Podróż przez życie z licznymi przystankami, w tym również autobusowymi
Blog > Komentarze do wpisu

Przystanek leczniczy - gra z medykiem flegmatykiem

No i stało się.

Po trzech blisko latach od serii obliteracji i spłaceniu zaciągniętego na ten cel kredytu, wyszły mi z powrotem żyły, a jedna z nich od razu poszła w tango czyli w stan zapalny. Boli jak cholera, piecze, puchnie, trzeba do lekarza.

Nowoczesność w domu i zagrodzie (kto starszy, ten wie, o co chodzi) więc przez internet szybciutko zarejestrowałam się do lekarza, jedynego rodzinnego, jaki wczoraj dyżurował w mojej przychodni. Nigdy u niego nie byłam, ale myślę sobie, po 20 latach praktyki coś mi doradzi i pomoże.

Na wstępie godzinny poślizg, tyle czasu spędziła u doktora pani lat 92, wolniutko przypominająca sobie kolejne dolegliwości. Wiek ma swoje prawa, usprawiedliwiona.

Z każdym kolejnym pacjentem do gabinetu wchodziły osoby wierzące głęboko, że uzyskają zgodę na rejestrację i każda słyszała tę samą odpowiedź: owszem, tak, ale prywatnie. I jakoś nagle wszyscy zdrowieli...

Gdy wreszcie weszłam i ja, pan doktor szybciutko nogę obejrzał, pożalił się nade mną, a ja ucieszyłam się, że teraz już z górki. A gdzież tam!

Najpierw odebrał kilka telefonów.

Potem oddzwonił w kilka miejsc.

Zaczął czytać w komputerze historię moich chorób.

Odebrał SMS.

Odpisał na SMS.

Czytał dalej.

Odebrał telefon, gwałtownie odwrócił fotel i wyjął z teczki pęk kluczy.

Przez okno odblokował pilotem swój samochód, stojący na parkingu po drugiej stronie ulicy.

Po chwili wyjaśnił mi, że to syn sobie chowa w jego samochodzie plecak, bo skończył lekcje i idzie na korki z angielskiego.

Czyta historię chorób dalej.

Znowu łapie za telefon i dzwoni do syna, czy na pewno dobrze zamknął samochód.

Zaczął wypełniać receptę, szczegółowo mnie pouczając co jest na co.

Szczytem wszystkiego był kolejny telefon tym razem do żony, której przedstawił swoją wersję recepty i zapytał, czy jeszcze coś dołożyć (konkretnie chodziło o drogi zastrzyk). Żona na szczęście wybiła mu ten pomysł z głowy.

Z korytarza zaczęły dobiegać podniesione głosy, ja już siedziałam jak na szpilkach ponad 40 minut.

Gdy wreszcie wyszłam, gniew zgromadzonych obrócił się przeciwko mnie, więc w krótkich, żołnierskich słowach wyjaśniłam, jakie procedury niemedyczne zajmują lekarzowi czas. 

W aptece okazało się, że nie zapisał mi ani jednego leku refundowanego, że rachunek to blisko 300 zł, że 3 lekarstwa to tzw. suplementy. Dzięki aptekarkom, które zmieniły część z 8 (słownie: ośmiu) medykamentów na równoważne i tańsze a część odradziły, zapłaciłam tylko 192...

 

wtorek, 01 maja 2018, atojaxxl

Polecane wpisy

Komentarze
2018/05/01 20:32:10
Konował jeden, nie lekarz.
-
2018/05/02 23:36:24
Niestety, lekarzom ufam coraz mniej.
-
2018/05/03 19:01:35
Nie dziwię się Twojej niechęci. U mnie, szczęśliwie, lekarka jest bardzo przyzwoita. Jedyny minus, że potrafi się naburmuszyć, ale metoda "czy pani doktor mnie przyjmie?" i świętego mogłaby wyprowadzić z równowagi, więc nawet się jej humorom nie dziwię, bo jednak raczej nie odmawia.
Jak zawsze- zdrowia!