Podróż przez życie z licznymi przystankami, w tym również autobusowymi
RSS
niedziela, 13 maja 2018

Jestem baba. Nie, to nie tytuł zbioru poezji Anny świrszczyńskiej, tylko stwierdzenie faktu dodatkowo codziennie zauważanego przez otoczenie, obce otoczenie. Scen kilka z ostatnich dni.

Scena pierwsza, autobus miejski, jadę nim od pierwszego do końcowego przystanku, ponad 40 minut. Siedzę na pojedynczym fotelu z samego przodu. Lubię to miejsce, bo mogę swobodnie postawić torbę, nikt nie usiłuje się dosiąść, jest blisko wyjścia i nie jest oznaczone specjalnymi naklejkami. W autobusie połowa miejsc wolnych. Szczerze mówiąc nie bardzo mnie interesuje, co dzieje się z tyłu. A tam po kilku przystankach awantura, dziecko krzyczy a matka niemrawo uspokaja: "Mamo, powiedz tej babie, niech mnie puści, powiedz tej babie, no powiedz". Matka: "Siedź tutaj, jedziemy kilka przystanków". Dziecko: "Powiedz tej babie, powiedz tej babie..." Wreszcie ktoś mnie lekko trąca w ramię: "Głucha pani czy co, dziecko chce tu usiąść a ta udaje, że nie słyszy". Jakoś nikt nie zwrócił uwagi na niestosowność całej sytuacji: dziecko nazywa 65-letnią kobietę babą, żąda, by ustąpiła mu miejsca - bo tak!!!,  mama nie reaguje, współpasażerowie w imię spokoju żądają, żebym zwinęła swoje rzeczy i oddała miejsce rozwydrzonemu dzieciakowi. Jestem baba.

Scena druga, duży market. Z półki chemii gospodarczej biorę opakowanie kapsułek do prania w cenie promocyjnej. Pudełek jest jeszcze mnóstwo. Oglądam potem jakiś drobiazg dla wnuczki, obok mnie małżeństwo warczy na siebie. Żona: "Ty niczego nie znajdziesz sam, patrz, baba ma ten Vizir, to gdzieś jest." Mąż: "To se sama poszukaj, patrzałem, nie ma". Odeszłam parę kroków, jeszcze doleciało mnie "Sama sie baby pytaj...". Jestem baba.

Scena trzecia, chodnik dla pieszych. Specjalnie to zaznaczam, bo ciąg rowerowo-pieszy jest po drugiej stronie ulicy, oznakowany pionowymi i poziomymi znakami. Idę sobie spokojnie, słyszę dzwonek rowerowy. Osobnik w mocno średnim wieku mijając mnie woła, czy nie słyszałam dzwonka. Ja grzecznie wyjaśniam, że dla niego jest miejsce po drugiej stronie, że wszystko jest oznakowane. Pan mocno średni na odjezdne rzuca "Pier..l się, babo". Jestem baba.

Scena czwarta, przychodnia. Młoda, znerwicowana osoba krąży z telefonem przy uchu po poczekalni. Na monitorze wyświetlają się kody kolejnych pacjentów. Młoda osoba informuje rozmówcę "Jeszcze to potrwa, dwie baby przede mną..." Jedną z nich jestem ja. Jestem baba.

09:30, atojaxxl
Link Komentarze (11) »
wtorek, 01 maja 2018

No i stało się.

Po trzech blisko latach od serii obliteracji i spłaceniu zaciągniętego na ten cel kredytu, wyszły mi z powrotem żyły, a jedna z nich od razu poszła w tango czyli w stan zapalny. Boli jak cholera, piecze, puchnie, trzeba do lekarza.

Nowoczesność w domu i zagrodzie (kto starszy, ten wie, o co chodzi) więc przez internet szybciutko zarejestrowałam się do lekarza, jedynego rodzinnego, jaki wczoraj dyżurował w mojej przychodni. Nigdy u niego nie byłam, ale myślę sobie, po 20 latach praktyki coś mi doradzi i pomoże.

Na wstępie godzinny poślizg, tyle czasu spędziła u doktora pani lat 92, wolniutko przypominająca sobie kolejne dolegliwości. Wiek ma swoje prawa, usprawiedliwiona.

Z każdym kolejnym pacjentem do gabinetu wchodziły osoby wierzące głęboko, że uzyskają zgodę na rejestrację i każda słyszała tę samą odpowiedź: owszem, tak, ale prywatnie. I jakoś nagle wszyscy zdrowieli...

Gdy wreszcie weszłam i ja, pan doktor szybciutko nogę obejrzał, pożalił się nade mną, a ja ucieszyłam się, że teraz już z górki. A gdzież tam!

Najpierw odebrał kilka telefonów.

Potem oddzwonił w kilka miejsc.

Zaczął czytać w komputerze historię moich chorób.

Odebrał SMS.

Odpisał na SMS.

Czytał dalej.

Odebrał telefon, gwałtownie odwrócił fotel i wyjął z teczki pęk kluczy.

Przez okno odblokował pilotem swój samochód, stojący na parkingu po drugiej stronie ulicy.

Po chwili wyjaśnił mi, że to syn sobie chowa w jego samochodzie plecak, bo skończył lekcje i idzie na korki z angielskiego.

Czyta historię chorób dalej.

Znowu łapie za telefon i dzwoni do syna, czy na pewno dobrze zamknął samochód.

Zaczął wypełniać receptę, szczegółowo mnie pouczając co jest na co.

Szczytem wszystkiego był kolejny telefon tym razem do żony, której przedstawił swoją wersję recepty i zapytał, czy jeszcze coś dołożyć (konkretnie chodziło o drogi zastrzyk). Żona na szczęście wybiła mu ten pomysł z głowy.

Z korytarza zaczęły dobiegać podniesione głosy, ja już siedziałam jak na szpilkach ponad 40 minut.

Gdy wreszcie wyszłam, gniew zgromadzonych obrócił się przeciwko mnie, więc w krótkich, żołnierskich słowach wyjaśniłam, jakie procedury niemedyczne zajmują lekarzowi czas. 

W aptece okazało się, że nie zapisał mi ani jednego leku refundowanego, że rachunek to blisko 300 zł, że 3 lekarstwa to tzw. suplementy. Dzięki aptekarkom, które zmieniły część z 8 (słownie: ośmiu) medykamentów na równoważne i tańsze a część odradziły, zapłaciłam tylko 192...

 

08:40, atojaxxl
Link Komentarze (3) »
piątek, 20 kwietnia 2018

Od kilkunastu dni toczy się w mediach dyskusja o narastającej tendencji do izolowania się tzw. klasy średniej poprzez budowanie i zamieszkiwanie osiedli grodzonych. Niedostępnych dla postronnych, z bramami, kodami, wewnętrzną telewizją, ochroniarzami itp. A wszystko po to, by się bezpiecznie i dobrze czuć wśród swoich, by dzieci nie spotykały się i nie bawiły z patologią.

Właściwie nie powinno mnie to obchodzić, całe życie spędzam wśród ludzi z rozmaitych grup społecznych, podobnie moje dzieci, wnuczka też ma koleżanki i kolegów w normalnej, rejonowej szkole podstawowej.

Aliści mania odgradzania się dotarła i do nas, w miejsce, gdzie nawiązywanie serdecznych relacji z sąsiadami było do tej pory normą - do rodzinnego ogrodu działkowego. Jeszcze do niedawna było tak, że jedyne ogrodzenia ciągnęły się wzdłuż alejek ogrodowych, natomiast między poszczególnymi działkami nie stawiano żadnych płotów, siatek, najwyżej sadziliśmy pas malin albo krzewy owocowe. Normą było, że przyniesionym na działkę ciastem dzieliliśmy się z sąsiadami przechodząc do nich przez umowną granicę.

Niestety, te czasy należą już do przeszłości. Prawie wszyscy moi sąsiedzi albo umarli, albo oddali swoje działki zarządowi. Kupowali je lub dziedziczyli ludzie młodzi, często na tyle zamożni, żeby natychmiast urokliwe drewniane altanki zburzyć, wyciąć w pień wszystkie drzewa i krzewy owocowe, zatrudnić ogrodnika do wykonania trawnika, postawić nowy, murowany domek, zainstalować basen. Jednak pierwszą, najważniejszą inwestycją zawsze jest postawienie solidnego, metalowego ogrodzenia łamiącego przepisy dopuszczające wysokość takowego do 80 cm. Betonowa podmurówka, mocne wsporniki, często ręcznie kute segmenty ogrodzenia wykluczające np. możliwość przejścia dla kotów. I potężne grille, murowane, z możliwością wędzenia.

Do pewnego momentu miałam z moimi nowymi sąsiadami uprzejme relacje, ot, wymiana pozdrowień czy uwag na temat pogody. Relacje zaczęły się psuć, gdy ich dzieci wchodziły bez ceremonii na moją działkę i na przykład przykucały do sikania w moich poziomkach. Potem sąsiadom zaczęły przeszkadzać moje drzewa. Oni woleliby, żebym je wycięła, ponieważ po południu rzucają cień na część ich działki (przypominam - wyłącznie trawnik), wiosną sypią się z nich płatki kwiatów a jesienią liście. O  wymianie grzeczności mogłam zapomnieć, czyhali tylko na moje przyjście, żeby kolejny raz żądać wycięcia drzew.

Podczas moje dłuższej nieobecności wymienili swoją część siatki od strony alejki, ale przy okazji wjechali w moje ogrodzenie na ok. pól metra, bo podobno majster powiedział, że inaczej się nie da.

Zastanawiałam się, dlaczego nie odgradzają się od mojej strony, skoro zbudowali zasieki z pozostałych trzech. No i się dowiedziałam, że oczekują, iż ja im działkę sprzedam, ponieważ potrzebują więcej przestrzeni, podobną propozycję usłyszał mój sąsiad z drugiej strony. Młodzi państwo F. chcą sobie zamknąć przestrzeń trzech działek i poczuć się na swoim.

Zapytacie, gdzie w tym wszystkim jest zarząd ogrodu? Ano jest, ale składając się z samych emerytów, rencistów i inwalidów wojennych nie chce wchodzić w konflikty i udaje, że jest dobrze. 

Zaczynam się czuć jak Ślimak na swojej placówce :)

 

 

Tagi: ludzie ogrody
17:53, atojaxxl
Link Komentarze (2) »
czwartek, 19 kwietnia 2018

I znowu ktoś sobie o mnie przypomniał, i ja przypomniałam sobie o blogu. Inaczej - pamiętałam o blogu, ale brakowało mi kopa psychicznego, żeby się kolejny raz przełamać i zacząć pisać. A tematów zebrało się - ho ho ho, życia nie starczy.

Najważniejsza sprawa: moja córka przeszła swoją drogę krzyżową, koszmar chemii, utratę pięknych włosów, wychudzenie, drastyczny spadek parametrów krwi, wszystko po to, by okazały guz dostał potężne uderzenie leków, wiedzy i kompetencji lekarzy i by się poddał.

I tak się stało, tydzień temu poszedł do kosza. Udało się uratować pierś, a i włosy poczuły wiosnę i zaczynają odrastać.

Jesteśmy niewyobrażalnie wdzięczni lekarzom z gliwickiego centrum onkologicznego, pielęgniarkom, salowym, wszystkim, którzy przyłożyli rękę i umysł do leczenia Ani.

Jesteśmy niewyobrażalnie wdzięczni rodzinie, przyjaciołom, znajomym za wielkie psychiczne i fizyczne wsparcie w ciągu tych siedmiu miesięcy. Dzięki nim wnuczka nie odczuła braku mamy a czasem i obojga rodziców, gdy jechali do kliniki.

Jesteśmy niewyobrażalnie wdzięczni pani pracującej w jednym z tarnowskich ośrodków rehabilitacji, która bezinteresownie znalazła dla Ani dogodny termin. Nie musiała tego robić, ale poświęciła czas, by rehabilitacja mogła rozpocząć się szybko a nie za 3 - 4 miesiące albo w 2020 (bo i taki termin zaproponowano).

Osobiście jestem bardzo zbudowana postawą córki, która po pierwszych porywach załamania nie poddała się  i była dla nas wszystkich źródłem optymizmu i przykładem pokornego ale i dzielnego znoszenia cierpienia.

Problemy syna to osobna sprawa i wrócę do niej, gdy wyjdziemy na prostą

Dziękuję wszystkim moim czytelnikom za dobre słowo, za życzenia i zachęty. 

13:58, atojaxxl
Link Komentarze (5) »
poniedziałek, 05 lutego 2018

Do napisania tej notatki zmobilizowała mnie hanula1950, za co wdzięczna jestem bardzo, bo to oznacza, że ktoś mnie pamięta.

Ostatni mój wpis dotyczył sytuacji, gdy znalazłam się w zagrożeniu życia i dzięki mobilizacji rodziny i wiedzy lekarzy wyszłam z tego bez szwanku.

Niestety, jakieś fatum zaciążyło nad moją niewielką rodziną i nie pozwala o sobie zapomnieć. Kilka tygodni później moja dzielna córka dowiedziała się, że jest ciężko chora, choć nic na to nie wskazywało. Teraz przechodzi serię chemioterapii i przygotowuje się do operacji. Przekonałam się na własnej skórze, że nowotwór jednej osoby w rodzinie to praktycznie choroba całej rodziny: wszyscy mobilizujemy wszystkie siły, aby pomóc córce przetrwać ten ciężki czas.

Muszę to publicznie wyznać: córka jest z nas wszystkich najsilniejsza psychicznie i to ona nas wszystkich wspiera swoim optymizmem i powtarzaną mantrą "Będzie dobrze, bo musi być dobrze".

Teraz ciężkie chwile przechodzi mój syn, od dziecka niepełnosprawny intelektualnie. Są dni, że traci pamięć, jest zagubiony, zdezorientowany, nie rozpoznaje przedmiotów, reaguje z opóźnieniem lub wcale, nie śpi. Pogodny, spokojny młody mężczyzna zachowuje się czasem jak zombie, jakby mu ktoś wyłączył prąd i odebrał energię życiową. Chodzimy po lekarzach, robimy badania, ale jak to u nas najczęściej bywa - nie bardzo wiadomo, co się dzieje. Za kilka dni badania będą analizowane i pewnie zlecone następne. 

Dwoje dorosłych chorych dzieci...

Dlatego i mnie zaczyna już brakować energii i mojego wrodzonego optymizmu. Za dużo wszystkiego złego na mnie spadło, a jestem niestety ze wszystkim złym sama. Musiałam zrezygnować i z tych niewielu już działań, które mnie absorbowały: klub książki, spotkania literackie, salony poezji, spacery z kijkami w towarzystwie przyjaciółki (ona też przechodzi swoje piekło), w reszcie pisanie bloga. Zaniedbałam działkę - nawet nie przygotowałam jej do zimy, nie robię żadnych ozdób, dekoracji.

Serdecznie dziękuję wszystkim, którzy tu zaglądają, za pamięć i postaram się zmobilizować, od czasu do czasu coś naskrobać.

Tagi: ludzie
06:52, atojaxxl
Link Komentarze (11) »
niedziela, 06 sierpnia 2017

Oj, nie było mnie tu dłuuuugo i mogło mnie już całkiem nie być. Jak to w życiu bywa - dobre potrafi w ułamkach sekund przekształcić się w dramat.

Zacznę od dobrego - po kilku miesiącach przygotowań odbył się 3-dniowy zjazd naszej klasy licealnej w 45. rocznice matury. Zjazd zorganizował i sponsorował nasz kolega klasowy, który w pięknym Wrocławiu, po studiach, znalazł pewną niszę na rynku i ciężką pracą doszedł do naprawdę wielkiego majątku. Jest przy tym nadal naszym kolegą, niczym się wśród nas nie wyróżniał (no może tylko szytymi na miarę koszulami i fantastycznymi, ręcznie robionymi butami), miał tyle samo radości ze spotkania, co my wszyscy, w większości już skromnie żyjący emeryci. Zwiedziliśmy afrykarium, Panoramę Racławicką, starówke wrocławską, pływaliśmy specjalnie dla nas wynajętym statkiem po Odrze, zwiedziliśmy firmę naszego kolegi, wybudowany przez niego szpital, a nawet ufundowany wspólnie z żoną kościół w niewielkiej miejscowości. Mieszkaliśmy w świetnym hotelu, mieliśmy kilka rewelacyjnych spotkań przy stole itp. Towarzyszył nam nasz wychowawca, któremu każdy z nas coś zawdzięczał i a co uświadomiliśmy sobie po latach: umiłowanie przyrody, szacunek dla KAŻDEGO człowieka, naturalną chęć niesienia pomocy a poza tym zwyczajną kindersztubę (koledzy wspominali, jak wychowawca ścigał ich w teatrze za dżinsy, musieli wrócić do domu i się przebrać)

Spotkanie było okazja do wspomnień, śmiechu, ale również łez. Mimo początkowej rezerwy czułam się fantastycznie, zapomniałam o codzienności i chorobie.

Kilkanaście dni po powrocie wylądowałam w szpitalu. Nie chcę wdawać się w szczegóły, ale życie zawdzięczam zdecydowanej postawie córki, która na moje "może mi samo przejdzie" zapakowała mnie w samochód i zawiozła  do całodobowej przechodni, gdzie lekarka nawet wiele nie pytała, tylko dała skierowanie na cito do szpitala. Bałam się tego, bo wiedziałam, ile czeka się na SORze, gdy przyjeżdża się samodzielnie.

O dziwo, tam też nikt nie szukał dziury w całym,dostałam czerwoną linię (zagrożenie życia), po niezbędnych czynnościach administracyjnych i badaniach wylądowałam na szpitalnym łóżku i po ustabilizowaniu stanu - na stole operacyjnym. 

Operowali mnie dwaj młodzi lekarze, którzy w przeciwieństwie do tzw. miejscowych sław najpierw rzetelnie mi wszystko wyjaśnili i obrazowo opisali, co się będzie działo, jakie mogą być powikłania, pięknie skroili co trzeba i bardzo ładnie mnie sfastrygowali :) Jestem w domu, szwy goją się jak na psie mimo upałów. Czuję się dobrze. Tylko od czasu do czasu przypominam sobie moją ostatnią myśl przed zaśnięciem na stole operacyjnym: czy widok lamp nade mną nie jest przypadkiem ostatnim widokiem w moim życiu :)

Widać mam jeszcze coś dobrego do zrobienia, skoro wróciłam między żywych :) I przy okazji do bloga. Pozdrawiam wszystkich serdecznie.

Życie jest piękne !!!

Tagi: ludzie
09:38, atojaxxl
Link Komentarze (9) »
piątek, 05 maja 2017

Mieszkam w tym samym miejscu już 34 lata i pewnie tu doczekam końca. Gdy wprowadzaliśmy się do świeżo wybudowanego bloku, znaliśmy już kilka rodzin. Nasze dzieci razem bawiły się, dorastały i wyfruwały na swoje. Od początku ujawniły się też pewne cechy charakteru sąsiadów, które z czasem tylko się pogłębiły.

Pani X była i jest bardzo religijna, rzekłabym: pokazowo religijna. Dwa razy dziennie, przed 15.00 i przed 18.00 dostojnie zmierza do pobliskiego kościoła starannie sprawdzając, kto jeszcze idzie. Teraz, w porze nabożeństwa majowych, idzie na 17.00 na majówkę w kościele, stamtąd na majówkę w prywatnym ogrodzie, kończy dzień majówką pod figurą przy ulicy Szopena (lata temu skandal wywołał tam młody inżynier, który w desperackim akcie figurkę Matki Boskiej zdemolował).

Pani X ma niestety pewne skrzywienie: chciałaby każdego rozliczać z życia religijnego i bardzo łatwo przy każdej okazji oskarża ludzi o obrazę jej uczuć religijnych. A kto lub co może je obrazić? Ot, na przykład, mój syn G., do którego obowiązków należy m.in. wynoszenie śmieci. Ludzie tacy jak G. żyją zgodnie z pewnymi rytuałami, zgodnie z powtarzalnym planem dnia. Jeżeli coś zaburzy ten porządek, G. czuje się bezradny. Więc wynosi te śmieci codziennie i o tej samej godzinie, również w niedziele i święta. Pani X kilkakrotnie chodziła za nim do śmietnika, żeby go pouczyć, jaki to ciężki grzech popełnia i jak to obraża jej uczucia religijne. Prosiłam, żeby dała mu spokój, ale do kobiety nie docierało. Napuściłam wreszcie na nią męża - wtedy jeszcze z nami mieszkał. Co jej powiedział - nie wiem, ale dała G. spokój. Innych prześladuje nadal, na przykład za używanie w niedzielę miksera :)

Pani Y uwielbia dekorować. Wszystko. Każdy zakątek, nie tylko swoje mieszkanie. Dekorowała klatkę, okna, w każdym kącie na półpiętrach stawiała wazony z suszonymi trawami, w odpowiednim czasie stawiała na piętrze stół a na nim szopkę. Okręcała poręcze gałązkami i wstążkami, sypała konfetti jako śnieg a nawet stawiała latarenki z palącymi się w środku podgrzewaczami. Niestety, sąsiedzi nie wykazywali zrozumienia dla jej dekoratorskich zapędów, wszystko się skończyło, gdy ratownicy nie mogli wynieść noszy z chorym starszym panem i po prostu kopniakami rozwalali te wazony, stoliki, bo nie było innego wyjścia. Obraziła się i już nie dekoruje.

Pani Z sprawdza chyba z uchem przy ścianie, kto i kiedy robi pranie. Nie daj Boże w święto lub niedzielę. Bo kto to widział, bo to skandal. Nie mamy suszarni, więc suszymy na balkonach. Pani widzi więc, że np dwa piętra niżej wisi często ta sama pościel. Widzi każde załamanie na moich ściereczkach i obrusach. I komentuje, komentuje, komentuje... Bo ona wszystko pierze w rękach, a te pralki są diabła warte. Bo ona ma alergię na zapach z prania sąsiadów z góry. Bo ona wszystko lepiej....

Pan Q. lubi wszystko wiedzieć. Musi asystować każdej ekipie konserwatorów, gazowników, hydraulików. Poucza, krytykuje, próbuje pomagać. Przy okazji skrzętnie zbiera każdy kawałek niepotrzebnego kabla, śrubkę, deseczkę, styropian. Panu Q. wszystko się przyda, jak w tym wierszu Szymborskiej o męskiej szufladzie. Jest szczęśliwy, gdy ktoś robi remont, bo wtedy może się obłowić, zawinąć zdobyte skarby w gazetę i upchać w swojej przepełnionej piwnicy. Przypuszczam, że w najodleglejszym kącie są zdobycze sprzed 30 lat :)

Wszyscy się mocno postarzeliśmy, ktoś nawet nazwał naszą klatkę "dziewiąta geriatryczna". Powoli zaczynamy odchodzić, a z każdym kolejnym pożegnaniem zalety, wady, przywary przestają mieć znaczenie.

PS Prawdę mówiąc, to brakuje mi tych dekoracji :)

16:12, atojaxxl
Link Komentarze (2) »
niedziela, 16 kwietnia 2017

Dawno mnie tutaj nie było, zakręcona jestem jak słoik z korniszonami. Ale myślę serdecznie o wszystkich moich bliskich, przyjaciołach i znajomych i wraz z życzeniami świątecznymi przesyłam Wam koszyk moich tego rocznych piernikowych pisanek :) Alleluja! 

Pisanki piernikowe

 

Pisanka piernikowa1

 

Pisanka piernikowa2

 

 

Pisanka piernikowa4

 

 

 

17:23, atojaxxl
Link Komentarze (4) »
piątek, 24 lutego 2017

Do Warszawy daleko, więc wszystko, co wiem na temat nowej "Klątwy" - wiem na podstawie doniesień medialnych (z tym, że telewizji nie oglądam poza programami przyrodniczymi i sportowymi). Zastrzegam więc z góry, że wypowiadam się, choć nie widziałam. 

Tradycyjnie dwie strony sporu obwarowały się w swoich Okopach Świętej Trójcy: z jednej strony czciciele reżysera i jego podobno genialnego przedstawienia, z drugiej oburzeni, dotknięci i obrażeni zarówno formą jak i treścią tegoż dzieła. Obie strony są na tyle daleko od siebie, by nie słyszeć argumentów przeciwnika, i na tyle blisko, żeby się wzajemnie obrażać. W ruch poszły różańce, krzyże, malowane w domowych warunkach plakaty i hasła, zaangażowano już prokuraturę, tzw. autorytety wypowiadają się podobnie jak ja: nie widzieli, ale wiedzą...

A ja piszę i zabieram głos, ponieważ pytam: gdzie w tym wszystkim jest Wyspiański i jego genialna "Klątwa"? Czy obydwie strony konfliktu znają dramat Wyspiańskiego, dramat tkwiący swoimi korzeniami w autentycznym wydarzeniu w podtarnowskim Gręboszowie?

"Klątwa" Wyspiańskiego niesie tak wielki ładunek emocji, tak ważne uniwersalne przesłanie, że wszelkie manipulowanie i kombinowanie przy jej tekście i formie jest dla mnie (podkreślam - dla mnie) wielkim i niedopuszczalnym nadużyciem. Nawet białe gołąbki z pierwowzoru zostały sprowadzone na plakacie do białego gołębia sr....go na wszystko. Skoro to przedstawienie, które chyba tylko przez przypadek  odwołuje się do twórcy "Warszawianki" i "Wesela", jest tak genialne, jak chcą i widzą niektórzy recenzenci, to dlaczego chorwacki reżyser nie napisał swojej własnej sztuki bez podpierania się nazwiskiem wielkiego polskiego malarza, poety i dramaturga?

Tak, akurat w kwestii manipulowania klasycznymi sztukami teatralnymi jestem konserwatywna, choć daleko mi do obydwu stron afery wokół "Klątwy". Nie widziałam - więc się nie zachwycam, nie widziałam - więc nie czuję się obrażona. 

14:26, atojaxxl
Link Komentarze (4) »
niedziela, 19 lutego 2017

Staram się nie wypowiadać w sprawach polityki, trochę się na tym znam i mogłabym uderzyć w ton przemądrzalski a tego nie chcę. Od pewnego czasu jednak towarzyszy mi natrętna myśl, że niektórzy ludzie władzy, boleśnie dotknięci przez los, za wszelką cenę szukają winnego swojego stanu i niesprawiedliwie traktują nawet bliskie osoby, a co dopiero mówić o podwładnych.

Blisko 30 lat temu miałam szefową, wyjątkowo wredną i podstępną osobę. Szpiegowała nas, ceniła donosy, oceniała nieuczciwie naszą pracę, jej racja była najważniejsza, nie było sensu podejmować dyskusji, ponieważ ona wiedziała lepiej i automatycznie stawało się w ten sposób po stronie jej wrogów.

Prowadziła gruby czarny notes, w którym spisywała wszystko, czego mogła użyć przeciw pracownikom. Nie cofała się przed podsłuchiwaniem, judzeniem ludzi wzajemnie na siebie, biegała również na skargi do instancji nadrzędnych. Potrafiła zostać na noc w swoim gabinecie, zamknąć się od środka, spać na fotelu a wszystko po to, żeby rano podsłuchiwać, co się o niej mówi w sekretariacie.

Jeżeli zorientowała się, że ktoś planuje rodzinną uroczystość, robiła wszystko, by te dni przed faktem zepsuć tej osobie, doprowadzić ją do łez. Krytykowała naszą odzież, fryzury, nasze dzieci i rodziny. Nie było na nią sposobu, miała swoje chody we władzach. Jeżeli się uśmiechała, to tylko gdy udało się jej komuś dopiec.

Przyszedł jednak taki moment, że szefowa pękła psychicznie i to w mojej obecności. Skończyłam swoją pracę i chciałam iść do domu, ona jednak wyszukiwała powody, żeby mnie w pracy zatrzymać. Pomyślałam sobie - raz kozie śmierć - i wypaliłam, że może ona nie lubi swojego domu i rodziny ale ja bardzo i naprawdę nie widzę powodu, żebym miała się pozbawiać przyjemnego wieczoru w domu dla jej kaprysów. I wtedy się usłyszałam:

"A do czego ja się mam spieszyć, co mnie tam niby ma ciągnąć" i dalej wyrzucała z sibie:

- straciła pierwszego męża z powodu choroby nowotworowej,

- tak dominowała nad córką, że ta w końcu wyjechała za granicę i ograniczyła kontakty,

- syn nie spełnia jej oczekiwań - nie jest dzieckiem genialnym ani idealnym, jest za to chorowity i zamknięty w sobie,

- jest chora i nie ma postępów w leczeniu,

- nienawidzi ludzi zadowolonych, uśmiechniętych ("wszystkie macie takie głupie,zadowolone miny"), nie znosi naszych uczniów ("te bachory mi tylko na nerwy działają"), obwinia cały świat o swoje problemy ("każdy tylko czeka na moje potknięcie"), nie widzi swoich wad ("jestem tu najlepsza i to was boli"), wszędzie widzi wrogów ("nikomu z was nie wierzę"), wszędzie wietrzy podstęp ("tylko planujecie jak mnie wygryźć")")...

"A teraz niech pani idzie w cholerę i napawa się tą rodzinną atmosferą. Jeszcze ta rodzinka pani bokiem wyjdzie" - tak zakończyła swój monolog

Przypomniałam sobie tę szefową i tę dramatyczną rozmowę, patrząc wczoraj na zawziętą twarz prezesa pewnej partii politycznej. Stracił wszystkich bliskich, otoczył się pochlebcami, wszędzie widzi wrogów i wietrzy spiski, upokarza i obraża inaczej myślących, prawie nigdy się nie uśmiecha, wieść gminna niesie, że podobno jest chory...

 

 

 

Tagi: ludzie
20:10, atojaxxl
Link Komentarze (4) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 32