzję dopiero w dniu, na który mieliśmy wyznaczony termin zabiegu a treść decyzji dostarczono nam dwa dni później. Oczywiście, termin nam przepadł a następny wyznaczono nam dopiero za dwa miesiące.

Jakoś przetrwaliśmy po to tylko, żeby otrzymać telefon z informacją, że jednak zabieg został przesunięty o następny tydzień, bez podania jakiejkolwiek przyczyny. Po tygodniu historia się powtórzyła i panie z rejestracji z wyraźnym zażenowaniem mnie o tym poinformowały. Koniec końców pierwszy zabieg w pełnym znieczuleniu syn miał tuż przed świętami Bożego Narodzenia. A ja miałam portki pełne strachu, co zrobię, gdy podczas świąt wystąpią jakieś komplikacje...

Termin drugiego zabiegu wyznaczono nam na dziś. Wyposażeni w odpowiednie badania, zaświadczenia i na czczo stawiliśmy się karnie o godz. 6.45 pod odpowiednimi drzwiami. Zgodnie ze staropolską tradycją medyków nikt nie miał zamiaru zacząć pracy punktualnie. Korytarz wypełniał się kolejnymi niepełnosprawnymi pacjentami z obstawą rodziny, a lekarzy nadal nie było. 

W pewnym momencie na końcu korytarza, przy windach powstał jakiś ruch, brzęk, mocne męskie kroki i oczom zgromadzonych ukazała się scena jak z finału filmu kryminalnego: trzech mocno zbudowanych funkcjonariuszy Służby Więziennej w pełnym bojowym rynsztunku, z bronią, pałkami (paralizatorami?), w kamizelkach kuloodpornych przyprowadziło więźnia skutego łańcuchami na rękach i nogach. Obok dreptała dziewczyna z dokumentacją stomatologiczną delikwenta, który zasiadł dokładnie naprzeciw mnie i syna.

Pomyślałam sobie, że będzie kolejna obsuwa czasowa, bo wiem, że tacy pacjenci mają pierwszeństwo. Ale i ten musiał czekać, przecież nie było lekarzy. W dodatku jak się okazało, nawet nie został zarejestrowany. Dopiero dziewczyna z dokumentacją musiała zjechać do rejestracji i załatwić formalności.  Więzień siedział otoczony funkcjonariuszami i bawił się swoimi łańcuchami. Pacjenci obserwowali rozwój sytuacji...

Wreszcie na horyzoncie pojawił się szef i machina ruszyła. Więzień został przyjęty w zwykłym gabinecie, oczywiście w pełnej obstawie, a syn poddał się procedurom usypiania, leczenia i wybudzania. I wszystko dobrze.

I tylko ja się tak zastanawiam, czy to tak powinno wyglądać. Nie kwestionuję absolutnie prawa więźnia do specjalistycznego leczenia, jest człowiekiem. Ale czy powinien siedzieć w korytarzu pełnym pacjentów, dodajmy: niepełnosprawnych umysłowo, z różnymi deficytami neuro- i psychiatrycznymi, z lękami, fobiami. Czy konieczna jest ta demonstracja siły, broni i innych rekwizytów władzy więziennej. A gdyby mimo wszystko coś temu człowiekowi strzeliło do głowy? Co zrobiliby funkcjonariusze SW? Strzelaliby? Użyli gazu lub paralizatora? Nie znam się, może wymyślam sobie scenariusze nierealne, ale gdyby tak... to co?

PS Nie mam najmniejszych zastrzeżeń do samego procesu leczenia syna. Pełny profesjonalizm, wyczucie, delikatność i szacunek dla niepełnosprawnego pacjenta. Jedynie ta punktualność, a raczej jej brak...

21:22, atojaxxl
Link Komentarze (3) »
wtorek, 10 stycznia 2017

Było, minęło, kolejne święta, Nowy Rok i Trzej Królowie/Mędrcy/Magowie - przeszło wszystko do historii. Stoi jeszcze choinka, tradycyjnie do kolędy, stoi jeszcze szopka.

W tym roku spełniło się moje małe marzenie. Kilka lat temu u pewnej mistrzyni pierników z Czech zobaczyłam piernikowe bombki. Chciałam mieć podobne. Niestety, wtedy nie można było w Polsce kupić odpowiednich foremek. Ale od czego głowa? Kupiłam cztery identyczne aluminiowe chochelki, niewierny odciął uchwyty, zeszlifował i... wszystko nie tak

               Bombki piernikowe

Nie udało się, nie wiedziałam jak się te półkule piecze - na zewnątrz foremki? Wewnątrz? Wyszły nieforemne gnioty, w żaden sposób nie pasujące do siebie.

W październiku 2016 trafiłam na polską firmę importującą i sprzedającą czeskie foremki firmy Smolik. I kupiłam wymarzone foremki do piernikowych bombek. I udało się. Do foremek dołączona była instrukcja po polsku i po czesku, jak należy te pierniczki wykonać. Okazało się, że jednak się piecze na zewnątrz foremki a nie w środku jak robiłam na chochelkach:)

Na początek upiekłam i ozdobiłam 15 sztuk. Większość poszła między ludzi, chociaż nie były doskonałe. Ale będę ćwiczyć i nabędę wprawy. Zresztą oceńcie sami:

              Bombki piernikowe

 

              Bombki piernikowe

 

               Bombki piernikowe

 

               Bombki piernikowe

               Bombki piernikowe

               Bombki piernikowe

I na koniec: tak wygląda goła bombka, dwie półkule sklejone lukrem królewskim:)

               Bombki piernikowe 

I choć już późno, ale życzę wszystkim dobrego roku, spokoju i pogody w sercu.

07:52, atojaxxl
Link Komentarze (9) »
wtorek, 13 grudnia 2016

Wielu blogerów dzieli się dziś wspomnieniami i refleksjami dotyczącymi rocznicy stanu wojennego. To ja też. W dniu 13 grudnia 1981 roku byłam szczęśliwą mężatką, miałam 21 miesięcznego synka i córeczkę, która w tym dniu skończyła właśnie 3 miesiące. I w tym dniu kończył mi się urlop macierzyński i miałam wrócić następnego dnia do pracy. Obydwoje z mężem pracowaliśmy w zakładzie, który ze względu na specyfikę wyrobów podlegał całkowitej militaryzacji zgodnie z dekretem o wprowadzeniu stanu wojennego. 

Mąż zebrał moje dokumenty, zawiózł do firmy i zamiast w pracy wylądowałam na urlopie wychowawczym. Jak się potem okazało i tak nie miałabym co robić, ponieważ moje miejsce pracy zostało zapieczętowane, wcześniej tzw. służby wywiozły zawartość naszych biurek i szaf, szefa internowano a pozostali koledzy zostali poddani przesłuchaniom i oceniono negatywnie ich dalszą przydatność w naszym zawodzie. Mnie zostawiono w spokoju, odpowiednie organa wzięły prawdopodobnie pod uwagę, że jako matka malutkich dzieci nie będę podskakiwać (widziałam później swoje "papiery" i adnotację "karmi piersią dwoje dzieci" hahaha). 

W domu panowała napięta atmosfera, obawialiśmy się, że mąż - podobnie jak wcześniej szwagier - zostanie wzięty w kamasze. Uzgodniliśmy więc naiwnie, że gdyby ONI przyszli z nakazem stawienia się do wojska, to ja otwieram drzwi i z płaczem informuję, że mąż właśnie mnie porzucił z dwojgiem małych dzieci i mieszka na Zamkowej i żeby go tam szukali albo w pracy. 

Życie napisało inny scenariusz. Był wieczór, właśnie wykąpaliśmy dzieci, ja dokarmiałam jeszcze córkę, gdy ktoś zapukał. Zgodnie z naszą naiwną umową, otwarłam drzwi a tam stał nasz przemiły, młody sąsiad z klatki obok. "Dobry wieczór, pani Bożenko. Ja tylko na chwilkę, jest mąż?" No to ja uśmiech sąsiedzki nr 5 i zaprosiłam do mieszkania. Mąż tarzał się z synkiem na kocu. Sąsiad wszedł i wypalił: "Obywatel Jan G.? Mam tu dla obywatela wezwanie do stawienia się...."

Szczęka mi opadła, mąż zbladł, moi Rodzice stanęli jak wryci. Już widziałam męża w mundurze szlifującego nocami ulice... Sąsiad jak się okazało pracował w wojsku. Dzięki temu udzielił mężowi porady - należało wziąć z zakładu pracy zaświadczenie, że jest niezbędny w zakładzie zmilitaryzowanym i ma odpowiedzialną pracę, coś tam coś tam, już nie pamiętam dokładnie. Zakład z produkcją zbrojeniową, mąż w kontroli technicznej. Pomogło, nie został umundurowany:)

PS Dziś po 35 latach spełniło się tylko jedno, mąż nie mieszka z nami i nie możemy razem wspominać tamtego okropnego czasu. 

21:20, atojaxxl
Link Komentarze (3) »
niedziela, 04 grudnia 2016

Szczerze mówiąc nie jestem najlepszą klientką. Do sklepu idę z listą zakupów, rzadko ulegam sile promocji, nie lubię bezcelowo kręcić się i obmacywać towar, którego nie mam zamiaru kupować. Ale zaobserwowałam już dawno zjawisko snuja pospolitego, bardzo mnie osobiście irytujące. 

Snuja przychodzi do supermarketu, bierze wózek albo koszyk i zaczyna.... a nie, nie, nie zaczyna go wypełniać zakupami. Zaczyna od włączenia telefonu i wybrania numeru. Idąc wolno między półkami, patrzy niewidzącymi oczami i nawija: a to o swoich problemach uczuciowych, a to o niepasującym do niczego płaszczu, a to o tej podłej Kaśce, która znowu przystawia się do snujowego partnera itp itd. Czasem coś weźmie do ręki, ale zaraz odkłada, bo nawet nie pamięta, co wzięła. Czasem zmęczona chodzeniem przystanie z wózkiem w poprzek alejki sklepowej, ale nawijać nie przestaje. 

Wczoraj miałam pecha. Snuja co chwilę stawała na mojej drodze i bardzo się irytowała, gdy prosiłam o przesunięcie wózka. "Nawet porozmawiać spokojnie nie dadzą, co za ludzie". 

Nie skończyła rozmowy nawet przy kasie. Wyłożyła na taśmę kilka niezbędnych do przeżycia drobiazgów, po czym wróciła do działu nabiałowego. Kolejka czekała, ponieważ kasjer zdążył skasować te drobiazgi. Snuja nieśpiesznie wzięła kostkę masła i nadał gadając do telefonu raczyła podać kasjerowi. Ten skasował i grzecznie poprosił o końcówkę drobnych. Spiorunowała go wzrokiem, przerwała na chwilę i wypaliła: "Nie widzisz (tak, tak !!!), że rozmawiam? Nie mam drobnych, ty masz mieć ". Kasjer młody chłopak, poczerwieniał i jakoś tam sobie poradził. 

Zastanawiam się, gdzie się takie coś wychowało a raczej uchowało.

Jakie wzory wyniosło z domu.

Czy w słowniku tej osoby jest w ogóle szacunek dla innych?  

Tagi: ludzie
09:27, atojaxxl
Link Komentarze (3) »
piątek, 02 grudnia 2016

Opadła mi szczęka, stuknęła w klawiaturę i leży... Pisząc wczoraj o negatywnej stronie kampanii świeżakowej (patrz wpis niżej) nie przypuszczałam jak szybko zostanie nasz problem rozwiązany. U krzepkiego i zaradnego emeryta(tak sądzę, nie znam człowieka osobiście) na popularnym portalu handlowym zamówiłam i zapłaciłam z góry za wymarzoną przez Dziewczynkę Truskawkę Tosię.

Pan otrzymał moją wpłatę po minucie.

Działo się to o godzinie 14.29. Wieczorem dopadły mnie sceptycyzm i obawa: a może to tylko jakiś nieuczciwy wyłudzacz kasy? Miał mało komentarzy, oferował tylko te świeżaki. Z drugiej strony chętnych był tłum.

Dziś o godzinie 12.10 kurier przyniósł przesyłkę. Starannie zapakowana przybyła Truskawka Tosia. Między otrzymaniem wpłaty przez sprzedawcę a moim podpisem odbioru upłynęło dokładnie 21 godzin 41 minut.

To się nazywa operatywność i umiejętność wypełnienia niszy. Jest zapotrzebowanie - jest towar.

Zbieram szczękę. I już się cieszę na błysk w oku Dziewczynki.

czwartek, 01 grudnia 2016

Gdy kilka lat temu budowano w tym właśnie miejscu kolejny w naszym mieście market z owadem w kropki, wróżono mu szybki upadek. Bo sami pomyślcie: na granicy tzw. lepszej dzielnicy (lekarze, adwokaci, menedżerowie różnej maści) i blokowiska. Lepsza dzielnica nawet protestowała, ale dość szybko zaczęła zaglądać pod skrzydła owada w kropki, gdy okazało się, że kupowanie tam nie jest już passe'. Ostatnio nawet lepsza dzielnica zaczęła się z pracownikami owada spoufalać. Ja ( z blokowiska) kupuję tam od początku i bardzo sobie chwalę.

Tyle tytułem wstępu.

A teraz ad rem. Jest Dziewczynka, ma 6 lat, wesołą buzię, kochającą rodzinę, komplet dziadków i babć, dużo koleżanek i kolegów. Jest ciekawa świata, łatwo się uczy, ma bardzo bogatą wyobraźnię, często uczestniczy w interesujących zajęciach w różnych instytucjach kultury, rodzice bardzo dbają o jej rozwój, ale do niczego jej nie zmuszają. 

Od pewnego czasu Dziewczynka posmutniała. Powód wyszedł na jaw przypadkowo "Bo tylko ja nie mam świeżaka, wszystkie dzieci mają, moje koleżanki przynoszą i się nimi bawią a ja nie mam". Ponieważ sama doświadczyłam w dzieciństwie odrzucenia przez grupę rówieśniczą z powodu pochodzenia (w wieku 10 lat przeniesiono mnie ze wsi do miasta), postanowiłam temat podrążyć.

Otóż Dziewczynka należy do dzieci, które niczego się nie domagają, nie krzyczy "ja chcę", "daj", "kup" itp.

Ma dużo zabawek, gier, a nade wszystko kocha książki.

I konie.

I koty.

I wszystko do malowania i rysowania.

Nigdy nie wyrażała chęci posiadania świeżaka - ot, kolejna maskotka, trochę szmatek, jakiś wypełniacz w środku, wielkie oczy, majtające kończyny. I nagle okazuje się, że posiadanie świeżaka może decydować o usytuowaniu dziecka w przedszkolnej drabince towarzyskiej. Masz świeżaki - to jesteś z nami, nie masz - to baw się sama.

Rany boskie, szlag mnie trafił. Gdybym wcześniej wiedziała, to nie ma siły, albo bym toto kupiła za pełną odpłatnością, albo uzbierała te cholerne punkty w sklepie z owadem. Dziś już po herbacie. Sklepy przyjmują zapisy zawiedzionych posiadaczy punktów - sama byłam świadkiem zapisu na STYCZEŃ!!! 

Ogłosiłam alert wśród znajomych - nikt nie odsprzeda. Szukałam w sklepach internetowych - ceny szaleją, a co zabawniejsze: ludzie sprzedają setki albumów z punktami, pojedyncze punkty z rolki, i oczywiście masowo świeżaki, oferują po kilkadziesiąt sztuk każdego rodzaju, zastrzegając przy tym, że przesyłka pójdzie z ... Tajlandii albo z Chin.

W licytacjach przebicia sięgają takich kwot, o jakich owadowi się nawet nie śniło.

Jakby mało tego było, owad postanowił pójść za ciosem i teraz dzieci mogą zbierać naklejki i karty ze świeżakami. A wszystko pod przykrywką działań edukacyjnych takich jak zachęcanie do spożywania owoców i warzyw, profilaktyka chorób cywilizacyjnych, dobra zabawa. 

Dlatego lepsza dzielnica spoufala się z pracownikami owada i szuka protekcji w zdobyciu świeżaków. Przypuszczam, że i o naklejki będzie walka, to protekcja się przyda.

A ja świeżaka już opłaciłam i czekam na kuriera. Jakiś emeryt postanowił sobie dorobić i sprzedaje albo komplet albo pojedyncze egzemplarze. 

I album na naklejki też mam. Uruchomiłam grono znajomych, będą zbierać. Dziewczynka nie wie jeszcze o moich działaniach, a to własnie jej uśmiech jest dla mnie najważniejszy.

19:28, atojaxxl
Link Komentarze (2) »
wtorek, 04 października 2016

Dziś święto zwierząt i ich opiekunów, dzień św. Franciszka. Moje ostatnie zwierzątko pożegnałam siedem lat temu i nie zdecydowałam się na wzięcie kolejnego. Gdybym się jednak zdecydowała, to na pewno nie wzięłabym zwierzęcia od jakiejkolwiek fundacji. 

koty

Fundacji opiekujących się kotami lub psami lub obydwoma gatunkami jednocześnie powstało mnóstwo. Powstają, działają krócej lub dłużej i znikają. Mają najczęściej milusie nazwy, oczywiście konto bankowe i hasło mantrę "pomóż nam pomagać". 

Jedna z takich fundacji wspieram ile mogę, bo znam człowieka, który za nią stoi. Działa już ponad 10 lat, jest niezwykle skuteczny w pozyskiwaniu pomocy, nie przebiera w słowach, gdy trzeba napiętnować jakieś patologiczne zachowania wobec zwierząt, przeznaczył część własnego domu na azyl i koci szpitalik. W azylu wszelka kocia bieda: bez łapek, niedowidząca, z nowotworami, ale i zdrowe koty, których nikt nie chciał. W szpitaliku leczy się skutecznie kilkanaście kotów. Byłam, widziałam, popieram. Dodatkowo fundacja dokarmia ponad 300 kotów bezdomnych w mieście, sterylizuje bezdomne kocice, nawiązuje kontakt i wspiera tzw. karmicielki na osiedlach.

Z pewnych względów jednak na kota w domu nie mogę się zdecydować, więc dokarmiam sierściuchy na działce.

O co mi więc chodzi z tymi fundacjami? Otóż prawie każda z nich ma opracowaną procedurę adopcyjną dla swoich podopiecznych. Nie możesz ot tak przyjść i poprosić o zwierzaka. Najpierw musisz wypełnić i przesłać ankietę przedadopcyjną. Ankiety mają różną objętość: od 6 do nawet 14 stron. Zawierają pytania o wszelkie aspekty Twojego życia i Twoje relacje z przyszłym pupilem. Oczywistością wydają się pytania o dane osobowe, o świadomość konieczności karmienia, opieki weterynaryjnej, bezpieczeństwa itp. Ale jest też grupa pytań, która budzi mój opór. Przykłady:? A proszę bardzo:

"Czy pies/kot będzie miał dostęp do wszystkich pomieszczeń w domu/mieszkaniu" - odpowiedź "nie" dyskwalifikuje ochotnika, bo "zwierzę to członek rodziny i ma prawo przebywać wszędzie"

"Czy zabezpieczysz okna i balkon siatkami" - odpowiedź "nie, ponieważ musiałabym mieć zgodę spółdzielni i innych lokatorów" również mnie zdyskwalifikowała, gdyż "bezpieczeństwo zwierzęcia jest wyższą wartością niż względy estetyczne". Hm... miałam psa 16 lat i jakoś nigdy nie miał ochoty popełniać samobójstwa skokiem z balkonu. Znam w moim i sąsiednim bloku 9 osób, które mają koty i też żaden siebie nie defenestrował.

"Co stało się z Twoim poprzednim zwierzęciem?" - odpowiedź " zeszło ze starości" jest niewystarczająca, trzeba dokładnie opisać okoliczności zejścia, podać nazwisko lekarza weterynarii, który zajmował się zwierzakiem, a wszystko w celu sprawdzenia prawdomówności. 

"Określ typ własności domu/mieszkania - lokatorskie, wynajmowane, własnościowe" - preferowane są mieszkania i domy własnościowe, są fundacje, które żądają kopii aktu notarialnego, co jest już dla mnie szczytem ingerencji w moją prywatność.

"Czy jesteś gotów/gotować zwrócić fundacji poniesione koszty utrzymania zwierzęcia, leczenia i sterylizacji" - niestety, nie mam ot tak od ręki półtora tysiąca, mogę wesprzeć, ale bez przymusu... dyskwalifikacja:(

"Czy zgodzisz się na przedadopcyjną wizytę przedstawiciela fundacji" - wizyta ma na celu rozeznać warunki, w jakich zwierzę będzie żyło. No dobrze, zgodzę się, nie mam nic do ukrycia.

Itd, itp - na 4 wysłane przeze mnie ankiety do fundacji zajmujących się psami, z trzech miejsc otrzymałam odmowę, na jedną ankietę brak reakcji, zresztą fundacja już nie działa.

Ponadto zauważyłam, że wiele z tych fundacji jest ze sobą skłóconych, obrażają się wzajemnie, oskarżają o chęć dorobienia na cierpiących zwierzętach. A przecież powinny się wzajemnie wspierać.

Dlatego, jeżeli już zdecyduję się na pieska, to sama znajdę. Moje poprzednie psy żyły 17 i 16 lat. Źle u nas nie miały.

W Światowym Dniu Zwierząt życzę wszystkim kudłatym i łaciatym, pręgowanym i skrzydlatym, tym co skaczą i fruwają, niech szczęśliwe życie mają, ciepłe domy, pełne miski, głaski, mizie i uściski:)

14:14, atojaxxl
Link Komentarze (5) »
poniedziałek, 03 października 2016

Wała wam wszystkie Kuźmiuki, Terlikowscy, Cejrowscy, Klawitery, Waszczykowscy,  wszyscy faceci w czerni, wszystkie nawiedzone nawrócone z wynicowanymi macicami.

Wała wam!!!

Przyjdzie i na was czarna godzina.

Aż się wam czarno w oczach zrobi i czarne myśli po pustych czerepach będą się tłukły.

I będziecie szukać pomocy na czarno.

Wała wam!!!

To mówię do was ja, matka niepełnosprawnego syna i matka dziecka zmarłego przy porodzie.

Urodziłam, bo chciałam.

Bo, ku... wasza mać MIAŁAM WYBÓR!!!

I tego prawa do wyboru domagam się dla mojej córki, mojej wnuczki, moich młodych sąsiadek.

Tylko tyle.

 

 

14:10, atojaxxl
Link Komentarze (5) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 31