Podróż przez życie z licznymi przystankami, w tym również autobusowymi
RSS
niedziela, 06 sierpnia 2017

Oj, nie było mnie tu dłuuuugo i mogło mnie już całkiem nie być. Jak to w życiu bywa - dobre potrafi w ułamkach sekund przekształcić się w dramat.

Zacznę od dobrego - po kilku miesiącach przygotowań odbył się 3-dniowy zjazd naszej klasy licealnej w 45. rocznice matury. Zjazd zorganizował i sponsorował nasz kolega klasowy, który w pięknym Wrocławiu, po studiach, znalazł pewną niszę na rynku i ciężką pracą doszedł do naprawdę wielkiego majątku. Jest przy tym nadal naszym kolegą, niczym się wśród nas nie wyróżniał (no może tylko szytymi na miarę koszulami i fantastycznymi, ręcznie robionymi butami), miał tyle samo radości ze spotkania, co my wszyscy, w większości już skromnie żyjący emeryci. Zwiedziliśmy afrykarium, Panoramę Racławicką, starówke wrocławską, pływaliśmy specjalnie dla nas wynajętym statkiem po Odrze, zwiedziliśmy firmę naszego kolegi, wybudowany przez niego szpital, a nawet ufundowany wspólnie z żoną kościół w niewielkiej miejscowości. Mieszkaliśmy w świetnym hotelu, mieliśmy kilka rewelacyjnych spotkań przy stole itp. Towarzyszył nam nasz wychowawca, któremu każdy z nas coś zawdzięczał i a co uświadomiliśmy sobie po latach: umiłowanie przyrody, szacunek dla KAŻDEGO człowieka, naturalną chęć niesienia pomocy a poza tym zwyczajną kindersztubę (koledzy wspominali, jak wychowawca ścigał ich w teatrze za dżinsy, musieli wrócić do domu i się przebrać)

Spotkanie było okazja do wspomnień, śmiechu, ale również łez. Mimo początkowej rezerwy czułam się fantastycznie, zapomniałam o codzienności i chorobie.

Kilkanaście dni po powrocie wylądowałam w szpitalu. Nie chcę wdawać się w szczegóły, ale życie zawdzięczam zdecydowanej postawie córki, która na moje "może mi samo przejdzie" zapakowała mnie w samochód i zawiozła  do całodobowej przechodni, gdzie lekarka nawet wiele nie pytała, tylko dała skierowanie na cito do szpitala. Bałam się tego, bo wiedziałam, ile czeka się na SORze, gdy przyjeżdża się samodzielnie.

O dziwo, tam też nikt nie szukał dziury w całym,dostałam czerwoną linię (zagrożenie życia), po niezbędnych czynnościach administracyjnych i badaniach wylądowałam na szpitalnym łóżku i po ustabilizowaniu stanu - na stole operacyjnym. 

Operowali mnie dwaj młodzi lekarze, którzy w przeciwieństwie do tzw. miejscowych sław najpierw rzetelnie mi wszystko wyjaśnili i obrazowo opisali, co się będzie działo, jakie mogą być powikłania, pięknie skroili co trzeba i bardzo ładnie mnie sfastrygowali :) Jestem w domu, szwy goją się jak na psie mimo upałów. Czuję się dobrze. Tylko od czasu do czasu przypominam sobie moją ostatnią myśl przed zaśnięciem na stole operacyjnym: czy widok lamp nade mną nie jest przypadkiem ostatnim widokiem w moim życiu :)

Widać mam jeszcze coś dobrego do zrobienia, skoro wróciłam między żywych :) I przy okazji do bloga. Pozdrawiam wszystkich serdecznie.

Życie jest piękne !!!

Tagi: ludzie
09:38, atojaxxl
Link Komentarze (8) »
piątek, 05 maja 2017

Mieszkam w tym samym miejscu już 34 lata i pewnie tu doczekam końca. Gdy wprowadzaliśmy się do świeżo wybudowanego bloku, znaliśmy już kilka rodzin. Nasze dzieci razem bawiły się, dorastały i wyfruwały na swoje. Od początku ujawniły się też pewne cechy charakteru sąsiadów, które z czasem tylko się pogłębiły.

Pani X była i jest bardzo religijna, rzekłabym: pokazowo religijna. Dwa razy dziennie, przed 15.00 i przed 18.00 dostojnie zmierza do pobliskiego kościoła starannie sprawdzając, kto jeszcze idzie. Teraz, w porze nabożeństwa majowych, idzie na 17.00 na majówkę w kościele, stamtąd na majówkę w prywatnym ogrodzie, kończy dzień majówką pod figurą przy ulicy Szopena (lata temu skandal wywołał tam młody inżynier, który w desperackim akcie figurkę Matki Boskiej zdemolował).

Pani X ma niestety pewne skrzywienie: chciałaby każdego rozliczać z życia religijnego i bardzo łatwo przy każdej okazji oskarża ludzi o obrazę jej uczuć religijnych. A kto lub co może je obrazić? Ot, na przykład, mój syn G., do którego obowiązków należy m.in. wynoszenie śmieci. Ludzie tacy jak G. żyją zgodnie z pewnymi rytuałami, zgodnie z powtarzalnym planem dnia. Jeżeli coś zaburzy ten porządek, G. czuje się bezradny. Więc wynosi te śmieci codziennie i o tej samej godzinie, również w niedziele i święta. Pani X kilkakrotnie chodziła za nim do śmietnika, żeby go pouczyć, jaki to ciężki grzech popełnia i jak to obraża jej uczucia religijne. Prosiłam, żeby dała mu spokój, ale do kobiety nie docierało. Napuściłam wreszcie na nią męża - wtedy jeszcze z nami mieszkał. Co jej powiedział - nie wiem, ale dała G. spokój. Innych prześladuje nadal, na przykład za używanie w niedzielę miksera :)

Pani Y uwielbia dekorować. Wszystko. Każdy zakątek, nie tylko swoje mieszkanie. Dekorowała klatkę, okna, w każdym kącie na półpiętrach stawiała wazony z suszonymi trawami, w odpowiednim czasie stawiała na piętrze stół a na nim szopkę. Okręcała poręcze gałązkami i wstążkami, sypała konfetti jako śnieg a nawet stawiała latarenki z palącymi się w środku podgrzewaczami. Niestety, sąsiedzi nie wykazywali zrozumienia dla jej dekoratorskich zapędów, wszystko się skończyło, gdy ratownicy nie mogli wynieść noszy z chorym starszym panem i po prostu kopniakami rozwalali te wazony, stoliki, bo nie było innego wyjścia. Obraziła się i już nie dekoruje.

Pani Z sprawdza chyba z uchem przy ścianie, kto i kiedy robi pranie. Nie daj Boże w święto lub niedzielę. Bo kto to widział, bo to skandal. Nie mamy suszarni, więc suszymy na balkonach. Pani widzi więc, że np dwa piętra niżej wisi często ta sama pościel. Widzi każde załamanie na moich ściereczkach i obrusach. I komentuje, komentuje, komentuje... Bo ona wszystko pierze w rękach, a te pralki są diabła warte. Bo ona ma alergię na zapach z prania sąsiadów z góry. Bo ona wszystko lepiej....

Pan Q. lubi wszystko wiedzieć. Musi asystować każdej ekipie konserwatorów, gazowników, hydraulików. Poucza, krytykuje, próbuje pomagać. Przy okazji skrzętnie zbiera każdy kawałek niepotrzebnego kabla, śrubkę, deseczkę, styropian. Panu Q. wszystko się przyda, jak w tym wierszu Szymborskiej o męskiej szufladzie. Jest szczęśliwy, gdy ktoś robi remont, bo wtedy może się obłowić, zawinąć zdobyte skarby w gazetę i upchać w swojej przepełnionej piwnicy. Przypuszczam, że w najodleglejszym kącie są zdobycze sprzed 30 lat :)

Wszyscy się mocno postarzeliśmy, ktoś nawet nazwał naszą klatkę "dziewiąta geriatryczna". Powoli zaczynamy odchodzić, a z każdym kolejnym pożegnaniem zalety, wady, przywary przestają mieć znaczenie.

PS Prawdę mówiąc, to brakuje mi tych dekoracji :)

16:12, atojaxxl
Link Komentarze (2) »
niedziela, 16 kwietnia 2017

Dawno mnie tutaj nie było, zakręcona jestem jak słoik z korniszonami. Ale myślę serdecznie o wszystkich moich bliskich, przyjaciołach i znajomych i wraz z życzeniami świątecznymi przesyłam Wam koszyk moich tego rocznych piernikowych pisanek :) Alleluja! 

Pisanki piernikowe

 

Pisanka piernikowa1

 

Pisanka piernikowa2

 

 

Pisanka piernikowa4

 

 

 

17:23, atojaxxl
Link Komentarze (4) »
piątek, 24 lutego 2017

Do Warszawy daleko, więc wszystko, co wiem na temat nowej "Klątwy" - wiem na podstawie doniesień medialnych (z tym, że telewizji nie oglądam poza programami przyrodniczymi i sportowymi). Zastrzegam więc z góry, że wypowiadam się, choć nie widziałam. 

Tradycyjnie dwie strony sporu obwarowały się w swoich Okopach Świętej Trójcy: z jednej strony czciciele reżysera i jego podobno genialnego przedstawienia, z drugiej oburzeni, dotknięci i obrażeni zarówno formą jak i treścią tegoż dzieła. Obie strony są na tyle daleko od siebie, by nie słyszeć argumentów przeciwnika, i na tyle blisko, żeby się wzajemnie obrażać. W ruch poszły różańce, krzyże, malowane w domowych warunkach plakaty i hasła, zaangażowano już prokuraturę, tzw. autorytety wypowiadają się podobnie jak ja: nie widzieli, ale wiedzą...

A ja piszę i zabieram głos, ponieważ pytam: gdzie w tym wszystkim jest Wyspiański i jego genialna "Klątwa"? Czy obydwie strony konfliktu znają dramat Wyspiańskiego, dramat tkwiący swoimi korzeniami w autentycznym wydarzeniu w podtarnowskim Gręboszowie?

"Klątwa" Wyspiańskiego niesie tak wielki ładunek emocji, tak ważne uniwersalne przesłanie, że wszelkie manipulowanie i kombinowanie przy jej tekście i formie jest dla mnie (podkreślam - dla mnie) wielkim i niedopuszczalnym nadużyciem. Nawet białe gołąbki z pierwowzoru zostały sprowadzone na plakacie do białego gołębia sr....go na wszystko. Skoro to przedstawienie, które chyba tylko przez przypadek  odwołuje się do twórcy "Warszawianki" i "Wesela", jest tak genialne, jak chcą i widzą niektórzy recenzenci, to dlaczego chorwacki reżyser nie napisał swojej własnej sztuki bez podpierania się nazwiskiem wielkiego polskiego malarza, poety i dramaturga?

Tak, akurat w kwestii manipulowania klasycznymi sztukami teatralnymi jestem konserwatywna, choć daleko mi do obydwu stron afery wokół "Klątwy". Nie widziałam - więc się nie zachwycam, nie widziałam - więc nie czuję się obrażona. 

14:26, atojaxxl
Link Komentarze (4) »
niedziela, 19 lutego 2017

Staram się nie wypowiadać w sprawach polityki, trochę się na tym znam i mogłabym uderzyć w ton przemądrzalski a tego nie chcę. Od pewnego czasu jednak towarzyszy mi natrętna myśl, że niektórzy ludzie władzy, boleśnie dotknięci przez los, za wszelką cenę szukają winnego swojego stanu i niesprawiedliwie traktują nawet bliskie osoby, a co dopiero mówić o podwładnych.

Blisko 30 lat temu miałam szefową, wyjątkowo wredną i podstępną osobę. Szpiegowała nas, ceniła donosy, oceniała nieuczciwie naszą pracę, jej racja była najważniejsza, nie było sensu podejmować dyskusji, ponieważ ona wiedziała lepiej i automatycznie stawało się w ten sposób po stronie jej wrogów.

Prowadziła gruby czarny notes, w którym spisywała wszystko, czego mogła użyć przeciw pracownikom. Nie cofała się przed podsłuchiwaniem, judzeniem ludzi wzajemnie na siebie, biegała również na skargi do instancji nadrzędnych. Potrafiła zostać na noc w swoim gabinecie, zamknąć się od środka, spać na fotelu a wszystko po to, żeby rano podsłuchiwać, co się o niej mówi w sekretariacie.

Jeżeli zorientowała się, że ktoś planuje rodzinną uroczystość, robiła wszystko, by te dni przed faktem zepsuć tej osobie, doprowadzić ją do łez. Krytykowała naszą odzież, fryzury, nasze dzieci i rodziny. Nie było na nią sposobu, miała swoje chody we władzach. Jeżeli się uśmiechała, to tylko gdy udało się jej komuś dopiec.

Przyszedł jednak taki moment, że szefowa pękła psychicznie i to w mojej obecności. Skończyłam swoją pracę i chciałam iść do domu, ona jednak wyszukiwała powody, żeby mnie w pracy zatrzymać. Pomyślałam sobie - raz kozie śmierć - i wypaliłam, że może ona nie lubi swojego domu i rodziny ale ja bardzo i naprawdę nie widzę powodu, żebym miała się pozbawiać przyjemnego wieczoru w domu dla jej kaprysów. I wtedy się usłyszałam:

"A do czego ja się mam spieszyć, co mnie tam niby ma ciągnąć" i dalej wyrzucała z sibie:

- straciła pierwszego męża z powodu choroby nowotworowej,

- tak dominowała nad córką, że ta w końcu wyjechała za granicę i ograniczyła kontakty,

- syn nie spełnia jej oczekiwań - nie jest dzieckiem genialnym ani idealnym, jest za to chorowity i zamknięty w sobie,

- jest chora i nie ma postępów w leczeniu,

- nienawidzi ludzi zadowolonych, uśmiechniętych ("wszystkie macie takie głupie,zadowolone miny"), nie znosi naszych uczniów ("te bachory mi tylko na nerwy działają"), obwinia cały świat o swoje problemy ("każdy tylko czeka na moje potknięcie"), nie widzi swoich wad ("jestem tu najlepsza i to was boli"), wszędzie widzi wrogów ("nikomu z was nie wierzę"), wszędzie wietrzy podstęp ("tylko planujecie jak mnie wygryźć")")...

"A teraz niech pani idzie w cholerę i napawa się tą rodzinną atmosferą. Jeszcze ta rodzinka pani bokiem wyjdzie" - tak zakończyła swój monolog

Przypomniałam sobie tę szefową i tę dramatyczną rozmowę, patrząc wczoraj na zawziętą twarz prezesa pewnej partii politycznej. Stracił wszystkich bliskich, otoczył się pochlebcami, wszędzie widzi wrogów i wietrzy spiski, upokarza i obraża inaczej myślących, prawie nigdy się nie uśmiecha, wieść gminna niesie, że podobno jest chory...

 

 

 

Tagi: ludzie
20:10, atojaxxl
Link Komentarze (4) »
poniedziałek, 13 lutego 2017

No wkurzyłam się dziś jak rzadko kiedy. Czytam, że ludzie w necie hejtują polską szachistkę, która gra na szachowych mistrzostwach świata w Teheranie. To, że gra, to jeszcze nic, ale gra w chuście na głowie, ponieważ taki wymóg postawili organizatorzy mistrzostw.

No i polało się na głowę biednej polskiej szachistki wredne polskie bagno. Jak śmiała ustąpić i w chuście wystąpić, to popieranie dyskryminacji kobiet, to sprzedanie się za garść srebrników itp itd.

A ja sobie przypominam wizytę naszej obecnie potłuczonej pani premierki w Watykanie. Ona i towarzyszące jej damy(?) dworu(?) wystąpiły w czarnych żałobnych garsonkach i głowy miały dokładnie zakutane w czarne chusty. Wyglądały jak żony bliskowschodnich królów ropy naftowej. Ale podobno takie są wymogi watykańskiego protokołu dyplomatycznego, chociaż z papieżem witała się też np. Angela Merkel i niczego na głowie poza własnymi włosami nie miała...

A nasz miłościwie panujący pan prezydent podczas wizyty w Izraelu paradował w jarmułce na głowie, zresztą nie pierwszy raz. Bo tego wymaga tamtejszy zwyczaj. I wszyscy mężczyźni mu się podporządkowują.

Odwiedzający meczet muszą zdjąć obuwie bez względu na wyznanie. Bo tego wymaga kultura - szanować zwyczaje gospodarza.

I jakoś nikt ich nie hejtował. A tu - fala nienawiści do dziewczyny, która musi mieć dobrze poukładane w głowie, skoro gra o mistrzostwo świata w królewskiej grze. Chyba tylko Polacy potrafią źle życzyć swoim rodakom. Ot, piekiełko narodowe.

Tagi: ludzie
09:08, atojaxxl
Link Komentarze (8) »
środa, 11 stycznia 2017

Kilka miesięcy temu rozpoczęłam batalię w sprawie leczenia zębów syna i opisywałam, jakie musimy spełnić warunki, m.in. uzyskać zgodę sądu na leczenie w znieczuleniu ogólnym. Sąd był uprzejmy podjąć decyzję dopiero w dniu, na który mieliśmy wyznaczony termin zabiegu a treść decyzji dostarczono nam dwa dni później. Oczywiście, termin nam przepadł a następny wyznaczono nam dopiero za dwa miesiące.

Jakoś przetrwaliśmy po to tylko, żeby otrzymać telefon z informacją, że jednak zabieg został przesunięty o następny tydzień, bez podania jakiejkolwiek przyczyny. Po tygodniu historia się powtórzyła i panie z rejestracji z wyraźnym zażenowaniem mnie o tym poinformowały. Koniec końców pierwszy zabieg w pełnym znieczuleniu syn miał tuż przed świętami Bożego Narodzenia. A ja miałam portki pełne strachu, co zrobię, gdy podczas świąt wystąpią jakieś komplikacje...

Termin drugiego zabiegu wyznaczono nam na dziś. Wyposażeni w odpowiednie badania, zaświadczenia i na czczo stawiliśmy się karnie o godz. 6.45 pod odpowiednimi drzwiami. Zgodnie ze staropolską tradycją medyków nikt nie miał zamiaru zacząć pracy punktualnie. Korytarz wypełniał się kolejnymi niepełnosprawnymi pacjentami z obstawą rodziny, a lekarzy nadal nie było. 

W pewnym momencie na końcu korytarza, przy windach powstał jakiś ruch, brzęk, mocne męskie kroki i oczom zgromadzonych ukazała się scena jak z finału filmu kryminalnego: trzech mocno zbudowanych funkcjonariuszy Służby Więziennej w pełnym bojowym rynsztunku, z bronią, pałkami (paralizatorami?), w kamizelkach kuloodpornych przyprowadziło więźnia skutego łańcuchami na rękach i nogach. Obok dreptała dziewczyna z dokumentacją stomatologiczną delikwenta, który zasiadł dokładnie naprzeciw mnie i syna.

Pomyślałam sobie, że będzie kolejna obsuwa czasowa, bo wiem, że tacy pacjenci mają pierwszeństwo. Ale i ten musiał czekać, przecież nie było lekarzy. W dodatku jak się okazało, nawet nie został zarejestrowany. Dopiero dziewczyna z dokumentacją musiała zjechać do rejestracji i załatwić formalności.  Więzień siedział otoczony funkcjonariuszami i bawił się swoimi łańcuchami. Pacjenci obserwowali rozwój sytuacji...

Wreszcie na horyzoncie pojawił się szef i machina ruszyła. Więzień został przyjęty w zwykłym gabinecie, oczywiście w pełnej obstawie, a syn poddał się procedurom usypiania, leczenia i wybudzania. I wszystko dobrze.

I tylko ja się tak zastanawiam, czy to tak powinno wyglądać. Nie kwestionuję absolutnie prawa więźnia do specjalistycznego leczenia, jest człowiekiem. Ale czy powinien siedzieć w korytarzu pełnym pacjentów, dodajmy: niepełnosprawnych umysłowo, z różnymi deficytami neuro- i psychiatrycznymi, z lękami, fobiami. Czy konieczna jest ta demonstracja siły, broni i innych rekwizytów władzy więziennej. A gdyby mimo wszystko coś temu człowiekowi strzeliło do głowy? Co zrobiliby funkcjonariusze SW? Strzelaliby? Użyli gazu lub paralizatora? Nie znam się, może wymyślam sobie scenariusze nierealne, ale gdyby tak... to co?

PS Nie mam najmniejszych zastrzeżeń do samego procesu leczenia syna. Pełny profesjonalizm, wyczucie, delikatność i szacunek dla niepełnosprawnego pacjenta. Jedynie ta punktualność, a raczej jej brak...

21:22, atojaxxl
Link Komentarze (3) »
wtorek, 10 stycznia 2017

Było, minęło, kolejne święta, Nowy Rok i Trzej Królowie/Mędrcy/Magowie - przeszło wszystko do historii. Stoi jeszcze choinka, tradycyjnie do kolędy, stoi jeszcze szopka.

W tym roku spełniło się moje małe marzenie. Kilka lat temu u pewnej mistrzyni pierników z Czech zobaczyłam piernikowe bombki. Chciałam mieć podobne. Niestety, wtedy nie można było w Polsce kupić odpowiednich foremek. Ale od czego głowa? Kupiłam cztery identyczne aluminiowe chochelki, niewierny odciął uchwyty, zeszlifował i... wszystko nie tak

               Bombki piernikowe

Nie udało się, nie wiedziałam jak się te półkule piecze - na zewnątrz foremki? Wewnątrz? Wyszły nieforemne gnioty, w żaden sposób nie pasujące do siebie.

W październiku 2016 trafiłam na polską firmę importującą i sprzedającą czeskie foremki firmy Smolik. I kupiłam wymarzone foremki do piernikowych bombek. I udało się. Do foremek dołączona była instrukcja po polsku i po czesku, jak należy te pierniczki wykonać. Okazało się, że jednak się piecze na zewnątrz foremki a nie w środku jak robiłam na chochelkach:)

Na początek upiekłam i ozdobiłam 15 sztuk. Większość poszła między ludzi, chociaż nie były doskonałe. Ale będę ćwiczyć i nabędę wprawy. Zresztą oceńcie sami:

              Bombki piernikowe

 

              Bombki piernikowe

 

               Bombki piernikowe

 

               Bombki piernikowe

               Bombki piernikowe

               Bombki piernikowe

I na koniec: tak wygląda goła bombka, dwie półkule sklejone lukrem królewskim:)

               Bombki piernikowe 

I choć już późno, ale życzę wszystkim dobrego roku, spokoju i pogody w sercu.

07:52, atojaxxl
Link Komentarze (9) »
wtorek, 13 grudnia 2016

Wielu blogerów dzieli się dziś wspomnieniami i refleksjami dotyczącymi rocznicy stanu wojennego. To ja też. W dniu 13 grudnia 1981 roku byłam szczęśliwą mężatką, miałam 21 miesięcznego synka i córeczkę, która w tym dniu skończyła właśnie 3 miesiące. I w tym dniu kończył mi się urlop macierzyński i miałam wrócić następnego dnia do pracy. Obydwoje z mężem pracowaliśmy w zakładzie, który ze względu na specyfikę wyrobów podlegał całkowitej militaryzacji zgodnie z dekretem o wprowadzeniu stanu wojennego. 

Mąż zebrał moje dokumenty, zawiózł do firmy i zamiast w pracy wylądowałam na urlopie wychowawczym. Jak się potem okazało i tak nie miałabym co robić, ponieważ moje miejsce pracy zostało zapieczętowane, wcześniej tzw. służby wywiozły zawartość naszych biurek i szaf, szefa internowano a pozostali koledzy zostali poddani przesłuchaniom i oceniono negatywnie ich dalszą przydatność w naszym zawodzie. Mnie zostawiono w spokoju, odpowiednie organa wzięły prawdopodobnie pod uwagę, że jako matka malutkich dzieci nie będę podskakiwać (widziałam później swoje "papiery" i adnotację "karmi piersią dwoje dzieci" hahaha). 

W domu panowała napięta atmosfera, obawialiśmy się, że mąż - podobnie jak wcześniej szwagier - zostanie wzięty w kamasze. Uzgodniliśmy więc naiwnie, że gdyby ONI przyszli z nakazem stawienia się do wojska, to ja otwieram drzwi i z płaczem informuję, że mąż właśnie mnie porzucił z dwojgiem małych dzieci i mieszka na Zamkowej i żeby go tam szukali albo w pracy. 

Życie napisało inny scenariusz. Był wieczór, właśnie wykąpaliśmy dzieci, ja dokarmiałam jeszcze córkę, gdy ktoś zapukał. Zgodnie z naszą naiwną umową, otwarłam drzwi a tam stał nasz przemiły, młody sąsiad z klatki obok. "Dobry wieczór, pani Bożenko. Ja tylko na chwilkę, jest mąż?" No to ja uśmiech sąsiedzki nr 5 i zaprosiłam do mieszkania. Mąż tarzał się z synkiem na kocu. Sąsiad wszedł i wypalił: "Obywatel Jan G.? Mam tu dla obywatela wezwanie do stawienia się...."

Szczęka mi opadła, mąż zbladł, moi Rodzice stanęli jak wryci. Już widziałam męża w mundurze szlifującego nocami ulice... Sąsiad jak się okazało pracował w wojsku. Dzięki temu udzielił mężowi porady - należało wziąć z zakładu pracy zaświadczenie, że jest niezbędny w zakładzie zmilitaryzowanym i ma odpowiedzialną pracę, coś tam coś tam, już nie pamiętam dokładnie. Zakład z produkcją zbrojeniową, mąż w kontroli technicznej. Pomogło, nie został umundurowany:)

PS Dziś po 35 latach spełniło się tylko jedno, mąż nie mieszka z nami i nie możemy razem wspominać tamtego okropnego czasu. 

21:20, atojaxxl
Link Komentarze (3) »
niedziela, 04 grudnia 2016

Szczerze mówiąc nie jestem najlepszą klientką. Do sklepu idę z listą zakupów, rzadko ulegam sile promocji, nie lubię bezcelowo kręcić się i obmacywać towar, którego nie mam zamiaru kupować. Ale zaobserwowałam już dawno zjawisko snuja pospolitego, bardzo mnie osobiście irytujące. 

Snuja przychodzi do supermarketu, bierze wózek albo koszyk i zaczyna.... a nie, nie, nie zaczyna go wypełniać zakupami. Zaczyna od włączenia telefonu i wybrania numeru. Idąc wolno między półkami, patrzy niewidzącymi oczami i nawija: a to o swoich problemach uczuciowych, a to o niepasującym do niczego płaszczu, a to o tej podłej Kaśce, która znowu przystawia się do snujowego partnera itp itd. Czasem coś weźmie do ręki, ale zaraz odkłada, bo nawet nie pamięta, co wzięła. Czasem zmęczona chodzeniem przystanie z wózkiem w poprzek alejki sklepowej, ale nawijać nie przestaje. 

Wczoraj miałam pecha. Snuja co chwilę stawała na mojej drodze i bardzo się irytowała, gdy prosiłam o przesunięcie wózka. "Nawet porozmawiać spokojnie nie dadzą, co za ludzie". 

Nie skończyła rozmowy nawet przy kasie. Wyłożyła na taśmę kilka niezbędnych do przeżycia drobiazgów, po czym wróciła do działu nabiałowego. Kolejka czekała, ponieważ kasjer zdążył skasować te drobiazgi. Snuja nieśpiesznie wzięła kostkę masła i nadał gadając do telefonu raczyła podać kasjerowi. Ten skasował i grzecznie poprosił o końcówkę drobnych. Spiorunowała go wzrokiem, przerwała na chwilę i wypaliła: "Nie widzisz (tak, tak !!!), że rozmawiam? Nie mam drobnych, ty masz mieć ". Kasjer młody chłopak, poczerwieniał i jakoś tam sobie poradził. 

Zastanawiam się, gdzie się takie coś wychowało a raczej uchowało.

Jakie wzory wyniosło z domu.

Czy w słowniku tej osoby jest w ogóle szacunek dla innych?  

Tagi: ludzie
09:27, atojaxxl
Link Komentarze (3) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 31